Kosmiczne dźwięki w sercu lasu deszczowego

23 września godz. 8:57

Siedzimy sobie w namiocie, gigantyczne krople deszczu bębnią o dach.. mieliśmy dzisiaj wstać wcześnie i jechać dalej na południe.. ale tak leje, że trochę jeszcze poczekamy.. I tak jesteśmy mega szczęśliwi, bo udało się wczoraj iść pod ciepły prysznic i to dużo taniej niż 7 dolarów za osobę 😛 (7$ + dodatkowa opłata – cena prysznica w hotelu, nam się udało 4$ za 2 osoby) i uprać i wysuszyć ubrania i buty 🙂 Wcześniej wstawiliśmy też zaległe posty na bloga, jak udało się dotrzeć do cywilizacji, wifi i prądu po 7 dniach w dziczy 🙂

W lesie deszczowym jest przepięknie, bardzo dziko, bardzo zielono, wszędzie mchy i paprocie (nawet wysoko na drzewach, które są przeogromne).. Szliśmy tak naprawdę 4 dni, a 3 siedzieliśmy i odpoczywaliśmy na kempingu z bambi 🙂 tam widzieliśmy większość ludzi podczas naszej przygody z lasem deszczowym 🙂 ale też nie jakoś dużo, może z 10 osób.. Odpoczęliśmy sobie, poczytaliśmy kundelka Teofilla w hamaku w śpiworkach – raz nawet sarenki przyszły posłuchać 🙂 Zastanawialiśmy się tylko jak będziemy wieszać wysoko między drzewami nasze jedzenie, śmieci, kosmetyki itd., bo dalej miało już nie być skrzynek misiowych.. Ale nie przejmowaliśmy się tym za bardzo i stwierdziliśmy, że jak trzeba będzie, to jakoś sobie poradzimy 🙂 Jak wyszliśmy z kempingu, po kilku minutach spotkaliśmy ludzi.. i to by było na tyle na jakiś czas 😉 Las deszczowy mimo słonecznej pogody był bardzo zacieniony, tak że solara można było schować do plecaka 😛 ponieważ drzewa są tak przeogromne, że aż ciężko zadrzeć głowę tak wysoko z plecakiem na plecach, żeby zobaczyć ich czubki 🙂

Na początku szliśmy cały czas przez las, od czasu do czasu przechodziliśmy przez mostek nad strumieniem zrobiony z pnia drzewa z poręczą – na razie szlak był zadbany 🙂 po jakimś czasie doszliśmy do tabliczki „bear wire” i ku naszej radości między drzewami rozwieszony był metalowy drut, do którego karabinkiem przyczepia się plecak, wciąga na górę  i przypina na dole jednego z drzew 🙂 uff.. chyba nie będzie tak źle z wieszaniem plecaka 😉

Było to mniej więcej 5 km od kempingu, więc mieliśmy nadzieję, że co jakiś cza takie druty będą się pojawiać 🙂 Było tam też kilka miejsc na namioty i nawet kibelek 😀 i to nie taki jak przy Ptarmigan 😛 ale tradycyjny wychodek obity deskami, aczkolwiek bez wyciętego księżyca albo serduszka 😉

Tego dnia przeszliśmy tylko z 10 km, doszliśmy do następnych drutów i stwierdziliśmy, że na pierwszy dzień wędrówki wystarczy. Mimo tego, że szlak był wydeptany bardziej niż niektóre wcześniejsze, to jednak były to góry, my mieliśmy ciężkie plecaki (jeszcze był zapas jedzenia 😛 ) i wyruszliśmy dopiero po 13:00 tego dnia..

Następnego dnia wyruszyliśmy z samego rana o 11:00 😉 Na początku trochę słońce przeświecało przez chmury, ale nie trwało to zbyt długo.. jak się rozpadało, tak już padało do ostatniego dnia.. Szlak też zaczął się robić coraz cięższy.. mniej wydeptany, co chwilę wielkie drzewo zwalone na ścieżkę.. albo trzeba było przecisnąć się pod spodem (raczej bez plecaka i na kolanach) lub bardzo okrężnie obchodzić nad drzewem dookoła..

Zaczęły się też hardkorowe przeprawy przez rzekę.. Czasem kilka minut zajęło nam zastanawianie się, którędy wiedzie szlak dalej po drugiej stronie rzeki.. Co my byśmy zrobili bez gps.. Przeprawa przez rzekę nie była już mostem ani pniem (chyba, że bardzo wysoko nad rzeką – było kilka mostów) była.. zagadką do rozwiązania 😉

Na przykład kilka zwalonych bezładnie pni, przez które trzeba było przejść.. potem jakiś kawałek deski.. trochę kamieni.. a potem znów pień.. taki survival race 😉 tyle, że z ciężkimi plecakami i na śliskim mokrym pniu jest troszkę trudniej 😉 Trzeba było często wykorzystywać pokłady odwagi 😉 ale jak udało się przejść na drugą stronę – jaka satysfakcja 😀 bezcenna 😀

Była to przeprawa przez las deszczowy godna Beara Gryllsa, mimo że szliśmy teoretycznie cały czas szlakiem 😀 ale nie wiem ile lat temu jakiś rangers tędy przechodził 😛 Szlak był taki, jaki las chciał, żeby był 🙂 taki.. spontaniczny 😉

Szliśmy wśród zieloności i było bardzo pięknie, ale deszcz wciąż padał i nie dawał za wygraną.. czasem ciut mniej, ale drzewa i tak były tak mokre, że z nich co jakiś czas spadały wielkie krople.. no cóż.. las deszczowy..

Na początku omijaliśmy kałuże, nie wchodziliśmy w większe błoto.. ale jak już zaczęło się ściemniać, a było to już około 19:00.. to już było nam praktycznie wszystko jedno bo i tak mieliśmy już całe buty i skarpetki mokre 😛 chyba tylko kalosze by to wytrzymały 😛 W którymś momencie podnosząc głowę do góry zobaczyłam.. wielkiego jelenia! 🙂 Stał sobie dostojnie pomiędzy drzewami, niedaleko nas 🙂 Popatrzył.. popatrzył i poszedł w swoją stronę.. Niestety było już zbyt ciemno, żeby zrobić zdjęcie.. Założyliśmy czołówki po kolejnym ślizgu na tyłku po błocie, podczas obchodzenia kolejnego drzewa.. Plecy bolały już chyba wszędzie 😛 ale szliśmy jak najszybciej do kempingu oznaczonego na gps, żeby były jakieś druty.. Było już całkiem ciemno, obok ścieżki zaświeciła para oczu.. to sarna uciekła jak nas usłyszała, a za chwilę całe stado.. weszliśmy na łąkę.. widocznie postanowiły sobie tu spać spokojnie, dopóki im nie przeszkodziliśmy.. Sorry sarny, my też już byśmy chętnie spali 😛 ale trzeba znaleźć miejsce na domek.. ciap.. ciap.. plask.. ciap.. plask.. środkiem ścieżki, która jest już teraz płynącą rzeką.. jeszcze tylko 500 metrów.. i nagle po lewej.. druty! uff.. uratowani 🙂 Ale poszliśmy jeszcze kawałek dalej sprawdzić czy nie będzie lepiej.. może by tak taki schron z kominkiem? 😀 ..po prawej kibelek.. a kawałek dalej.. wielki dom! Nie mogłam uwierzyć własnym oczom.. chyba halucynacje ze zmęczenia 😉 Idziemy 2 dni nie spotykając nikogo, w środku szlaku zapomnianego nawet przez rangersów, a tu taka chałupa? Aż się trochę dziwnie, surrealistycznie poczułam.. co to u licha? 😛 Okazało się to opuszczoną bazą rangersów pozabijaną dechami.. ciekawe kiedy ostatnio ktoś tutaj rezydował.. chyba dawno 😛 sam domek miał już prawie sto lat.. i miał kominek 😉 ale był zamknięty na kłódkę niestety 😛 Taki dom się marnuje, a my byśmy się tam chętnie ugrzali i wysuszyli.. no cóż.. Poszliśmy się rozbić niedaleko drutów, porozwieszaliśmy mokre skarpetki, założyliśmy suche do spania, opatuliliśmy się i szybko zasnęliśmy 🙂 Zrobiliśmy tego dnia 21 km! po górach.. byliśmy wykończeni..

