Wszystkie wpisy, których autorem jest terazitu.com

Park Narodowy Zion i Anioły kalifornijskie

23. listopada 13:33

Z Yosemite Valley zabrała nas busem para podróżników do Tunnel View, skąd rozpościerała się piękna panorama w kierunku doliny 🙂

Stamtąd zabrała nas przemiła pani w bluzie z Jezusem i dwójką hiszpańskojęzycznych towarzyszy i 3 psami 🙂 Minęliśmy Wawona z wielkimi sekwojami i przekolorowymi jesiennymi drzewami 🙂 a przed wjazdem do Fresno, przejeżdżaliśmy obok przeogromnych łąk z pasącymi się stadami krów, oświetlonymi superksiężycem 🙂

Zostaliśmy dotransportowani już po zmroku do Whole Foodsa, gdzie uzupełniliśmy nasze zapasy jedzenia 🙂 i ku naszej uciesze, odezwał się do nas ktoś z couchsurfingu, że może nas przenocować 😀 jupi!! 🙂 W końcu gorący prysznic 🙂 czekaliśmy więc w markecie na odpowiedź, gdzie nasz wybawiciel mieszka i okazało się to niestety bardzo daleko, a nie wiedzieliśmy czy jakieś autobusy jeżdżą tam o tak późnej porze.. Okazało się że niestety nie.. Było już po 21szej i nijakich szans, żeby zdążyć tam na nogach, ze znów przeładowanymi kreaturkami o jakiejś normalnej porze.. Nasza radość topniała w ekspresowym tempie, ale napisaliśmy czy by Josh po nas nie przyjechał i czekaliśmy godzinę na odpowiedź.. i już prawie mieliśmy iść zrezygnowani szukać jakiegoś miejsca do spania (z myślą.. a już było tak blisko..), kiedy odpisał już po 22giej.. I przyjechał po nas swoim jeepem 🙂 uratowani! 🙂 Pewnie nie zdawał sobie nawet sprawy jak bardzo byliśmy mu wdzięczni 🙂 Gorący prysznic był jak wybawienie 🙂 Ciekawe wieczorne, a raczej nocne rozmowy o zdjęciach i filmach i chyba dopiero po 2giej poszliśmy spać 🙂 Ale pierwszy raz był to prawdziwy couchsurfing, bo spaliśmy na kanapie, a raczej 2 kanapach i pod kocykami 🙂 ja miałam w zeberkę 😀

Następnego dnia korzystając ze słońca i 25°C wybraliśmy się na spacer – bez plecaków! 🙂 do sklepu, po to czego nam jeszcze brakowało, ubrani pierwszy raz w sandałki! krótkie spodenki! a ja w koszulkę na ramiączkach 🙂 Jak tylko zaszło słońce, było znów zimno, ale cieńsze ubranka zaliczone! 🙂 Odwiedziliśmy też Josha w jego przydomowym salonie tatuażu, a w międzyczasie próbowaliśmy wstawić zaległe posty na bloga, ale udało się tylko jeden, bo już więcej nie dałam rady wstrzymywać chęci spania 😛

Rano udaliśmy się wspólnie z Joshem i Bryanem, który z nimi mieszka, na rowerową przejażdżkę po Clovis 🙂 Poranne delikatne słońce, świeże powietrze i to uczucie wiatru na twarzy, które uwielbiam 🙂 czego chcieć więcej? 🙂 do tego zabawne rozmowy i przekolorowe drzewa 🙂 było wspaniale 🙂

Spakowaliśmy się po powrocie, zjedliśmy coś i wyruszyliśmy w trasę.. Po rozmowach z Joshem i analizie pogody, zrezygnowaliśmy z Kings Canyon National Park i Sequoia National Park ze względu na mróz i śnieg, mimo że są tam piękne widoki i świetne szlaki, ale jest tam wyżej niż w Yosemite, bo jest najwyższy szczyt Ameryki Północnej poza Alaską (Mount Whitney – 4421 m n.p.m.) i na pewno jest już tam dużo śniegu, a miało być teraz ochłodzenie i załamanie pogody i napadać jeszcze więcej.. Zrezygnowaliśmy też z Death Valley National Park, ze względu na brak samochodu 😛 bo podobno tam nie ma w ogóle wody, a ciężko byłoby dźwigać jeszcze dodatkowo wodę na kilka dni.. No więc zdecydowaliśmy, że jedziemy w stronę Zion National Park i Grand Canyon.. Od Josha ruszyliśmy autobusem (za 2,5 dolara za 2 osoby) przez miasto, bo jest naprawdę spore i z  kreaturkami chyba cały dzień byśmy przez nie szli, do zjazdu na autostradę.. Stamtąd przemiła młoda meksykanka Suzie wywiozła nas poza miasto i cieszyła się bardzo, że może nam pomóc i porozmawiać i nie myśleć o egzaminie który ją czeka 🙂 Dzięki niej nie mieliśmy problemu ze znalezieniem miejsca do spania, bo przeszliśmy tylko kilkaset metrów i rozłożyliśmy namiot pomiędzy drzewami w sadzie w Selma 🙂

Kolejnego dnia załamała się pogoda i tak bardzo wiało i były chmury, że pół dnia przesiedzieliśmy w Walmarcie i wstawiliśmy zaległy wpis.. Wyszliśmy łapać stopa i bardzo zmarzliśmy przez wiatr, ale nikt nas nie chciał zabrać, tylko jeden chłopak dał nam 3 $ 😛 i pojechał dalej 😛 Zziębnięci poczłapaliśmy z powrotem do Walmarta i za „zarobione” pieniądze kupiliśmy sobie lody 🙂 Ugrzaliśmy się w markecie i poszliśmy spać.. Kolejnego dnia była lepsza pogoda, więc wcześniej zaczęliśmy łapać i udało się.. Kolejny Meksykanin przewiózł nas kawałek do Kingsburg do stacji benzynowej i powiedział, żeby się nie wstydzić i wziąć sobie coś do jedzenia i picia, więc wzięliśmy cztery Clifbary i soczek pomarańczowy i jabłkowy 😀 Stamtąd zabrał nas Armando, który jest azteckim Indianinem 🙂

Przywiózł nas do siebie do domu, dał na pamiątka aztecką piramidę ze świętym olejem, która ma nam przynieść szczęście w podroży i Las Vegas 😉 i zawiózł do.. swojej siostry na ranczo 🙂 Olivia powitała nas jak dawno nie widzianych znajomych i nakarmiła przepysznym meksykańskim burrito z fasolą, tak że prawie pękliśmy 😛 Opowiedziała o swojej rodzinie pokazując zdjęcia, a na koniec oddała nam swoją sypialnię z oddzielną łazienką 🙂

Czy już pisałam kiedyś jakich cudownych ludzi spotykamy na swojej drodze? 🙂 Życie jest takie wspaniałe i pełne miłości i radości 🙂 jesteśmy tacy wdzięczni! 🙂 A rano pierwszy raz w życiu jeździliśmy konno – na przemiłym koniu o imieniu Gator w wieku 21 lat! 🙂 bo to było prawdziwe rancho 😀 przemilaśny czarny kociamber, trzy psy, dwa kucyki, cztery dorosłe konie i jeden młody świeżo przyprowadzony z okolicznych gór i jeszcze nieoswojony, nad którym teraz właśnie Olivia pracuje 🙂

Po przejażdżce i śniadaniu pojechaliśmy do okolicznej buddyjskiej świątyni Mountain Spirit Center z Olivią i jej dwoma wnuczkami, a potem do Subwaya gdzie nam postawiła wegańską kanapkę, a dzieciaki zjadły obiad i lody 🙂 i podrzuciła nas na rozdroże w kierunku Vegas 🙂

Przytulaliśmy się nawet dwa razy, Olivia zrobiła sobie z nami zdjęcie i odjechała 🙂

A my po niedługim na szczęście czasie, bo bardzo wiało, złapaliśmy stopa prosto do Las Vegas 🙂 Przez całą drogę tylko pustynie i pustynie i.. góry 🙂 nie sam piasek tylko pełno drobnych krzaczków i kaktusów, ale wody to tam nie było nigdzie, a rzeki wszystkie powysychane..

Mojave „boneyard” czyli złomowisko samolotów

Najwyższy termometr na świecie w miasteczku Baker

Jukka krótkolistna zwana także drzewem Jozuego (Joshua Tree)

Największa elektrownia słoneczna Ivanpah Solar Plant

W Vegas wylądowaliśmy we Whole Foodsie gdzie było pełno pysznego wegańskiego jedzenia, między innymi lody Coconut Bliss w promocji 😀 więc spróbowaliśmy nowych smaków : miętowych z czekoladą, które były bardzo dobre, ale lepsze były chyba z korzennymi ciasteczkami bezglutenowymi, a najoryginalniejsze w smaku kawowe z macą i kawałkami surowego kakao 🙂

W Vegas odwiedziliśmy tylko rano znak Welcome, przy którym tylko wtedy nie było kolejki, a potem była bardzo długa, a resztę stwierdziliśmy, że odwiedzimy może później jak będziemy wracać z parków.. bo pogoda coraz zimniejsza, więc lepiej najpierw odwiedzić góry, a potem jak będziemy jechać na południe to znów odwiedzimy Vegas, no i zagramy chociaż raz w jakimś kasynie 😀

Z Vegas wydostaliśmy się dzięki Jeremiah, który uratował nas przed deszczem, zawiózł do Walmarta i nawet dalej niż chcieliśmy 🙂 W markecie kupiliśmy sobie pyszne lody brownie z okazji półrocznicy naszego małżeństwa 😀 i grube ciepłe bluzy i rękawiczki, żeby nie zamarznąć (bluzy niezbyt piękne i dużo za szerokie 😛 ale najważniejsze, że ciepłe 🙂 i z kapturem i z kieszonką kangurką) i do kompletu srebrną grubą folię na podłogę do namiotu, żeby od ziemi było cieplej 🙂 Przygotowani na mrozy i oby nie śnieg 😛 dotarliśmy z naszym kierowcą do Hurricane gdzie wciąż padało, ale już słabiej.. i udało nam się chyba ponad 3 tygodnie przeżyć bez deszczu! 🙂 Rekord ponad rekordy 😀 Spod stacji benzynowej było już niedaleko do parku i po chwili zabrała nas pani jadąca do pracy 🙂 Dotarliśmy już po południu, próbowaliśmy się czegoś dowiedzieć w Visitor Center, ale pani Rangers nie była zbyt rozmowna i wcale nie odwzajemniała naszego uśmiechu 😛 Dowiedzieliśmy się tylko, że nie będzie to nasz ulubiony park, jeśli chodzi o spontaniczną przygodę, ponieważ każdy nocleg musi być wcześniej zarezerwowany (z niemałym wyprzedzeniem), nawet ten backcountry.. i że nie można się rozbijać gdzie się chce (tylko chyba w 2 miejscach można, daleko od tego gdzie trafiliśmy) i nie można robić ognisk.. nigdy! pod żadnym pozorem! 😛 A za pozwolenie na nocleg w dziczy płaci się 15 $ a za kemping 20 $.. i że na górze podobno jest już sporo śniegu i.. nie ma wody.. Chwilę posiedzieliśmy nad mapą i doszliśmy do wniosku, że jednak nie zostaniemy tu 7-10 dni, tak jak planowaliśmy.. i nie odpoczniemy tak jak chcieliśmy.. bo nie zarezerwowaliśmy miesiąc wcześniej noclegu 😛 i nie będziemy dźwigać ze sobą galona wody na każdy dzień 😛 W ostatnim momencie się dowiedzieliśmy, że nam przestawili godzinę w nowej strefie czasowej 😛 więc nawet sobie elektroniki nie zdążyliśmy podładować i zamknęli nam Visitor Center 😛 a my poszliśmy na dwór gotować jedzonko i szukać noclegu 🙂 Na szczęście przestało padać, ale było bardzo zimno.. Spaliśmy na zamkniętym kempingu, ale to oznaczało, że znowu trzeba wstać bardzo wcześnie.. Widno zrobiło się jeszcze przed 7:00..

Zjedliśmy coś, poszliśmy do łazienki się umyć i łapaliśmy stopa, bo autobusy jeżdżą tylko w weekendy.. Po chwili zabrało nas 2 chłopaków busem, którzy też jechali do The Grotto 🙂

Po kilku minutach wchodzenia stromo pod górę, zaczęło świecić na nas słońce i w końcu dogrzani – powoli się rozbieraliśmy z kolejnych cebulkowych warstw, a było ich sporo, mimo że mrozu w nocy nie było, ale bardzo mocny wiatr.. Widoki po drodze były przecudne 🙂 mnóstwo barw, czerwono pomarańczowe skały, żółte liście na drzewach, zielone kaktusy i krzaczki.. Jest to faktycznie wyjątkowy park i widoki jakich w Polsce się nigdzie nie zobaczy.. ale.. na szlaku tłum ludzi.. Spodziewaliśmy się większej dzikości.. ale może to przez to, że Święto Dziękczynienia za 2 dni i pewnie mają długi weekend.. Z naszymi ciężkimi kreaturkami na plecach byliśmy dla niektórych wiekszą atrakcją niż krajobrazy.. Ale cóż się dziwić kiedy większość osób sapała gorzej od nas z malutkimi plecakami albo w ogóle bez 😛 Wszyscy byli pod wrażeniem jacy jesteśmy dzielni 😀 i nie mogli uwierzyć dlaczego idziemy z plecakami skoro nie nocujemy na górze 😛 Trudno im tu w Ameryce uwierzyć, że ktoś może nie mieć samochodu i nie jest bezdomny 😛

Udało nam się jakoś doczłapać do rozdroża, na którym zrobiliśmy sobie piknik podziwiając przecudną panoramę dolinki i czekając aż szlak się troszkę wyludni.. bo teraz dalsza część trasy na Angels Landing wiodła wąską przepaścistą ścieżką, przeważnie z łańcuchami.. Śmialiśmy się, że pełno ludzi, którzy zeszli na dół cieszyli się, że przeżyli i byli tacy z siebie dumni, że ho ho 😛 A okazało się, że to dlatego, iż przy wejściu na łańcuchy była tablica z informacją, że od 2004 roku 6 osób nie przeżyło wycieczki tym szlakiem..

W sumie na wejściu na Orlą Perć też powinni coś takiego ustawić, to może część osób wchodząca tam w japonkach albo z malutkimi dziećmi albo lękiem wysokości by się zastanowiła przed wejściem.. bo tablica,  że szlak jest niebezpieczny, powoduje tylko typowo polską reakcję: „Co ja nie wejdę?!” 😛

W końcu na łańcuchach się troszkę przerzedziło, więc ruszyliśmy w kierunku anielskiego lądowiska 🙂 Widoki wspaniałe 🙂 Szlak bardzo ciekawy i miejscami mocno eksponowany i podobny troszkę do Orlej Perci 🙂 ale ogólnie dużo łatwiejszy, tyle że bez takiego wielkiego plecaczora 😛 a z kreaturką przyznaję, że momentami było mi bardzo ciężko, nawet jak podciągałam się za łańcuch albo jak nie było łańcucha i Grzesiek mnie popychał 😛 Jednak 20 kg na plecach robi sporą różnicę 😛 od innego punktu ciężkości, przez trudniejsze utrzymanie równowagi, do ciężkości dźwigania plecaka pod górę po prostu 😛

 

Ale dla widoków na górze warto było 😀 Oprócz przepięknej panoramy na dolinę i rzekę wijącą się dookoła i wysokie kolorowe góry gdzie okiem sięgnąć, zaszczyciły nas swoją obecnością jeszcze.. kondory kalifornijskie 🙂 które przeleciały sobie zaraz obok nas szybując na wietrze 🙂 Tak ogromnych ptaków jeszcze w życiu nie widzieliśmy 🙂 Są większe niż orły i budzą respekt przez ogromne pazury i dzioby 🙂 Są największymi ptakami w Ameryce Północnej, rozpiętość ich skrzydeł dochodzi do 320 cm! 🙂 a waga do 14 kg! 🙂 Składają tylko jedno jajo co dwa lata, które wysiaduje oboje rodziców przez około 50 dni i opiekują się pisklakiem do 8 miesięcy, a żyją do 50 lat! 🙂 Ale są też najrzadszymi ptakami na świecie, a w latach 1987-92 na wolności było tylko 8 sztuk, które wyłapono, żeby je oznaczyć i reintrodukować i teraz jest ich na wolności 156, czyli dalej bardzo mało i niezły mieliśmy fart, że udało nam się je zobaczyć 🙂

Z ciekawostek przez swoją wielkość kondory potrzebują sprzyjających warunków atmosferycznych, żeby w ogóle się wznieść w powietrze i podczas deszczu i pogody bezwietrznej w ogóle nie latają 😛 a poza tym są padlinożerne 😛 Kondory pokrążyły dookoła nas, żeby każdy mógł zrobić zdjęcie i nacieszyć oczy i.. odleciały 🙂 takie troszkę dziwne mają tu te anioły 😉 ale bardzo ładne 🙂 Posiedzieliśmy chwilę na górze, pomedytowaliśmy, nacieszyliśmy oczy, pobyliśmy tu i teraz i schodziliśmy.. a nie było to wcale łatwiejsze niż wchodzenie 😛 ale przynajmniej tłum ludzi był już mniejszy 🙂

Na rozdrożu znów sobie zjedliśmy jedzonko i część trasy schodziliśmy już po ciemku, ale za rozdrożem już był praktycznie wszędzie wybetonowany chodnik, więc spoko 😛 Spaliśmy w dolince niedaleko rzeki, więc mimo skał z jednej strony nas osłaniających było dosyć zimno.. i dzisiaj wejdę jeszcze jednak w kiszkę wewnętrzną 😛 Tam było ciszej niż poprzedniej nocy i mieliśmy znów hotel 1 000 000 gwiazdkowy, dzięki bezchmurnemu niebu i ciemności dookoła 🙂 A rano spotkaliśmy rodzinę mulaków 🙂 5 małych, 5 mam, 4 rogatych tatusiów, z których jeden miał rogi przeogromne 🙂

Dzisiaj zaplanowaliśmy sobie wędrówkę w stronę East Rim, miał być punkt widokowy, ale okazało się, że była by to powtórka z wczoraj, więc poszliśmy do Hidden Canyon, bo czegoś takiego jeszcze nie widzieliśmy 🙂 Droga znów stromo pod górę i niestety tym razem cały czas w cieniu, a w połowie trasy o dziwo znów łańcuchy.. Fajna trasa przy urwisku nad przepaścią 😀 tzn. z jednej strony pięknie rzeźbione skały i przy nich łańcuchy, pod nogami wąska skalista ścieżka i.. przepaść 😉 jak byśmy szli do jakiejś ukrytej buddyjskiej świątyni, a nie do ukrytego kanionu 😉

Widoki na dolinkę znów bardzo ładne i formacje skalne też, do tego ten niesamowity czerwony kolor 🙂 Ukryty kanion był tak dobrze ukryty, że niektórzy ludzie nie wiedzieli w ogóle którędy mają iść 😛 Przez chwilę na rozdrożu poświeciło na nas pierwsze tego dnia słońce, ale schowało się za skalnymi ścianami otaczającymi nas z dwóch stron.. Szliśmy przepięknym tunelem.. po prawej cudnie wyrzeźbiona piaskowcowa ściana w takie wzory, że najlepszy architekt by się nie powstydził, a po lewej omszona zielona skała..

Bardzo fajny kanion, taki różnorodny, wspaniałe kolory i kształty.. a pod stopami.. plaża 😀 i co jakiś czas resztki strumyczka.. Przejścia były momentami takie wąskie, że przed jednym trzeba było zostawić plecaki w skalnej jaskini, bo byśmy się z nimi nie przecisnęli 😛 Było to trochę jak trasa z przeszkodami i kilkoma możliwymi opcjami do wyboru 🙂 a na końcu nawet jeden skalny łuk, jakich już raczej nie zobaczymy więcej przez zimno w Arches National Park..

