Wszystkie wpisy, których autorem jest terazitu.com

Wiatr we włosach

6 sierpień godz. 21:40 (USA)

Siedzimy w domku i robimy kolację. Dziś znów dzień pełen wrażeń 🙂 Nie było za bardzo słońca ale chociaż nie padało, czyli jak na Alaskę – bardzo dobra pogoda 😉 Wczoraj przejechaliśmy 70 km i dojechaliśmy do Devil’s Creek Trail. Przejeżdżaliśmy obok bardzo dużej ilości jezior: Upper i Lower Trail Lake, Kenai Lake (największe), Tern Lake 🙂 Gór za bardzo nie było widać, ale jeziora były bardzo ładne 🙂 Doszliśmy (a raczej dojechaliśmy z przyczepką!) do miejsca na namiot po 2,3 mili, a potem przy głównej trasie przyczepiliśmy rowery i przyczepkę i jeszcze przeszliśmy kawałek z plecakami. Zrobiliśmy kolację na skrytce misiowej, schowaliśmy tam resztę jedzenia i poszliśmy spać z nadzieją, że rano nie będzie padać, wstaniemy wcześnie i wyruszymy dalej. Rano obudził nas deszcz oczywiście 😛 Więc spaliśmy dalej i wstaliśmy w końcu o 11:00 i nie padało 😀 Nawet było widać kawałki błękitnego nieba. Pomyślałam sobie, że jak w piosence „Oprócz błękitnego nieba, nic nam dzisiaj nie potrzeba” 😉 Bardzo fajne miejsce na kemping, niedaleko mały staw i rzeczka, kilka miejsc na namioty, miejsce na ognisko ze stelażem na grila, no i skrytka misiowa z dyżurną łopatką do zakopywania swoich nieczystości 😛 W końcu najważniejsza zasada biwakowania to „leave no trace” 🙂 Bardzo nam się podoba, że przy wejściu na szlak jest księga gości, w której wpisuje się imię i nazwisko, planowany cel i długość pobytu, czy się idzie, jedzie na rowerze (tzn. sposób dotarcia do celu), a jak się wraca to uwagi po przejściu szlaku. Jest też mapa z opisem, po ilu milach jest miejsce na kemping, ewentualnie kibelek, szacowany czas przejścia, przewyższenia itp. No i bardzo fajne plastikowe zawieszki o tym jak się przygotować na biwak, żeby być jak najbardziej ekologicznym, etycznym, szanować przyrodę, no i nie zostawiać śladów (leave no trace). Jak skończyliśmy śniadanko i spakowaliśmy się usłyszeliśmy jakby zawodzącego – wołającego mamę małego misia w oddali.. Powtórzyło się to wiele razy.. Nawet nagrałam na dyktafon. Ciekawe czy to faktycznie niedźwiadek. Kiedy w końcu około 14:00 dowlekliśmy się do naszych rowerów, ze zdziwieniem zobaczyliśmy chłopaka jadącego na rowerze. Powiedział, że za niecałą godzinę startuje tym szlakiem rajd rowerowy, pojechał jeszcze kawałek dalej na patrol i wrócił. Stwierdziliśmy, że z naszą przyczepką zrobimy im niezłą zaporę, więc trzeba szybko wracać. Przejechaliśmy trasę powrotną ekspresowo i wywarliśmy niezłe wrażenie na uczestnikach bike maratonu naszą przyczepką i rowerami bez przerzutek. Pewnie sobie pomyśleli, że my to dopiero jesteśmy świrnięci na maksa 😛 Myślę, że jest wysoce prawdopodobne, że tylko my przejechaliśmy ten szlak takimi rowerami, a z przyczepką to prawie na pewno 😉 Po przejechaniu pierwszego naszego górskiego wyścigu rowerowego byliśmy jednak trochę zmęczeni, więc dziś przejechaliśmy tylko około 44 km. Widoki były przepiękne 🙂 Alaska jest jeszcze taka dzika i ma tak dużo gór! Praktycznie same góry 🙂 Osiągnęliśmy swój rekord życiowy w zjeździe z góry (1,33 min/km)! i to z przyczepką! A ja się tak wzruszyłam, że aż uroniłam łezkę, tak sobie zjeżdżając z góry 🙂 Wiatr we włosach, ośnieżone szczyty w oddali, zielone góry dookoła, wąwozy, strumienie i zieleń, zieleń, zieleń 🙂 Jest tutaj naprawdę przepięknie, właśnie tak jak sobie wyobrażaliśmy 🙂 Jak to Grzesiek powiedział „takie gigantyczne Bieszczady, ale chyba jeszcze bardziej dziko” 😉 A przed nami jeszcze Denali.. Jeszcze wyższe góry i mam nadzieję, że jeszcze piękniejsze 🙂 Oby pogoda dopisała 🙂