Rano usłyszeliśmy dziwny dźwięk.. radio? ludzie? jakiś rangers idzie z krótkofalówką? nie słychać ludzkich głosów.. hmm.. za chwilę bliżej.. dźwięk jak z kosmosu.. bardzo piękny.. taki.. tajemniczy.. wyszliśmy z namiotu zobaczyć o co chodzi.. a to.. stado jeleni kanadyjskich (elków) i największy samiec (przewodnik stada) wydaje ten nieziemski dźwięk, a gdzieś z oddali przychodzi trochę inna odpowiedź.. Dla tej chwili warto było przeleźć te kilometry w deszczu i błocie 🙂 Jelenie są takie dostojne 🙂 piękne 🙂 spokojne 🙂 Udało się nawet Grześkowi zrobić im zdjęcia całkiem z bliska, a potem po prostu odeszły.. nie jakieś tam uciekanie.. o nie.. to byłoby niegodne elka.. dostojnie się.. oddaliły 😉 Byliśmy zachwyceni 🙂 To chyba najfajniejsze doświadczenie z tego parku i na pewno je zapamiętamy na całe życie 🙂

Niestety nie zanosiło się na poprawę pogody, nic nam oczywiście nie wyschło 😛 więc najpierw nowe suche skarpetki, potem reklamówki 😛 i dopiero buty.. chociaż na jakiś czas będzie wrażenie suchości 😉

Jak założyliśmy plecaki, woda nam ciekła po plecach, bo już nie wytrzymywały deszczowego przeciążenia.. dobrze, że w środku mamy wszystko w torebkach strunowych/kompresyjnych 😀 Na pocieszenie mgła się troszkę uniosła i zobaczyliśmy piękne wodospady i góry, które wczoraj już spały jak przyszliśmy po ciemku 🙂

No to w drogę.. nie ma co czekać na poprawę pogody.. jedzenia nie przybywa 😛 plecy i nogi też coraz bardziej bolą 😛 Momentami mimo deszczu były piękne widoki – mega kolorowe góry przez jesienne liście, śnieg na szczytach, kolorowe łąki z jagodami.. normalnie misiowa kraina, ale w taką pogodę to nawet misiek woli siedzieć w domu przed tv 😉

Za to jagody były bardzo dobre, a na jednej z nasłonecznionych polanek, gdzie miały już czerwone liście – były przepyszne 🙂 Chyba najlepsze jakie jedliśmy w życiu 🙂 słodkie jak z cukrem i aromatyczne jak jakiś aromat jagodowy 😀 ale się najedliśmy 🙂 Grzesiek wcześniej wchodził na górę, żeby nazrywać takich wielkich, a dalej było pełno krzaków takich mniejszych, ale dużo smaczniejszych 🙂 bo rosły sobie w słoneczku 🙂

Na łące Honeymoon też było pięknie i jagodowo, ale nie zatrzymaliśmy się bo oczywiście padało 😉 hihi 🙂 Jak szliśmy szybko – było bardzo ciepło, mimo mokrości nawet majtek 😛 gorzej jak stawaliśmy zrobić coś do jedzenia, ale wtedy ciepła herbata i jedzenie rozgrzewały nas od środka 🙂

Oprócz elków, saren i ptaków, co jakiś czas spotykaliśmy malutkie wiewióreczki 🙂 ale latającej nie widzieliśmy niestety.. ani pumy, ani niedźwiedzia.. ale na pewno spały smacznie w jakiejś ciepłej i suchej kryjówce, bo kto normalny by w taką pogodę chodził po lesie.. chyba nikt.. my to wiadomo, że do normalnych nie należymy 😛 Największe wrażenie robiły na nas przeogromne klony z jesiennymi liśćmi, jednocześnie ubrane calutkie w zielone gloniaste ubranko 🙂

..i wodospady.. 🙂

..i góry, jeśli łaskawie pokazały się zza mgły lub chmur

Momentami nawet świeciło słońce 🙂 i jednocześnie.. padało.. no jakże by inaczej.. w końcu to las deszczowy.. ale tęczy nie widzieliśmy 😛 Tego dnia też ruszyliśmy skoro świt o 11:00 i przeszliśmy 20 kilometrów, ale tak szybko maszerowaliśmy, że nawet udało się rozbić namiot przed samym schowaniem się słonka 🙂 A po drodze po niecałych trzech dniach spotkaliśmy.. 2 ludzi! 🙂 wow! 🙂 W tym dniu szlak był już trochę łatwiejszy, widać było, że ta część parku jest bardziej uczęszczana, poprzecinane piłą tarasujące drogę pnie, mostki (choćby z pnia), nawet jeden całkiem nowy kawałek szlaku na miejsce starego, który był pewnie labiryntem zwalonych pni 😉

Spaliśmy w pięknym miejscu, koło mostu i rzeki z głęboką błękitną wodą, gdzie być może nawet latem ktoś się kąpie 🙂

Przed nami jeszcze tylko kilka kilometrów do drogi i kempingu.. być może będzie tam jakiś samochód i ktoś nas weźmie, bo jedzenia skromnie – jeszcze tylko na jeden dzień..

Doszliśmy do kempingu, parkingu i stacji rangersów – nie było nikogo 😛 Ale za to Grzesiek zrobił mi ognisko, mimo że wszystko było bardzo mokre – brawo! 😀 żeby się trochę wysuszyć 🙂 Rękawiczki suche 🙂 sukces! 🙂

Tego dnia czasami nawet świeciło słońce, a czasami padało, trochę wyschły nam dzięki temu ubrania i plecaki, także już się nie lało po plecach, ale buty oczywiście dalej mokre i kończył się zapas suchych skarpetek 😛 Wypadałoby dotrzeć do cywilizacji 😉 Okazało się, że nie było żadnego auta, bo droga się zawaliła i jest zamknięta – tylko koparki.. Grzesiek nawet otworzył jedną, bo nie była zamknięta – a kluczyki w stacyjce 😛 i zapozował do zdjęcia 🙂

No to jeszcze pewnie ze 2 dni drogi przed nami 😛 ale pod koniec dnia, jak już było prawie ciemno i szukaliśmy miejsca na nocleg, spotkaliśmy ni stąd, ni zowąd dwóch panów jak sobie spacerowali z lornetką..

Szliśmy i szliśmy, aż w końcu doszliśmy do ich samochodu na rozstaju dróg, zrobiliśmy jedzenie i postanowiliśmy na nich poczekać 🙂 i opłacało się – bo wzięli nas na pace nad jezioro Quinault do kempingu i sklepu, który już był niestety zamknięty, ale od rana czynny 😀 Jak się dowiedzieli, że przyjechaliśmy tutaj na stopa z Alaski to pan, który był strażakiem, powiedział że jesteśmy dzielniejsi od niego – hihi 🙂 No więc udało się kupić coś do jedzenia, umyć i wyprać i wypadało by jechać dalej.

Tu w sklepie drogo i mały wybór, więc dobrze by było dotrzeć do Aberdeen do jakiegoś supermarketu i uzupełnić zapasy, bo już nam się nawet przyprawy prawie pokończyły i koper na herbatę 😛 Dokupiliśmy sobie za to melasy, bo nam posmakowała – a jest bardzo zdrowa i daje trochę kalorii i do tego ryż, żeby nam starczyło dopóki nie dotrzemy do sklepu. Siedzimy cały czas w namiocie i wciąż pada, ale może już troszkę mniej i się uda ruszyć dalej – spróbujemy 🙂

Super była przygoda z lasem deszczowym 🙂 przez całą drogę mogliśmy sobie medytować, nacieszać się przyrodą i być tu i teraz.. co było szczególnie trudne, jak byliśmy cali mokrzy i zmęczeni.. ale trening czyni mistrza 🙂 Byliśmy wtedy wdzięczni za to, że żyjemy 🙂 możemy chodzić 🙂 widzimy te wszystkie cudowności 🙂 mamy co jeść 🙂 świeże powietrze do oddychania i czystą wodę do picia 🙂 No i mamy siebie 🙂 i miłość i radość 🙂 Dziękujemy! 🙂

Bambi na prywatnym kempingu

15 września godz. 11:19 (USA)

Mike wczoraj po nas nie przyjechał, czekaliśmy na niego do 9:30 i zaczęliśmy łapać stopa z powrotem do drogi 101.. może zaspał, może zapomniał, ale nic się nie dzieje przez przypadek..

Dzięki temu poznaliśmy native American (rdzennego Amerykanina), milionera, a przy tym bardzo sympatycznego i interesującego człowieka – Eda.

Do drogi 101 było 7 km i na szczęście dojechaliśmy tam na pace z Polakiem z pochodzenia, ale po polsku nic nie gadał 😛 Stanęliśmy na skrzyżowaniu i czekaliśmy.. najpierw zatrzymał się koleś, który powiedział, że nie jedzie tam gdzie chcemy, ale za kilkadziesiąt dolarów nas zabierze.. nie dzięki 😛 czekał na kogoś.. i tym kimś okazał się jego szef.. Ed, który od razu jak nas zobaczył powiedział, że nas podrzuci i że widział nas wczoraj koło Walmarta 🙂 Co chwilę ktoś nam mówi, że nas gdzieś widział, więc chyba jesteśmy dość rozpoznawalni – przez nasze spodnie zapewne 😉 Zaczął opowiadać iloma różnymi rzeczami się zajmował w życiu.. budował canoe z wielkich drzew, łowił ryby, jest przewodnikiem i opowiada o rybach, a jego głównym zajęciem jest chyba konstruowanie domów.. mówił że ma szczęście w życiu, mieszka w pięknym miejscu i zna tajemnice Indian i jedną nam nawet zdradził.. zatrzymał się na środku drogi, wyrwał chwasta, powąchał i przyniósł, żebyśmy my też powąchali, że to dzika marchewka i to się je, a wszyscy prawie myślą, że to takie białe kwiatki sobie rosną przy drodze 😛 i że w lesie jest pełno jedzenia, tylko trzeba wiedzieć co można jeść 🙂 Pokazał nam orła nad jego gniazdem przy drodze, zawiózł do Visitor Center, gdzie dostaliśmy fajną mapę i powiedział, że przeszedł wszystkie szlaki w Olympic National Park i że najładniejszy jest z Brinnon do Lake Quinault.