Bardzo nam się podobało i w porównaniu do wczorajszego szlaku tym szło mało ludzi..  a jak wyszliśmy sobie na górę z widokiem na dolinę, przez większość czasu siedzieliśmy sami 🙂 świetne miejsce 🙂 cisza, piękny widok znad przepaści, tylko słońca brakowało.. ja sobie pisałam, Grzesiek się wspinał, trochę po prostu siedzieliśmy i patrzyliśmy 🙂

Jak to dobrze, że tu jesteśmy 🙂 że jesteśmy 🙂 że mamy zdrowe oczy i widzimy te cudowności 🙂 że możemy tutaj chodzić naszymi nóżkami 🙂 że jesteśmy zdrowi 🙂  że świeci słońce 🙂 ..w sensie nie pada 🙂 że mamy siebie 🙂 że mamy medytację i cieszenie się chwilą 🙂 że mamy miłość i radość 🙂 w każdym naszym kroku 🙂 teraz i tu 🙂 dziękujemy! 🙂

Tańczący z wilkami

12 listopada godz. 16:14

Yosemite jest narazie naszym najulubieńszym parkiem w Ameryce 🙂 W dużym stopniu na pewno przyczyniła się do tego fantastyczna pogoda jaką tutaj mamy nieprzerwanie 10 dzień! 🙂 Jest to absolutny rekord w ciągu naszej podróży! 🙂 Jeszcze się nie zdarzyło, żeby nie padało dłużej niż 7 dni 🙂 a teraz wciąż jest słońce, ewentualnie przykryte delikatną warstwą chmur 🙂 Kolejną noc w Little Yosemite Valley przeżyliśmy dużo lepiej bo zapobiegawczo złożyliśmy maty na pół, żeby nawet jak zejdzie powietrze było w miarę ciepło, ale ponieważ w ten sposób sięgnęły tylko bioder, pod nogi daliśmy wypchane resztą ciuchów i w miarę miękkich rzeczy plecaki.. na to kiszka zewnętrzna, ja w trzech parach skarpetek 😛 dwóch koszulkach na krótki rękawek (czyli wszystkich jakie mam 😛 tych dwóch na ramiączkach już nie zakładałam 😉 ), koszulce termicznej, bluzie, kurtce wiatrówce, czapce, rękawiczkach, getrach, zielonych spodniach i przeciwdeszczowych – a w śpiworze jeszcze kiszka wewnętrzna 😀 Tym razem udało się spokojnie wyspać w cieple bez podkulonych przez całą noc nóg pod korpusik 😛 Nie budziliśmy się też co 30 minut kiedy jeden z boków, na który się akurat obróciliśmy przymarzał i bolał jak reumatyzm 😛 a nogi nie były bardziej zmęczone niż przed spaniem przez podkulanie przez całą noc 😉 Można powiedzieć, że tej nocy udało się nam odpocząć 🙂 i w miarę się zregenerować, więc postanowiliśmy się wybrać dalej w kierunku Merced Lake 🙂 Przeszliśmy może z 10 minut drogi od kempingu i spotkaliśmy pierwszy raz w życiu.. cztery wilki! 🙂 Cała rodzinka przyglądała się nam ze środka ścieżki, którą podążaliśmy, może z 50 metrów przed nami 🙂 po czym dostojnie się oddaliły w swoim kierunku 🙂 Nie pamiętaliśmy już za bardzo jak wygląda dokładnie wilk bo w ZOO byliśmy ostatnio w podstawówce 😛 bo teraz jesteśmy przeciwni tej organizacji i nie chodzimy, gdyż przynajmniej w Polsce niestety nie wygląda to tak jak powinno i z pewnością zwierzęta, które tam przebywają w więzieniu ku uciesze gawiedzi są bardzo nieszczęśliwe.. Może gdyby wyglądało to jak rezerwat i miałyby dużo miejsca i mogłyby zachowywać się naturalnie, a nie chodzić z kąta w kąt klatki to byśmy taki przybytek odwiedzili.. ale nie kojarzę, żeby w Polsce gdzieś tak było.. A zdecydowanie lepiej pokazać dziecku zwierzę w jego naturalnym środowisku, gdzie może się zachowywać jak dzikie zwierzę po prostu.. i kiedy ma ochotę to je, a kiedy chce to śpi, biega, poluje.. Wiadomo.. ochrona zagrożonych gatunków.. ale kto miałby ochotę się rozmnażać w klatce otoczonej przez gapiów.. Zdecydowanie lepsze wyniki w przywracaniu ilości zwierząt zagrożonego gatunku dają rezerwaty, w których po prostu sobie mogą żyć swoim szczęśliwym zwierzęcym życiem, bez ingerencji człowieka, bez myśliwych i kłusowników, którzy to najczęściej przyczyniają się właśnie do zmniejszenia populacji jakiegoś gatunku i bez zabierania ich terenu pod jakieś uprawy itd.. Ale wracając do wilków to wydawało się nam, że są większe 😛 szczególnie że filmach, w których ktoś nagle ląduje wśród krwiożerczych wilków, które tylko czekają żeby go pożreć 😉 są ogromne 😛 Były jak mały owczarek niemiecki, a jak nas zobaczyły i stwierdziły, że idziemy w ich stronę (a miały przewagę liczebną 😛 ) po prostu się oddaliły 🙂 są bardzo piękne i dostojne 🙂 takie idealne psy 🙂 dzikie i samowystarczalne 🙂 Po przejściu jeszcze kawałka polany zrobiło się nam tak ciepło, że aż rozebraliśmy się do krótkiego rękawka i podwinęliśmy spodnie 🙂 Mimo, że szliśmy przez spalony las i narazie tylko drobne krzaczki zdążyły odrosnąć, widoki i tak były przepiękne bo dookoła wysokie i bardzo kolorowe góry, a pomiędzy spalonym lasem co jakiś czas płynęły szemrzące strumyczki 🙂

Poza tym, że spotykaliśmy ptaki i wiewiórki – nie spotkaliśmy żadnej istoty, aż do wodospadu, przy którym zrobiliśmy sobie piknik 🙂

Usiedliśmy na gorących kamiennych płytach, wykąpaliśmy stópki w lodowatej i krystalicznie czystej wodzie wodospadu i.. medytowaliśmy 🙂 Opalaliśmy się, siedzieliśmy, słuchaliśmy szumu wody.. cieszyliśmy się słońcem 🙂 pięknymi widokami 🙂 pysznym jedzonkiem 🙂 delektowaliśmy się chwilą 🙂 Takie momenty podróży lubię najbardziej 🙂 czyli zasłużony odpoczynek 🙂 a w dodatku w pełnym słońcu 🙂 Było chyba ze 20°C ale dla nas zahartowanych mrozem nocy było tak gorąco, że siedzieliśmy nad wodą prawie na golasa 🙂 prawie bo jednak zawsze jest szansa, że ktoś będzie przechodził, a to jednak przy samym szlaku 😉 i za jakiś czas szła jedna dziewczyna.. ale zebraliśmy się dużo później i już w ciągu tego dnia nie spotkaliśmy nikogo.. Droga była długo i pod górę, ale widoki zachwycały 🙂 z daleka (na szczęście) ośnieżone szczyty gór, w dole przepiękna dolina, kolorowe liście na drzewach, wszędzie małe wodospady.. i cisza.. i brak ludzi.. i tu i teraz.. „każdy krok niesie pokój”.. każdy wypełniony miłością i radością 🙂 i ogromną wdzięcznością 🙂 za to gdzie jesteśmy 🙂 że mamy nogi 🙂 mamy oczy 🙂 że jesteśmy tu i teraz 🙂 mimo, że plecy pękają pod ciężarem plecaka, że nogi z każdym krokiem też coraz bardziej zmęczone.. że słońce po jakimś czasie znika za górami i w tej sekundzie robi się bardzo zimno, mimo że cały czas idziemy pod górę 😛 Bo jak się jest w cieniu, nawet w dzień jest bardzo zimno, w słońcu gorąco (ale tylko między 11stą a 15stą, a w nocy.. lodowato 😛 Na wysokości 2070 m przywitał nas pierwszy lód! a 100 m wyżej pierwszy śnieg 😛 na szczęście tylko jego pozostałości 😉

Do jeziora doszliśmy już po zmroku, a kemping był na jego drugim brzegu, więc tam doszliśmy całkiem po ciemku.. Tego dnia przeszliśmy prawie 17 km 🙂 Całkiem niezły wynik jak na takie wysokie góry 🙂 Tej nocy spaliśmy na wysokości ponad 2200 m 🙂 (nasz rekord życiowy) ale o dziwo, było cieplej niż na poprzednim kempingu 🙂 a wszystko dzięki wspaniałej grubej warstewce igieł sekwoi pod naszym namiotem 🙂 jaka cudowna izolacja 🙂 Ale zestaw spankowy taki jak dzień wcześniej, aczkolwiek było mi naprawdę bardzo ciepło 🙂 Myśleliśmy, że będziemy sami, ale podczas czytania kundelka Teofila na dobranoc, dotarło jeszcze dwóch piechurów.. Rano odwiedziliśmy Merced Lake oświetlone słońcem 🙂 chwilę je podziwialiśmy – a było co 🙂 bo jest to przepiękne jezioro otoczone górami i drzewami 🙂 i ruszyliśmy dalej..

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

Tego dnia przeciążone plecy pozwoliły nam dojść tylko do opuszczonej chatki Rangersów (niecałe 4 km) i tam opalaliśmy się na słońcu i medytowaliśmy 🙂 a jak zrobiło się zimno ogrzewaliśmy się przy ognisku 🙂

Czy już pisałam jak uwielbiam ogniska? 🙂 Ugrzani ciepełkiem poszliśmy spać do naszykowanego spanka, ale nie była to komfortowa noc.. może przez to, że blisko rzeki, bo namiot na grubej trawie, a było tak zimno, że mało co spaliśmy.. i pierwszy raz podczas naszej podróży spaliśmy.. w butach! 😛 mimo 3 par skarpetek (u mnie, u Grześka dwóch) i 3 kiszek stopy w ogóle nie chciały się ogrzać, mimo podkulenia pod korpusik 😛 było tak zimno, że nie dało się spać.. a po założeniu butów i wejściu do wszystkich kiszek stopy się troszeczkę ugrzały.. i na jakiś czas zasnęliśmy.. Ale był to punkt zwrotny naszej podróży po Yosemite i zmiany decyzji co do dalszego kierunku podróży.. Chcieliśmy zobaczyć Tuolumne Meadows – podobno bardzo piękne miejsce, a na zimę jest tam zamknięta droga dojazdowa i można dojść tylko szlakiem pieszym z Yosemite Valley 44 km w jedną stronę.. ale łąka jest na wysokości 2600 metrów, a po drodze Vogelsang High Sierra Camp na 3100 metrów.. i prawdopodobnie jest tam śnieg.. skoro już na niecałych 2300 metrów było tak zimno w nocy, to tam nie będzie lepiej 😉 a my już więcej ciuchów nie mamy 😛 nawet kurtki puchowej, i cieniutkie czapki i rękawiczki i buty poniżej kostki i brak szalika.. Stwierdziliśmy, że nie będziemy się na to porywać, bo jesteśmy niestety nieprzygotowani na taką pogodę i jak się później okazało – była to bardzo słuszna decyzja 🙂 Ale może kiedyś wrócimy tu latem 😉 chociaż pewnie nie, bo wtedy na pewno jest tutaj dziki tłum 😛 a teraz było idealnie 🙂 czyli oprócz nas praktycznie nikogo 🙂 pewnie wszyscy byli wybierać Trumpa 😉 Kolejnego dnia zanim odtajaliśmy po mroźnej nocy ruszyliśmy na szlak dopiero po 14stej.. dzień był pochmurny, więc słońce nas nie dogrzało 😛 ale jak to zawsze sobie mówimy na pocieszenie: najważniejsze, że nie pada ;P

Przez cały dzień drogi w kierunku Half Dome nie spotkaliśmy nikogo.. tylko ptaki i wiewiórki 🙂 pełno wiewiórek! a najsłodsze te najmniejsze, które wyglądają jak dzidzie wiewiórek 🙂 takie mikroskopijne i baardzo szybko biegające 🙂 Widoki w dalszym ciągu przepiękne 🙂 cisza 🙂 spokój 🙂 zapach gorących igieł (jeden z moich najulubieńszych 🙂 ), żywicowych szyszek (jest ich tutaj zatrzęsienie!), wiatr na twarzy 🙂 czego chcieć więcej? 🙂

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

Zbliżała się pora na spanie tego dnia, ale nauczeni ubiegłym noclegiem chcieliśmy znaleźć miejsce z dala od rzeki i na podściółce z igieł (jak najgrubszej) 🙂 Udało się znaleźć tak fajne miejsce, że rano już po 8:00 opalaliśmy się w namiocie 🙂 bo akurat świeciło na niego słońce 🙂 zasiedzieliśmy się do południa, więc tego dnia nie przeszliśmy bardzo daleko, tylko 7 km tak jak wczoraj, a i to tylko dlatego aż tak dużo, że znalezienie noclegu nie było łatwe, żeby było ciepło w nocy, bo trafił się akurat spalony las, więc była goła ziemia i nie chciał się skończyć..

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

Nocleg rozkładaliśmy już po ciemku (czyli około 18tej 😛 ) na dosyć grubych igłach, odeszliśmy od rzeki za górkę, żeby nas osłaniała i na wszelki wypadek obłożyliśmy namiot dookoła iglastymi gałązkami znalezionymi na ziemi, żeby osłonić się przed wiatrem 🙂 Noc była ciepła i spokojna 🙂 a rano nawet słońce zaświeciło nam w namiot 🙂

Wstaliśmy tym razem dosyć wcześnie, bo tego dnia mieliśmy ambitny cel – Half Dome 🙂 Chcieliśmy dojść do skrzyżowania pod górą, zostawić tam plecaki i pójść stromo pod górę ostatnie kilometry już na lekko.. ale przy skrzyżowaniu tablica informowała, że lepiej tam nie zostawiać plecaków (czyli nie tylko my wpadliśmy na ten pomysł? 😛 ), bo grasuje tam sporo misiów i są nimi bardzo zainteresowane 😛 Chcąc nie chcąc wdrapywaliśmy się pod górę z pełnym obciążeniem.. żeby odciążyć trochę Grześka plecy tym razem ja niosłam namiot i.. ledwo przeżyłam ;P Nie no oczywiście żartuję.. wiadomo, że jestem dzielna i co mi tam 3 kg w tą czy w tą 😉 Już po drodze widoki były wspaniałe, więc spodziewaliśmy się, że na szczycie będzie przepięknie 🙂

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

Dopiero pod kulminacyjnym wejściem gołą skałą zostawiliśmy plecaki i szliśmy bez niczego, ponieważ były już na zimę zdjęte poręcze ułatwiające wejście, więc lepiej było być bez plecaków, żeby łatwiej było utrzymać równowagę 🙂 Prawie na sam wierzchołek były.. schody 😛 (niedługo pewnie będzie winda 😉 ), tylko ostatnie metry to goła skała z granitu, ale szorstka i tylko miejscami z drobnymi kamyczkami, które można było ominąć.. 🙂 Jak lekko bez plecaków.. jak byśmy latali! 🙂 ani się nie obejrzeliśmy i już wspięliśmy się wyżej niż kiedykolwiek w naszym życiu – 2571 metrów! 🙂

A na szczycie słońce, wspaniałe widoki dookoła i jeszcze wyżej można było wejść po.. drucie zawieszonym wzdłuż prawie pionowej skały.. nawet próbowaliśmy kawałek, ale skała była tak wyślizgana, że + nasze też już baaardzo wyślizgane podeszwy butów = duży poślizg 😛 więc daliśmy spokój.. i siedzieliśmy sobie i medytowaliśmy ciesząc się szczytem, który nam się udało zdobyć i pogodą, która nam na to pozwoliła 🙂

I zgadnijcie kogo spotkaliśmy.. chłopaka z UK jadącego na rowerze 😀 tego z pralni, którego już wcześniej spotykaliśmy.. świat jest mały.. poczuliśmy się jak starzy znajomi 😉 Wróciliśmy po plecaki i dotarliśmy do kempingu Little Yosemite Valley po ciemku..

W nocy znów igły pod namiotem i gałązki dookoła, więc było ciepło 🙂 a w dzień postanowiliśmy odpocząć trochę nad rzeką przy kempingu, wyprać chociaż spodnie, które były całe usmolone spalonym lasem i uklejone żywicą 😛 i umyć włosy 🙂 Wyczyn był to nie lada, bo woda prosto z rzeki była tak lodowata jak ta pod darmowym prysznicem na kempingu w Cisnej 😛 ale tam się nie odważyłam na mycie włosów 😛 a tu nie było innego wyjścia 😉 Głowa mi prawie odpadła – tak bolała jak Grzesiek polewał mi włosy wodą prosto z rzeki 😛 ale na szczęście słońce świeciło tak mocno, że włosy wyschły mi chyba w niecałą godzinę 🙂 i jeszcze ten drobniuteńki piaseczek na plaży przy rzece pod gołymi stopami 😀 warto było! 🙂 Na pewno lepiej niż by nam było na plaży w LA 😉 Można powiedzieć, że plaża w Kalifornii zaliczona ;D Cisza, spokój, szum strumienia.. tylko my.. i.. wilki.. dwa.. które postanowiły podejść pod nasze plecaki.. ze 3 kroki od nas! 🙂 ale nic do jedzenia nie było na wierzchu, więc patrol poszedł dalej w las 😛

Spodnie niestety nie zdążyły wyschnąć, więc założyliśmy mokre i ugrzewaliśmy je przy wieczornym ognisku 🙂 przy którym towarzyszył nam Paweł.. z Czech 🙂 On przeszedł taką trasę, jaką my planowaliśmy i dzięki niemu dowiedzieliśmy się, że dobrze, że tam nie poszliśmy 😛 Śnieg był taki, że ma całe mokre buty (dużo wyższe niż nasze) i skarpetki, a normalnie ludzie chodzili tam na rakietach śnieżnych 😛 A widoków na łące nie widział, bo była noc, a tam nie można było spać, więc szedł dalej 😛 Zmęczony poszedł spać, my jeszcze trochę się pogrzaliśmy, dogasiliśmy ognisko i też spaliśmy 🙂 Kolejnego dnia kiedy schodziliśmy na dół spotkaliśmy baardzo dużo ludzi.. w końcu to popularny szlak, jeśli się go nie idzie po ciemku 😛

Zobaczyliśmy wodospad Nevada, który był naprawdę urodziwy, ale był przy nim taki tłum, mimo że to już nie sezon i jesień i nawet nie weekend, że stwierdziliśmy, że nasza rzeczka z wilkami jednak nam się dużo bardziej podobała 😉 bo wiadomo, że medytować można nawet w środku ruchliwego miasta, ale my jednak wolimy wśród ciszy i dzikości 🙂 Przy Vernal Fall ukazała się nam nawet tęcza 🙂 ale za długo tam nie posiedzieliśmy bo było już zimno i śmigaliśmy na dół, żeby zdążyć do Visitor Center przed 17stą oddać puszki misiowe 🙂

Chcieliśmy wysłać rodzince info, że żyjemy, ale przemiły pan od puszek nie dał nam hasła do wifi bo jest prywatne.. heh.. i tak życzymy mu wszystkiego dobrego.. i żeby był szczęśliwszy w swoim życiu.. bo za każdym razem jak go widzimy ma skwaszoną minę 😛 Internetu brak.. jest telefon stacjonarny z możliwością zadzwonienia za granicę za 1 $ za 2 minuty! 😛 ale biorąc pod uwagę, że u nas była już 17sta w Polsce była już 26sta 😛 więc żeby nie spowodować zawału rodzicielom stwierdziliśmy, że zadzwonimy rano 🙂 i poszliśmy na zakupy do supermarketu 😛 Banany sztuka za 2 zł, awokado za 8zł, Clifbary za 8zł, czekolada gorzka z malinami (88 gram!) za 15zł, czipsy z fioletowej organicznej kukurydzy za 16zł, masło orzechowe 100% 18zł, a ryż brązowy niecałe pół kilo za 6zł.. więc kupiliśmy kilka paczek bo tak tanio 😛 Nie poszalejemy z naszym weganizmem tutaj 😛 żeby nie zbankrutować trzeba jechać do miasta zrobić zakupy 😛 Noc w dolinie była taka ciepła, że spaliśmy tylko w jednym śpiworze! bez kurtek i spodni przeciwdeszczowych i ja tylko w dwóch parach skarpetek 😀 Rano się okazało, że nie da się zadzwonić z budki.. pewnie można tylko na stacjonarne.. a nie ma zasięgu, żeby wysłać sms.. heh.. dobrze, że po drodze ze sklepu zobaczyliśmy szczegółową mapę, na której było zaznaczone, że darmowe wifi jest przy delikatesach (w remoncie 😛 ) i w bibliotece 🙂 jest nadzieja 😀 Okazało się, że biblioteka jest czynna we wtorek, środę i czwartek ze 4 godziny 😛 a jest piątek.. Kartka na drzwiach, że darmowe wifi, hasła brak.. heh.. na szczęście za budynkiem Grzesiek zdobył hasło od siedzącej tam pary 🙂 Uratowani! 🙂 Wysłane maile do domku, odpowiedzi na bloga.. i zamarznięci na tyle, że idziemy spać w to samo miejsce 🙂 Kemping o dziwo tylko za 6 $ za osobę (oczywiście bez prysznica), ale pełny i.. śmierdzący grillem! i taki hałas, że chyba byśmy nie zasnęli, więc poszliśmy spać tradycyjnie do lasu 🙂 ciepło, miło i przyjemnie 🙂 i cicho 🙂 i świeże powietrze 🙂

