Wszystkie wpisy, których autorem jest terazitu.com

3200 km w 3 dni i pierwsza przygoda z couchsurfingiem

9 września godz. 9:36 (Kanada/USA)

 

Dzięki Jaredowi przejechaliśmy 3200 km! 🙂 Przywiózł nas do miejscowości Abbotsford, niedaleko Vancouver i pojechał do Seattle. Jesteśmy mu przeogromnie wdzięczni za to jak dużo nam pomógł 🙂 Przez tyle czasu razem można już się trochę poznać i zaprzyjaźnić 🙂 Przytuliliśmy się na pożegnanie, wymieniliśmy kontaktami i.. pojechał.. ale czuję że się jeszcze kiedyś zobaczymy.. może w Kolorado.. i aż tak nie tęsknię 😉

W Abbotsford widać pierwsze różnice między USA a Kanadą:

  • mniejsze samochody i mniejsi ludzie, ale też mniej uśmiechnięci
  • bardzo dużo klonów i pełno czerwonych jesiennych liści
  • gorsze drogi
  • bardzo dużo ludzi ze wschodu: Chiny, Japonia, Indie itd.. co chwilę widać kogoś w turbanie, za to bardzo mało osób ciemnoskórych
  • drogi internet i słaby zasięg w telefonie – taki sam 😉

Szukając noclegu zauważyliśmy też bardzo dużo osób bezdomnych.. w parku miejskim, mimo zakazu biwakowania normalnie na widoku rozstawione kilka wielkich namiotów, pranie się suszy.. Żeby znaleźć miejsce do spania musieliśmy zejść na obrzeża miasta, dalej od supermarketów, bo tam dopiero nie mieliśmy konkurencji 😉 Ceny są trochę niższe niż na Alasce, ale co ciekawe na półce jest jedna cena, a na paragonie inna – bo dopiero po zakupie doliczają podatek i każda prowincja ma inny, np. w Kolumbii Brytyjskiej gdzie byliśmy było to 12%. Grzesiek był trochę zrezygnowany, że napisaliśmy do 9 osób na couchsurfingu i nikt nam nie odpisał, a w dodatku ludzie się na nas za przyjaźnie nie patrzyli 😛 Ale na następny dzień Marek się odezwał, a potem sporo osób podchodziło i zagadywało skąd jesteśmy, gdzie jedziemy i nawet jeden starszy pan dał nam po 5 C$  na coś dobrego 😉 więc dzień wydawał się dużo lepszy 🙂 Kolejny pan nas nawet zaprosił do siebie do samochodu na piwo! i pogaduchy 🙂 A jakiś czas później ten sam pan nas podwiózł połowę drogi do Vancouver, jak staliśmy przy drodze i łapaliśmy stopa 🙂 Potem czekaliśmy i czekaliśmy w Surrey, aż w końcu zabrał nas swoim sportowym samochodem chłopak z Singapuru z jamnikiem Zeus 🙂 Dowiózł nas do stacji podniebnego pociągu (SkyTrain) i dzięki niemu pierwszy raz takim jechaliśmy 🙂

 

Jeszcze się nie dowiedzieliśmy gdzie dokładnie Marek mieszka, ale stwierdziliśmy, że pojedziemy do Downtown i jak wysiedliśmy i napisaliśmy do niego, okazało się, że był parę minut drogi od nas. Trafiliśmy akurat na długi weekend bo 5 września było Święto Pracy i ludzie mieli wolne, więc na ulicach tłumy. Zamieszkaliśmy na 25 piętrze w przytulnym mieszkanku 🙂 Wyprani, wykąpani – mogliśmy ruszyć na podbój miasta (Grzesiek mi nawet obciął grzywkę :D)

Super mieć takiego przewodnika jak Marek, który mieszka już tutaj kilka lat i wie co jest warte zobaczenia 🙂 Miasto w nocy wyglądało naprawdę bardzo ładnie, światełka na drzewach (jak to Marek powiedział „dla turystów”) bardzo mi się podobały, bo wiadomo, że ja lubię światełka 🙂 Ogólnie całe miasto się bardzo świeciło i powiedziałam, że sporo prądu musi na to iść, ale nasz przewodnik powiedział, że w Kolumbii Brytyjskiej praktycznie cały prąd jest z elektrowni wodnej! Vancouver przez ogromne wieżowce robi wrażenie wielkiego miasta, a w rzeczywistości ma tylu mieszkańców co Wrocław, ale powierzchnię dwa razy mniejszą, i stąd te wieżowce.