Szlak ma około 50 mil, wiedzie piękną doliną wśród dzikości, zieloności i wielkich drzew jak jego samochód (a był spory ;)). Zdaliśmy się więc na opinię Indianina i postanowiliśmy nie jechać już dalej do Port Angeles, bo tam więcej ludzi i cywilizacja. Zanim nas wysadził u wejścia na szlak zatrzymaliśmy się w sklepie przy drodze, żeby zrobić zakupy i dał nam 100$! żebyśmy sobie kupili co potrzebujemy 🙂

Czy już pisałam jakie mamy szczęście do ludzi, których spotykamy? 🙂 Jesteśmy mega wdzięczni 🙂 bardzo dziękujemy! 🙂 Kupiliśmy banany (z kropami oczywiście), jabłka, marchewki, wodę (nic od rana nie piliśmy) i Clifbary 🙂 Byliśmy gotowi na podbój szlaku 🙂 W ciągu drogi spotkaliśmy z 10 osób. Zrobiliśmy postój przy rzece na pierwszym kempingu, a raczej tym co z niego zostało 😉

Usiedliśmy na ławce, żeby się uziemić, poopalać i coś zjeść 🙂 Szum rzeki, śpiew ptaków, słodka wiewiórka nas odwiedziła, ale oczywiście nic nie dostała i sobie sama poradziła ze zdobyciem jedzonka 🙂 W końcu jest cieplutko, uwielbiam zapach gorących igieł 🙂 Jest bardzo zielono, słychać tylko dźwięki natury 🙂 Tak sobie wędrujemy z naszymi ciężkimi kreaturkami i medytujemy 🙂 „Każdy krok niesie pokój”, „mamy wszystko czego nam potrzeba” 🙂 promieniujemy naszą miłością i radością dookoła 🙂 czerpiemy pozytywną energię z natury i emanujemy nią 🙂 Po drodze minęliśmy wielkie skały, piękny wodospad, dużo zwalonych na drogę starych drzew, pełno ptaków.. doszliśmy do drugiego kempingu – naszego celu 🙂 Nie wiem ile ma lat, ale lata świetności ma już dawno za sobą.. ławki zarośnięte mchem, zalane mułem z rzeki, tak samo grille.. natura odbiera to co kiedyś do niej należało..

Widać, że nie jest to zbyt często wykorzystywane miejsce w dzisiejszych czasach.. tyle kilometrów dojść na nogach z plecakiem, bez auta/kampera? Oprócz nas wieczorem było dwóch panów i.. trzy sarenki.. dwie malutkie przesłodkie i ich mama 🙂 w ogóle się nas nie bały, podeszły do nas same bardzo blisko 🙂 są takie piękne 🙂 maluchy dokładnie jak Bambi 🙂

Na szczęście są skrzynki misiowe i nie trzeba wieszać wszystkiego na drzewie i jest nawet kibelek.. wow! 🙂 Rozłożyliśmy się na drugim końcu kempingu.. kiedyś było tu naprawdę pełno miejsc.. ze 30? Takie stanowiska dla maksymalnie 8 osób: ławka lub dwie, miejsce na ognisko i grilla i miejsce na namiot.. i co jakiś czas skrzynka misiowa. Grzesiek zrobił mi nawet ognisko 🙂 Jak ja uwielbiam ogniska i patrzenie się w ogień i mieniący się żar 🙂 Chyba prawie wszyscy to lubią bo kojarzy się nam być może z jakąś naszą pradawną naturą i historią? 🙂

Wieczory i poranki są bardzo chłodne, ale na szczęście namiot nie zamarza 😛 a w śpiworku jest ciepło w jednym długim rękawie 🙂 W końcu się porządnie wyspaliśmy 🙂 Nie pamiętam już kiedy wstaliśmy po 8:00.. Nawet jak spaliśmy u kogoś w domu to wstawaliśmy wcześnie, nie mówiąc już o spaniu w lesie gdzieś w okolicy miasta.. A jak wstaliśmy okazało się, że mamy cały wielki kemping tylko dla siebie i swoje małe Bambi 🙂

Jak tylko wyszliśmy z namiotu chodziły sobie dookoła nas 🙂 Jest tutaj tak fajnie, że dzisiaj tu zostajemy, żeby odpocząć, polenić się, poczytać, umyć włosy 🙂 rozłożymy sobie nawet hamak.. a co? 🙂

Na razie mimo, że świeci słońce jest jeszcze dosyć chłodno, bo wieje mocny wiatr od rzeki, ale mam nadzieję, że po 13:00 będzie już cieplej 🙂 zobaczymy 🙂 Ciekawe jak długo będziemy nacieszać się swoim prywatnym kempingiem dzisiaj 🙂 Super jest takie miejsce w środku niczego, a za towarzystwo tylko dzika przyroda 🙂 no i my dla siebie nawzajem 😉 czyli najlepsze towarzystwo oczywiście 🙂 Dziś będzie dzień uważności, medytowanie, bycie tu i teraz, nacieszanie się wszystkim 🙂 Bo wiadomo, że najlepsza medytacja to taka kiedy robi się wszystko uważnie i z miłością i radością 🙂 myje zęby, pije, je, chodzi.. 🙂 Bo właśnie ta chwila jest jedyną, którą mamy 🙂 jedyną, w której naprawdę żyjemy 🙂 jedyną, którą możemy celebrować, którą możemy się nacieszać 🙂 Chcemy wykorzystać każdą cenną chwilę naszego życia, bo nigdy nie wiadomo ile ich zostało.. Dziękujemy! 🙂

Pierwszy nocleg w hotelu

13 września godz. 12:23 (USA)

Dzisiaj w końcu dzień odpoczynku 🙂 Siedzimy sobie nad rzeczką Vance Creek, cisza, spokój, ptaszki tylko ćwierkają i świerszcze grają i woda szumi 🙂 Jaka odmiana od hałasu miasta 🙂 Przywiózł nas tutaj Mike, pokazał fajne miejsce nad rzeką gdzie można rozbić namiot (drobnokamolkowa plaża), gdzie jest jezioro z miejscem do kąpania i gdzie są świeże warzywka (jak już wiedział żeśmy weganie po pytaniu czy lubimy ryby) i pojechał łowić ryby, a jutro po nas przyjedzie o 9:00, żeby nas zabrać dalej 🙂 Przez ostatnie dni sporo się nachodziliśmy z naszymi ciężkimi kreaturkami, więc przyda nam się bardzo jeden dzień przerwy 🙂 Robimy tyle kilometrów po mieście, że mamy wydatek energetyczny jak po maratonie wg endomondo 😉 i tak też się czujemy wieczorem 😛 Bolą nas plecy i nogi już prawie we wszystkich możliwych miejscach 😉 a że śpimy krótko, nie zdążają się zregenerować do końca.. Ostatnie noce spędzaliśmy w mieście (między drzewami co prawda, ale jednak blisko ludzkości), więc wcześnie rano wstawaliśmy, żeby się zebrać z namiotem, zanim ktoś pójdzie z psem na spacer 😛 Wczoraj rekordowo wstaliśmy o 5:00 😀 Dziś na szczęście trochę później 🙂

Z parku Larabee zabrał nas chyba już dwudziesty z kolei kierowca, który przewiózł nas kawałek poza miasto do parkingu koło restauracji skąd zabrało nas małżeństwo jadące do Burlington 🙂 Przy restauracji był piknik z widokiem na ocean i z jeżynami 🙂 Tutaj jest ich pełno, zresztą w Kanadzie też, ogromne krzaki mega kłujące, wypełniające wolne przestrzenie – schronienie dla zwierzaczków i.. bezdomnych w mieście 😛

W Burlington usiedliśmy na zewnątrz McDonalda bo było ciepło i internet i sikanie 😛 ale jak się okazało nie zdążyliśmy opublikować posta bo w środku nie było nigdzie gniazdek! i nie mieliśmy gdzie doładować komputera.. Nie był to wyjątek, bo w żadnym markecie, który od czasu wjazdu do USA odwiedziliśmy nie było gniazdek! Stany Zjednoczone by się wydawało, że dobrobyt itd. 😛 ale jednak chyba tylko na Alasce mieliśmy tak dobrze 😉 Chyba, że to wyjątek w stanie Waszyngton i gdzie indziej będzie lepiej.. okaże się 🙂   Utrudnia to jednak jeszcze bardziej wstawianie postów.. w dzikości wiadomo – brak neta i prądu, w mieście jest wifi gdzieniegdzie, ale nie ma gdzie podładować elektroniki.. no chyba, że przy elektrycznym wózku w przedsionku do marketu 😉 to jest jedyne miejsce, ale nie jesteśmy aż tak zdesperowani, żeby tam siedzieć kilka godzin 😛 Dobrze, że się pogoda poprawiła, to będziemy solara używać jak najczęściej 🙂 ale niestety nie możemy tak podładować komputera.. jakoś sobie będziemy radzić 🙂

No więc po zawodzie, że nie udało się wstawić posta, zaczęliśmy szukać miejsca do spania i okazało się, że w miarę zielone i odludne miejsce jest co najmniej 10 km drogi od Mc’a 😛 Kolejnym wstrząsem było to jak szybko robi się ciemno!, podczas naszej wędrówki przez miejską dżunglę o godzinie 20:00 było już całkiem ciemno.. byliśmy w szoku 😛

Kiedy doczłapaliśmy się ledwo podnosząc nogi do Little Mountain Park okazało się (mimo, że na nawigacji park miał pełno ścieżek i wydawał się taki.. zadbany?), że jest to las deszczowy jak z jakiegoś filmu 😛 Wielkie paprotki, zwalone drzewa, zielone porosty na drzewach.. jak by nikt nigdy tam nie sprzątał (oprócz zrobienia ścieżek).. w takim miejscu widać jak wszystko przemija i że takie drzewo np. które wydaje się całkiem martwe tak naprawdę jest już nowym drzewem, a nawet kilkoma.. nie widać granicy między tym co martwe a co żywe.. wszystko jest ze sobą połączone.. takie to życiowe.. Ale wracając do wyglądu lasu i do tego, że było już całkowicie ciemno i włączyliśmy czołówki, żeby cokolwiek było widać – ciężko było znaleźć jakiekolwiek miejsce do spania.. Po kolejnych kilometrach ku naszemu zdziwieniu znaleźliśmy idealnie płaskie miejsce, blisko ścieżki, ale zarośnięte i w takim miejscu, że pewnie dużo ludzi tędy nie chodzi..