A dzisiaj udało się dostać do pralni, gdzie siedzimy większość dnia, bo jest ciepło, zrobiliśmy pranie (spodnie najpierw trzeba było wyszorować mydłem i gąbką bo były czarne a nie zielone 😛 ) i suszenie za 2$, a do tego umyliśmy sobie za darmo włosy 🙂 Niestety dalej tylko kocie mycie w umywalce nam zostało, mimo że udało nam się nawet wypłacić pieniądze w bankomacie (opłata za wypłatę 4$, przez ostatni miesiąc nie udało nam się znaleźć bankomatu, który nie pobiera opłaty), bo prysznic za jedną osobę (a nie da się pójść razem bo oddzielnie damski i męski i jest koło hotelu, więc na pewno jakiś cerber pilnuje 😉 ) kosztuje skromne 5$! ktoś chyba upadł na głowę.. spróbujemy szczęścia znów z CS tym razem we Fresno i może się uda wyszorować porządnie pod gorącym prysznicem 🙂 a narazie zimna woda w umywalce na kempingu, ale przynajmniej za darmo 😉 Jutro wyruszamy dalej uzupełnić zapasy, a potem Kings Canyon i Sequoia National Park jeśli pogoda pozwoli, a jeśli nie to cieplejsze strony czyli Death Valley itd.. zobaczymy co przyniesie nam życie 🙂 Narazie cieszymy się bardzo, że jesteśmy w Yosemite 🙂 jest tu przepięknie i codziennie jest słońce 🙂 a w nocy już nie zamarzamy 🙂 jest czyste powietrze 🙂 czysta woda 🙂 szurające pod nogami, pachnące jesienią żółte liście 🙂 jelenie wylegujące się na łąkach 🙂 najdłuższy w Ameryce Północnej wodospad 🙂 robiące wrażenie góry 🙂 cisza i spokój bo już mało turystów 🙂 czas, żeby odpocząć 🙂 cieszyć się chwilą 🙂 delektować się 🙂 celebrować 🙂 świętować 🙂 medytować 🙂 być tu i teraz 🙂 razem 🙂 dziękujemy! 🙂

Słoneczne Yosemite

3 listopad 14:52

Z Novato zabrała nas na stopa kolejna kobieta Shila (ale te kobiety są tutaj dzielne 😀 ), która nas podwiozła w ogóle nie jadąc do San Francisco bo jak to powiedziała szkoda jej się nas zrobiło, że już się niedługo ściemnia a w dodatku pada 😛 Poczłapaliśmy w deszczu i we mgle i można powiedzieć, że spaliśmy pod mostem 😉 ale nie byle jakim bo Golden Gate Bridge 😀

Jak się kładliśmy spać to go w ogóle nie było widać, ale jak wstaliśmy o 6 rano i było jeszcze ciemno, mgła opadła i poprawiła się widoczność, tak że powitał nas piękny widok oświetlonego mostu, miasta i gwiazd na niebie i dopiero przy takim świetle most wyglądał na złoty, bo w dzień jest ciemnoczerwony..

Kiedy przechodziliśmy przez most, który ma prawie 3 km długości widzieliśmy delfiny 🙂 kilka helikopterów i pływające dookoła wojskowe motorówki z.. karabinami maszynowymi 😛 od razu poczuliśmy się bezpieczniej z taką obstawą 😉 i zastanawialiśmy się nawet czy nie kręcą akurat jakiegoś filmu ;P ale chyba nie..

Alcatraz, które było widać w oddali też już nie pełni swojej dawnej funkcji więzienia, więc raczej nikt nie uciekł 😉 Ileż paliwa zużywają takie motorówki, które pływają tam wkoło tak długo.. ile oni pieniędzy marnują na wojsko.. ręce opadają.. Ale skoro Amerykanie się czują dzięki temu bezpieczniej to niech płacą na to podatki jak chcą 😛

Przez San Francisco przyjechaliśmy darmowym autobusem, żeby pooglądać chociaż przez szybę Downtown 🙂 ale jak to duże miasto nie zrobiło na nas wrażenia 😛

Może byśmy pozwiedzali wegańskie knajpy bo podobno według Happycow są najlepsze na świecie, ale nikt z couchsurfingów nas nie chciał, a noclegi podobno tam są (nawet jak na Amerykę:P) mega drogie.. My spaliśmy za darmo pod mostem i się nie musieliśmy przekonywać jakie są ceny.. Kemping co prawda kosztował 25 $ za miejsce (taniocha 😉 ) i był nawet bez wody pitnej, nie mówiąc o prysznicu 😛 ale przyszliśmy już jak było późno i nie było komu płacić, a wyszliśmy zanim się zrobiło widno.. miejsce było jak na nasze tradycyjne noclegi bardzo równe i w żadną stronę się nie staczaliśmy 😛 ale Grześka budził ocean, bo były wielkie fale i był bardzo głośny, więc jakoś super się nie wyspaliśmy 😛 Spodziewaliśmy się czegoś więcej po tym couchsurfingu, ale niestety jeżdżąc na stopa nie jesteśmy w stanie się zapowiedzieć z tygodniowym wyprzedzeniem 😛 bo nie wiemy nawet gdzie dotrzemy jutro 😛 A jak nam napisał jeden Polak (który tak czy siak nas nie przygarnął, bo miał się zapytać współlokatorów czy może, a w końcu tego nie zrobił) normalnie by nawet nie przeczytał tego co napisaliśmy, bo on czyta tylko pytania ludzi z minimum 5 referencjami.. ale spoko wyglądamy.. hmm.. czyli to, że przez 3 miesiące sobie sami radziliśmy i nie żerowaliśmy na cudzej gościnności i tylko dwa razy u kogoś spaliśmy jest naszym minusem.. no cóż.. nie tak sobie wyobrażaliśmy ideę tego serwisu.. dobrze, że część ludzi nam chociaż odpisuje, że nie mogą bo coś tam.. ale większość albo nic nie pisze albo nas po prostu skreśla bez przyczyny.. Szkoda, że nie zapisaliśmy się przed wyjazdem do Servasu, bo to chyba trochę lepiej działa, ale mieliśmy nadzieję że couchsurfing będzie w porządku.. Grześ nam trochę podpowiedział, więc może dzięki niemu jeszcze uda się jakiś nocleg prze cs, ale ogólnie słabo.. Nie mieliśmy ochoty szukać noclegu w San Francisco na dziko, bo to by było chyba ponad nasze siły, więc po przejechaniu miasta autobusem zaczęliśmy łapać stopa do Oakland.. Kiedy staliśmy przy wyjeździe z miasta z kartką podeszła do nas z pretensjami pewna murzynka, że zabieramy jej miejsce 😛 (miała kartkę jak wszyscy bezdomni w stylu: jestem głodna i biedna.. niech wam Bóg błogosławi..), ale jak zobaczyła, że chcemy tylko wyjechać z miasta to życzyła nam powodzenia 😉 Stamtąd zabrała nas kolejna dziewczyna! z psem i po 10 km trailu przez miasto i przez park dotarliśmy w końcu do kempingu.. który okazał się monitorowanym miejscem z kilkoma drewnianymi domkami, oczywiście bez wody.. prawie się rozłożyliśmy pod samą kamerą 😛 taka była mgła.. Ale w końcu odeszliśmy kawałek i spaliśmy w dosyć spokojnym miejscu, a poszliśmy spać już o 4 rano 😛 tyle czasu nam zajęło chodzenie przez ten park po ciemku, we mgle i stromo pod górę..

Pospaliśmy kilka godzin i ruszyliśmy dalej.. przez Redwood Regional Park (przypominał nam trochę podwrocławską Ślężę 🙂 ) jego niezliczonymi górzystymi ścieżkami 🙂 bardzo fajne miejsce.. ścieżki rowerowe, szlaki piesze, miejsce na piknik, bezpłatne kibelki.. Sporo ludzi korzystało z jego dobrodziejstw, ale był akurat weekend.. i całkiem fajna pogoda 🙂

Kolejnym miejscem, do którego zabrał na starszy Pan, który miał rodzinę w Niemczech, więc nawet kojarzył gdzie jest Polska 😀 było Castro Valley.. Tam szliśmy tylko około 6 km do miejsca na nocleg i poszliśmy spać dużo szybciej 🙂 Odprowadził nas tam bardzo sympatyczny piesek, którego się mocno wystraszyliśmy po ciemku, że do nas biegnie 😛 a on po prostu chciał nam towarzyszyć i żeby go głaskać 🙂 a jak już zrobiliśmy kolację w namiocie, tak bardzo chciał z nami spać, że aż próbował zrobić podkop 😛 ale w końcu poszedł spać i my też 🙂 Przeszliśmy przez miasto do drugiego Safewaya, ale tam też nie było jedzenia na wagę, więc łapaliśmy stopa do Whole Foodsa gdzie zawiozła nas bardzo sympatyczna meksykańska rodzinka 🙂 Siedzieliśmy z tyłu obok małej dziewczynki, która cały czas oglądała jakieś straszne filmy o olbrzymich pająkach 😛 a jak jej się tata zapytał co ogląda powiedziała że Spidermana 😛 ach te dzieci 😉 Whole Foods nas nie zawiódł i uzupełniliśmy zapasy przed wjazdem do kolejnego parku i przesiedzieliśmy Halloween doładowując telefony, komputer itd. 😛 Market oczywiście ustrojony w pajęczyny, pająki, dynie itp. Pełno poprzebieranych ludzi, ale nie widzieliśmy akcji jak dzieci chodziły po domach.. My świętowaliśmy Halloween i 100 dni naszej podróży przy kubku wegańskich, waniliowych, organicznych i bezcukrowych lodów Coconut-Bliss 🙂 Były pyszne, ale na razie nasze ulubione były czekoladowe z orzechami włoskimi i bezglutenowymi ciasteczkami brownie też tej firmy 🙂 Amerykańskie dekoracje na Halloween wyglądają przeróżnie.. co dom to inny pomysł..

Mi się najbardziej podobają te ekologiczne czyli powycinane dynie 🙂 no i czarne koty też są fajne 😀 poza tym pełno kościotrupów, nagrobków itd. co już mi się zdecydowanie mniej podoba 😛 chyba, że jest to szkielet na przykład psa (a zdarzają się 😛 ) to wygląda spoko – jak na anatomii 😉 fajne też są wszelkie światełka, bo ja bardzo lubię 🙂 a najgorsze są poodrywane ręce, głowy itp.. oczywiście wtedy wszystko to plastikowy szmelc z Chin tak jak plastikowe dynie.. jakby zwykłej nie można było kupić.. jeśli ktoś nawet nie umie wycinać to pomalowanie markerem i tak jest bardziej ekologiczne niż plastik.. a tych dekoracji mają tutaj przeogromne ilości.. ciekawe ile średnio każda rodzina traci na to co roku pieniędzy.. i ile niepotrzebnych śmieci przybywa.. O naszym polskim dniu Wszystkich Świętych nie mają pojęcia nawet ci którzy mają polskie korzenie.. ale jak opowiadamy jak to wygląda przyznają, że to bardzo fajny zwyczaj.. Tutaj nie zobaczymy na cmentarzu ani jednego światełka, bo są zakazane przez zagrożenie pożarowe.. Zawsze lubiłam widok cmentarza wieczorem 1 listopada w Polsce (pierwszy raz go nie zobaczę) mówiłam wtedy wszystkim, że dużo światła = dużo miłości.. każdy w końcu przynosi jakąś lampkę temu kogo kocha 🙂 i wspomina jaki to wspaniały człowiek, opowiada dzieciom, wnukom 🙂 Wiadomo, że można to święto obchodzić różnie.. My z Grześkiem zawsze kupowaliśmy szklane znicze z metalową przykrywką (żeby było ekologicznie bo ile ton śmieci ląduje po tym dniu w koszu chyba każdy widział) i wspominaliśmy najlepsze chwilę z tymi, których pamiętamy, a niestety nie ma ich już z nami.. Ale wiadomo że każdego z nas to kiedyś czeka.. śpieszmy się kochać ludzi – tak szybko odchodzą.. i śpieszmy się kochać życie i każdą chwilę, bo nie wiadomo kiedy my odejdziemy.. W Meksyku mają podobno takie święto jak w Polsce, ale oni przynoszą na groby jedzenie i picie, które dana osoba lubiła na przykład tequilę 😛

W Dublin spaliśmy na górce z widokiem na oświetlone całe miasto i wielkie więzienie 😛 nawet nie wiało aż tak jak się spodziewaliśmy, ale błoto było zacne 😛 wyglądaliśmy jakbyśmy już wrócili z Yosemite, a nie dopiero jechali 😛 Na szczęście w mieście była fajna mało uczęszczana łazienka koło boiska, gdzie nawet była gorąca woda! 😀 i można było spokojnie umyć włosy, ogolić się i doprowadzić ogólnie do porządku 😉 Jak już byliśmy znów czyści i piękni odwiedziliśmy muzeum motocykli Arlen Ness. Najbardziej podobały nam się stare maszyny Harley-Davidson – ręcznie robione prawdziwe dzieła sztuki.

Wieczorem udało nam się złapać stopa do Manteca, a naszym wybawicielem był Ali, który pochodzi z Indii, ma czwórkę dzieci i jest przesympatyczny 🙂 Jak to większość ludzi, którzy nas biorą na stopa normalnie nikogo nie bierze, ale my wyglądamy tak sympatycznie 😀 Pytał czy się nie boimy tak jeździć i że to niebezpieczne.. a jak powiedziałam, że dobrzy ludzie spotykają tylko dobrych ludzi ucieszył się, że się z tym zgadza 🙂 Dotarliśmy na miejsce późnym wieczorem, więc nie jechaliśmy już dalej tylko poszliśmy szukać domku, który znaleźliśmy wśród jakichś drzewek.. dobrze, że nic na nich nie rośnie i że spryskiwacze o tej porze roku już nie działają 😛 Na wszelki wypadek zebraliśmy się stamtąd zanim się zrobiło widno i po drodze kupiliśmy w samoobsługowej skrzynce przy plantacji 10 kiwi za 1,5$, całkiem niezła cena 🙂 Po zjedzeniu śniadanka szybko udało się złapać stopa i w kierunku parku podwiózł nas Josh, który jest strażakiem, częściowo Polakiem i ma 5 tygodniową dzidzię.. dojeżdża codziennie 2 godziny do pracy, bo w mieście mieszkania kosztują milion dolarów 😛 a poza tym lepiej mieszkać wśród przyrody 🙂 Zostawił nas przy drodze w stronę parku, którą nic prawie nie jeździło (w końcu środa), ale o dziwo po kilkunastu minutach zatrzymała się para wspinaczy, którzy tak jak my cieszyli się ze świetnej pogody i podwieźli nas do samiutkiego parku 🙂

Na polu namiotowym w Yosemite Valley było bardzo ciepło, ale był też ogromny tłum ludzi.. Ciekawe jak tu jest latem.. W Visitor Center dostaliśmy mapę, załatwiliśmy pozwolenie na spanie na dziko (za darmo) na 7 dni i wypożyczyliśmy za 10$ dwie puszki misiowe, żebyśmy mogli spać gdzie mamy ochotę, a nie tam gdzie są skrzynki.

Trochę to wszystko nam zajęło i na szlak wyruszyliśmy dopiero po godzinie 17tej.. W górach robi się dosyć szybko ciemno, więc większość trasy szliśmy w ciemności.. ale zdążyliśmy zobaczyć jeden wodospad! 🙂 i przepiękne przeogromne góry otaczające nas z każdej strony 🙂

Dodając do tego kolorowe liście i strumienie i rzeki otrzymaliśmy obraz chyba najpiękniejszego parku, który widzieliśmy do tej pory w Ameryce 🙂 Pogoda też była idealna 🙂 no może oprócz tego, że jak już zaszło słońce zrobiło się od razu baardzo zimno, ale piękne gwiazdy na niebie, których było tak dużo starały się wynagradzać nam zimno 🙂 Po drodze spotkaliśmy sporo osób schodzących i jedną wchodzącą jak my i kilka namiotów i ognisk przy nich, żeby się trochę ogrzać.. Na kempingu widzieliśmy jeszcze tylko jeden namiot.. W nocy, tak jak przypuszczaliśmy, było baaaardzo zimno, namiot nam przymarzł, a stopy trzeba było mieć podkulone pod korpusik, żeby nie było zimno 😛 Spaliśmy w kiszkach wewnętrznych, zewnętrznej i w kurtkach 😛 a ja nawet w rękawiczkach, ale przez naleśnikowate matki upału nie było 😉 Tej nocy ubierzemy jeszcze więcej ubrań i złożymy chyba maty na pół, a pod nogi plecaki.. zobaczymy 😛 Pierwszy raz w życiu śpimy tak wysoko.. a w dodatku w namiocie! 🙂 Kemping w Little Yosemite Valley jest na wysokości 1859 metrów! 🙂 Ale widoki jakie widzimy rano i spokój jaki tutaj panuje wynagradzają zimną noc 🙂 Postanawiamy dzisiaj się stąd nigdzie nie ruszać i po prostu odpocząć 🙂 Chociaż jeden dzień bez plecaka na plecach bardzo nam się przyda, bo nawet jak w jakimś mieście siedzieliśmy dłużej to i tak codziennie chodziliśmy z plecakami i od nowa każdego dnia rozbijaliśmy namiot.. Ponad miesiąc nie mieliśmy chociaż jednego dnia bez chodzenia minimum 6 km z plecakami! Nieźle co? 😀 ale nasze organizmy już się dopominają odpoczynku.. boli nas już prawie każdy mięsień – szyi, ramion, pleców, rąk, nóg 😛 także trzeba w końcu odpocząć 🙂 a tutaj jest cisza, spokój, nie trzeba wstawać o 5tej rano 😛 nigdzie chodzić, płacić 25 $ za jedną noc.. więc można powiedzieć, że oprócz zimności w nocy jest to miejsce idealne 🙂

W dzień jak świeciło słońce, było całkiem przyjemnie 🙂 ciepło, cisza, strumień z czystą wodą niedaleko 🙂 wiewiórki i dzięcioły jako towarzysze 🙂 i kilka osób na przeogromnym kempingu, żadnego hałasu, śmierdzącego grila, ani samochodów 😛 Zaraz sobie zrobimy ognisko i się ugrzejemy 🙂 a w nocy też może tym razem będzie cieplej 🙂 zobaczymy.. Jutro może pójdziemy dalej, a może jeszcze tu zostaniemy jeden dzień odpocząć.. Cieszymy się, że tu dotarliśmy i jest taka fajna pogoda, a jeszcze tydzień temu był tu śnieg!.. Mam nadzieję, że trochę ciepło się przeciągnie i przez ten tydzień kiedy tu będziemy słońce nas będzie rozpieszczać 🙂 Cieszymy się, że teraz jest ładna pogoda 🙂 świeci słońce 🙂 ptaszki ćwierkają 🙂 jest spokojnie 🙂 jest odpoczywanie 🙂 relaksowanie się 🙂 regenerowanie 🙂 cieszenie się naturą 🙂 delektowanie chwilą 🙂 świętowanie 🙂 celebrowanie tu i teraz 🙂 dziękujemy! 🙂

Wśród Tysięcy Buddów

21 października 09:23

Z Ukiah powędrowaliśmy na stopach do Miasta Dziesięciu Tysięcy Buddów w Talmage.. Pierwszy raz byliśmy w tak egzotycznym miejscu 🙂 Kobieta, którą spotkaliśmy przy bramie poinformowała nas od razu, że na tym terenie się nie pali 🙂 i nie je mięsa 🙂 i że możemy iść do Visitor Center po jakieś broszury informacyjne, pochodzić po okolicy, żeby zrobić zdjęcia i odwiedzić świątynię 🙂 Widać, że zwierzątka czują się u nich jak w domu, bo przebiegło nam drogę pełno wiewiórek, a po trawie dostojnie spacerowały kolorowe pawie 🙂

W informacji wisiała tablica, na której było pełno ciekawych plakatów 🙂 Jeden z filmu, który oglądaliśmy i polecamy – „Widelec zamiast noża” 🙂 Jest też fajna książka o tym samym tytule i książka o największym na świecie badaniu dotyczącym odżywiania, jakie kiedykolwiek przeprowadzono i o którym jest mowa w filmie (jego autor doktor T. Colin Campbell przeanalizował dietę 6,5 tysiąca osób w 65 chińskich i tajskich prowincjach, opartą głównie na roślinach i porównał dietę badanych osób z bogatą w mięso i nabiał dietą Zachodu, polski tytuł „China Study – Nowoczesne zasady odżywiania”). Warto na początku obejrzeć film, który zdecydowanie otwiera oczy, a jeśli kogoś zainteresuje sięgnąć po książki 🙂

Był też plakat o tym, że żeby wyprodukować 1 burgera (niewegańskiego oczywiście) zużywa się tyle wody, ile równoważy 32 prysznice!