Dwa najwyższe wieżowce to Shangri-La 201m (59 pięter) i Trump Tower 188m (63 piętra). Dla porównania Sky Tower 206m (51 pięter) – czyli jest wyższy 🙂

Zostaliśmy zaproszeni do najlepszej (wg HappyCow) wegańskiej knajpy w mieście – Meet, chłopaki zjedli burgera z frytkami i surówką, ja miskę z brązowym ryżem, tofu, jarmużem, papryką i surową marchewką, sosem migdałowym 🙂 Mi bardzo smakowało 🙂 Oni mówili, że frytki za tłuste i przypieczone, ale za to piwo bardzo Grześkowi smakowało, mimo że jasne 🙂

Zobaczyliśmy jeden z największych portów w Ameryce Północnej, grający zegar, nocną panoramę miasta, znicz olimpijski, bramę Chinatown i pięknie oświetlone stare miasto. Chinatown jest już teraz dosyć opustoszałe, najprawdopodobniej Chińczycy wyprowadzili się stamtąd, bo zbliżyła się do tego miejsca „dzielnica biedy” (Chinatown ma o sto lat więcej niż Grzegorz).

 

Dzielnicę biedy też poszliśmy zobaczyć.. wygląda przerażająco.. pełno ludzi siedzących przy ulicy.. na dywanach itp.. i jest ich naprawdę bardzo dużo.. i sporo młodych osób z niewidzącym wzrokiem i jakąś kartką, że są biedni, głodni, zimno itd. Jak można upaść aż tak nisko w takim młodym wieku? Bardzo to smutne.. mają ręce i nogi.. mogą wszystko.. a wpadli w szpony narkotyków i już nic nie mogą.. We Wrocławiu nigdy czegoś takiego nie widzieliśmy, ale nie widzieliśmy też tylu chłopaków chodzących za rękę 😉 Vancouver jest bardzo tolerancyjnym miastem dla par niemieszanych i mają tutaj swoją specjalną dzielnicę i co roku wielką imprezę i nawet wtedy zamykają ulicę na jeden dzień.

Jest tutaj podobno najlepsza marihuana, bo taka do celów medycznych, więc co jakiś czas czuć było w okolicy jakąś osobę, którą bolały plecy 😉

Następnego dnia była piękna pogoda, więc poszliśmy zwiedzać Stanley Park – piękny widok na miasto był stamtąd, bardzo dużo ludzi biegało i jeździło na rowerze, dzikie gęsi się pasły jak we Wrocławiu gołębie 😛

 

Wieczorem po drugiej, bardziej dzikiej stronie parku na trzeciej plaży była impreza z bębnami w roli głównej 🙂 Bardzo fajnie i klimatycznie, ocean, światła miasta w oddali, nawet chwilkę się uziemiałam na plaży na boso, bo po zachodzie słońca piasek był już trochę zimny.. widzieliśmy nawet szopa.. no i gigantyczne liście na drzewach, paprotki i kilka wiewiórek.

Vancouver jak na miasto jest naprawdę ładne 🙂 ale może też nasza ocena wzrosła jak zwiedzaliśmy je bez ciężkich plecaków i mieliśmy zapewniony nocleg – kto wie 😉 Po dwóch nocach na zregenerowanie sił opuściliśmy Marka i stwierdziliśmy, że nie będziemy już dalej zwiedzać Kanady bo jest za zimno i wolimy ruszyć na południe 🙂 Fajnie, że spotykamy takich miłych ludzi na swojej drodze 🙂 jak przyjemnie było dla odmiany porozmawiać po polsku 🙂 dowiedzieć się trochę o okolicy bliższej i dalszej (bo Marek też jest podróżnikiem), miło spędzić razem czas i po prostu  odpocząć 🙂 Jesteśmy bardzo wdzięczni i dziękujemy za wszystko! Może się jeszcze kiedyś spotkamy 🙂