Zasypiało się dziwnie – taka całkowita cisza.. zero wiatru, zero ptaków, tak ciemno że czy się otworzyło oczy czy zamknęło nie było różnicy – tylko czarność 😛 ale spało się bardzo dobrze 🙂 Aż do momentu kiedy po 7:00 rano obudziły Grześka (o dziwo :P) głosy jakichś dziewczyn.. chyba nas zauważyły, ale nic nie powiedziały.. Ale jak za chwilę szły kolejne osoby i jedna z nich stwierdziła „very nice place to camp” stwierdziliśmy, że czas się zbierać 😛 bo i tak już nie pośpimy..

Kolejny trail z powrotem przez miasto zajął nam większość dnia z postojami na jedzenie itd. i kiedy pod wieczór dotarliśmy na zakupy do Freda, zaczęliśmy już obmyślać gdzie tym razem pójdziemy spać, bo tamta miejscówa już spalona 😉 Wtedy podszedł do mnie Tim i zapytał czy czegoś nie potrzebujemy do jedzenia albo coś, czy autostopowicze i gdzie jedziemy.. powiedziałam, że nie dziękuję i że do Olympic National Park, on na to, że tam jest super i powodzenia 🙂 Bardzo sympatycznie 🙂 Za chwilę wrócił zapytać czy chcemy z nim jechać bo jedzie na południe Seattle – no to mamy stopa! 🙂 Tylko dopiero co pisaliśmy ludziom z couchsurfingu, że od jutra byśmy chcieli spać u nich, więc znów by trzeba chodzić i szukać noclegu w lesie 😛 Ale zgodnie z zasadą, żeby mówić życiu TAK (oglądaliście „Jestem na tak” (Yes man) z Jimem Carreyem – świetny film – polecamy :)) stwierdziliśmy, że jakoś to będzie i że bardzo chętnie się z nim zabierzemy 🙂 Tim okazał się przewodnikiem wycieczek po parkach narodowych w USA i dzięki niemu jechaliśmy pierwszy raz na stopa busem.. z przyczepką 🙂 Dowiedzieliśmy się też trochę o różnych parkach i że wszędzie jest super 🙂 widać, że lubi to co robi 🙂

Miał jechać stopem na Alaskę, kiedy znalazł tę pracę 🙂 zresztą stopem też zwiedził pełno miejsc 🙂 Kiedy przejeżdżaliśmy obok Seattle widzieliśmy wieżowce, sławną wieżę widokową i.. pełno namiotów bezdomnych pod autostradami. Naprawdę całe osiedle.. wielkie miasto, a do tego przez cały rok temperatura pewnie powyżej zera.. no cóż.. sami sobie zgotowali ten los.. Dziwne to dla nas, że ktoś wybrał takie życie, trudno nam to zrozumieć, ale kto wie jak byśmy postąpili żyjąc jego życiem.. Jakoś zawsze wierzę, że jak tylko ktoś chce to potrafi wybrnąć ze wszystkich życiowych trudności.. ale może nie chce? może tak woli.. tzn. chce, ale właśnie tak żyć.. tak czy siak jakiś taki smutek wywołuje ten widok.. Na szczęście okazało się, że nie musimy szukać noclegu w tej ogromnej konkurencji namiotowej 😉 bo Timothy się nad nami zlitował i zaproponował nocleg w swoim pokoju.. w hotelu! 🙂 Tym sposobem pierwszy raz na tym wyjeździe spaliśmy w hotelu 😀 na podłodze co prawda, ale jakże wygodnie 🙂 i gorący prysznic i pranie i elektryczność! 🙂 nawet dwa posty się udało wrzucić, ale za to nie za długo się spało 😉

Dostaliśmy nawet butelkę czerwonego wina żeby godnie uczcić pierwszą noc w hotelu 🙂

Jak my się poświęcamy dla Was, żebyście się dowiedzieli co u nas ;D Zjedliśmy sobie też razem kolację i śniadanie z zapasów Tima z poprzedniej wyprawy: mix sałat, awokado, świeża marchewka plus kasza jaglana na kolację (całkiem zdrowo) a bułki z dżemem truskawkowym (pyszny i mało słodki) i masłem orzechowym na śniadanie (normalnie tak nie jemy, ale można zaszaleć 😉 ), a w międzyczasie banany i mieszanka orzeszków 🙂

Super nam się gadało, dużo się dowiedzieliśmy, zrobiliśmy zdjęcia map parków 🙂 Kolejny raz jestem pod wrażeniem jakie mamy szczęście w życiu i jakich wspaniałych ludzi spotykamy na swojej drodze 🙂 Jesteśmy mega wdzięczni! 🙂

Rano Tim zawiózł nas na wyjazd w kierunku Tacoma, gdzie zawiózł nas starszy pan, który też oczywiście kiedyś jeździł stopem 🙂 10000 mil przejechał – wow! 🙂

W Tacoma znów trail przez miasto, tym razem do REI bo stwierdziliśmy, że przyda nam się nowa butla, a obok był wyjazd na autostradę 🙂

Stamtąd zabrał nas kolejny starszy pan, który nam powiedział, że dzięki Polsce i Wałęsie nastąpił przełom i im też się dzięki temu lepiej żyło 🙂 Zawiózł nas do Olympii, gdzie przeszliśmy trochę kilometrów przez park Olympia Woodland Trail, żeby znaleźć miejsce do spania i rozbiliśmy się niedaleko czyjegoś domu i dlatego wstaliśmy o 5:00 rano. Zmęczeni zrobiliśmy trail po kolejnym mieście – Olympia okazała się całkiem całkiem i łapaliśmy stopa dalej 🙂

Znów jechaliśmy na pace pickupa, ale trochę szybciej niż przez Denali Park 😉 Wiatr we włosach, słońce świeci, jest super 🙂 Dotarliśmy do Shelton i znów trail przez kolejne miasto, żeby znaleźć miejsce do spania..

Zrobiliśmy zakupy i wyszliśmy ze sklepu jak już było ciemno, więc poszliśmy do najbliższego lasu, gdzie nie byliśmy pewni czy ktoś nie mieszka.. ale wychodząc stamtąd spotkaliśmy pana, który zapytał czy szukamy miejsca na namiot.. powiedzieliśmy, że tak.. on na to, że mieszka niedaleko nad jeziorem i że tutaj mieszkali wcześniej bezdomni, ale się wyprowadzili w kwietniu i że teraz jest tutaj cicho i bezpiecznie i że może nam pokazać gdzie jest dobre miejsce na namiot. Pan wydał nam się bardzo miły i godny zaufania (w końcu tylko dobrych ludzi spotykamy na swojej drodze :)), więc zgodziliśmy się, żeby nas oprowadził 🙂 z nim nie baliśmy się nawet jak byśmy kogoś spotkali, ale faktycznie nie było nikogo.. tylko śmieci 😛 przynajmniej w pierwszym miejscu, które nam pokazał, więc tam nie chcieliśmy, ale drugie było całkiem OK 🙂 Całkiem cicho, brak ludzi i nie słychać było drogi, dobre miejsce żeby iść spać (najpierw przeszliśmy jeszcze sami kawałek dalej, ale tam była już jakaś firma, więc wróciliśmy w miejsce polecane ;)) Podziękowaliśmy za pomoc i pan poszedł w swoją stronę, a my stwierdziliśmy, że znów trzeba rano wstać wcześnie i się zbierać 😛 Spało nam się bardzo dobrze tylko krótko, ale mam nadzieję, że dziś nadrobimy zaległości 🙂 A dzisiaj po śniadanku i odwiedzinach Walmarta sam zagadał Grześka Mike i nas tutaj przywiózł 🙂

Mamy mega szczęście w życiu i spotykamy samych wspaniałych, pomocnych ludzi 🙂 Jesteśmy wszystkim bardzo wdzięczni 🙂 Mam nadzieję, że któryś z nich to przeczyta 🙂 Bardzo dziękujemy! 🙂 Będziemy dalej przekazywać pozytywną energię, którą otrzymaliśmy 🙂 szerzyć miłość i radość 🙂 teraz i tu 🙂

3200 km w 3 dni i pierwsza przygoda z couchsurfingiem

9 września godz. 9:36 (Kanada/USA)

 

Dzięki Jaredowi przejechaliśmy 3200 km! 🙂 Przywiózł nas do miejscowości Abbotsford, niedaleko Vancouver i pojechał do Seattle. Jesteśmy mu przeogromnie wdzięczni za to jak dużo nam pomógł 🙂 Przez tyle czasu razem można już się trochę poznać i zaprzyjaźnić 🙂 Przytuliliśmy się na pożegnanie, wymieniliśmy kontaktami i.. pojechał.. ale czuję że się jeszcze kiedyś zobaczymy.. może w Kolorado.. i aż tak nie tęsknię 😉

W Abbotsford widać pierwsze różnice między USA a Kanadą:

  • mniejsze samochody i mniejsi ludzie, ale też mniej uśmiechnięci
  • bardzo dużo klonów i pełno czerwonych jesiennych liści
  • gorsze drogi
  • bardzo dużo ludzi ze wschodu: Chiny, Japonia, Indie itd.. co chwilę widać kogoś w turbanie, za to bardzo mało osób ciemnoskórych
  • drogi internet i słaby zasięg w telefonie – taki sam 😉