Poza tym produkcja mięsa na świecie wytwarza 2 razy tyle metanu ile mięsa i przez to tworzy więcej gazów cieplarnianych, niż cały przemysł motoryzacyjny świata! i na przemysł mięsny zużyta zostaje 1/3 powierzchni Ziemi (łącznie z polami z jedzeniem, które zjadają zwierzęta, a które przecież mogliby zjeść ludzie), ponad 1/2 światowych zasobów wody i 1/3 ropy zużywanej w USA. Zwierzęta hodowlane produkują 130 razy więcej ekskrementów, niż cała ludzka populacja, nie mówiąc o antybiotykach, hormonach, pestycydach, środkach chemicznych, paszy modyfikowanej genetycznie (bo nie wiem czy wiecie, ale w Polsce to co jemy musi być oznaczone, że jest modyfikowane genetycznie, ale coraz częściej zwierzęta są karmione paszą modyfikowaną genetycznie, bo tak jest taniej, a przecież substancje typu roundup nie znikają z ich ciał, tylko się kumulują, a w osobie zjadającej zwierzęta tym bardziej). Na uniwersytecie w Chicago badacze udowodnili, że osoba na diecie wegańskiej produkuje 1,5 tony dwutlenku węgla mniej co roku, niż na tradycyjnej diecie. Dla porównania zamiana samochodu na hybrydę zmniejsza tę ilość tylko o 1 tonę! Artykuł, choć krótki dobitnie pokazuje, że jedzenie mięsa nie jest zbyt ekologiczne 😉 a nic nie napisali o mleku i jajach, a więc to tylko czubek góry lodowej 😉

Jeśli kogoś interesuje ochrona naszego środowiska naturalnego i ekologia, zachęcam do głębszego zastanowienia się nad tą kwestią 🙂 Świat jest w naszych rękach 🙂 to od Ciebie zależy jaką będą miały przyszłość Twoje dzieci i wnuki 🙂 czy będą miały gdzie pooddychać świeżym powietrzem, czy będą zasoby czystej wody, czy będą zdrowe 🙂 To już nie jest kwestia tego, co próbują nam przekazać niektóre proekologiczne organizacje, że gdyby nie było hodowli zwierząt, nie byłoby głodu na świecie, bo byłoby więcej jedzenia dla dzieci w Afryce, a nie krów 😛 Bo to tak nie działa.. jedzenia mamy tyle, że już by wystarczyło.. wystarczy popatrzeć ile ląduje w śmieciach! W USA jest to niestety bardzo częsty widok.. cała kanapka, całe danie.. bo mi nie smakowało?! ale w Polsce też coraz popularniejszy.. U nas chyba po prostu ludzie za dużo kupują i jedzenie się marnuje.. szczególnie widać to w święta.. a przecież liczy się jakość jedzenia, a nie ilość.. w tyłkach się ludziom poprzewracało 😉 Ale nie o tym miałam pisać, bo mam nadzieję, że wy wszyscy o tym wiecie, że jedzenie się szanuje, bo takie dziecko w Afryce cieszy się, jak zje sam ryż! 🙂 Ale nie wiem czy wszyscy zdają sobie sprawę z tego jaki wpływ mają ich codzienne wybory na naszą kochaną planetę 🙂 i że dużo bardziej da się wpłynąć na ochronę przyrody ograniczając choć trochę jedzenie mięsa, niż kąpiąc się krócej (choć to też ważne 😉 ) czy segreguje śmieci 🙂 Pamiętajmy o tym, żeby „każdy nasz krok niósł pokój”.. dla nas, dla innych ludzi, dla naszej planety 🙂 w każdej chwili naszego życia podejmujemy decyzje 🙂 kierujmy się po prostu miłością 🙂 miłością do całego świata 🙂 a nie tylko do naszego ego 😉 które przecież tak lubi mięso ;P Już nie wspominając o kwestii zdrowotnej, o której jest między innymi we wcześniej opisanym filmie i książkach 🙂 Jeśli ktoś chce poczytać coś więcej, zachęcam do książki „Dieta roślina na codzień” 🙂 O tym co jeść, żeby być zdrowym, co lepiej ograniczyć, o powszechnych mitach, jak niedobór białka (raczej prawie wszyscy mają nadmiar, i stąd min. nowotwory), żelaza, wapnia, czy innych substancji, o tym, że nawet kobiety w ciąży i dzieci mogą być zdrowe na diecie wegańskiej, a sportowcy mogą osiągać super wyniki 🙂 i dużo różnych ciekawych rzeczy 🙂 Jeśli ktoś ma jakiekolwiek pytania, zachęcam do zadawania 🙂 A kontynuując temat plakatów, było też o cyrku bez zwierząt, ale to chyba wszyscy już wiedzą, mam nadzieję, że to jest śmieszne tylko dla ludzi i jestem bardzo dumna, że we Wrocławiu już takie cyrki nie są mile widziane 🙂

O tym, żeby nie porzucać zwierząt i adoptować.. bo po cóż hodować nowe, rasowe, skoro tyle bidulek czeka w schroniskach na naszą miłość czasami latami!

I o firmach, które testują swoje produkty na zwierzętach.. Nie wiem czy znacie tę listę? Na forum http://wizaz.pl/forum/showthread.php?t=600483 i stronie http://zielonelove.blogspot.com/2014/01/nie-testowane-na-zwierzetach.html jest lista produktów nietestowanych dostępnych w Polsce. Jeśli to możliwe starajmy się nie wspierać tych korporacji męczących zwierzęta, bo chyba nie muszę pisać jakie okrutne rzeczy ludzie potrafią zrobić zwierzątkom dla swoich korzyści finansowych.. Jest tak dużo alternatyw, że nie można powiedzieć, że się nie da, po prostu się nie chce! A wszyscy, którzy kochają zwierzęta powinni znać tą listę, bo niestety znaczek króliczka nic nie znaczy i każda firma może sobie takiego króliczka wstawić, nawet jeśli testuje swoje produkty.. Jedynie znaczek Vegan Society świadczy o tym, że jakaś rzecz jest wegańska i jednocześnie nietestowana na zwierzętach, ani przez firmę produkującą, ani przez żadną inną firmę, której te testy są zlecane!

Kochajmy zwierzęta i bądźmy odpowiedzialnymi konsumentami 🙂 Nie jest to takie trudne, wystarczy tylko chcieć 🙂

I jak już się tak rozpisałam i ktoś to jeszcze czyta, to napiszę o tym, żeby postarać się jeść tylko olej palmowy z certyfikowanych upraw, żeby nie przyczyniać się do cierpienia i śmierci biednych małpek.. Jest to kolejny sposób na zysk wielkich korporacji, ponieważ jest tani i jest już teraz w ogromnej ilości produktów (też pod nazwą tłuszcz utwardzony) od słodyczy po czipsy 😛 Nie przykładajmy ręki do zabierania małpkom ich środowiska życia przez chęć zjedzenia czipsa albo ciastka 😛 Są oczywiście alternatywy 😛 np kranczipsy są z certyfikowanym olejem, a lejsy testują na zwierzętach 😛 Zawsze jest jakiś wybór, w każdym momencie naszego życia 🙂 Podaż rodzi popyt 🙂 Pokażmy, że życie małpek jest dla nas ważne 🙂 Już na coraz większej ilości produktów są certyfikaty 🙂 To nie jest tak, że jedna osoba nic nie jest w stanie zmienić! Jeśli każdy by kierował się miłością i jego religią byłoby czynienie dobra to świat by się powoli zmienił 🙂 Ja wierzę, że cały czas się zmienia na lepsze, bo coraz więcej ludzi na świecie jest świadomych i kierujących się siłą miłości, a nie miłością do siły! 🙂 Jeśli choć jedna osoba, która to przeczyta zwróci uwagę na olej palmowy, testy na zwierzętach i produkty fair trade – będę przeszczęśliwa 🙂 Ale każdy podejmuje decyzje samodzielnie 🙂 Ja mogę tylko szerzyć wiedzę i miłość 🙂 reszta zależy od Ciebie 🙂

A wracając do świątyni buddyjskiej chyba faktycznie było tam z 1000 figurek Buddów 🙂 i co ciekawe oprócz kwiatów przy ołtarzach tak jak u nas w Polsce, było też.. jedzenie! 🙂 Ale byśmy sobie zjedli te pyszne banany, pomarańcze, winogrona itd 🙂 był nawet chleb, soki i tym podobne 🙂 Ale leżały i leżały i Budda nie jadł.. pewnie w nocy 😉

Podobno był tam jakiś polski mnich, ale go nie spotkaliśmy, za to widzieliśmy owocującą magnolię pierwszy raz w życiu 🙂 Jak już zmierzaliśmy z powrotem w kierunku miasta, zostaliśmy podrzuceni przez Anglika, który też mieszka na terenie klasztoru 🙂 A do kolejnego miasta na naszej trasie Santa Rosa zabrała nas Cori 🙂 Druga kobieta w ciągu naszej podróży, a pierwsza zatrzymana normalnie przy drodze 🙂 Ale tu są dzielne kobiety 🙂 Widoki po drodze były przepiękne 🙂 góry, doliny, rzeki i.. słońce 🙂 Przywiozła nas do Safewaya, ale tam brak prądu, więc wpis na bloga znów się opóźni.. ale już mamy zaległości.. Trail przez całe miasto, żeby znaleźć miejsce do spania i dotarliśmy już po ciemku do Tailor Mountain Regional Park 🙂

Bardzo ładny park, spokojny i jak na bliskość miasta dosyć dziki, no i byliśmy sami 🙂 Z ciekawostek w Santa Rosa mieszka 150 000 ludzi i 1,5 tysiąca bezdomnych (to pewnie tylko szacunki) czyli 1% mieszkańców to bezdomni.. i niestety to widać.. pod mostami ,przy drodze, kolejki do noclegowni i na darmowy posiłek.. ale tam gdzie dotarliśmy, nikomu z nich się nie chciało dojść 😛 Grzesiek się śmiał, że jakby był bezdomnym, to by sobie w tym parku wybudował domek 😉 tyle drewna, połamanych gałęzi i taka dzikość, że spokojnie można znaleźć miejsce z dala od wzroku ludzkości 🙂 ale im się nic nie chce.. oni okupują tereny przy marketach.. Poznaliśmy taką prawidłowość, że Walmart = bezdomni w okolicy.. albo nawet przy samym markecie! Porozkładane wózki, śpiwory, zawieszone tarpy, żeby nie padało na głowę.. Widzieliście kiedyś coś takiego w Polsce? A Polska to podobno biedny kraj i tak wszyscy chcą być tacy amerykańscy.. przyjeżdżają realizować swój american dream 😉 Większość ludzi, z którymi rozmawiamy w którymś pokoleniu była Polakami.. Śmiejemy się, że ktoś zainwestował pieniądze, rzucił wszystko i przyjechał pracować do Stanów, a potem zobaczył jak tu jest naprawdę 😛 ale już się wstydził wracać 😉 i opowiadał wszystkim jak tu nie jest cudownie 😛 Jesteśmy w USA ponad 2 miesiące i wiemy już dawno, że nie jest aż tak cudownie 😉 Może jak ktoś przyjeżdża na 2 tygodnie urlopu i widzi tylko hotele i parki (które są faktycznie wspaniałe), a nie widzi zwykłego codziennego życia to myśli, że tutaj jest aż tak kolorowo.. bardziej niż w Polsce.. Ale ludzie nam mówią, że owszem więcej zarabiają, ale też jedzenie jest dużo droższe, ubezpieczenie jest baaardzo drogie, mieszkanie jest drogie, leczenie, edukacja.. no chyba tylko benzyna jest tańsza 😛 I mają naprawdę bardzo duży problem z bezdomnymi i narkotykami.. dużo większy niż w Polsce.. Są bardziej uśmiechnięci i otwarci i pozytywnie nastawieni do życia, ale chyba nie dlatego że mają tak dobrze.. ale bardziej mimo tego, że mają nie do końca idealnie.. i tego możemy się zdecydowanie od nich uczyć 🙂 Bo uśmiech i miłe słowo nic nie kosztuje, a sprawia chyba nawet więcej przyjemności obdarowującemu, niż obdarowywanemu 🙂 Także to czego radzę się zarazić od Amerykanów to właśnie szerzenie radości 🙂 Chociaż szczerze mówiąc tego też bardziej doświadczyliśmy na Alasce i tam częściej się ludzie uśmiechali bez powodu 🙂 ale tutaj i tak jest lepiej niż  w Polsce! 🙂 Także bądźmy zmianą, którą chcemy ujrzeć na świecie i szerzmy miłość i radość 🙂 bo to najważniejsze 🙂

Z Santa Rosa powędrowaliśmy do Rohnert Park skąd złapaliśmy stopa najpierw do Petaluma, a potem do Novato gdzie teraz jesteśmy 🙂 Tutaj przywiozła nas kolejna kobieta 😀 i poczęstowała pyszną marchewką 🙂 Odwiedziliśmy sklep Whole Food Market, który działa na zasadach jak Co-op (i też go bardzo lubię), żeby uzupełnić jedzonko (była nawet Vega, ale prawie 2 razy droższa niż proszek, który mamy obecnie, więc uzupełniliśmy ten sam) i doczłapaliśmy do Deer Island Open Space Preserve, czyli górki z lasem 🙂 gdzie w nocy oglądaliśmy spadające gwiazdy 🙂

Dużo ich widzieliśmy, więc mam nadzieję, że nasze życzenia się spełnią 🙂 A jedno z powtarzanych ostatnio jak mantra już się spełniło, bo w końcu mamy lato! 🙂 przynajmniej na nasze standardy 😉 bo jest z dwadzieścia kilka stopni, nawet się trochę opaliliśmy, chodzimy w krótkim rękawku i spodenkach i jest nam gorąco! 😀 i to już piąty dzień bez deszczu! 🙂 jupi! 🙂 to rekord naszego wyjazdu, bo do tej pory tylko maksymalnie mieliśmy 3 dni słońca pod rząd 😛 wierzymy, że teraz już tak po prostu będzie i bardzo nas to cieszy 🙂 W końcu to Kalifornia 🙂 Tu co prawda niby już jesień, ale dla nas to w końcu wyczekiwane lato 🙂 jesteśmy baaardzo wdzięczni 🙂 kochamy słońce 🙂 kochamy ciepło 🙂 kochamy się opalić 🙂 chodzić w krótkim rękawku i spodenkach 🙂 w cienkich niewodoodpornych butach 🙂 naładowywać się słoneczną energią 🙂 wygrzewać się 🙂 nawet jak długo łapiemy stopa, to i tak jest tak przyjemnie 🙂 nawet jak leziemy przez całe miasto z ciężkimi kreaturkami w poszukiwaniu domku 🙂 nawet jak już chyba w czwartym mieście z kolei nikt nas nie chce z couchsurfingu i nie mamy jak wstawić zaległych wpisów na bloga 😛 to i tak jesteśmy przeszczęśliwi 🙂 może nawet pójdziemy z tej okazji na plażę, kto wie? 🙂 jest wspaniale 🙂 jest słońce 🙂 medytacja 🙂 radość 🙂 celebrowanie każdej chwili 🙂 delektowanie się 🙂 a zaraz pójdziemy przed siebie trzymając się za ręce i będzie tak ciepło 🙂 idealnie 🙂 dziękujemy! 🙂

Wśród najwyższych drzew świata..

15 października 12:50

Z Gold Beach zabrał nas najbardziej świrnięty kierowca w czasie naszej podróży – Mick 🙂 bardzo sympatyczny, ale niezły dziwak 😛 najpierw tradycyjnie trzeba było zagarnąć na boki bałagan, żeby można było gdzieś usiąść i postawić nogi 😛 W sumie to bardzo częste, że pierwsze co ktoś robi jak się zatrzyma, to sprząta w samochodzie, żebyśmy się mieli gdzie zmieścić 😛 i przeprasza za bałagan 😉 i to nie taki jak to u nas czasem w Polsce, że jakieś butelki z piciem, czy tam paczka jedzenia, jakieś buty, ewentualne ubranie.. oni mają w samochodzie czasem pół swojego dobytku 😉 zresztą dookoła domów też czasami mają mega śmietnik 😛 U nas ludzie raczej się z tym kryją i nawet jak są mega „kolekcjonerami” to trzymają raczej swoje skarby w domu, a tutaj się w ogóle nie przejmują takimi drobiazgami 😛 Ale wracając do Micka przyjechał ze wschodniego wybrzeża bo tu bardziej naturalnie z żoną i malutką córeczką, walczy z globalnym ociepleniem próbując być samowystarczalnym – ma wodę ze strumienia, swoją energię itd.. Gadał chyba jeszcze głośniej niż typowy Amerykanin.. a oni mówią naprawdę baaardzo głośno, nawet jak stoją zaraz obok siebie 😛 i pytał kilka razy o to samo 😛 ale ogólnie jechał bezpiecznie i był w porządku 🙂

Przywiózł nas do Brookings, gdzie spędziliśmy noc na łące niedaleko rzeki i od rana łapaliśmy stopa z nadzieję dotarcia chociaż do Kalifornii, a może i do Redwood 🙂

Utrudnieniem była stojącą nieopodal na sygnale policja, która przyjechała do jakiegoś wypadku samochodowego, więc jakiś czas postaliśmy i poszliśmy dalej.. Tam zatrzymała nam się para jadąca busem, który był w wieku Grześka 😀 Bus był z Niemiec i jeździł nawet po Polsce 😀 Nasi kierowcy jechali do domu do San Francisco, gdzie zapraszali 🙂 Ale my woleliśmy nasz wyczekiwany Redwood 🙂 Podwieźli nas pod Visitor Center, załatwiliśmy darmowe pozwolenie na nocleg, co prawda dostaliśmy tylko na jedną noc, bo potem miało być urwanie chmury 😛 ale stwierdziliśmy, że zobaczymy jaka będzie pogoda 🙂

A jeszcze nie napisałam wcześniej o Olympic National Park, że tam nie mieliśmy żadnego pozwolenia na spanie, mimo że dostaliśmy mapę w Visitor Center, bo jak to my szliśmy pod prąd, a nie od tej strony gdzie była chatka Rangersów, bo była dopiero nad jeziorem Quinault, czyli tam gdzie dotarliśmy po przejściu całego szlaku.. to znaczy było po drodze ich kilka domków, ale wszystkie nieczynne, może latem tam ktoś siedzi w środku dziczy, ale nie w taką pogodę 😛 i tam nas nikt nie ostrzegał, że będzie lało.. Ale w sumie jakie to ma znaczenie.. i tak byśmy poszli 😛 bo pogoda już raczej może być tylko bardziej zimowa z biegiem czasu, a na wiosnę nie będziemy czekać 😛

A wsiadając do tego wana w Brookings znów widzieliśmy tych chłopaków na rowerach ! 🙂 kurcze.. jak miło 🙂 jak starzy znajomi 🙂 Z Visitor Center poszliśmy na nogach na szlak i doszliśmy do pierwszego „kempingu”, to w sumie zajęło nam cały dzień do wieczora 🙂 „Kemping” był miejscem na może ze trzy namioty, gdzie były dwie skrzynki misiowe i tak w ogóle to był dla ludzi jeżdżących konno.. hmm.. co by nam nie przeszkadzało w rozłożeniu się tam, ale stał już jakiś namiot, więc poszliśmy tam gdzie nam Pan Rangers przykazał, czyli na kamolkowatą plażę nad rzekę, żeby było spokojniej 🙂

Ogólnie było ciepło, bo nawet słońce momentami świeciło 😀 w końcu 🙂 ale w nocy było chłodno i.. twardo.. bo niestety kilka dni wcześniej zaczęło mi schodzić powietrze z mojej ulubionej matki do spania i po niecałych 2 godzinach była już płaskim naleśnikiem.. a kamolki twarde i zimne.. układanie wewnętrznych śpiworków i chustki trochę pomagało, ale dobrze, że była rzeka to w końcu się udało zlokalizować miejsce ucieczki komfortowego powietrza spankowego.. Pewnie jakaś jeżyna, w którymś lesie po drodze.. one tu są wszędzie, a czasem się rozkładamy jak jest już ciemno.. Niestety łatki naprawcze z zestawu Term-a-Rest są do dupeczki 😛 i powietrze dalej schodzi.. troszkę wolniej 😛 na ich usprawiedliwienie napiszę tylko, że dziura jest przy samym składaniu maty na pół.. być może dlatego..  A zastanawialiśmy się nad zestawem z klejem.. Ale stwierdziliśmy, że jeszcze nam się przedziurawi albo wyleje, jak go będziemy po raz tysięczny wciskać do plecaka.. no cóż.. trzeba będzie kupić łatki rowerowe jak się gdzieś uda.. może one pomogą.. Niestety Term-a-Rest nas zawiódł w trakcie tej podróży.. Na plus jest to, że po ponad miesiącu! odpisali Grześkowi na maila i chyba przyślą mu nową matę.. się okaże 😛 Dobrze, że jednak coraz cieplejsze miejsca przed nami – mam nadzieję 🙂 Ponieważ pogoda była super i wciąż nie padało! już ponad dzień 🙂 wow! 🙂 postanowiliśmy pójść dalej przez park do drugiego kempingu, tym bardziej, że jak spotkaliśmy trzech chłopaków mówili, że Tall Trees trail jest super 🙂 Późnym wieczorem po przejściu.. na boso.. przez rzekę.. na szczęście tylko do kolan i okrągłe kamienie, a woda tylko przez chwilę była lodowata 😉 dotarliśmy do wielkich drzew 🙂

Wcześniej po drodze też od czasu do czasu zdarzały się spore okazy, ale te, które zobaczyliśmy tutaj były.. prze-o-gro-mne! 🙂 Jak to mówią „nie do opisania – do zobaczenia” 😉 hihi 🙂 Tego nawet na zdjęciu nie da się pokazać, jak wysokie są te drzewa.. Jak malutki się przy nich wydaje człowiek.. Zdecydowanie skłania do refleksji..