Ponieważ ciężko by było się wydostać z Vancouver na stopa, a na nogach chyba nie można było przejść tego przejścia granicznego, postanowiliśmy zainwestować w pociąg – kolejna nowa przygoda 🙂 Pociąg z Vancouver do Bellingham dla dwóch osób z bagażem kosztował nas 32$ (sporo), ale za to komfort psychiczny bezcenny 🙂 Bardzo miła rozmowa z panem z kontroli imigracyjnej, starał się mówić wyraźnie i powoli, zapytał tylko czy w ciągu tej podróży byliśmy w Stanach, czy zaczęliśmy 24 lipca (nie umiał się rozczytać po wcześniejszym kontrolerze ;)) i gdzie jedziemy 🙂 Potem miała być kontrola celna, ale w pociągu na granicy tylko nam zabrali wypełnioną karteczkę, popatrzyli na zdjęcie i zapytali gdzie jedziemy – szybko i bezstresowo 🙂 Zjedliśmy nawet w pociągu wegańskiego, organicznego burgera! i pestki dyni w ostrej salsie – za pieniądze od pana 😉

Z ciekawostek to w Kanadzie mają plastikowe banknoty!, ale my mieliśmy tylko do czynienia z pięciodolarówkami, a za resztę płaciliśmy kartą.

Zainspirowani Markiem kupiliśmy sobie jeszcze Vega One (all in one) i sobie dosypujemy do kaszy i ryżu, zamiast porcji warzyw i owoców, plus dodatkowo antyoksydanty, omega-3 i probiotyki! 🙂 Jesteśmy pod wrażeniem ile można upchnąć do łyżki tego proszku i jaki jest zdrowy. Ale to super receptura opatentowana przez Brendana Braziera – wegańskiego sportowca, Ironmana i dietetyka 🙂 W jednej sipce (45g) są 3 kubki zieleniny: brokuły, jarmuż, spirulina, chlorella, 50% dziennej porcji witamin i minerałów, 27% błonnika, 1,5g omega-3 z siemienia, konopii i saviseed (sacha inchi), jest też mega zdrowa maca, marchew, buraki, pomidory, jabłka, żurawina, pomarańcze, jagody, borówki, truskawki, grzyby shitake, ekstrakt z papai, ekstrakt z pestek winogron, organiczny granat, acai, mangostan, goji, maqui.. a do słodzenia.. stewia! Skład jest naprawdę mega, tak że już żadnych suplementów nie trzeba dodatkowo, a co najważniejsze to jest przepyszne 🙂

Ja piszę, a Grzesiek się właśnie zajada z kaszą jaglaną – bo udało nam się w Kanadzie kupić w końcu paczkowaną, a tutaj wczoraj kupiliśmy organiczną na wagę i gryczaną niepaloną! Wow 🙂 Byłam taka podjarana jak ją zobaczyłam, że aż pani co stała obok i coś sobie ważyła się śmiała ze mnie 🙂 No i ceny warzyw i owoców też już są na szczęście niższe niż na Alasce – banany z kropami były wczoraj za 0,39$/lb! Tak tanio nam się jeszcze nie udało 🙂  Narazie tańsze niż w Polsce były tylko Clifbary (w promocyjnym opakowaniu 1 szt za 1$) i wczoraj woda kokosowa 100%  (pyszna :)), puszka 520 ml za 1$! Wczorajszy dzień upłynął nam na uzupełnianiu zapasów i wędrówce przez miasteczko w tą i z powrotem do noclegu w parku Larabee – około 14 km z ciężkimi plecakami, więc nie było łatwo.. Dzisiaj postaramy się pojechać dalej na południe – kolejny nasz cel to Olympic National Park, a potem odbijemy od wybrzeża w kierunku kolejnych parków narodowych 🙂 Na razie pogoda jest super! W nocy śpimy tylko w jednym śpiworze i koszulce termicznej 🙂 a w dzień chodzimy w krótkim rękawku! 🙂 Chyba w końcu kierujemy się w stronę lata, chociaż tutaj na razie jesienne liście opadają.. Jak my kochamy słońce 🙂 jest tak optymistycznie 🙂 jest ciepło 🙂 błękitne niebo 🙂 wielkie drzewa i paprotki 🙂 zieloność 🙂 pełno ptaków 🙂 tu i teraz 🙂 jest cudownie 🙂 Dziękujemy! 🙂

Miały być ciepłe kraje – a wyszło jak zwykle

3 września godz. 14:26 (Kanada)