Szukając noclegu zauważyliśmy też bardzo dużo osób bezdomnych.. w parku miejskim, mimo zakazu biwakowania normalnie na widoku rozstawione kilka wielkich namiotów, pranie się suszy.. Żeby znaleźć miejsce do spania musieliśmy zejść na obrzeża miasta, dalej od supermarketów, bo tam dopiero nie mieliśmy konkurencji 😉 Ceny są trochę niższe niż na Alasce, ale co ciekawe na półce jest jedna cena, a na paragonie inna – bo dopiero po zakupie doliczają podatek i każda prowincja ma inny, np. w Kolumbii Brytyjskiej gdzie byliśmy było to 12%. Grzesiek był trochę zrezygnowany, że napisaliśmy do 9 osób na couchsurfingu i nikt nam nie odpisał, a w dodatku ludzie się na nas za przyjaźnie nie patrzyli 😛 Ale na następny dzień Marek się odezwał, a potem sporo osób podchodziło i zagadywało skąd jesteśmy, gdzie jedziemy i nawet jeden starszy pan dał nam po 5 C$  na coś dobrego 😉 więc dzień wydawał się dużo lepszy 🙂 Kolejny pan nas nawet zaprosił do siebie do samochodu na piwo! i pogaduchy 🙂 A jakiś czas później ten sam pan nas podwiózł połowę drogi do Vancouver, jak staliśmy przy drodze i łapaliśmy stopa 🙂 Potem czekaliśmy i czekaliśmy w Surrey, aż w końcu zabrał nas swoim sportowym samochodem chłopak z Singapuru z jamnikiem Zeus 🙂 Dowiózł nas do stacji podniebnego pociągu (SkyTrain) i dzięki niemu pierwszy raz takim jechaliśmy 🙂

 

Jeszcze się nie dowiedzieliśmy gdzie dokładnie Marek mieszka, ale stwierdziliśmy, że pojedziemy do Downtown i jak wysiedliśmy i napisaliśmy do niego, okazało się, że był parę minut drogi od nas. Trafiliśmy akurat na długi weekend bo 5 września było Święto Pracy i ludzie mieli wolne, więc na ulicach tłumy. Zamieszkaliśmy na 25 piętrze w przytulnym mieszkanku 🙂 Wyprani, wykąpani – mogliśmy ruszyć na podbój miasta (Grzesiek mi nawet obciął grzywkę :D)

Super mieć takiego przewodnika jak Marek, który mieszka już tutaj kilka lat i wie co jest warte zobaczenia 🙂 Miasto w nocy wyglądało naprawdę bardzo ładnie, światełka na drzewach (jak to Marek powiedział „dla turystów”) bardzo mi się podobały, bo wiadomo, że ja lubię światełka 🙂 Ogólnie całe miasto się bardzo świeciło i powiedziałam, że sporo prądu musi na to iść, ale nasz przewodnik powiedział, że w Kolumbii Brytyjskiej praktycznie cały prąd jest z elektrowni wodnej! Vancouver przez ogromne wieżowce robi wrażenie wielkiego miasta, a w rzeczywistości ma tylu mieszkańców co Wrocław, ale powierzchnię dwa razy mniejszą, i stąd te wieżowce.

Dwa najwyższe wieżowce to Shangri-La 201m (59 pięter) i Trump Tower 188m (63 piętra). Dla porównania Sky Tower 206m (51 pięter) – czyli jest wyższy 🙂

Zostaliśmy zaproszeni do najlepszej (wg HappyCow) wegańskiej knajpy w mieście – Meet, chłopaki zjedli burgera z frytkami i surówką, ja miskę z brązowym ryżem, tofu, jarmużem, papryką i surową marchewką, sosem migdałowym 🙂 Mi bardzo smakowało 🙂 Oni mówili, że frytki za tłuste i przypieczone, ale za to piwo bardzo Grześkowi smakowało, mimo że jasne 🙂

Zobaczyliśmy jeden z największych portów w Ameryce Północnej, grający zegar, nocną panoramę miasta, znicz olimpijski, bramę Chinatown i pięknie oświetlone stare miasto. Chinatown jest już teraz dosyć opustoszałe, najprawdopodobniej Chińczycy wyprowadzili się stamtąd, bo zbliżyła się do tego miejsca „dzielnica biedy” (Chinatown ma o sto lat więcej niż Grzegorz).

 

Dzielnicę biedy też poszliśmy zobaczyć.. wygląda przerażająco.. pełno ludzi siedzących przy ulicy.. na dywanach itp.. i jest ich naprawdę bardzo dużo.. i sporo młodych osób z niewidzącym wzrokiem i jakąś kartką, że są biedni, głodni, zimno itd. Jak można upaść aż tak nisko w takim młodym wieku? Bardzo to smutne.. mają ręce i nogi.. mogą wszystko.. a wpadli w szpony narkotyków i już nic nie mogą.. We Wrocławiu nigdy czegoś takiego nie widzieliśmy, ale nie widzieliśmy też tylu chłopaków chodzących za rękę 😉 Vancouver jest bardzo tolerancyjnym miastem dla par niemieszanych i mają tutaj swoją specjalną dzielnicę i co roku wielką imprezę i nawet wtedy zamykają ulicę na jeden dzień.

Jest tutaj podobno najlepsza marihuana, bo taka do celów medycznych, więc co jakiś czas czuć było w okolicy jakąś osobę, którą bolały plecy 😉

Następnego dnia była piękna pogoda, więc poszliśmy zwiedzać Stanley Park – piękny widok na miasto był stamtąd, bardzo dużo ludzi biegało i jeździło na rowerze, dzikie gęsi się pasły jak we Wrocławiu gołębie 😛

 

Wieczorem po drugiej, bardziej dzikiej stronie parku na trzeciej plaży była impreza z bębnami w roli głównej 🙂 Bardzo fajnie i klimatycznie, ocean, światła miasta w oddali, nawet chwilkę się uziemiałam na plaży na boso, bo po zachodzie słońca piasek był już trochę zimny.. widzieliśmy nawet szopa.. no i gigantyczne liście na drzewach, paprotki i kilka wiewiórek.

Vancouver jak na miasto jest naprawdę ładne 🙂 ale może też nasza ocena wzrosła jak zwiedzaliśmy je bez ciężkich plecaków i mieliśmy zapewniony nocleg – kto wie 😉 Po dwóch nocach na zregenerowanie sił opuściliśmy Marka i stwierdziliśmy, że nie będziemy już dalej zwiedzać Kanady bo jest za zimno i wolimy ruszyć na południe 🙂 Fajnie, że spotykamy takich miłych ludzi na swojej drodze 🙂 jak przyjemnie było dla odmiany porozmawiać po polsku 🙂 dowiedzieć się trochę o okolicy bliższej i dalszej (bo Marek też jest podróżnikiem), miło spędzić razem czas i po prostu  odpocząć 🙂 Jesteśmy bardzo wdzięczni i dziękujemy za wszystko! Może się jeszcze kiedyś spotkamy 🙂

Ponieważ ciężko by było się wydostać z Vancouver na stopa, a na nogach chyba nie można było przejść tego przejścia granicznego, postanowiliśmy zainwestować w pociąg – kolejna nowa przygoda 🙂 Pociąg z Vancouver do Bellingham dla dwóch osób z bagażem kosztował nas 32$ (sporo), ale za to komfort psychiczny bezcenny 🙂 Bardzo miła rozmowa z panem z kontroli imigracyjnej, starał się mówić wyraźnie i powoli, zapytał tylko czy w ciągu tej podróży byliśmy w Stanach, czy zaczęliśmy 24 lipca (nie umiał się rozczytać po wcześniejszym kontrolerze ;)) i gdzie jedziemy 🙂 Potem miała być kontrola celna, ale w pociągu na granicy tylko nam zabrali wypełnioną karteczkę, popatrzyli na zdjęcie i zapytali gdzie jedziemy – szybko i bezstresowo 🙂 Zjedliśmy nawet w pociągu wegańskiego, organicznego burgera! i pestki dyni w ostrej salsie – za pieniądze od pana 😉

Z ciekawostek to w Kanadzie mają plastikowe banknoty!, ale my mieliśmy tylko do czynienia z pięciodolarówkami, a za resztę płaciliśmy kartą.

Zainspirowani Markiem kupiliśmy sobie jeszcze Vega One (all in one) i sobie dosypujemy do kaszy i ryżu, zamiast porcji warzyw i owoców, plus dodatkowo antyoksydanty, omega-3 i probiotyki! 🙂 Jesteśmy pod wrażeniem ile można upchnąć do łyżki tego proszku i jaki jest zdrowy. Ale to super receptura opatentowana przez Brendana Braziera – wegańskiego sportowca, Ironmana i dietetyka 🙂 W jednej sipce (45g) są 3 kubki zieleniny: brokuły, jarmuż, spirulina, chlorella, 50% dziennej porcji witamin i minerałów, 27% błonnika, 1,5g omega-3 z siemienia, konopii i saviseed (sacha inchi), jest też mega zdrowa maca, marchew, buraki, pomidory, jabłka, żurawina, pomarańcze, jagody, borówki, truskawki, grzyby shitake, ekstrakt z papai, ekstrakt z pestek winogron, organiczny granat, acai, mangostan, goji, maqui.. a do słodzenia.. stewia! Skład jest naprawdę mega, tak że już żadnych suplementów nie trzeba dodatkowo, a co najważniejsze to jest przepyszne 🙂