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

W tym Parku Narodowym żyje najwyższe drzewo na świecie Hyperion, które ma ponad 115 m wysokości i jego dokładna lokalizacja jest objęta tajemnicą.. i dobrze! 🙂 i jeszcze 2 inne drzewa z listy 10 najwyższych drzew na świecie.. są to sekwoje wieczniezielone, są najwyższe, ale nie największe i najstarsze.. mają tylko niecałe 7 m średnicy i ponad 2000 lat! 🙂 a sekwoje olbrzymie są największe objętościowo – General Sherman ma 1200-2000 ton ( jest to największy na świecie żywy organizm! 🙂 ), ale ma tylko 84 m wysokości i ponad 3200 lat 🙂 może też zobaczymy tego szanownego jegomościa 🙂 Spacerowanie wśród tak sędziwych istot to jest dopiero medytacja 🙂 Jesteśmy w porównaniu do nich tacy malutcy.. tak krótko żyjemy.. Nawet żyjąc 100 lat przeżyjemy tylko 1/20 życia tych drzew.. A mało kto tak długo żyje.. Ale drzewa też nie zawsze dożywają tak długo i większość tego lasu wycięli jego „wspaniali” odkrywcy, a Park Narodowy utworzono dopiero w 1968 r., żeby zachować chociaż część tych niezwykłych drzew 🙂 One i tak występują tylko na West Coast, a widać jak mały jest ten park.. jak mało drzew zostało.. A nigdy nie wiadomo czy jakiś gigant nie wywróci się przez wiatr albo nie spłonie.. Życie jest kruche i cenne, więc cieszmy się że jesteśmy! 🙂 Redwood dał nam wspaniałą lekcję naszej „małości”.. i tego, żeby cieszyć się każdą chwilą, która jest nam dana 🙂 bo choćbyśmy żyli 100 lat, to i tak nie ma tych chwil w naszym życiu aż tak bardzo dużo, żeby którąkolwiek z nich zmarnować.. bo najważniejsza jest ta właśnie chwila, która trwa.. tylko w tej możemy naprawdę żyć 🙂 cieszyć się 🙂 kochać 🙂 przytulić się 🙂 uśmiechnąć 🙂 złapać za rękę 🙂 popatrzeć w oczy 🙂 oddychać 🙂 życie ma nam tyle do zaoferowania 🙂 delektujmy się każdą chwilą, celebrujmy każdy moment 🙂 jesteśmy 🙂 tu i teraz 🙂 wystarczy być 🙂 i już jest idealnie 🙂 takie drzewa sobie stoją tutaj tyle lat i po prostu są.. są sobą.. i cieszą się życiem 🙂 to czuć jak się jest w ich otoczeniu 🙂 Poprzytulaliśmy się do nich i do siebie nawzajem 🙂 i poczłapaliśmy dalej z naszymi ciężkimi kreaturkami na plecach.. i jak rozstawialiśmy namiot cały czas nie padało! 🙂 taki prezent nam Redwood zrobił 🙂 a już rano przywitał nas deszcz 😛 i całe szczęście, że większość drogi powrotnej do miejscowości Orick podwiozła nas Amanda i Jimmi – to udało się aż tak nie zmoknąć 🙂 Wysłaliśmy konkursowe kartki i łapaliśmy stopa do kolejnego parku 🙂

Po krótkiej chwili z deszczu wybawili nas Natascha i Michael jadący kamperem ze swoim czteromiesięcznym synkiem Maksymilianem 🙂 da się? da się! 🙂 oni są świetnym przykładem 🙂 Wykorzystują dwumiesięczny urlop rodzicielski taty i roczny mamy aby podróżować po Ameryce i poznawać swojego malucha 🙂 I wcale nie uważają, że jest to trudne i skomplikowane.. wręcz przeciwnie.. mówią, że jest to powolna podróż z częstymi postojami, ale cieszą się bardziej każdą chwilą i odwiedzanym miejscem, a maluszek daje tyle radości 🙂 I faktycznie widać, że cieszy się tym, że rodzice są szczęśliwi i wypoczęci i praktycznie w ogóle nie płacze ( nawet na rękach u nowego wujka i cioci 😉 ) tylko jak jest głodny albo wszyscy wychodzą z kampera robić zdjęcia elkom przy drodze 😛

Po drodze odwiedzamy z nimi aleję gigantów (Avenue of the Giants), wzdłuż której też wszędzie rosną sekwoje wieczniezielone 🙂

..i sklep z pamiątkami z Redwood i Wielką Stopą 🙂

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

Michael i Natascha są dla nas bardzo mili i proponują wspólny nocleg na kempingu na jednym miejscu, żebyśmy nie musieli już łapać stopa tak późno 🙂 Okazuje się, że nic dodatkowo nie trzeba płacić za namiot, więc mamy darmowy nocleg 🙂 plus prysznic.. ale mamy już taką wprawę, że wydajemy tylko po 1 $ na osobę i łącznie z myciem włosów prysznic zajmuje każdemu z nas 4 minuty 😀 A po prysznicu zapraszają nas do siebie na kolację 🙂

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

Michael super wybrnął z wyzwania jakie mu postawiliśmy i zjedliśmy pyszny makaron w sosie pomidorowym i świeżym szpinakiem 🙂 Miła odmiana dla ryżu i kaszy codziennie 🙂 Świetnie nam się z nimi rozmawiało i nawet Maksymilian był tak podekscytowany nowymi ludziami, że nie chciał iść spać 😛 ale tak już tarł oczy, że poszliśmy do swojego namiotowego domku 🙂 A kolejnego dnia jeszcze sporo kilometrów z nimi przejechaliśmy 🙂 Zdobyliśmy kolejnych wspaniałych przyjaciół, z którymi spędziliśmy wspólnie trochę czasu i troszkę się przez ten czas poznaliśmy 🙂 Mam nadzieję, że jeszcze kiedyś się spotkamy, ponieważ są z Berlina 🙂 więc nie aż tak daleko od naszego domu 🙂 Dowieźli nas do Willits gdzie chcieliśmy coś kupić w sklepie, ale udało się tylko melasę 😛 więc łapaliśmy dalej..

Michael podsunął nam pomysł, żeby napisać na kartce Honeymoon trip, ponieważ Amerykanie kochają historie.. i pewnie będzie tak łatwiej coś złapać, nawet jak pogoda nie byłaby za dobra.. Spróbowaliśmy, a co nam szkodzi.. i po kilkunastu minutach zatrzymała się.. taksówka 🙂 i pierwsze pytanie jakie zadał nam Mike to.. honeymoon.. really? ( miesiąc miodowy.. naprawdę? ) hihi 🙂 chyba zadziałało 🙂 Pierwszy raz jechaliśmy taksówką na stopa, a ja to w ogóle może ze trzeci raz w życiu 😛 Poopowiadał nam o elkach duchach, które są białe i dlatego wyglądają w nocy jak duchy i którędy najlepiej jechać do Yosemite National Park 🙂 Okolica była przepiękna 🙂 dookoła wszędzie wzgórza, pełno kolorów, ładne chmury.. i nie padało 🙂 Bardzo nam się podobało 🙂

Z Mikiem dotarliśmy do Ukiah i stąd właśnie dzisiaj piszę 🙂 W końcu nam się udało zrobić zakupy tego co potrzebujemy, bo były różne rzeczy na wagę i odwiedziliśmy mój ulubiony amerykański sklep, czyli Co-op 🙂

Naprawdę jest moim najulubieńszym sklepem chyba oprócz Urban Vegan (http://www.urbanvegan.pl) 😉 Bo co prawda nie jest wegański, ale ma organiczne warzywa i owoce, pełno wegańskich jedzonek, których nie ma nigdzie indziej i pełno świetnych ekologicznych, wegańskich i organicznych kosmetyków 🙂 Mogłabym tutaj chodzić całymi dniami i to wszystko.. oglądać 😀 bo takie drogie, że w sumie kupiliśmy tylko (albo aż) jarmuż, awokado, banany, kaszę, rodzynki, spirulinę, macę i koper włoski na wagę, świeżo zmielone masło migdałowe i nowy proszek waniliowy (bo Vegi chyba już nie uświadczymy w USA), no i uniwersalny eko biodegradowalny płyn do prania i mycia włosów 🙂 i z ciekawostek bułki z kiełkowanej pszenicy! 🙂 dużo lepiej strawne niż takie normalne i wszystkie mikro i makro elementy bardziej przyswajalne 🙂

Nie wiem czy jest takie coś w Polsce.. ja nie widziałam 😛 W smaku za bardzo nie czuć różnicy.. ja już się trochę odzwyczaiłam, bo jemy teraz bez gluta tzn. ryż i różne kasze, ale od czasu do czasu można zaszaleć 🙂 Sklep jest świetną inicjatywą, bo nie dość, że wszystko jest organiczne, to jeszcze lokalne 🙂 Bo fajnie, że np. w Lidlu są organiczne jabłka (bo innych lepiej nie jeść  dla dobra swojego zdrowia), tylko szkoda, że nie z Polski! Bo to niezbyt ekologiczne wozić je tyle kilometrów skoro u nas jest ich pełno.. Takie banany u nas nie wyrosną, ale na brak jabłek nie możemy narzekać 😛 A i tak najlepsze są malinówki z Krzyworzeki 😀 Jest też tam bar, w którym serwują świeżo wyciskane organiczne soki i smoothie, albo kawę, herbatę i czekoladę – oczywiście organiczną i pochodzącą ze Sprawiedliwego Handlu (Fair trade). Bo choć to droga inwestycja – takie produkty Fair trade, to ich cena nie jest wysoka bez powodu.. Myślę, że lepiej wypić kawę lub wypić kakao, czy zjeść czekoladę od święta, zamiast codziennie, ale z czystym sumieniem 🙂 że nie przykładamy ręki do cierpienia dzieci 🙂 Bo nie wiem czy wiecie, ale symbol Fair trade oznacza między innymi, że do pracy przy zbiorach kawy, czy kakao w Ameryce Środkowej i Południowej, Afryce czy Azji nie są nieludzko wykorzystywane dzieci, którym zabiera się dzieciństwo, możliwość edukacji i spełnienia marzeń w przyszłości.. Pomyślmy o tych dzieciach i przyczyńmy się nie tylko do naszego szczęścia poprzez łyka kawy, czy gryza czekolady 🙂 Taki mały gest ,a tyle szerzenia miłości i radości na świecie 🙂

No więc znów obładowani jak wielbłądziki możemy ruszać do kolejnego parku.. Może się uda jeszcze zrobić pranie po drodze 🙂 tylko że znów.. pada.. Wiadomo.. ja to akceptuję.. i wcale się nie złoszczę.. bo i tak nie mogę tego zmienić 😛 ale ta nasza ucieczka od deszczu trwa już ponad 2 miesiące 😛 i dłużej niż na 3 dni to chyba nam się jeszcze nie udało 😛 i w sumie wcale mi nie szkoda tych kalifornijskich plaż, które teraz omijamy jadąc bardziej na wschód bo ciężko by było pływać w tym sztormie 😛 i słabo się opalać w ubraniach wodoodpornych 😛 ale może jeszcze tam dotrzemy jakby przypadkiem wróciło lato 🙂 kto wie 😛 A tutaj się cieszymy naszą podróżą nawet jak pada, jak wieje, jak jest ciężko, jak jest twardo w nocy, jak jest zimno, jak jest mgła i nic nie widać, jak stoimy przy drodze, że aż nogi ścierpną i nic, jak trzeba przejść przez miasto 10 km, żeby znaleźć miejsce do spania, jak jest pełno pysznego jedzenia, które jest takie drogie, że i tak go nie kupimy, jak jeszcze ani raz się nie opalaliśmy na plaży, ani nie chodziliśmy w krótkich spodenkach, ani nie pływaliśmy (nawet nie zanurzyliśmy stopy przez sztorm) w oceanie, ani nie leżeliśmy na plaży w hamaku z drinkiem z palemką (w ogóle nie piliśmy alkoholu oprócz 2 piw i wina, którymi nas ktoś poczęstował), nawet jak Grzesiek nie pije praktycznie w ogóle kawy, a ja owocowych smoothie.. Nie robimy dużej ilości rzeczy, które byśmy chcieli i zupełnie inaczej sobie wyobrażaliśmy tę podróż, a głównie pogodę 😛 Ale i tak jest idealnie! 🙂 bo mamy siebie! 🙂 mamy swoją najbardziej świrniętą na świecie podróż poślubną 🙂 mamy dużo czasu na niemyślenie 🙂 na cieszenie się 🙂 na bycie 🙂 na delektowanie się chwilą 🙂 na medytację 🙂 na uważność 🙂 na życie 🙂 bo najważniejszy w naszym życiu jest ten krok, który właśnie teraz stawiamy 🙂 taki jaki jest 🙂 dziękujemy! 🙂

Pierwszy stop z kobietą i wegańska zupa :)

10 października 10:52

Wydawało mi się to niemożliwe a jednak w końcu u nas jest cieplej niż W Polsce 😀 W nocy było tak ciepło, że spałam w samych majtkach i koszulce 😀 no i śpiworku 😛 normalnie jest jak jakieś lato 😉 w dzień, jak świeci słońce jest całkiem ciepło 🙂 a jak przychodzi nagle ni stąd ni zowąd mgła (to jest moment 😛 ) robi się kilkanaście stopni przez wilgotność i wiatr.. Ale najważniejsze że nie pada! 🙂 a padało codziennie non-stop przez cały tydzień, przez który większość czasu przesiedzielibyśmy, żeby całkowicie się nie przemoczyć u Freda Meyera ;P jak to dobrze, że jest tam w miarę ciepło (jest co prawda klima i trzeba siedzieć w kurtce, ale i tak dużo cieplej niż jak człowiek jest całkowicie mokry i wieje wiatr 😛 ), jest internet, jest prąd, jest jedzenie 🙂 cóż nam więcej trzeba? 😉 hmm.. może ruszyć się w końcu w kierunku Redwood?!? a nie wyczekiwać moment kiedy.. mniej pada, a nie leje, żeby móc przejść z Freda 2 km do naszego miejsca na domek.. Ale przyroda na szczęście zrozumiała naszą potrzebę ucieczki z Freda, gdzie już chyba wszyscy nas znali 😉 i w końcu.. przestało lać.. Dalej była mżawka, mgła i chmury.. ale przecież to idealna pogoda by podróżować ;D Tak więc bez żalu opuściliśmy Freda i zaczęliśmy łapać stopa dalej 🙂 Z wcześniej opisywanego Tillamook udało się nam dotrzeć po 3 dniach (bo też padało) 2 stopami do Newport w przerwach między deszczem 🙂 I tam właśnie utknęliśmy na 5 dni 😛 Ale nam się spodobało 😉 Na szczęście zabrali nas stamtąd bardzo sympatyczni ludzie mniej więcej w naszym wieku, którzy poznali się w 2 dni wcześniej no couchsurfingu i postanowili sobie razem podróżować wzdłuż wybrzeża 🙂

Byliśmy im bardzo wdzięczni, że w końcu dzięki nim udało nam się uciec z Newport 🙂 Przewieźli nas ze 30 km do kempingu, gdzie zostawali na noc, a my dalej łapaliśmy i po chwili zatrzymał się jeden z mieszkańców Yachats wracający do domu i wziął nas ze sobą 🙂 Próbowaliśmy jeszcze chwilę łapać, ale niedługo się miało ściemniać, więc zaczęliśmy szukać miejsca do spania.. Przez chwilę nawet zastanawialiśmy się nad kempingiem, ale był jak zwykle bez prysznica, a kosztował.. 26 $ ! więc zrezygnowaliśmy i poszukaliśmy sobie miejsca niedaleko drogi, ale trzeba było wstać o 5 rano i się zbierać dalej.. Poszliśmy zobaczyć wschód słońca, bo noc była gwieździsta, ale nic nie zobaczyliśmy oprócz mgły i chmur i kawałka oceanu 😉 ale chociaż nie padało 😀

Jak to się zmieniają człowiekowi priorytety pogody w podróży 😉 Nie leje = super pogoda 😀 a że nie widać prawie żadnych widoków – no cóż.. może za jakiś czas będzie widać.. albo jak dotrzemy gdzieś dalej 🙂 Zrobiliśmy sobie jedzonko i zaczęliśmy łapać stopa dalej, a że nie szło nam za bardzo obserwowaliśmy Japończyków (chyba) ze sprzętem fotograficznym próbujących ponad godzinę ustrzelić dobre zdjęcie.. stali tak i czekali na dobry moment.. a on się nie pojawiał.. cóż za cierpliwość ! Była tam bowiem dziura między skałami, do której wpływała woda, wypełniała krater, a potem powinna wystrzelić w górę.. powinna, ale jakoś nie miała ochoty 😛 Chyba po prostu był odpływ albo za małe fale, bo dziura się tylko malutko wypełniała wodą, a inna która według zdjęć miała być „gejzerem” w ogóle się nie wypełniała.. ale nigdy nie wiadomo 😉 Jak już przyjechali tutaj specjalnie dla tej dziury między skałami to nie dadzą tak łatwo za wygraną 😉 Polak już by dawno stracił cierpliwość 😛 Ale wracając do łapania stopa.. miejsce bardzo dobre bo przy tej właśnie atrakcji turystycznej gdzie był duży parking, żeby się zatrzymać, ograniczenia prędkości, więc wszyscy jechali w miarę wolno, dobra pogoda bo nie padało nawet, a my czekaliśmy, czekaliśmy i nic.. Nawet już zdjęcia skończyli robić i pojechali.. a my dalej staliśmy.. Zaczęliśmy się zastanawiać o co chodzi w tym Oregonie? Czy tu mają jakiś zakaz brania autostopowiczów? Czy tu jacyś autostopowicze mordercy grasowali i to nagłośnili w tv 😉 prawda jest taka, że w tym stanie idzie nam bardzo kiepsko bez względu na pogodę, miejsce stopowania i to czy trzymamy kartkę, czy łapiemy tylko na kciuk.. w sumie zabierali nas tylko przyjezdni.. Zagadka ta rozwiązała się w końcu, ale o tym w dalszej części wpisu.. A tutaj nawet w końcu nas ktoś zabrał.. na pakę 🙂 i zawiózł do następnego Freda do Florence 😛 a tam za marketem wielkie wydmy z piachu! 🙂 trochę sobie po nich pospacerowaliśmy – były bardzo ładne 🙂 ciekawe skąd się tam wzięły bo do oceanu było daleko, a dookoła nich był las..