Ależ się wczoraj dużo działo.. Grzesiek prowadził pierwszy raz Jeep’a (Grand Cherokee) z automatyczną skrzynią biegów.. i podobało mu się 🙂 (niezłego kopa ma to autko), kolejne życiowe doświadczenie 🙂 Ponieważ bezustannie padało i było zimno postanowiliśmy się.. wykąpać 😛 oczywiście w strojach kąpielowych 🙂 i wyobraźcie sobie, że było bardzo cieplutko 🙂 bo uczyniliśmy to w gorących źródłach 🙂 Naprawdę były w niektórych miejscach tak gorące, że aż trudno było ustać.. tego nam było trzeba 🙂 Wygrzani, trochę popływaliśmy, pomasowaliśmy plecy, posiedzieliśmy, pomedytowaliśmy 🙂

Było super, ale jeszcze trochę zaplanowanej drogi przed nami, więc ruszyliśmy dalej. Po drodze oprócz niekończących się lasów, rzek, jezior i gór spotkaliśmy też całe rodzinki bizonów amerykańskich (buffalo) pasące się spokojnie przy drodze i jak to na krowy przystało mające wszystko gdzieś i w ogóle się nie przejmujące, że jacyś turyści czy tam podróżnicy znów sobie robią z nimi zdjęcia 😉

Zatrzymaliśmy się też przy przepięknym, błękitnym jeziorze, żeby zrobić zdjęcie.. a tam.. sami zobaczcie co..

Trzy niedźwiadki zaczęły zwiewać czym prędzej jak nas usłyszały.. chyba też im się widoczek spodobał 🙂 Był naprawdę wspaniały 🙂 Jadąc dalej nasz kolejny plan dał w łeb 😛 Najpierw w oddali zobaczyliśmy ośnieżone szczyty, mimo że góry wcale nie były aż tak wysokie.. a potem coraz więcej śniegu dookoła nas i na poboczu.. aż w końcu śnieg walący wielkimi płatami, tak że czułam się jakbyśmy byli postaciami ze Star Wars w jakimś statku kosmicznym..

To by było na tyle naszych planów ucieczki do cieplejszych krajów 😉 Nie wiem czy to tutaj normalne na początku września, ale na pewno to pierwszy śnieg w naszym życiu na początku września 😛 To już w maju się zdarzał nawet, ale we wrześniu nigdy 😛 Nawet jak byliśmy w Tatrach wtedy to nam się jakoś zawsze upiekło 🙂 Całe szczęście, że w środku w samochodzie nie pada i jest ciepło 🙂 ale kiedyś wypadało by pójść spać 😉 Jak tylko znaleźliśmy jakąś pustą boczną drogę, zatrzymaliśmy się tam i wsród padającego śniegu w ekspresowym tempie rozbijaliśmy namiot – jesteśmy już w tym ekspertami 😀 Spaliśmy we wszystkich ciuchach łącznie z przeciwdeszczowymi, plus we wszystkich kiszkach 😛 Ale było mi naprawdę bardzo ciepło i przyjemnie po wypiciu ciepłej herbaty, szybko zasnęłam i spałam dobrze i obudził mnie tylko na chwilę tradycyjnie szczekający ptaszek, żeby powiadomić, że to już nowy dzień 🙂 Tym razem umówiliśmy się godzinę później – na 9:00 i zbierając wszystko zastanawialiśmy się jak tam Jared.. On niestety nie spał zbyt dobrze i dopiero przed chwilą porządnie zasnął.. W nocy było słychać zanim zasnęliśmy, że jeździł samochodem, żeby się ugrzał w środku, a rano zobaczyliśmy, że próbował zrobić też ognisko, ale średnio wyszło 😛

Chyba nie był przygotowany na taką zimę w lecie 😉 Zostawiliśmy nasze plecaki i wybraliśmy się na spacer wzdłuż zagadkowej drogi przy której spaliśmy. Przeszliśmy tak prawie 10 kilometrów, bo do końca drogi było niecałe 5, wiał mocno wiatr, ale na szczęście nie padało i jak wracaliśmy to nawet przebłyskiwało słońce przez chmury – jest nadzieja 🙂 Jak tak sobie szliśmy to rozmawialiśmy, że jak by tu nagle teleportować jakiegoś Polaka, to by sobie pomyślał, że to Bieszczady 🙂 Zielono, cicho, spokojnie, niskie góry dookoła, kupy wilków 😉 tylko gigantyczna koniczyna sięgająca mi do pępka mogłaby wzbudzić podejrzenia, że coś tu nie gra 😉