Ja piszę, a Grzesiek się właśnie zajada z kaszą jaglaną – bo udało nam się w Kanadzie kupić w końcu paczkowaną, a tutaj wczoraj kupiliśmy organiczną na wagę i gryczaną niepaloną! Wow 🙂 Byłam taka podjarana jak ją zobaczyłam, że aż pani co stała obok i coś sobie ważyła się śmiała ze mnie 🙂 No i ceny warzyw i owoców też już są na szczęście niższe niż na Alasce – banany z kropami były wczoraj za 0,39$/lb! Tak tanio nam się jeszcze nie udało 🙂  Narazie tańsze niż w Polsce były tylko Clifbary (w promocyjnym opakowaniu 1 szt za 1$) i wczoraj woda kokosowa 100%  (pyszna :)), puszka 520 ml za 1$! Wczorajszy dzień upłynął nam na uzupełnianiu zapasów i wędrówce przez miasteczko w tą i z powrotem do noclegu w parku Larabee – około 14 km z ciężkimi plecakami, więc nie było łatwo.. Dzisiaj postaramy się pojechać dalej na południe – kolejny nasz cel to Olympic National Park, a potem odbijemy od wybrzeża w kierunku kolejnych parków narodowych 🙂 Na razie pogoda jest super! W nocy śpimy tylko w jednym śpiworze i koszulce termicznej 🙂 a w dzień chodzimy w krótkim rękawku! 🙂 Chyba w końcu kierujemy się w stronę lata, chociaż tutaj na razie jesienne liście opadają.. Jak my kochamy słońce 🙂 jest tak optymistycznie 🙂 jest ciepło 🙂 błękitne niebo 🙂 wielkie drzewa i paprotki 🙂 zieloność 🙂 pełno ptaków 🙂 tu i teraz 🙂 jest cudownie 🙂 Dziękujemy! 🙂

Miały być ciepłe kraje – a wyszło jak zwykle

3 września godz. 14:26 (Kanada)

Ależ się wczoraj dużo działo.. Grzesiek prowadził pierwszy raz Jeep’a (Grand Cherokee) z automatyczną skrzynią biegów.. i podobało mu się 🙂 (niezłego kopa ma to autko), kolejne życiowe doświadczenie 🙂 Ponieważ bezustannie padało i było zimno postanowiliśmy się.. wykąpać 😛 oczywiście w strojach kąpielowych 🙂 i wyobraźcie sobie, że było bardzo cieplutko 🙂 bo uczyniliśmy to w gorących źródłach 🙂 Naprawdę były w niektórych miejscach tak gorące, że aż trudno było ustać.. tego nam było trzeba 🙂 Wygrzani, trochę popływaliśmy, pomasowaliśmy plecy, posiedzieliśmy, pomedytowaliśmy 🙂

Było super, ale jeszcze trochę zaplanowanej drogi przed nami, więc ruszyliśmy dalej. Po drodze oprócz niekończących się lasów, rzek, jezior i gór spotkaliśmy też całe rodzinki bizonów amerykańskich (buffalo) pasące się spokojnie przy drodze i jak to na krowy przystało mające wszystko gdzieś i w ogóle się nie przejmujące, że jacyś turyści czy tam podróżnicy znów sobie robią z nimi zdjęcia 😉

Zatrzymaliśmy się też przy przepięknym, błękitnym jeziorze, żeby zrobić zdjęcie.. a tam.. sami zobaczcie co..

Trzy niedźwiadki zaczęły zwiewać czym prędzej jak nas usłyszały.. chyba też im się widoczek spodobał 🙂 Był naprawdę wspaniały 🙂 Jadąc dalej nasz kolejny plan dał w łeb 😛 Najpierw w oddali zobaczyliśmy ośnieżone szczyty, mimo że góry wcale nie były aż tak wysokie.. a potem coraz więcej śniegu dookoła nas i na poboczu.. aż w końcu śnieg walący wielkimi płatami, tak że czułam się jakbyśmy byli postaciami ze Star Wars w jakimś statku kosmicznym..

To by było na tyle naszych planów ucieczki do cieplejszych krajów 😉 Nie wiem czy to tutaj normalne na początku września, ale na pewno to pierwszy śnieg w naszym życiu na początku września 😛 To już w maju się zdarzał nawet, ale we wrześniu nigdy 😛 Nawet jak byliśmy w Tatrach wtedy to nam się jakoś zawsze upiekło 🙂 Całe szczęście, że w środku w samochodzie nie pada i jest ciepło 🙂 ale kiedyś wypadało by pójść spać 😉 Jak tylko znaleźliśmy jakąś pustą boczną drogę, zatrzymaliśmy się tam i wsród padającego śniegu w ekspresowym tempie rozbijaliśmy namiot – jesteśmy już w tym ekspertami 😀 Spaliśmy we wszystkich ciuchach łącznie z przeciwdeszczowymi, plus we wszystkich kiszkach 😛 Ale było mi naprawdę bardzo ciepło i przyjemnie po wypiciu ciepłej herbaty, szybko zasnęłam i spałam dobrze i obudził mnie tylko na chwilę tradycyjnie szczekający ptaszek, żeby powiadomić, że to już nowy dzień 🙂 Tym razem umówiliśmy się godzinę później – na 9:00 i zbierając wszystko zastanawialiśmy się jak tam Jared.. On niestety nie spał zbyt dobrze i dopiero przed chwilą porządnie zasnął.. W nocy było słychać zanim zasnęliśmy, że jeździł samochodem, żeby się ugrzał w środku, a rano zobaczyliśmy, że próbował zrobić też ognisko, ale średnio wyszło 😛

Chyba nie był przygotowany na taką zimę w lecie 😉 Zostawiliśmy nasze plecaki i wybraliśmy się na spacer wzdłuż zagadkowej drogi przy której spaliśmy. Przeszliśmy tak prawie 10 kilometrów, bo do końca drogi było niecałe 5, wiał mocno wiatr, ale na szczęście nie padało i jak wracaliśmy to nawet przebłyskiwało słońce przez chmury – jest nadzieja 🙂 Jak tak sobie szliśmy to rozmawialiśmy, że jak by tu nagle teleportować jakiegoś Polaka, to by sobie pomyślał, że to Bieszczady 🙂 Zielono, cicho, spokojnie, niskie góry dookoła, kupy wilków 😉 tylko gigantyczna koniczyna sięgająca mi do pępka mogłaby wzbudzić podejrzenia, że coś tu nie gra 😉

Kanada jest prze-o-grom-na, w całej jej wielkiej przestrzeni rozrzucone są małe miasteczka, średnio co kilkaset kilometrów (przynajmniej tak jest w prowincji Yukon i Kolumbii Brytyjskiej) a pomiędzy nimi każda dziura, żeby nie było pustych przestrzeni pozapychana jest.. lasem.. pod którym rosną sobie większe lub mniejsze góry 🙂 Tego lasu jest tak dużo, mimo że widać dużo spalonych drzew, że aż normalnie się zieleni w oczach.. tak pozytywnie oczywiście 🙂 Super uczucie patrzeć na ciągnący się setkami kilometrów las i tylko od czasu do czasu jakieś budynki 🙂 Nawet jak słońce znów nas nie rozpieszcza i się schowało gdzieś za chmury – jest idealnie 🙂 Jest tak jak widocznie miało być skoro tak jest 🙂

A jak jest?

  • zielono, żółto pomarańczowo, błękitnie i szaro
  • pięknie
  • dziko
  • przestrzeń
  • spokój
  • czas
  • a może już wtedy nie ma czasu – jak jest tu i teraz? kto wie 😉
  • medytacja
  • cieszenie się
  • miłość i radość
  • bycie
  • życie
  • wdzięczność

Dziękujemy! 🙂

Co nam się kojarzy z Alaską?

  1. łosie
  2. szczekający ptaszek
  3. wiewiórki alpejskie, jeżozwierz, ptarmigany, orły, kruki, niedźwiedź czarny, małe myszy 😉
  4. przyjaźni, uśmiechnięci ludzie 🙂
  5. „where are you from”? (skąd jesteście?)
  6. „how are you”? (jak się macie?)
  7. „you are from Holland”? (jesteście z Holandii?)
  8. góry wszędzie dookoła
  9. przestrzeń i cisza
  10. zieloność
  11. rowery i przyczepka
  12. dziury na poboczu
  13. no trespassing
  14. ogromne dzikie róże
  15. samoloty
  16. zapach marihuany
  17. ryk silnika pickupa
  18. gwizd pociągu
  19. close toilet lid
  20. puszka misiowa, specjalne kosze na śmieci i pojemniki na jedzenie
  21. suszarka do prania
  22. leave no trace
  23. wielkie opakowania jedzeniaterazitu.com
  24. Amerykanie chodzący do sklepów w japonkach/klapkach/kaloszach
  25. Clif Bar
  26. lody Ben&Jerry’s i Coconut Bliss
  27. pierwszy lot
  28. zielone i żółte autobusy
  29. rdzenni mieszkańcy Alaski
  30. lodowce
  31. zimno brrr i wiatr
  32. strzelanie
  33. Walmart, Safeway i Fred Mayer
  34. Denali Park
  35. Denali/McKinley
  36. Ptarmigan Lake
  37. jagody
  38. czerwone owocki
  39. Anchorage, Fairbanks, Seward, Wasilla, Healy, North Pole, Delta Junction, Tok
  40. zorza polarna
  41. Kenai Park
  42. kempingi z kibelkiem bez wody i bez prysznica
  43. ryż z soczewicą
  44. mile, stopy itd
  45. dolary, centy, dime
  46. złoto
  47. niebieska lodowcowa rzeka
  48. białe „zielone” światło
  49. wygodne chodniki i ścieżki rowerowe
  50. przyjaźni kierowcy
  51. szerokie, dobre drogi
  52. bardzo szybkie i głośne mówienie
  53. smarkanie w papier toaletowy i ręczniki papierowe (paczka chusteczek w markecie 2 złote a chusteczka po sekundzie do wyrzucenia)
  54. domy z sidingiem, przystrzyżonym trawnikiem i flagą, bez płotu
  55. tryb samolotowy. brak prądu i internetu
  56. poduszki z mchu jak odskocznie
  57. mokre wszystko łącznie z butami
  58. komary
  59. bear spray
  60. magic pants
  61. life is good
  62. „ten plecak jest lepszy niż morele”
  63. „misie pysie kolorowe”
  64. honeymoon
  65. Spenard hostel
  66. backcountry
  67. „nice bikes” i „I like your bikes” (fajne rowery, podobają mi się wasze rowery)
  68. autostop
  69. Alpine trail
  70. Resurrection River
  71. hamak
  72. ognisko
  73. fioletowe tortille
  74. psy jeżdżące obok kierowcy
  75. pęknięta przednia szyba w samochodzie
  76. samochody bez światła, zderzaka, przedniej maski
  77. banany z kropami za darmo/w promocji
  78. puste drogi
  79. ogromna przestrzeń tylko dla nas
  80. Polacy w środku niczego
  81. klucze ptaków lecących na południe
  82. kolorowe liście
  83. ciężarówki over size
  84. duże ilości wojska
  85. drogi internet i ludzie siedzący w marketach z darmowym wi-fi z laptopami
  86. świecące „Open” w oknach

Jak uciekaliśmy przed mrozem..