Poszliśmy zrobić zakupy i robiliśmy sobie jedzonko na dworze, kiedy podszedł do nas starszy pan, trochę jak Bob Marley i zaprosił do siebie na wegetariańską zupę 🙂 więc jak skończyliśmy gotować to poszliśmy 🙂 i dostaliśmy wegańską 😀 zupę z czarnego ryżu i fasoli z kukurydzą w puszce po jakiejś konserwie 🙂 i do tego surówkę z sałaty, kiełków, jabłek, marchewki i pysznym octowym sosem 🙂

Fajna idea takiego autobusu, który przyjeżdża tam w każdą sobotę i niedzielę, ale widać że mają też tutaj dużo takich osób potrzebujący w takim razie..

Po zjedzeniu obiadku zszywaliśmy Grześka kurtkę i wtedy podeszła do nas pani, która tam kosiła trawę i dała nam 20 $ na obiad 🙂 chyba wyglądaliśmy na całkiem przyzwoitych bezdomnych – hihi 😉 Tego dnia udało nam się złapać stopa do Coos Bay ze starszym panem, który się bardzo przejmował gdzie będziemy spać i czemu akurat tam chcemy jechać.. a to dlatego, że okazało się to całkiem sporym miastem.. większym niż się spodziewaliśmy.. po drodze pogoda zmieniała się jak w kalejdoskopie, ponieważ cały czas jechaliśmy drogą 101 wzdłuż wybrzeża.. świeciło słońce i schodziło coraz niżej nad ocean, a za chwilę pojawiała się nieprzenikniona mgła, tak że nie było prawie widać samochodu zaraz przed nami, nie mówiąc o widoku na ocean 😉 Jakoś mimo strachu naszego kierowcy udało nam się znaleźć spokojne miejsce do spania bez niedźwiedzi i innych złych sworzeń 😉 tylko hałas samochodów się niósł znad rzeki na naszą górkę, jak samochody przejeżdżały przez kratkowaną podłogę mostu, który kiedyś się chyba podnosił 😉

Wieczorem zjedliśmy za pieniądze od Pani przepyszny organiczny czerwony winogron – bo winogron jest na liście parszywej 12 (znacie tą listę? jest to lista produktów, które muszą być koniecznie jedzone organiczne/z własnego ogródka, żeby nie bolał po nich brzuszek, ponieważ kumulują w sobie najwięcej pestycydów, tzn wśród roślin, bo w mięsie jest ich jeszcze więcej, bo zwierzęta hodowlane jak wiadomo jedzą rośliny ;P )

1. jabłko
2. seler
3. truskawka
4. brzoskwinia
5. szpinak
6. importowana nektarynka
7. winogrona
8. papryka
9. ziemniak
10. jagoda/borówka amerykańska
11. sałata
12. zielony jarmuż czy też kapusta włoska taka marmurkowata

Lista ze strony http://www.pepsieliot.com/jestes-z-polski-nie-masz-wyjscia-musisz-zostac-wegetarianinem/ którą serdecznie polecamy 🙂 i można ją też znaleźć w książce „Dieta roślinna na co dzień” Hever Julieanna, która jest najlepszą książką dla początkujących wegan/pasjonatów kuchni roślinnej 🙂

Wracając do winogronu jest tutaj bardzo drogi, więc jedliśmy go pierwszy raz 😀

A na śniadanko najpyszniejsza na świecie surówka z organicznego jarmużu, papryki czerwonej i pomidorka malinowego, plus nieorganiczne awokado – z listy szczęśliwej piętnastki 😀 na której są produkty właściwie odporne na pestycydy:

1. cebula
2. słodka kukurydza (uwaga musi być nie GMO)
3. ananas
4. awokado
5. asparagus
6. słodki zielony groszek
7. mango
8. oberżyna/bakłażan
9. melon
10. kiwi
11. kapusta
12. arbuz
13. bataty (słodkie ziemniaki)
14. grejpfrut
15. grzyby

Uwielbiamy takie sałatki 🙂 i jarmuż, który nie jest pryskany jest bardzo smaczny, nawet całkiem na surowo, bez gotowania na parze choćby kilka minut, bo nie jest w ogóle gorzki! a jest najzdrowszym pokarmem na świecie, bo ma największą gęstość energetyczną według skali ANDI (znacie? 😀 można o niej poczytać na stronie http://www.akademiawitalnosci.pl/jak-oszczedzac-na-jedzeniu-czyli-optymalizacja-eksploatacji/ którą też polecamy 🙂 lub w wyżej wymienionej książce 🙂 ) i polecamy każdemu, dla dobra swojego zdrowia, żeby się z nim zaprzyjaźnił 🙂

Po śniadanku dalej łapaliśmy stopa rozmawiając jak to ciężko w Oregonie i że kobieta nas jeszcze żadna nie wzięła na stopa (oprócz jednej w Słowenii, do której podeszliśmy na stacji benzynowej i okazała się być.. Polką 😀 ) i jakie to ludzie robią śmieszne miny jak nas nie chcą zabrać, albo jakie dziwne rzeczy nam pokazują 😛 ale o tym to by chyba lepiej film nakręcić.. 😉 kiedy nagle na stacji benzynowej niedaleko której łapaliśmy zatrzymuje się samochód i na nas trąbi.. ja stoję dalej koło plecaków, a Grzesiek idzie pogadać 🙂 Pierwszą kobietą nie zagadaną przez nas wcześniej, która chce nas zabrać na stopa jest Amanda 🙂 zawiezie nas do Port Orford, ale najpierw jeszcze wjedzie na chwilę coś załatwić do domu.. A może by tak zapytać o prysznic.. rozmawiamy sobie między sobą, kiedy po chwili rozmowy skąd jedziemy, dokąd, jak długo itd. sama proponuje, żebyśmy wzięli prysznic i zrobili pranie jeśli chcemy 🙂 bo wie jak to jest kiedy człowiek śpi pod namiotem na amerykańskich kempingach bez ciepłego prysznica.. szczególnie jak się jest kobietą.. Zgadzam się z Tobą Amando całkowicie 🙂 Po chwili odwiedzamy naszą wybawicielkę w jej domu, stajemy się bardziej ludzcy i dużo ładniejsi 😉 Po prysznicu i  ogoleniu pijemy soczek pomarańczowy i jesteśmy gotowi ruszyć dalej 🙂 Przywiozła nas do siebie do domu i nie dość, że nie wycięła nerki (a zna anatomię bo jest pielęgniarką i ma dużo medycznych książek 😉 ) to jeszcze poratowała prysznicem, dała pełno suchych ręczników, napoiła i nakarmiła – jest naszą ulubioną kobietą, która nas wzięła na stopa 😀 Jak to kobieta bardzo dużo nam opowiedziała i dzięki temu wiemy jak drogie są tu studia, bo właśnie studiuje na uczelni wyższej kolejny stopień pielęgniarskiego wtajemniczenia i płaci 25 000 $ rocznie! Czyli u nas można powiedzieć, że faktycznie na dziennych studiach edukacja jest praktycznie za darmo 😛 Wiadomo, że książki, jedzenie, mieszkanie, ale za same studia się nie płaci tyle na szczęście, bo jak czytałam ostatnio np. o weterynarzach w USA to po skończeniu studiów mają średnio 300 000 $ długu! Wyobrażacie sobie to? Jeszcze najczęściej mieszkanie na kredyt, samochód (oczywiście jak największy) na kredyt.. jak oni muszą być bardzo zadłużonym narodem.. Faktycznie chyba całe pieniądze w Ameryce przez american dream są z długu.. Jeśli nie oglądaliście Zeitgeist to gorąco polecamy, aby zapoznać się jak działa system monetarny.. Niestety w Polsce też zaczyna to wyglądać bardzo podobnie.. Ale wracając do Amandy jest rozwiedziona, ale jak to stwierdziła to u nich normalne.. jakie to smutne, że u nas w Polsce też coraz częściej.. Traktuje swoje 2 psy jak swoje dzieci i pytała czy w Polsce też tak jest 🙂 Ale najbardziej się skupiła na naszym bezpieczeństwie w podroży – czy mamy gaz pieprzowy itd. Ona ma zawsze przy sobie gaz pieprzowy, nóż i jeszcze pistolet! I że normalnie nigdy nie bierze autostopowiczów, ale my tak przyjaźnie wyglądaliśmy 🙂 I powiedziała czemu tutaj prawie nikt nie bierze na stopa.. Ponieważ mają ogromny problem z narkotykami, a że tacy ludzie najczęściej łapią stopa, no bo wiadomo nie mają pieniędzy i samochodu. I że jej osobiście się przydarzyło, że jak stała na czerwonym, a kawałek dalej stał ktoś i łapał stopa, podbiegł do jej samochodu i zaczął szarpać za klamkę (ale u nich automatycznie po włączeniu silnika zamykają się drzwi) i jakiś koleś trzy samochody dalej powalił go na ziemię i zadzwonił po policję.. i że podobno tutaj często się takie rzeczy zdarzają.. i czy u nas też taki mamy problem? W sumie my z dużego miasta, ale szczerze mówiąc nie widzieliśmy aż tylu bezdomnych i naćpanych ludzi we Wrocławiu jak tutaj w większych miastach.. U nas chyba raczej ludzie piją, jak sobie nie radzą ze światem.. chociaż dopalacze też coraz popularniejsze.. Ale bezdomnych jest dużo mniej.. może pogoda nie sprzyja.. a może mniej dla nich pomocy niż tutaj.. ciężko powiedzieć.. Opowiedziała nam też trochę o przyrodzie i okolicy i dojechaliśmy do Port Orford 🙂

Stamtąd zabrał nas młody chłopak, który nie wiedział jeszcze gdzie jedzie (chyba po prostu na przejażdżkę) i przywiózł nas do Gold Beach 🙂 Poszlibyśmy na zachód słońca, ale znów wielka mgła przykryła ocean i okolice, więc poszliśmy szukać miejsca na domek 🙂

Udało się całkiem nieźle tak, że nie trzeba było w końcu wstawać wcześnie rano, więc zmęczeni zasnęliśmy już po 20:00 i spaliśmy 12 godzin! 🙂 Ale chyba się zregenerowaliśmy i czujemy się wyspani 🙂 Z ciekawostek – przez deszczowy tydzień spotkaliśmy w pralni 2 chłopaków na rowerze, jeden z Kanady drugi z UK, którzy też jadą na południe i potem znów spotkaliśmy tego z Kanady we Fredzie we Florence i wczoraj znowu go spotkaliśmy w Port Orford 😀 a myśleliśmy, że nam już zwiał daleko 🙂 fajnie się tak spotykamy 🙂 jak starzy znajomi 😉 I jeszcze bardzo fajne jaszczurki spotykaliśmy w lesie jak wędrowaliśmy i w ogóle przed nami nie uciekały tylko sobie beztrosko spacerowały 🙂 a duża dorosła jaszczura zastygła w bezruchu i tylko się na nas patrzyła 🙂 Były przeurocze 🙂 Mają piękne oczy i słodziutkie łapeczki 🙂 sami zobaczcie 🙂

Jak takie malutkie smoki 🙂 A teraz namiot złożony i ruszamy dalej w naszą przygodę 🙂

Oby się dalej udało w miarę sucho 🙂 cieszymy się, że jest słońce 🙂 jest ciepło 🙂 mamy suche ubranka 🙂 jemy sobie pyszne jedzonko 🙂 oglądamy fajne widoki 🙂 albo tajemniczą mgłę 😉 jeździmy sobie na stopa 🙂 albo medytujemy przy drodze łapiąc stopa 🙂 spotykamy samych świetnych ludzi 🙂 uczymy się o Ameryce 🙂 obserwujemy świat dookoła nas 🙂 cieszymy się każdą chwilą 🙂 że możemy sobie spacerować 🙂 oddychać świeżym powietrzem 🙂 oglądać zwierzątka 🙂 przyglądać się ludziom 🙂 rozmawiać sobie z nimi 🙂 uśmiechać się do nich 🙂 no i cieszymy się, że jesteśmy razem 🙂 już 146 miesięcy 😀 i możemy sobie wspólnie podróżować i nacieszać się sobą i tym co nam się przydarza 🙂 i być tu i teraz 🙂 miłością i radością 🙂 dziękujemy! 🙂

Pyszne curry i botwinka.. i zabawy z Kaleesi :)

1 października godz. 09:26

Siedzimy sobie w sklepie w Tillamook, gdzie jakimś cudem jest gniazdko elektryczne i wi-fi jednocześnie 😀

Browarek dla biegaczy za skromne 7$ 😛 Nie próbowaliśmy 😉

Mimo, że z parku Olympic wyruszyliśmy dosyć późno, udało się nam złapać stopa prosto do planowanego Aberdeen i to chyba w minutę 😛

Zabrał nas Roy, który tworzy artystyczne meble z wielkich poskręcanych pni 😀 Pokazał nam nawet gazetę, w której był na pierwszej stronie i mówił, że to nie on tworzy, ale natura jest twórcą i pozwala mu się odkrywać 🙂

W Aberdeen zrobiliśmy zakupy i nawet pozwiedzaliśmy trochę to miasteczko, które jednak nie miało zbyt dużo do zaoferowania, więc nic dziwnego, że Kurt Cobain stamtąd uciekł 😉 ale odwiedziliśmy jego pomnik w okolicy, w której się urodził. W końcu Nirvana to mój pierwszy młodzieńczy ulubiony zespół 🙂

Jak na niezbyt urodziwe miasteczko przystało, w wielu miejscach próbuje w nim rozkwitać sztuka, żeby troszkę podkolorować jego szarość 😉 bardzo nam się podobały rzeźby i murale 🙂 była nawet cała uliczka, gdzie można było namalować jakiś swój obraz na ścianie 🙂 fajna akcja 🙂

Jest nawet Polska. Kto znajdzie? 😛

Plusem Aberdeen był też rynek, na którym kupiliśmy sobie pyszne słodkie dojrzałe melony kantalupa po 0,99 $ za sztukę i banany z kropami za.. 0,19$! 🙂

W końcu się najedliśmy owoców 🙂 W końcu ceny zaczęły być bardziej przystępne 😉 W końcu też zrobiło się.. gorąco! 🙂 krótki rękawek i podwinięte nogawki w spodniach 🙂 Czyżby udało się w końcu dotrzeć do lata? 🙂 Ale czeka na nas Redwood, więc powoli kilkoma stopami, najpierw dotarliśmy do Raymond, gdzie za to wszystko było mega drogie 😛 a stamtąd superszybkim sportowym autem – nasz kierowca aż dostał mandat 😉 ale pan władza był bardzo miły i tylko straszył z 10 razy więzieniem 😛 a nasz driver przez 10 lat jak jeździł samochodem (od 16. roku życia!) dostał dopiero pierwszy mandat 😉 za bardzo chyba się z nami rozgadał i nie zauważył ograniczenia prędkości 😉 Trzeba przyznać, że amerykańscy kierowcy, przynajmniej ci, z którymi my jeździmy jeżdżą bardzo dobrze i bezpiecznie.. często też bardzo szybko, ale nie.. głupio.. tzn. nie wyprzedzają na górce, zakręcie, jak nic nie widzą.. Polakom niestety zdarza się to za często.. Dotarliśmy do Warrenton i mieliśmy nadzieję że w Walgreens będzie Vega One, ale pozostało nam tylko testowanie nowego zastępnika warzywno-owocowego Garden of Life RAW Organic Meal.. niestety nie ma aż takiego super składu i.. smaku 🙂

Odezwało się do nas kilka osób, że nie mogą nas przenocować lub nie mają pralki 😛 i Lydia, że jutro możemy przyjechać 🙂 i nawet zapytała czy po nas przyjechać, bo do Astorii było kilka mil.. ale ponieważ miała być w domu po 14:00 stwierdziliśmy że do 15:00 powinniśmy spokojnie zajść na nogach, nawet z ciężkimi plecakami 🙂 Tutaj już nie było tak gorąco mimo, że świeciło słońce, ponieważ było bardzo wietrznie.. Dookoła Astorii są trzy mosty, w tym jeden, którym przyjechaliśmy z Waszyngtonu i wjechaliśmy do Oregonu ma aż 6 km! 🙂 bardzo fajnie to wygląda, szczególnie z góry 🙂

U Lydii, Jamesa i Kaleesi spędziliśmy 2 noce 🙂 Czuliśmy się u nich prawie jak w domu 🙂 znów gorący prysznic i pranie sprawiły, że staliśmy się bardziej cywilizowani 🙂 Ale najfajniejsze były rozmowy z nimi 🙂 Pierwszego wieczoru pojechaliśmy samochodem na wybrzeże obejrzeć zachód słońca, statki, centrum miasteczka i.. lwy morskie 🙂 Pierwszy raz je widzieliśmy na żywo 🙂

Jak wróciliśmy do mieszkania, gospodarze poczęstowali nas przepysznym wegańskim curry! 🙂 Już dawno nie jedliśmy czegoś tak dobrego 🙂 i z ziemniakami, które się Grześkowi już tak dawno marzyły ;D graliśmy też w bardzo fajną grę planszową Pente, która nieźle angażuje mózg 😛 .. chyba sobie taką kupimy, jakbyśmy się nudzili 😉 hihi 🙂 oczywiście się nie nudzimy tutaj w ogóle i mamy jeszcze pełno książek do przeczytania 😉

Chcieli nam dać materac dmuchany, pościel itd, ale przecież mamy swoje matki samo-pompujące i śpiworki 🙂 Lydia pracuje w college’u i dzięki temu, że jeździ do pracy na 11:00, mogliśmy się porządnie wyspać 🙂 Rano wypiliśmy wymarzone zielone smoothie (banany, jarmuż, ananas, mleko migdałowe).