Kanada jest prze-o-grom-na, w całej jej wielkiej przestrzeni rozrzucone są małe miasteczka, średnio co kilkaset kilometrów (przynajmniej tak jest w prowincji Yukon i Kolumbii Brytyjskiej) a pomiędzy nimi każda dziura, żeby nie było pustych przestrzeni pozapychana jest.. lasem.. pod którym rosną sobie większe lub mniejsze góry 🙂 Tego lasu jest tak dużo, mimo że widać dużo spalonych drzew, że aż normalnie się zieleni w oczach.. tak pozytywnie oczywiście 🙂 Super uczucie patrzeć na ciągnący się setkami kilometrów las i tylko od czasu do czasu jakieś budynki 🙂 Nawet jak słońce znów nas nie rozpieszcza i się schowało gdzieś za chmury – jest idealnie 🙂 Jest tak jak widocznie miało być skoro tak jest 🙂

A jak jest?

  • zielono, żółto pomarańczowo, błękitnie i szaro
  • pięknie
  • dziko
  • przestrzeń
  • spokój
  • czas
  • a może już wtedy nie ma czasu – jak jest tu i teraz? kto wie 😉
  • medytacja
  • cieszenie się
  • miłość i radość
  • bycie
  • życie
  • wdzięczność

Dziękujemy! 🙂

Co nam się kojarzy z Alaską?

  1. łosie
  2. szczekający ptaszek
  3. wiewiórki alpejskie, jeżozwierz, ptarmigany, orły, kruki, niedźwiedź czarny, małe myszy 😉
  4. przyjaźni, uśmiechnięci ludzie 🙂
  5. „where are you from”? (skąd jesteście?)
  6. „how are you”? (jak się macie?)
  7. „you are from Holland”? (jesteście z Holandii?)
  8. góry wszędzie dookoła
  9. przestrzeń i cisza
  10. zieloność
  11. rowery i przyczepka
  12. dziury na poboczu
  13. no trespassing
  14. ogromne dzikie róże
  15. samoloty
  16. zapach marihuany
  17. ryk silnika pickupa
  18. gwizd pociągu
  19. close toilet lid
  20. puszka misiowa, specjalne kosze na śmieci i pojemniki na jedzenie
  21. suszarka do prania
  22. leave no trace
  23. wielkie opakowania jedzeniaterazitu.com
  24. Amerykanie chodzący do sklepów w japonkach/klapkach/kaloszach
  25. Clif Bar
  26. lody Ben&Jerry’s i Coconut Bliss
  27. pierwszy lot
  28. zielone i żółte autobusy
  29. rdzenni mieszkańcy Alaski
  30. lodowce
  31. zimno brrr i wiatr
  32. strzelanie
  33. Walmart, Safeway i Fred Mayer
  34. Denali Park
  35. Denali/McKinley
  36. Ptarmigan Lake
  37. jagody
  38. czerwone owocki
  39. Anchorage, Fairbanks, Seward, Wasilla, Healy, North Pole, Delta Junction, Tok
  40. zorza polarna
  41. Kenai Park
  42. kempingi z kibelkiem bez wody i bez prysznica
  43. ryż z soczewicą
  44. mile, stopy itd
  45. dolary, centy, dime
  46. złoto
  47. niebieska lodowcowa rzeka
  48. białe „zielone” światło
  49. wygodne chodniki i ścieżki rowerowe
  50. przyjaźni kierowcy
  51. szerokie, dobre drogi
  52. bardzo szybkie i głośne mówienie
  53. smarkanie w papier toaletowy i ręczniki papierowe (paczka chusteczek w markecie 2 złote a chusteczka po sekundzie do wyrzucenia)
  54. domy z sidingiem, przystrzyżonym trawnikiem i flagą, bez płotu
  55. tryb samolotowy. brak prądu i internetu
  56. poduszki z mchu jak odskocznie
  57. mokre wszystko łącznie z butami
  58. komary
  59. bear spray
  60. magic pants
  61. life is good
  62. „ten plecak jest lepszy niż morele”
  63. „misie pysie kolorowe”
  64. honeymoon
  65. Spenard hostel
  66. backcountry
  67. „nice bikes” i „I like your bikes” (fajne rowery, podobają mi się wasze rowery)
  68. autostop
  69. Alpine trail
  70. Resurrection River
  71. hamak
  72. ognisko
  73. fioletowe tortille
  74. psy jeżdżące obok kierowcy
  75. pęknięta przednia szyba w samochodzie
  76. samochody bez światła, zderzaka, przedniej maski
  77. banany z kropami za darmo/w promocji
  78. puste drogi
  79. ogromna przestrzeń tylko dla nas
  80. Polacy w środku niczego
  81. klucze ptaków lecących na południe
  82. kolorowe liście
  83. ciężarówki over size
  84. duże ilości wojska
  85. drogi internet i ludzie siedzący w marketach z darmowym wi-fi z laptopami
  86. świecące „Open” w oknach