2 wrzesień, godz. 8:44 (Kanada!)

🙂 Już nawet za Whitehorse 🙂 a wczoraj jeszcze przy zabitych dechami opuszczonych domach (pewnie z czasów gorączki złota) w miejscu gdzie droga odchodziła na lewo do Chicken a prosto do granicy kanadyjskiej. Tylko Jared był na tyle odważny, że zawrócił po nas:) Jak przejeżdżał obok nas powiedziałam Grześkowi, że na pewno się wróci po nas, takie rzeczy się czuje (albo takie osoby się przyciąga) i miałam rację 🙂 Taka to siła przyciągania 🙂 jestem czarodziejką ;D Droga z Delta Junction była na maksa trudna dla autostopowiczów.. 12 i 13 kierowca, który nas zabrał to dwóch miejscowych z psami, którzy jechali tylko kilka km do domu, ale to zawsze coś 🙂 Jeden z nich (archeolog) opowiadał o tym jak znalazł swojego obecnego psa 3 lata temu kiedy jechał do lasu pogrzebać swojego poprzedniego psiego druha.. ten którego znalazł był tak mocno ranny, że też wyglądał jakby niedługo miał przeżyć, a teraz ma już tyle czasu wiernego przyjaciela 🙂 nic się nie dzieje bez przyczyny 🙂 Pan poczęstował nas też w swoim domu w środku lasu wodą z kranu z lodowca, a już prawie nie mieliśmy zapasów 🙂 i miał fajnego kota do głaskania 😉 Kolejny chłopak po czekaniu przez cały dzień zawiózł nas w okolice rzeki, więc tam też na szczęście z wodą nie było problemu 🙂 A stamtąd jak szliśmy z plecakami zabrało nas młode małżeństwo z kamperem, w którym siedzieliśmy bez butów i mieliśmy zapięte pasy 😀 bardzo kulturalnie 🙂 Opowiadali nam, że jadą sobie przez kolorowy las, mało samochodów jeździ, nie ma nikogo.. i nagle.. my! 😛

Zawieźli nas do miejscowości Tok, gdzie nawet był normalny sklep z bananami w promocji i zieleniną 😀

Plusem wyczekiwania cały dzień przy drodze na stopa, kiedy praktycznie nic nie jeździło drogą, a w naszą stronę to już w ogóle 😉 było:

  1. ładna pogoda – przez cały czas świeciło słońce, tylko malutkie chmurki się pojawiały od czasu do czasu 🙂
  2. kontemplacja przyrody 🙂 nawet przy samej drodze – cisza, spokój, śpiew ptaków
  3. nadrobienie zaległości kundelkowych 😉 (ebooki na kindle)
  4. dużo czasu na bycie tu i teraz, uważność, mindfulness, cieszenie się świeżym powietrzem (mimo, że to highway ale praktycznie pusta ;P), słońcem na twarzy, pysznym jedzeniem 🙂

Dzięki temu, że było bezchmurne niebo w nocy było na niebie chyba z milion gwiazd 🙂 i zobaczcie co jeszcze nam się udało doświadczyć 🙂

Aurora borealis/The northern lights/Zorza polarna

Jak zobaczyć zorzę polarną na Alasce w sierpniu?

Trzeba mieć chyba takie szczęście w życiu jak my 🙂 Jest przepiękna, mieniąca się i bardzo ulotna 🙂 Gdyby nie to, że było tak zimno w nocy, że prawie zamarzł nam namiot to moglibyśmy tak stać i się nacieszać widokiem nawet całą noc 🙂 jak to mówią – u nas tego nie masz 😉 Stać sobie w środku nocy na środku autostrady i podziwiać zorzę 🙂 takie rzeczy tylko na Alasce 🙂 To jedna z tych chwil, którą pamięta się całe życie 🙂

Jaką drogę wybrać podróżując autostopem przez Alaskę? Dlaczego nie polecamy autostopowiczom Alaska Highway (nr 2)?

Cały czas pocieszała nas myśl, że jak dojedziemy do miejscowości Tok będzie łatwiej, bo tam łączy się z droga z Anchorage z drogą z Fairbanks i obie kierują się do Kanady.. ale nie było łatwiej 😛 Jesteśmy dzielni i jest to nasza życiowa przygoda i nigdzie nam się nie śpieszy 😉 (no może trochę, żeby nie zamarznąć w okolicy lodowca :P) ale jeśli masz mało czasu i jedziesz poza głównym sezonem turystycznym, to może nie być łatwo 😛 chyba, że slow travel, obozowanie w środku niczego, słuchanie ciszy i śpiewu ptaków, łoś podchodzący w nocy pod sam namiot, dużo czasu na gadanie, czytanie, medytowanie i ogólnie nacieszanie się życiem jest Twoim marzeniem 🙂 wtedy to jest idealna droga dla Ciebie 🙂 Jest to jedna wielka niewiadoma.. gdzie będzie następny sklep, woda, ile się uda dziś przejechać, gdzie będziemy spać 🙂 Spontaniczność na maksa i doświadczenie tego, że życie jest nieprzewidywalne 🙂 i że ma tyle do zaoferowania takim ludzikom jak my 🙂 Jak jest dobra pogoda to nawet z mega ciężką kreaturką na plecach idzie się bardzo przyjemnie 🙂 Zresztą co to znaczy dobra pogoda? 😛 Podobno nie ma złej złej pogody tylko można być źle ubranym 😉 Nawet jak pada, to też jest spoko, tylko mniej rozległe widoki 😉 Nie ma żadnego ciśnienia! 🙂 Jak się to zrozumie, to myślę, że każda życiowa podróż stanie się dużo przyjemniejsza 🙂 Nigdzie nie musimy biec w życiu! (chyba, że chcemy i lubimy :D), nie musimy się śpieszyć, nie musimy się zaharowywać, nic nie musimy.. nawet umrzeć.. po prostu umrzemy.. więc tym bardziej skoro wszystkich nas to czeka, to cieszmy się póki jesteśmy! 🙂 Życie jest proste! Jesteś głodny – zjedz coś, chce Ci się pić – to się napij, jesteś zmęczony – to odpocznij! 🙂 Nie bądź sam dla siebie katem, jak w obozie koncentracyjnym.. Uczymy się na tym wyjeździe kochać i szanować nasze ciało i doceniać, że jest 🙂 Staramy się karmić je najlepiej jak się da, dawać czas na odpoczynek i przede wszystkim dawać głowie odpoczywać! 🙂

Druga noc w Tok była tak zimna, że aż zamarzł nam namiot nad ranem 😛 ale na szczęście w środku w naszych wszystkich workach (zwanych roboczo kiszkami :P) było ciepło i przyjemnie 🙂 Teraz już spaliśmy nawet w docieplającym wewnętrznym śpiworku, oprócz płachty na zewnątrz 🙂 Super, super.. słońce super, gwiazdy też.. ale ten mróz to nie jest to co Napieraj-ki lubią najbardziej, więc bardzo już chcieliśmy się ruszyć gdzieś dalej niż 10 mil dziennie 😛 (na rowerze nam lepiej szło :P) Zaczęliśmy dzień od trailu quadowego nazwanego przez nas – szlakiem spalonych drzew. Jakiś wielki pożar był tutaj jakiś czas temu, bo już poodrastały małe brzózki i było całkiem zielono 🙂 O dziwo było mi aż za gorąco! Słońce grzało, mało cienia, ciężkie plecaki i rzeka z wodą za 5 km! 😛 Kto był w takiej sytuacji, ten wie jak ten czas się wydłuża i jak można kontemplować 😉 Kiedy doszliśmy do Tok River, okazało się, że jest tam też kemping, więc usiedliśmy na ławce, wypiliśmy wysoko-zmineralizowaną (czytaj z mułem rzecznym ;)) herbatę, zjedliśmy owsiankę i ruszyliśmy na podbój szosy 🙂 Zleźliśmy jeszcze parę kilometrów i stanęliśmy w miarę dobrym miejscu, z którego zabrał nas Jack (ze swoim mega sympatycznym amstaffem) parę kilometrów, na skrzyżowanie dróg i pojechał do Chicken. Nie zdecydowaliśmy się tam z nim pojechać, bo skoro na głównej drodze jest masakra, to co dopiero w jakimś kurczaku poza sezonem 😉 Staliśmy i staliśmy i staliśmy i na pewno 90% ludzi jechało do Kanady bo tam nic innego już po drodze nie było (a jechali głównie kamperami), ale z jakiegoś powodu nikt nas nie chciał wziąć 😛 Ale jak zwykle w takiej sytuacji mówiliśmy sobie, że czekamy na właściwą osobę 🙂 bo my nie jeździmy z byle kim 😉 Jak przejechał bordowy Jeep to powiedziałam Grześkowi – zobaczysz, za chwilę po nas wróci.. bo tak jakoś czułam 🙂 Chwila przeciągnęła się jakiś czas, tak że już mieliśmy się powoli zbierać, bo już się robiło zimno, a tu nagle przyjechał Jared 🙂 Chyba już 17 nasz kierowca 🙂 Ale on naprawdę nas wybawił z opresji 🙂 Nie wiem czy nikt nas nie chciał wziąć, bo granica i się bali co wieziemy.. w każdym razie w końcu się udało 🙂 i żeby jeszcze nam podziękować za odwiedziny Alaska przed samym przejazdem przez granicę dała nam prezent 🙂 Zobaczyliśmy niedźwiedzia! przy samej drodze 🙂 czarnego i szybkiego 🙂 tak że tylko parę sekund się nacieszałam widokiem, ale Grzesiek siedząc z przodu widział go dłużej 🙂