Po śniadanku wybraliśmy się na wieżę widokową (Astoria Column – 38m wysokości, 164 schody) bo była piękna pogoda 🙂 Widoki były wspaniałe 🙂 dookoła góry, długie mosty, ocean, statki 🙂 i mało ludzi o tej porze dnia 🙂 no i bez plecaków! 🙂 to chyba było najfajniejsze 🙂

 

Mój znaleziony samolocik niestety za długo nie poleciał z góry, ale znalazł go znów ktoś na dole i poskładał od nowa, więc będzie przynajmniej wielokrotnego użytku 😉 samolocik zrzucany z wieży, też może być recyklingowany 😛

Wieża w tym roku była odrestaurowana i miała odnowione obrazy, które były na niej już 90 lat temu 🙂 Była to cała historia Astorii, od czasów kiedy przybyli tu Europejczycy, żeby stworzyć Indianom „nowy wspaniały świat”..  No cóż.. zdecydowanie nie ma z czego być dumnym 😛 wystarczy spojrzeć jak pięknie i dziko wyglądała ta kraina zanim przybyli stwarzać cywilizację 😛 aż mi się zachciało obejrzeć Pocahontas (ale dawno nie widziałam) albo Avatara 😉

Posiedzieliśmy sobie trochę na łące obok wieży i przepisywaliśmy wspomnienia z Olympic 🙂 a w międzyczasie znów zaczęło mocno wiać i się robić zimno 😛

Wymyśliliśmy, że zrobimy dla Lydii i Jamesa jakieś tradycyjne polskie danie w ramach wdzięczności 🙂 i żeby pochwalić się trochę naszą kulturą i pysznym polskim jedzeniem 🙂 Wybór padł na botwinkę – oczywiście w wersji wegańskiej 😀 Za lekko nam było bez plecaków to sobie wymyśliliśmy dźwiganie zakupów przez całe miasteczko o niezliczonej ilości wzgórz – hihi 😉 Oczywiście wszystkie składniki musiały być organiczne – więc była to niezła inwestycja 😉 szczególnie koperek, który nie jest tutaj tak powszechny jak u nas 😛 ale wiadomo, że jest to najważniejszy składnik botwinki dodający aromatu, ważniejszy nawet niż buraki 😛 Była trochę trema, tym bardziej że nigdy wcześniej nie robiliśmy botwinki 😛 i oczywiście jak to my – nie mogliśmy zrobić w całości z jednego przepisu, tylko jak zwykle stworzyliśmy swój własny 😉

Ale kiedy już w trakcie tworzenia naszego dzieła kulinarnego Lydia wołała z pokoju, że super pachnie, troszkę się uspokoiliśmy 🙂 takie gotowanie jest nieźle kreatywne 🙂 Zupka miała na dnie miseczek puree z ziemniaków prze-py-szne! 🙂 a botwinka była doprawiona świeżym czosnkiem, imbirem, papryczką chilli, koperkiem i mlekiem kokosowym 🙂 a na górze dekoracja z koperku i orzechów włoskich 🙂 Nie chwaląc się zupa nam wyszła.. obłędna! 😀 Gospodarze się zachwycali a my.. nacieszaliśmy się polskim smakiem 🙂 Gorąca pyszna zupa to jest to! W kuchence turystycznej nie da się takiej zrobić 😛 Nawet w akademiku w parowarze nie robiliśmy zup 😛 mimo, że lubimy 🙂 więc już nam się bardzo tęskniło 🙂 Lydia chciała przepis (trzeba stworzyć 😛 ) więc to najlepszy znak, że smakowało 🙂

A po kolacji znów rozmowy głównie o podróżowaniu (w końcu to też podróżnicy) 🙂 dzięki którym się sporo dowiedzieliśmy o okolicy bliższej i dalszej 🙂 Trochę podszkoliliśmy angielski, trzeba by się teraz zabrać za hiszpański 😛 Oprócz rozmów i jedzenia super były też zabawy z Kaleesi, ponieważ jest ona.. kotką 😀 a wiadomo jak ja kocham koty 🙂 w dodatku była przemiła, zabawna i była pieszczochem 🙂 i chyba mnie polubiła 😀

Poznaliśmy kolejnych wspaniałych przyjaciół, za którymi będziemy na pewno tęsknić 🙂 Trafiamy na naszej drodze na takich cudownych ludzi 🙂 Jesteśmy bardzo wdzięczni! 🙂 Lydia przed pracą zawiozła nas jeszcze z powrotem do Warrenton, żeby było szybciej niż nasze 1,5 godziny na nogach przez most 😛 i nasze drogi się rozeszły.. ale mam nadzieję, że jeszcze kiedyś się spotkamy 🙂 może w Polsce – gdzie kiedyś chcieliby pojechać, bo dziadek Jamesa jest z Polski 🙂

Z Warrenton trafiliśmy do Manzanita mijając po drodze Cannon Beach ze skałami wystającymi z morza, a potem według naszego kierowcy najlepszą plażę na całym West Coast do surfingu 🙂 Tym razem nie będziemy próbować, bo chmury deszczowe nas ścigają, ale w sumie fajnie by było kiedyś spróbować jak już jesteśmy na West Coast 🙂

Stamtąd zabrał nas na pace młody chłopak tutaj 🙂 podoba mi się jeżdżenie na pace – jak rollercoaster 🙂

Dzisiaj jest pochmurny, deszczowy dzień i najchętniej byśmy siedzieli cały dzień pod dachem w ciepełku 😛 ale chyba gdzieś się dalej ruszymy w kierunku parku – zobaczymy co z tego wyjdzie 🙂 może aż tak nie zmokniemy 😉 może już się wypadało 🙂 najważniejsze, że udało nam się w końcu kupić impregnat I zaimpregnować buty i znów.. działają! 🙂 są wodoodporne, a nogi suche 🙂 już dzisiaj testowaliśmy na wysokiej mokrej trawie 🙂 Jakie proste rzeczy mogą człowieka ucieszyć 🙂 zaimpregnowane buty 🙂 suche skarpetki 🙂 ciepłe ubranie 🙂 pyszne banany 🙂 fasolka z puszki w sosie pomidorowym 🙂 prąd w gniazdku! 🙂 wi-fi 🙂 plecak pełny jedzonka 🙂 ciężki, ale samowystarczalny 🙂 w końcu cały nasz domek dźwigamy na plecach 🙂 no i to, że możemy się tym wszystkim razem cieszyć 🙂 że razem sobie jemy śniadanko 🙂 razem sobie człapiemy z kreaturkami 🙂 razem sobie mokniemy 🙂 Dziękujemy! 🙂

Kosmiczne dźwięki w sercu lasu deszczowego

23 września godz. 8:57

Siedzimy sobie w namiocie, gigantyczne krople deszczu bębnią o dach.. mieliśmy dzisiaj wstać wcześnie i jechać dalej na południe.. ale tak leje, że trochę jeszcze poczekamy.. I tak jesteśmy mega szczęśliwi, bo udało się wczoraj iść pod ciepły prysznic i to dużo taniej niż 7 dolarów za osobę 😛 (7$ + dodatkowa opłata – cena prysznica w hotelu, nam się udało 4$ za 2 osoby) i uprać i wysuszyć ubrania i buty 🙂 Wcześniej wstawiliśmy też zaległe posty na bloga, jak udało się dotrzeć do cywilizacji, wifi i prądu po 7 dniach w dziczy 🙂

W lesie deszczowym jest przepięknie, bardzo dziko, bardzo zielono, wszędzie mchy i paprocie (nawet wysoko na drzewach, które są przeogromne).. Szliśmy tak naprawdę 4 dni, a 3 siedzieliśmy i odpoczywaliśmy na kempingu z bambi 🙂 tam widzieliśmy większość ludzi podczas naszej przygody z lasem deszczowym 🙂 ale też nie jakoś dużo, może z 10 osób.. Odpoczęliśmy sobie, poczytaliśmy kundelka Teofilla w hamaku w śpiworkach – raz nawet sarenki przyszły posłuchać 🙂 Zastanawialiśmy się tylko jak będziemy wieszać wysoko między drzewami nasze jedzenie, śmieci, kosmetyki itd., bo dalej miało już nie być skrzynek misiowych.. Ale nie przejmowaliśmy się tym za bardzo i stwierdziliśmy, że jak trzeba będzie, to jakoś sobie poradzimy 🙂 Jak wyszliśmy z kempingu, po kilku minutach spotkaliśmy ludzi.. i to by było na tyle na jakiś czas 😉 Las deszczowy mimo słonecznej pogody był bardzo zacieniony, tak że solara można było schować do plecaka 😛 ponieważ drzewa są tak przeogromne, że aż ciężko zadrzeć głowę tak wysoko z plecakiem na plecach, żeby zobaczyć ich czubki 🙂

Na początku szliśmy cały czas przez las, od czasu do czasu przechodziliśmy przez mostek nad strumieniem zrobiony z pnia drzewa z poręczą – na razie szlak był zadbany 🙂 po jakimś czasie doszliśmy do tabliczki „bear wire” i ku naszej radości między drzewami rozwieszony był metalowy drut, do którego karabinkiem przyczepia się plecak, wciąga na górę  i przypina na dole jednego z drzew 🙂 uff.. chyba nie będzie tak źle z wieszaniem plecaka 😉

Było to mniej więcej 5 km od kempingu, więc mieliśmy nadzieję, że co jakiś cza takie druty będą się pojawiać 🙂 Było tam też kilka miejsc na namioty i nawet kibelek 😀 i to nie taki jak przy Ptarmigan 😛 ale tradycyjny wychodek obity deskami, aczkolwiek bez wyciętego księżyca albo serduszka 😉

Tego dnia przeszliśmy tylko z 10 km, doszliśmy do następnych drutów i stwierdziliśmy, że na pierwszy dzień wędrówki wystarczy. Mimo tego, że szlak był wydeptany bardziej niż niektóre wcześniejsze, to jednak były to góry, my mieliśmy ciężkie plecaki (jeszcze był zapas jedzenia 😛 ) i wyruszliśmy dopiero po 13:00 tego dnia..

Następnego dnia wyruszyliśmy z samego rana o 11:00 😉 Na początku trochę słońce przeświecało przez chmury, ale nie trwało to zbyt długo.. jak się rozpadało, tak już padało do ostatniego dnia.. Szlak też zaczął się robić coraz cięższy.. mniej wydeptany, co chwilę wielkie drzewo zwalone na ścieżkę.. albo trzeba było przecisnąć się pod spodem (raczej bez plecaka i na kolanach) lub bardzo okrężnie obchodzić nad drzewem dookoła..

Zaczęły się też hardkorowe przeprawy przez rzekę.. Czasem kilka minut zajęło nam zastanawianie się, którędy wiedzie szlak dalej po drugiej stronie rzeki.. Co my byśmy zrobili bez gps.. Przeprawa przez rzekę nie była już mostem ani pniem (chyba, że bardzo wysoko nad rzeką – było kilka mostów) była.. zagadką do rozwiązania 😉

Na przykład kilka zwalonych bezładnie pni, przez które trzeba było przejść.. potem jakiś kawałek deski.. trochę kamieni.. a potem znów pień.. taki survival race 😉 tyle, że z ciężkimi plecakami i na śliskim mokrym pniu jest troszkę trudniej 😉 Trzeba było często wykorzystywać pokłady odwagi 😉 ale jak udało się przejść na drugą stronę – jaka satysfakcja 😀 bezcenna 😀

Była to przeprawa przez las deszczowy godna Beara Gryllsa, mimo że szliśmy teoretycznie cały czas szlakiem 😀 ale nie wiem ile lat temu jakiś rangers tędy przechodził 😛 Szlak był taki, jaki las chciał, żeby był 🙂 taki.. spontaniczny 😉

Szliśmy wśród zieloności i było bardzo pięknie, ale deszcz wciąż padał i nie dawał za wygraną.. czasem ciut mniej, ale drzewa i tak były tak mokre, że z nich co jakiś czas spadały wielkie krople.. no cóż.. las deszczowy..

Na początku omijaliśmy kałuże, nie wchodziliśmy w większe błoto.. ale jak już zaczęło się ściemniać, a było to już około 19:00.. to już było nam praktycznie wszystko jedno bo i tak mieliśmy już całe buty i skarpetki mokre 😛 chyba tylko kalosze by to wytrzymały 😛 W którymś momencie podnosząc głowę do góry zobaczyłam.. wielkiego jelenia! 🙂 Stał sobie dostojnie pomiędzy drzewami, niedaleko nas 🙂 Popatrzył.. popatrzył i poszedł w swoją stronę.. Niestety było już zbyt ciemno, żeby zrobić zdjęcie.. Założyliśmy czołówki po kolejnym ślizgu na tyłku po błocie, podczas obchodzenia kolejnego drzewa.. Plecy bolały już chyba wszędzie 😛 ale szliśmy jak najszybciej do kempingu oznaczonego na gps, żeby były jakieś druty.. Było już całkiem ciemno, obok ścieżki zaświeciła para oczu.. to sarna uciekła jak nas usłyszała, a za chwilę całe stado.. weszliśmy na łąkę.. widocznie postanowiły sobie tu spać spokojnie, dopóki im nie przeszkodziliśmy.. Sorry sarny, my też już byśmy chętnie spali 😛 ale trzeba znaleźć miejsce na domek.. ciap.. ciap.. plask.. ciap.. plask.. środkiem ścieżki, która jest już teraz płynącą rzeką.. jeszcze tylko 500 metrów.. i nagle po lewej.. druty! uff.. uratowani 🙂 Ale poszliśmy jeszcze kawałek dalej sprawdzić czy nie będzie lepiej.. może by tak taki schron z kominkiem? 😀 ..po prawej kibelek.. a kawałek dalej.. wielki dom! Nie mogłam uwierzyć własnym oczom.. chyba halucynacje ze zmęczenia 😉 Idziemy 2 dni nie spotykając nikogo, w środku szlaku zapomnianego nawet przez rangersów, a tu taka chałupa? Aż się trochę dziwnie, surrealistycznie poczułam.. co to u licha? 😛 Okazało się to opuszczoną bazą rangersów pozabijaną dechami.. ciekawe kiedy ostatnio ktoś tutaj rezydował.. chyba dawno 😛 sam domek miał już prawie sto lat.. i miał kominek 😉 ale był zamknięty na kłódkę niestety 😛 Taki dom się marnuje, a my byśmy się tam chętnie ugrzali i wysuszyli.. no cóż.. Poszliśmy się rozbić niedaleko drutów, porozwieszaliśmy mokre skarpetki, założyliśmy suche do spania, opatuliliśmy się i szybko zasnęliśmy 🙂 Zrobiliśmy tego dnia 21 km! po górach.. byliśmy wykończeni..

Rano usłyszeliśmy dziwny dźwięk.. radio? ludzie? jakiś rangers idzie z krótkofalówką? nie słychać ludzkich głosów.. hmm.. za chwilę bliżej.. dźwięk jak z kosmosu.. bardzo piękny.. taki.. tajemniczy.. wyszliśmy z namiotu zobaczyć o co chodzi.. a to.. stado jeleni kanadyjskich (elków) i największy samiec (przewodnik stada) wydaje ten nieziemski dźwięk, a gdzieś z oddali przychodzi trochę inna odpowiedź.. Dla tej chwili warto było przeleźć te kilometry w deszczu i błocie 🙂 Jelenie są takie dostojne 🙂 piękne 🙂 spokojne 🙂 Udało się nawet Grześkowi zrobić im zdjęcia całkiem z bliska, a potem po prostu odeszły.. nie jakieś tam uciekanie.. o nie.. to byłoby niegodne elka.. dostojnie się.. oddaliły 😉 Byliśmy zachwyceni 🙂 To chyba najfajniejsze doświadczenie z tego parku i na pewno je zapamiętamy na całe życie 🙂

Niestety nie zanosiło się na poprawę pogody, nic nam oczywiście nie wyschło 😛 więc najpierw nowe suche skarpetki, potem reklamówki 😛 i dopiero buty.. chociaż na jakiś czas będzie wrażenie suchości 😉

Jak założyliśmy plecaki, woda nam ciekła po plecach, bo już nie wytrzymywały deszczowego przeciążenia.. dobrze, że w środku mamy wszystko w torebkach strunowych/kompresyjnych 😀 Na pocieszenie mgła się troszkę uniosła i zobaczyliśmy piękne wodospady i góry, które wczoraj już spały jak przyszliśmy po ciemku 🙂

No to w drogę.. nie ma co czekać na poprawę pogody.. jedzenia nie przybywa 😛 plecy i nogi też coraz bardziej bolą 😛 Momentami mimo deszczu były piękne widoki – mega kolorowe góry przez jesienne liście, śnieg na szczytach, kolorowe łąki z jagodami.. normalnie misiowa kraina, ale w taką pogodę to nawet misiek woli siedzieć w domu przed tv 😉

Za to jagody były bardzo dobre, a na jednej z nasłonecznionych polanek, gdzie miały już czerwone liście – były przepyszne 🙂 Chyba najlepsze jakie jedliśmy w życiu 🙂 słodkie jak z cukrem i aromatyczne jak jakiś aromat jagodowy 😀 ale się najedliśmy 🙂 Grzesiek wcześniej wchodził na górę, żeby nazrywać takich wielkich, a dalej było pełno krzaków takich mniejszych, ale dużo smaczniejszych 🙂 bo rosły sobie w słoneczku 🙂

Na łące Honeymoon też było pięknie i jagodowo, ale nie zatrzymaliśmy się bo oczywiście padało 😉 hihi 🙂 Jak szliśmy szybko – było bardzo ciepło, mimo mokrości nawet majtek 😛 gorzej jak stawaliśmy zrobić coś do jedzenia, ale wtedy ciepła herbata i jedzenie rozgrzewały nas od środka 🙂

Oprócz elków, saren i ptaków, co jakiś czas spotykaliśmy malutkie wiewióreczki 🙂 ale latającej nie widzieliśmy niestety.. ani pumy, ani niedźwiedzia.. ale na pewno spały smacznie w jakiejś ciepłej i suchej kryjówce, bo kto normalny by w taką pogodę chodził po lesie.. chyba nikt.. my to wiadomo, że do normalnych nie należymy 😛 Największe wrażenie robiły na nas przeogromne klony z jesiennymi liśćmi, jednocześnie ubrane calutkie w zielone gloniaste ubranko 🙂

..i wodospady.. 🙂

..i góry, jeśli łaskawie pokazały się zza mgły lub chmur

Momentami nawet świeciło słońce 🙂 i jednocześnie.. padało.. no jakże by inaczej.. w końcu to las deszczowy.. ale tęczy nie widzieliśmy 😛 Tego dnia też ruszyliśmy skoro świt o 11:00 i przeszliśmy 20 kilometrów, ale tak szybko maszerowaliśmy, że nawet udało się rozbić namiot przed samym schowaniem się słonka 🙂 A po drodze po niecałych trzech dniach spotkaliśmy.. 2 ludzi! 🙂 wow! 🙂 W tym dniu szlak był już trochę łatwiejszy, widać było, że ta część parku jest bardziej uczęszczana, poprzecinane piłą tarasujące drogę pnie, mostki (choćby z pnia), nawet jeden całkiem nowy kawałek szlaku na miejsce starego, który był pewnie labiryntem zwalonych pni 😉

Spaliśmy w pięknym miejscu, koło mostu i rzeki z głęboką błękitną wodą, gdzie być może nawet latem ktoś się kąpie 🙂

Przed nami jeszcze tylko kilka kilometrów do drogi i kempingu.. być może będzie tam jakiś samochód i ktoś nas weźmie, bo jedzenia skromnie – jeszcze tylko na jeden dzień..

Doszliśmy do kempingu, parkingu i stacji rangersów – nie było nikogo 😛 Ale za to Grzesiek zrobił mi ognisko, mimo że wszystko było bardzo mokre – brawo! 😀 żeby się trochę wysuszyć 🙂 Rękawiczki suche 🙂 sukces! 🙂

Tego dnia czasami nawet świeciło słońce, a czasami padało, trochę wyschły nam dzięki temu ubrania i plecaki, także już się nie lało po plecach, ale buty oczywiście dalej mokre i kończył się zapas suchych skarpetek 😛 Wypadałoby dotrzeć do cywilizacji 😉 Okazało się, że nie było żadnego auta, bo droga się zawaliła i jest zamknięta – tylko koparki.. Grzesiek nawet otworzył jedną, bo nie była zamknięta – a kluczyki w stacyjce 😛 i zapozował do zdjęcia 🙂

No to jeszcze pewnie ze 2 dni drogi przed nami 😛 ale pod koniec dnia, jak już było prawie ciemno i szukaliśmy miejsca na nocleg, spotkaliśmy ni stąd, ni zowąd dwóch panów jak sobie spacerowali z lornetką..

Szliśmy i szliśmy, aż w końcu doszliśmy do ich samochodu na rozstaju dróg, zrobiliśmy jedzenie i postanowiliśmy na nich poczekać 🙂 i opłacało się – bo wzięli nas na pace nad jezioro Quinault do kempingu i sklepu, który już był niestety zamknięty, ale od rana czynny 😀 Jak się dowiedzieli, że przyjechaliśmy tutaj na stopa z Alaski to pan, który był strażakiem, powiedział że jesteśmy dzielniejsi od niego – hihi 🙂 No więc udało się kupić coś do jedzenia, umyć i wyprać i wypadało by jechać dalej.

Tu w sklepie drogo i mały wybór, więc dobrze by było dotrzeć do Aberdeen do jakiegoś supermarketu i uzupełnić zapasy, bo już nam się nawet przyprawy prawie pokończyły i koper na herbatę 😛 Dokupiliśmy sobie za to melasy, bo nam posmakowała – a jest bardzo zdrowa i daje trochę kalorii i do tego ryż, żeby nam starczyło dopóki nie dotrzemy do sklepu. Siedzimy cały czas w namiocie i wciąż pada, ale może już troszkę mniej i się uda ruszyć dalej – spróbujemy 🙂

Super była przygoda z lasem deszczowym 🙂 przez całą drogę mogliśmy sobie medytować, nacieszać się przyrodą i być tu i teraz.. co było szczególnie trudne, jak byliśmy cali mokrzy i zmęczeni.. ale trening czyni mistrza 🙂 Byliśmy wtedy wdzięczni za to, że żyjemy 🙂 możemy chodzić 🙂 widzimy te wszystkie cudowności 🙂 mamy co jeść 🙂 świeże powietrze do oddychania i czystą wodę do picia 🙂 No i mamy siebie 🙂 i miłość i radość 🙂 Dziękujemy! 🙂

Bambi na prywatnym kempingu

15 września godz. 11:19 (USA)

Mike wczoraj po nas nie przyjechał, czekaliśmy na niego do 9:30 i zaczęliśmy łapać stopa z powrotem do drogi 101.. może zaspał, może zapomniał, ale nic się nie dzieje przez przypadek..