Jak uciekaliśmy przed mrozem..

2 wrzesień, godz. 8:44 (Kanada!)

🙂 Już nawet za Whitehorse 🙂 a wczoraj jeszcze przy zabitych dechami opuszczonych domach (pewnie z czasów gorączki złota) w miejscu gdzie droga odchodziła na lewo do Chicken a prosto do granicy kanadyjskiej. Tylko Jared był na tyle odważny, że zawrócił po nas:) Jak przejeżdżał obok nas powiedziałam Grześkowi, że na pewno się wróci po nas, takie rzeczy się czuje (albo takie osoby się przyciąga) i miałam rację 🙂 Taka to siła przyciągania 🙂 jestem czarodziejką ;D Droga z Delta Junction była na maksa trudna dla autostopowiczów.. 12 i 13 kierowca, który nas zabrał to dwóch miejscowych z psami, którzy jechali tylko kilka km do domu, ale to zawsze coś 🙂 Jeden z nich (archeolog) opowiadał o tym jak znalazł swojego obecnego psa 3 lata temu kiedy jechał do lasu pogrzebać swojego poprzedniego psiego druha.. ten którego znalazł był tak mocno ranny, że też wyglądał jakby niedługo miał przeżyć, a teraz ma już tyle czasu wiernego przyjaciela 🙂 nic się nie dzieje bez przyczyny 🙂 Pan poczęstował nas też w swoim domu w środku lasu wodą z kranu z lodowca, a już prawie nie mieliśmy zapasów 🙂 i miał fajnego kota do głaskania 😉 Kolejny chłopak po czekaniu przez cały dzień zawiózł nas w okolice rzeki, więc tam też na szczęście z wodą nie było problemu 🙂 A stamtąd jak szliśmy z plecakami zabrało nas młode małżeństwo z kamperem, w którym siedzieliśmy bez butów i mieliśmy zapięte pasy 😀 bardzo kulturalnie 🙂 Opowiadali nam, że jadą sobie przez kolorowy las, mało samochodów jeździ, nie ma nikogo.. i nagle.. my! 😛

Zawieźli nas do miejscowości Tok, gdzie nawet był normalny sklep z bananami w promocji i zieleniną 😀

Plusem wyczekiwania cały dzień przy drodze na stopa, kiedy praktycznie nic nie jeździło drogą, a w naszą stronę to już w ogóle 😉 było:

  1. ładna pogoda – przez cały czas świeciło słońce, tylko malutkie chmurki się pojawiały od czasu do czasu 🙂
  2. kontemplacja przyrody 🙂 nawet przy samej drodze – cisza, spokój, śpiew ptaków
  3. nadrobienie zaległości kundelkowych 😉 (ebooki na kindle)
  4. dużo czasu na bycie tu i teraz, uważność, mindfulness, cieszenie się świeżym powietrzem (mimo, że to highway ale praktycznie pusta ;P), słońcem na twarzy, pysznym jedzeniem 🙂

Dzięki temu, że było bezchmurne niebo w nocy było na niebie chyba z milion gwiazd 🙂 i zobaczcie co jeszcze nam się udało doświadczyć 🙂

Aurora borealis/The northern lights/Zorza polarna

Jak zobaczyć zorzę polarną na Alasce w sierpniu?