Canada Border

Pani na granicy spytała tylko czy nie mamy broni itd., czy pierwszy raz w Kanadzie, a o jedzenie nic, mimo że mieliśmy całą listę tego co wieziemy łącznie z przyprawami. I tak jeszcze 1 września udało się nam dotrzeć do Kanady 🙂 Jared jechał tego dnia do Whitehorse, gdzie dotarliśmy o północy, a według kanadyjskiego czasu – o 1:00 w nocy. Bał się trochę o nasze spanie w namiocie, bo Kanada oprócz pięknych jezior, gór i kolorowych drzew przywitała nas nieustającym deszczem 😛 Wyjechaliśmy w kierunku lotniska na jakąś boczną drogę i poszliśmy spać – Jared w samochodzie, my do naszego domku 🙂 A rano znów razem zwiedzamy Kanadę, ponieważ Jared jedzie do.. Kolorado.. bo tam mieszka 🙂 Aż tak go chyba nie będziemy nadwyrężać 😉 ale już dzięki niemu przejechaliśmy tyle kilometrów, że te ostatnie dni poszły w zapomnienie 🙂 Jak to zwykle bywa, też jeździł stopem po USA i wie jak to jest 🙂 Słucha bardzo fajnej muzyki, a wczoraj nawet słuchaliśmy naszej składanki weselnej, jak się jego muzyka skończyła 😀 Bezcenne – jechać przez Kanadę z nowo poznanym ludziem i słuchać polskiej muzyki. Podobało mu się bardzo Pogodno – Uśmiech się i Domowe melodie – Brzydal 🙂 A teraz sobie jedziemy dalej przez Kanadę, zwiedzamy przez szybę, bo prawie cały czas pada, oglądamy kolorowe liście na drzewach, góry, jeziora.. kto wie może jakiś grizzly się trafi 😉 wybieraliśmy nawet wspólnie trasę, którą chcemy jechać 🙂 Jest bardzo fajnie 🙂 ciepło mimo deszczu, widoki się zmieniają jak w kalejdoskopie, zobaczymy gdzie dziś uda się nam dotrzeć 🙂 Trzeba przyznać, że mamy szczęście do ludzi, których spotykamy na swojej drodze 🙂 Jesteśmy bardzo wdzięczni wszystkim, którzy nam do tej pory pomogli w naszej podróży 🙂 Jak to dobrze być tu i teraz 🙂 dziękujemy! 🙂

Dotarliśmy na biegun północny!

28 sierpień godz. 9:49 (USA)

Delta Junction – koniec, a dla nas początek Alaska Highway i krwiożercze komary 😛 Jedenastym kierowcą, który nas wczoraj zabrał był Eta, młody chłopak, pewnie z 10 lat młodszy od nas, który sam do nas podszedł w miejscu gdzie łapaliśmy stopa 🙂 Słuchał fajnej muzyki i szybko nam zleciało to niecałe 100 mil. Najważniejsze, że udało się nam uciec od deszczu, a może nawet pierwszej na Alasce burzy, bo pierwszy raz słyszeliśmy tu grzmoty. Fairbanks możemy określić jako miasto latające 😛 Pełno lotnisk, samoloty latające tak nisko nad miastem, jakby brzuchem dotykały budynków i lasu, wojskowe myśliwce i.. pełno ptaków! gęsi, żurawi.. całe stada.. Latają sobie kluczami w tą i z powrotem, siedzą gromadami na łące przy markecie.. Miasto się nam pewnie będzie też kojarzyć z przejażdżką autobusem miejskim, bo pierwszy raz korzystaliśmy z jego dobrodziejstw na Alasce. W automacie kupiliśmy za 5$ pakiet 5 żetonów – po jednym na przejazd. Najpierw przejażdżka przez większość miasta w poszukiwaniu butli z gazem, której w kilku marketach nie udało się znaleźć, więc na pocieszenie kupiliśmy pyszną, bezglutenową pizzę z wegańskim żółtym serem 🙂 Była mrożona a w namiocie nie mamy przenośnego piekarnika, więc jakoś trzeba było sobie radzić ;p Normalnie nigdy nie używamy, ale teraz wybawieniem okazała się mikrofalówka w środku supermarketu, w której udało się ugrzać pizzę mimo, że wg google było to niemożliwe 😉 Była ciepła, z ciągnącym się serem, mmm 🙂 Butlę udało się upolować dopiero następnego dnia w REI, czyli w 5 odwiedzonym markecie. Później zrobiliśmy piknik na trawie, bo była piękna słoneczna pogoda. Siedzieliśmy pierwszy raz na bosaka na trawie 🙂 łączyliśmy się z ziemią, żeby się doładować energetycznie ;P a przy okazji opalaliśmy stópki:) Taka fajna chwila odpoczynku teraz i tu:) wykorzystanie chwili na maksa 🙂 A jak znów przyszły chmury ruszyliśmy dalej.. i w międzyczasie skoczyliśmy autobusem na Biegun Północny! żeby odwiedzić Św. Mikołaja :D… taki żarcik 😉 Dotarliśmy do miejscowości North Pole, w której faktycznie ma swój domek Mikołaj i tutaj przychodzą do niego listy od dzieci z całej Ameryki, ponieważ kod pocztowy miejscowości jest oficjalnym kodem pocztowym Mikołaja 🙂 Świąteczny nastrój mają tutaj przez cały rok;p w sklepach są ubrane choinki, wszędzie światełka, lampy uliczne na podobieństwo podłużnych różowo-białych cukierków;p Nie odwiedziliśmy świętego, żeby się nie rozczarować, że nic nie dostaniemy, bo to jeszcze za wcześnie 😉 ale przenocowaliśmy się niedaleko jego domku obok małej rzeczki Thirtymile Slough pośród lasu 🙂 Następnego dnia śniadanko w domku, potem małe co niego w sklepie (lody bananowe z orzechami włoskimi i kawałkami czekolady jednak chyba nr 1! :D) i z samego rana o 17 zaczęliśmy łapać stopa w kierunku Kanady ;P żeby jeszcze zdążyć przed zbliżającą się burzą 🙂 W Delta Junction gdzie dotarliśmy z Eta nie ma zbyt dużo atrakcji, aczkolwiek jak to Grzesiek się śmieje Amerykanie potrafią zrobić biznes ze wszystkiego.. ponieważ ich atrakcją turystyczną jest.. koniec autostrady;p Są tutaj tablice informacyjne, że autostrada była wybudowana do celów militarnych w czasie II Wojny Światowej, jest tutaj pełno maszyn z tamtych czasów… walce drogowe itd.. Są też znaki informujące, że do Los Angeles jeszcze tylko 3336 mil 😉 ale za to na pocieszenie do Kanady 201 mil 🙂 W najbliższym czasie powinno się udać przekroczyć granicę Alaski 🙂 Wczoraj przejeżdżaliśmy obok dużej ilości jezior, ogromnej rzeki Tanana i nieskończonej przestrzeni lasów gdzie tylko okiem sięgnąć… Liście też już zaczynają mieć tutaj różne różniste kolory od zielonych przez żółte do pomarańczowych 🙂 Jest już jesiennie, mało turystów mimo weekendu i mało ludzi na kempingu obok którego przechodziliśmy. Tutaj w okolicy tylko wzgórza, ale z daleka zaczyna już być widać góry 🙂 Jest tak cieplutko, że w nocy pierwszy raz spałam bez skarpetek 😀 pewnie dlatego, że jakby na łóżku wodnym tyle mięciutkich poduszek z mchu mieliśmy pod sobą 🙂 Był to chyba najwygodniejszy nocleg w dziczy jak na razie 🙂 Za to komarów jest tutaj zatrzęsienie, też chyba lubią ciepełko 😉 tam w górach może będzie ich mniej… ale za to pewnie będzie też zimniej… zobaczymy co przyniesie nam ten dzień.. i następne… na razie cieszymy się ciepłem słońca na twarzy 🙂 niebieskim niebiem z małą ilością obłoczków o tak różnych ciekawych kształtach 🙂 śpiewem szczekającego ptaszka, który codziennie nas budzi o 6 rano, żeby nas poinformować, że kolejny piękny dzień się rozpoczął 🙂 kolejny wspaniały dzień dla nas wszystkich 🙂 Dziękujemy! 🙂