Dzięki temu poznaliśmy native American (rdzennego Amerykanina), milionera, a przy tym bardzo sympatycznego i interesującego człowieka – Eda.

Do drogi 101 było 7 km i na szczęście dojechaliśmy tam na pace z Polakiem z pochodzenia, ale po polsku nic nie gadał 😛 Stanęliśmy na skrzyżowaniu i czekaliśmy.. najpierw zatrzymał się koleś, który powiedział, że nie jedzie tam gdzie chcemy, ale za kilkadziesiąt dolarów nas zabierze.. nie dzięki 😛 czekał na kogoś.. i tym kimś okazał się jego szef.. Ed, który od razu jak nas zobaczył powiedział, że nas podrzuci i że widział nas wczoraj koło Walmarta 🙂 Co chwilę ktoś nam mówi, że nas gdzieś widział, więc chyba jesteśmy dość rozpoznawalni – przez nasze spodnie zapewne 😉 Zaczął opowiadać iloma różnymi rzeczami się zajmował w życiu.. budował canoe z wielkich drzew, łowił ryby, jest przewodnikiem i opowiada o rybach, a jego głównym zajęciem jest chyba konstruowanie domów.. mówił że ma szczęście w życiu, mieszka w pięknym miejscu i zna tajemnice Indian i jedną nam nawet zdradził.. zatrzymał się na środku drogi, wyrwał chwasta, powąchał i przyniósł, żebyśmy my też powąchali, że to dzika marchewka i to się je, a wszyscy prawie myślą, że to takie białe kwiatki sobie rosną przy drodze 😛 i że w lesie jest pełno jedzenia, tylko trzeba wiedzieć co można jeść 🙂 Pokazał nam orła nad jego gniazdem przy drodze, zawiózł do Visitor Center, gdzie dostaliśmy fajną mapę i powiedział, że przeszedł wszystkie szlaki w Olympic National Park i że najładniejszy jest z Brinnon do Lake Quinault.

Szlak ma około 50 mil, wiedzie piękną doliną wśród dzikości, zieloności i wielkich drzew jak jego samochód (a był spory ;)). Zdaliśmy się więc na opinię Indianina i postanowiliśmy nie jechać już dalej do Port Angeles, bo tam więcej ludzi i cywilizacja. Zanim nas wysadził u wejścia na szlak zatrzymaliśmy się w sklepie przy drodze, żeby zrobić zakupy i dał nam 100$! żebyśmy sobie kupili co potrzebujemy 🙂

Czy już pisałam jakie mamy szczęście do ludzi, których spotykamy? 🙂 Jesteśmy mega wdzięczni 🙂 bardzo dziękujemy! 🙂 Kupiliśmy banany (z kropami oczywiście), jabłka, marchewki, wodę (nic od rana nie piliśmy) i Clifbary 🙂 Byliśmy gotowi na podbój szlaku 🙂 W ciągu drogi spotkaliśmy z 10 osób. Zrobiliśmy postój przy rzece na pierwszym kempingu, a raczej tym co z niego zostało 😉

Usiedliśmy na ławce, żeby się uziemić, poopalać i coś zjeść 🙂 Szum rzeki, śpiew ptaków, słodka wiewiórka nas odwiedziła, ale oczywiście nic nie dostała i sobie sama poradziła ze zdobyciem jedzonka 🙂 W końcu jest cieplutko, uwielbiam zapach gorących igieł 🙂 Jest bardzo zielono, słychać tylko dźwięki natury 🙂 Tak sobie wędrujemy z naszymi ciężkimi kreaturkami i medytujemy 🙂 „Każdy krok niesie pokój”, „mamy wszystko czego nam potrzeba” 🙂 promieniujemy naszą miłością i radością dookoła 🙂 czerpiemy pozytywną energię z natury i emanujemy nią 🙂 Po drodze minęliśmy wielkie skały, piękny wodospad, dużo zwalonych na drogę starych drzew, pełno ptaków.. doszliśmy do drugiego kempingu – naszego celu 🙂 Nie wiem ile ma lat, ale lata świetności ma już dawno za sobą.. ławki zarośnięte mchem, zalane mułem z rzeki, tak samo grille.. natura odbiera to co kiedyś do niej należało..

Widać, że nie jest to zbyt często wykorzystywane miejsce w dzisiejszych czasach.. tyle kilometrów dojść na nogach z plecakiem, bez auta/kampera? Oprócz nas wieczorem było dwóch panów i.. trzy sarenki.. dwie malutkie przesłodkie i ich mama 🙂 w ogóle się nas nie bały, podeszły do nas same bardzo blisko 🙂 są takie piękne 🙂 maluchy dokładnie jak Bambi 🙂

Na szczęście są skrzynki misiowe i nie trzeba wieszać wszystkiego na drzewie i jest nawet kibelek.. wow! 🙂 Rozłożyliśmy się na drugim końcu kempingu.. kiedyś było tu naprawdę pełno miejsc.. ze 30? Takie stanowiska dla maksymalnie 8 osób: ławka lub dwie, miejsce na ognisko i grilla i miejsce na namiot.. i co jakiś czas skrzynka misiowa. Grzesiek zrobił mi nawet ognisko 🙂 Jak ja uwielbiam ogniska i patrzenie się w ogień i mieniący się żar 🙂 Chyba prawie wszyscy to lubią bo kojarzy się nam być może z jakąś naszą pradawną naturą i historią? 🙂

Wieczory i poranki są bardzo chłodne, ale na szczęście namiot nie zamarza 😛 a w śpiworku jest ciepło w jednym długim rękawie 🙂 W końcu się porządnie wyspaliśmy 🙂 Nie pamiętam już kiedy wstaliśmy po 8:00.. Nawet jak spaliśmy u kogoś w domu to wstawaliśmy wcześnie, nie mówiąc już o spaniu w lesie gdzieś w okolicy miasta.. A jak wstaliśmy okazało się, że mamy cały wielki kemping tylko dla siebie i swoje małe Bambi 🙂

Jak tylko wyszliśmy z namiotu chodziły sobie dookoła nas 🙂 Jest tutaj tak fajnie, że dzisiaj tu zostajemy, żeby odpocząć, polenić się, poczytać, umyć włosy 🙂 rozłożymy sobie nawet hamak.. a co? 🙂

Na razie mimo, że świeci słońce jest jeszcze dosyć chłodno, bo wieje mocny wiatr od rzeki, ale mam nadzieję, że po 13:00 będzie już cieplej 🙂 zobaczymy 🙂 Ciekawe jak długo będziemy nacieszać się swoim prywatnym kempingiem dzisiaj 🙂 Super jest takie miejsce w środku niczego, a za towarzystwo tylko dzika przyroda 🙂 no i my dla siebie nawzajem 😉 czyli najlepsze towarzystwo oczywiście 🙂 Dziś będzie dzień uważności, medytowanie, bycie tu i teraz, nacieszanie się wszystkim 🙂 Bo wiadomo, że najlepsza medytacja to taka kiedy robi się wszystko uważnie i z miłością i radością 🙂 myje zęby, pije, je, chodzi.. 🙂 Bo właśnie ta chwila jest jedyną, którą mamy 🙂 jedyną, w której naprawdę żyjemy 🙂 jedyną, którą możemy celebrować, którą możemy się nacieszać 🙂 Chcemy wykorzystać każdą cenną chwilę naszego życia, bo nigdy nie wiadomo ile ich zostało.. Dziękujemy! 🙂

Pierwszy nocleg w hotelu

13 września godz. 12:23 (USA)

Dzisiaj w końcu dzień odpoczynku 🙂 Siedzimy sobie nad rzeczką Vance Creek, cisza, spokój, ptaszki tylko ćwierkają i świerszcze grają i woda szumi 🙂 Jaka odmiana od hałasu miasta 🙂 Przywiózł nas tutaj Mike, pokazał fajne miejsce nad rzeką gdzie można rozbić namiot (drobnokamolkowa plaża), gdzie jest jezioro z miejscem do kąpania i gdzie są świeże warzywka (jak już wiedział żeśmy weganie po pytaniu czy lubimy ryby) i pojechał łowić ryby, a jutro po nas przyjedzie o 9:00, żeby nas zabrać dalej 🙂 Przez ostatnie dni sporo się nachodziliśmy z naszymi ciężkimi kreaturkami, więc przyda nam się bardzo jeden dzień przerwy 🙂 Robimy tyle kilometrów po mieście, że mamy wydatek energetyczny jak po maratonie wg endomondo 😉 i tak też się czujemy wieczorem 😛 Bolą nas plecy i nogi już prawie we wszystkich możliwych miejscach 😉 a że śpimy krótko, nie zdążają się zregenerować do końca.. Ostatnie noce spędzaliśmy w mieście (między drzewami co prawda, ale jednak blisko ludzkości), więc wcześnie rano wstawaliśmy, żeby się zebrać z namiotem, zanim ktoś pójdzie z psem na spacer 😛 Wczoraj rekordowo wstaliśmy o 5:00 😀 Dziś na szczęście trochę później 🙂

Z parku Larabee zabrał nas chyba już dwudziesty z kolei kierowca, który przewiózł nas kawałek poza miasto do parkingu koło restauracji skąd zabrało nas małżeństwo jadące do Burlington 🙂 Przy restauracji był piknik z widokiem na ocean i z jeżynami 🙂 Tutaj jest ich pełno, zresztą w Kanadzie też, ogromne krzaki mega kłujące, wypełniające wolne przestrzenie – schronienie dla zwierzaczków i.. bezdomnych w mieście 😛

W Burlington usiedliśmy na zewnątrz McDonalda bo było ciepło i internet i sikanie 😛 ale jak się okazało nie zdążyliśmy opublikować posta bo w środku nie było nigdzie gniazdek! i nie mieliśmy gdzie doładować komputera.. Nie był to wyjątek, bo w żadnym markecie, który od czasu wjazdu do USA odwiedziliśmy nie było gniazdek! Stany Zjednoczone by się wydawało, że dobrobyt itd. 😛 ale jednak chyba tylko na Alasce mieliśmy tak dobrze 😉 Chyba, że to wyjątek w stanie Waszyngton i gdzie indziej będzie lepiej.. okaże się 🙂   Utrudnia to jednak jeszcze bardziej wstawianie postów.. w dzikości wiadomo – brak neta i prądu, w mieście jest wifi gdzieniegdzie, ale nie ma gdzie podładować elektroniki.. no chyba, że przy elektrycznym wózku w przedsionku do marketu 😉 to jest jedyne miejsce, ale nie jesteśmy aż tak zdesperowani, żeby tam siedzieć kilka godzin 😛 Dobrze, że się pogoda poprawiła, to będziemy solara używać jak najczęściej 🙂 ale niestety nie możemy tak podładować komputera.. jakoś sobie będziemy radzić 🙂

No więc po zawodzie, że nie udało się wstawić posta, zaczęliśmy szukać miejsca do spania i okazało się, że w miarę zielone i odludne miejsce jest co najmniej 10 km drogi od Mc’a 😛 Kolejnym wstrząsem było to jak szybko robi się ciemno!, podczas naszej wędrówki przez miejską dżunglę o godzinie 20:00 było już całkiem ciemno.. byliśmy w szoku 😛

Kiedy doczłapaliśmy się ledwo podnosząc nogi do Little Mountain Park okazało się (mimo, że na nawigacji park miał pełno ścieżek i wydawał się taki.. zadbany?), że jest to las deszczowy jak z jakiegoś filmu 😛 Wielkie paprotki, zwalone drzewa, zielone porosty na drzewach.. jak by nikt nigdy tam nie sprzątał (oprócz zrobienia ścieżek).. w takim miejscu widać jak wszystko przemija i że takie drzewo np. które wydaje się całkiem martwe tak naprawdę jest już nowym drzewem, a nawet kilkoma.. nie widać granicy między tym co martwe a co żywe.. wszystko jest ze sobą połączone.. takie to życiowe.. Ale wracając do wyglądu lasu i do tego, że było już całkowicie ciemno i włączyliśmy czołówki, żeby cokolwiek było widać – ciężko było znaleźć jakiekolwiek miejsce do spania.. Po kolejnych kilometrach ku naszemu zdziwieniu znaleźliśmy idealnie płaskie miejsce, blisko ścieżki, ale zarośnięte i w takim miejscu, że pewnie dużo ludzi tędy nie chodzi..

Zasypiało się dziwnie – taka całkowita cisza.. zero wiatru, zero ptaków, tak ciemno że czy się otworzyło oczy czy zamknęło nie było różnicy – tylko czarność 😛 ale spało się bardzo dobrze 🙂 Aż do momentu kiedy po 7:00 rano obudziły Grześka (o dziwo :P) głosy jakichś dziewczyn.. chyba nas zauważyły, ale nic nie powiedziały.. Ale jak za chwilę szły kolejne osoby i jedna z nich stwierdziła „very nice place to camp” stwierdziliśmy, że czas się zbierać 😛 bo i tak już nie pośpimy..

Kolejny trail z powrotem przez miasto zajął nam większość dnia z postojami na jedzenie itd. i kiedy pod wieczór dotarliśmy na zakupy do Freda, zaczęliśmy już obmyślać gdzie tym razem pójdziemy spać, bo tamta miejscówa już spalona 😉 Wtedy podszedł do mnie Tim i zapytał czy czegoś nie potrzebujemy do jedzenia albo coś, czy autostopowicze i gdzie jedziemy.. powiedziałam, że nie dziękuję i że do Olympic National Park, on na to, że tam jest super i powodzenia 🙂 Bardzo sympatycznie 🙂 Za chwilę wrócił zapytać czy chcemy z nim jechać bo jedzie na południe Seattle – no to mamy stopa! 🙂 Tylko dopiero co pisaliśmy ludziom z couchsurfingu, że od jutra byśmy chcieli spać u nich, więc znów by trzeba chodzić i szukać noclegu w lesie 😛 Ale zgodnie z zasadą, żeby mówić życiu TAK (oglądaliście „Jestem na tak” (Yes man) z Jimem Carreyem – świetny film – polecamy :)) stwierdziliśmy, że jakoś to będzie i że bardzo chętnie się z nim zabierzemy 🙂 Tim okazał się przewodnikiem wycieczek po parkach narodowych w USA i dzięki niemu jechaliśmy pierwszy raz na stopa busem.. z przyczepką 🙂 Dowiedzieliśmy się też trochę o różnych parkach i że wszędzie jest super 🙂 widać, że lubi to co robi 🙂

Miał jechać stopem na Alaskę, kiedy znalazł tę pracę 🙂 zresztą stopem też zwiedził pełno miejsc 🙂 Kiedy przejeżdżaliśmy obok Seattle widzieliśmy wieżowce, sławną wieżę widokową i.. pełno namiotów bezdomnych pod autostradami. Naprawdę całe osiedle.. wielkie miasto, a do tego przez cały rok temperatura pewnie powyżej zera.. no cóż.. sami sobie zgotowali ten los.. Dziwne to dla nas, że ktoś wybrał takie życie, trudno nam to zrozumieć, ale kto wie jak byśmy postąpili żyjąc jego życiem.. Jakoś zawsze wierzę, że jak tylko ktoś chce to potrafi wybrnąć ze wszystkich życiowych trudności.. ale może nie chce? może tak woli.. tzn. chce, ale właśnie tak żyć.. tak czy siak jakiś taki smutek wywołuje ten widok.. Na szczęście okazało się, że nie musimy szukać noclegu w tej ogromnej konkurencji namiotowej 😉 bo Timothy się nad nami zlitował i zaproponował nocleg w swoim pokoju.. w hotelu! 🙂 Tym sposobem pierwszy raz na tym wyjeździe spaliśmy w hotelu 😀 na podłodze co prawda, ale jakże wygodnie 🙂 i gorący prysznic i pranie i elektryczność! 🙂 nawet dwa posty się udało wrzucić, ale za to nie za długo się spało 😉

Dostaliśmy nawet butelkę czerwonego wina żeby godnie uczcić pierwszą noc w hotelu 🙂

Jak my się poświęcamy dla Was, żebyście się dowiedzieli co u nas ;D Zjedliśmy sobie też razem kolację i śniadanie z zapasów Tima z poprzedniej wyprawy: mix sałat, awokado, świeża marchewka plus kasza jaglana na kolację (całkiem zdrowo) a bułki z dżemem truskawkowym (pyszny i mało słodki) i masłem orzechowym na śniadanie (normalnie tak nie jemy, ale można zaszaleć 😉 ), a w międzyczasie banany i mieszanka orzeszków 🙂

Super nam się gadało, dużo się dowiedzieliśmy, zrobiliśmy zdjęcia map parków 🙂 Kolejny raz jestem pod wrażeniem jakie mamy szczęście w życiu i jakich wspaniałych ludzi spotykamy na swojej drodze 🙂 Jesteśmy mega wdzięczni! 🙂

Rano Tim zawiózł nas na wyjazd w kierunku Tacoma, gdzie zawiózł nas starszy pan, który też oczywiście kiedyś jeździł stopem 🙂 10000 mil przejechał – wow! 🙂

W Tacoma znów trail przez miasto, tym razem do REI bo stwierdziliśmy, że przyda nam się nowa butla, a obok był wyjazd na autostradę 🙂

Stamtąd zabrał nas kolejny starszy pan, który nam powiedział, że dzięki Polsce i Wałęsie nastąpił przełom i im też się dzięki temu lepiej żyło 🙂 Zawiózł nas do Olympii, gdzie przeszliśmy trochę kilometrów przez park Olympia Woodland Trail, żeby znaleźć miejsce do spania i rozbiliśmy się niedaleko czyjegoś domu i dlatego wstaliśmy o 5:00 rano. Zmęczeni zrobiliśmy trail po kolejnym mieście – Olympia okazała się całkiem całkiem i łapaliśmy stopa dalej 🙂

Znów jechaliśmy na pace pickupa, ale trochę szybciej niż przez Denali Park 😉 Wiatr we włosach, słońce świeci, jest super 🙂 Dotarliśmy do Shelton i znów trail przez kolejne miasto, żeby znaleźć miejsce do spania..

Zrobiliśmy zakupy i wyszliśmy ze sklepu jak już było ciemno, więc poszliśmy do najbliższego lasu, gdzie nie byliśmy pewni czy ktoś nie mieszka.. ale wychodząc stamtąd spotkaliśmy pana, który zapytał czy szukamy miejsca na namiot.. powiedzieliśmy, że tak.. on na to, że mieszka niedaleko nad jeziorem i że tutaj mieszkali wcześniej bezdomni, ale się wyprowadzili w kwietniu i że teraz jest tutaj cicho i bezpiecznie i że może nam pokazać gdzie jest dobre miejsce na namiot. Pan wydał nam się bardzo miły i godny zaufania (w końcu tylko dobrych ludzi spotykamy na swojej drodze :)), więc zgodziliśmy się, żeby nas oprowadził 🙂 z nim nie baliśmy się nawet jak byśmy kogoś spotkali, ale faktycznie nie było nikogo.. tylko śmieci 😛 przynajmniej w pierwszym miejscu, które nam pokazał, więc tam nie chcieliśmy, ale drugie było całkiem OK 🙂 Całkiem cicho, brak ludzi i nie słychać było drogi, dobre miejsce żeby iść spać (najpierw przeszliśmy jeszcze sami kawałek dalej, ale tam była już jakaś firma, więc wróciliśmy w miejsce polecane ;)) Podziękowaliśmy za pomoc i pan poszedł w swoją stronę, a my stwierdziliśmy, że znów trzeba rano wstać wcześnie i się zbierać 😛 Spało nam się bardzo dobrze tylko krótko, ale mam nadzieję, że dziś nadrobimy zaległości 🙂 A dzisiaj po śniadanku i odwiedzinach Walmarta sam zagadał Grześka Mike i nas tutaj przywiózł 🙂

Mamy mega szczęście w życiu i spotykamy samych wspaniałych, pomocnych ludzi 🙂 Jesteśmy wszystkim bardzo wdzięczni 🙂 Mam nadzieję, że któryś z nich to przeczyta 🙂 Bardzo dziękujemy! 🙂 Będziemy dalej przekazywać pozytywną energię, którą otrzymaliśmy 🙂 szerzyć miłość i radość 🙂 teraz i tu 🙂