Trzeba mieć chyba takie szczęście w życiu jak my 🙂 Jest przepiękna, mieniąca się i bardzo ulotna 🙂 Gdyby nie to, że było tak zimno w nocy, że prawie zamarzł nam namiot to moglibyśmy tak stać i się nacieszać widokiem nawet całą noc 🙂 jak to mówią – u nas tego nie masz 😉 Stać sobie w środku nocy na środku autostrady i podziwiać zorzę 🙂 takie rzeczy tylko na Alasce 🙂 To jedna z tych chwil, którą pamięta się całe życie 🙂

Jaką drogę wybrać podróżując autostopem przez Alaskę? Dlaczego nie polecamy autostopowiczom Alaska Highway (nr 2)?

Cały czas pocieszała nas myśl, że jak dojedziemy do miejscowości Tok będzie łatwiej, bo tam łączy się z droga z Anchorage z drogą z Fairbanks i obie kierują się do Kanady.. ale nie było łatwiej 😛 Jesteśmy dzielni i jest to nasza życiowa przygoda i nigdzie nam się nie śpieszy 😉 (no może trochę, żeby nie zamarznąć w okolicy lodowca :P) ale jeśli masz mało czasu i jedziesz poza głównym sezonem turystycznym, to może nie być łatwo 😛 chyba, że slow travel, obozowanie w środku niczego, słuchanie ciszy i śpiewu ptaków, łoś podchodzący w nocy pod sam namiot, dużo czasu na gadanie, czytanie, medytowanie i ogólnie nacieszanie się życiem jest Twoim marzeniem 🙂 wtedy to jest idealna droga dla Ciebie 🙂 Jest to jedna wielka niewiadoma.. gdzie będzie następny sklep, woda, ile się uda dziś przejechać, gdzie będziemy spać 🙂 Spontaniczność na maksa i doświadczenie tego, że życie jest nieprzewidywalne 🙂 i że ma tyle do zaoferowania takim ludzikom jak my 🙂 Jak jest dobra pogoda to nawet z mega ciężką kreaturką na plecach idzie się bardzo przyjemnie 🙂 Zresztą co to znaczy dobra pogoda? 😛 Podobno nie ma złej złej pogody tylko można być źle ubranym 😉 Nawet jak pada, to też jest spoko, tylko mniej rozległe widoki 😉 Nie ma żadnego ciśnienia! 🙂 Jak się to zrozumie, to myślę, że każda życiowa podróż stanie się dużo przyjemniejsza 🙂 Nigdzie nie musimy biec w życiu! (chyba, że chcemy i lubimy :D), nie musimy się śpieszyć, nie musimy się zaharowywać, nic nie musimy.. nawet umrzeć.. po prostu umrzemy.. więc tym bardziej skoro wszystkich nas to czeka, to cieszmy się póki jesteśmy! 🙂 Życie jest proste! Jesteś głodny – zjedz coś, chce Ci się pić – to się napij, jesteś zmęczony – to odpocznij! 🙂 Nie bądź sam dla siebie katem, jak w obozie koncentracyjnym.. Uczymy się na tym wyjeździe kochać i szanować nasze ciało i doceniać, że jest 🙂 Staramy się karmić je najlepiej jak się da, dawać czas na odpoczynek i przede wszystkim dawać głowie odpoczywać! 🙂

Druga noc w Tok była tak zimna, że aż zamarzł nam namiot nad ranem 😛 ale na szczęście w środku w naszych wszystkich workach (zwanych roboczo kiszkami :P) było ciepło i przyjemnie 🙂 Teraz już spaliśmy nawet w docieplającym wewnętrznym śpiworku, oprócz płachty na zewnątrz 🙂 Super, super.. słońce super, gwiazdy też.. ale ten mróz to nie jest to co Napieraj-ki lubią najbardziej, więc bardzo już chcieliśmy się ruszyć gdzieś dalej niż 10 mil dziennie 😛 (na rowerze nam lepiej szło :P) Zaczęliśmy dzień od trailu quadowego nazwanego przez nas – szlakiem spalonych drzew. Jakiś wielki pożar był tutaj jakiś czas temu, bo już poodrastały małe brzózki i było całkiem zielono 🙂 O dziwo było mi aż za gorąco! Słońce grzało, mało cienia, ciężkie plecaki i rzeka z wodą za 5 km! 😛 Kto był w takiej sytuacji, ten wie jak ten czas się wydłuża i jak można kontemplować 😉 Kiedy doszliśmy do Tok River, okazało się, że jest tam też kemping, więc usiedliśmy na ławce, wypiliśmy wysoko-zmineralizowaną (czytaj z mułem rzecznym ;)) herbatę, zjedliśmy owsiankę i ruszyliśmy na podbój szosy 🙂 Zleźliśmy jeszcze parę kilometrów i stanęliśmy w miarę dobrym miejscu, z którego zabrał nas Jack (ze swoim mega sympatycznym amstaffem) parę kilometrów, na skrzyżowanie dróg i pojechał do Chicken. Nie zdecydowaliśmy się tam z nim pojechać, bo skoro na głównej drodze jest masakra, to co dopiero w jakimś kurczaku poza sezonem 😉 Staliśmy i staliśmy i staliśmy i na pewno 90% ludzi jechało do Kanady bo tam nic innego już po drodze nie było (a jechali głównie kamperami), ale z jakiegoś powodu nikt nas nie chciał wziąć 😛 Ale jak zwykle w takiej sytuacji mówiliśmy sobie, że czekamy na właściwą osobę 🙂 bo my nie jeździmy z byle kim 😉 Jak przejechał bordowy Jeep to powiedziałam Grześkowi – zobaczysz, za chwilę po nas wróci.. bo tak jakoś czułam 🙂 Chwila przeciągnęła się jakiś czas, tak że już mieliśmy się powoli zbierać, bo już się robiło zimno, a tu nagle przyjechał Jared 🙂 Chyba już 17 nasz kierowca 🙂 Ale on naprawdę nas wybawił z opresji 🙂 Nie wiem czy nikt nas nie chciał wziąć, bo granica i się bali co wieziemy.. w każdym razie w końcu się udało 🙂 i żeby jeszcze nam podziękować za odwiedziny Alaska przed samym przejazdem przez granicę dała nam prezent 🙂 Zobaczyliśmy niedźwiedzia! przy samej drodze 🙂 czarnego i szybkiego 🙂 tak że tylko parę sekund się nacieszałam widokiem, ale Grzesiek siedząc z przodu widział go dłużej 🙂

Canada Border

Pani na granicy spytała tylko czy nie mamy broni itd., czy pierwszy raz w Kanadzie, a o jedzenie nic, mimo że mieliśmy całą listę tego co wieziemy łącznie z przyprawami. I tak jeszcze 1 września udało się nam dotrzeć do Kanady 🙂 Jared jechał tego dnia do Whitehorse, gdzie dotarliśmy o północy, a według kanadyjskiego czasu – o 1:00 w nocy. Bał się trochę o nasze spanie w namiocie, bo Kanada oprócz pięknych jezior, gór i kolorowych drzew przywitała nas nieustającym deszczem 😛 Wyjechaliśmy w kierunku lotniska na jakąś boczną drogę i poszliśmy spać – Jared w samochodzie, my do naszego domku 🙂 A rano znów razem zwiedzamy Kanadę, ponieważ Jared jedzie do.. Kolorado.. bo tam mieszka 🙂 Aż tak go chyba nie będziemy nadwyrężać 😉 ale już dzięki niemu przejechaliśmy tyle kilometrów, że te ostatnie dni poszły w zapomnienie 🙂 Jak to zwykle bywa, też jeździł stopem po USA i wie jak to jest 🙂 Słucha bardzo fajnej muzyki, a wczoraj nawet słuchaliśmy naszej składanki weselnej, jak się jego muzyka skończyła 😀 Bezcenne – jechać przez Kanadę z nowo poznanym ludziem i słuchać polskiej muzyki. Podobało mu się bardzo Pogodno – Uśmiech się i Domowe melodie – Brzydal 🙂 A teraz sobie jedziemy dalej przez Kanadę, zwiedzamy przez szybę, bo prawie cały czas pada, oglądamy kolorowe liście na drzewach, góry, jeziora.. kto wie może jakiś grizzly się trafi 😉 wybieraliśmy nawet wspólnie trasę, którą chcemy jechać 🙂 Jest bardzo fajnie 🙂 ciepło mimo deszczu, widoki się zmieniają jak w kalejdoskopie, zobaczymy gdzie dziś uda się nam dotrzeć 🙂 Trzeba przyznać, że mamy szczęście do ludzi, których spotykamy na swojej drodze 🙂 Jesteśmy bardzo wdzięczni wszystkim, którzy nam do tej pory pomogli w naszej podróży 🙂 Jak to dobrze być tu i teraz 🙂 dziękujemy! 🙂