Chcemy słońce.. !

5 sierpień godz. 9:35 (USA)

Ciągle pada a nawet leje.. Nie chce się w ogóle wyjść ze śpiwora a co dopiero z namiotu a co dopiero wsiąść na rowery i pojechać. Wiadomo, że będzie zimno i mokro, że będzie katar, że nie będzie widoków na pokrzepienie. No ale nie ma wyjścia.. Nie można zapaść w sen zimowy w Seward, ani wejść do przezroczystej bańki, która można otworzyć i zamknąć na zamek błyskawiczny. Jedyne wyjście to być dzielnymi stworzonkami i dojechać jak najszybciej na północ i mieć nadzieję, że tam nie będzie padać. Może Edna nas znów ugości, a może się uda w końcu odwiedzić jakiegoś „warmshowersa” 🙂 Zobaczymy.. Oby tylko przestało padać i żeby chociaż w Denali Park się udało coś zobaczyć, bo w Kenai niestety nie widzieliśmy ani fiordów ani lodowca. Nawet „naszej” góry z drugiej strony rzeki nie widać, a tych po drugiej stronie Seward to już w ogóle. No niestety to lato na Alasce jakieś bardzo deszczowe, jesteśmy już prawie 2 tygodnie i przez ten czas był jeden! dzień kiedy od rana do wieczora świeciło słońce. Damy jeszcze szansę Alasce na zrehabilitowanie się 🙂 Nie może tak być, że jedyny słoneczny dzień wykorzystaliśmy na suszenie prania i to już koniec słońca. Chcemy słońce, żeby było widać ładne widoczki, żeby można chodzić po szlakach, żeby było widać jakieś zwierzątka, żeby można było usiąść na trawie i coś zjeść, żeby mieć suche siodełko na rowerze i suche ubrania i żeby się ugrzać, żeby się może nawet trochę spocić 😉 Bo w końcu jest lato, a jak jest lato to jest słonecznie, koniec, kropka. Nie ma dyskusji! Chcemy słońce i ma być słońce 🙂 Już wystarczy deszczu roślinkom, już się chyba aż podtapiają i my już trochę też. My kochamy słońce i jesteśmy ciepłolubni, Ci co nie narzekają na upał, bo wtedy można się schować w cień jak jest za gorąco, a nam prawie nigdy nie jest za gorąco 🙂 także słońce masz pole do popisu.. Śmiało 🙂 Poużywaj sobie 🙂 Bo jak żyć jak ciągle pada i pada? Jak się przemieszczać dalej? Jak oglądać widoki jak zniknęły w szarości? Nawet nie wiadomo by było, że tam jakieś góry są, jak byśmy tu teraz pierwszy raz przyjechali.. Dobrze, że widzieliśmy i wiemy, że tam są 🙂 No i że jeszcze nie jedne widoki nam się ukażą po drodze naszej wędrówki 🙂

Before I die..

4 sierpień godz. 14:16 (USA)

Dzisiaj znów mocno pada, zaczęło w nocy i nie chce przestać 😛 Wczoraj był moment kiedy siedzieliśmy na hamaku, że było aż gorąco 🙂 Pojechaliśmy na sam koniec drogi, gdzie można było dojechać, ale wróciliśmy spać do naszego starego miejsca nad rzeką. Tam dotarliśmy zbyt późno, żeby jeszcze iść z plecakami po drodze nad klifem, więc stwierdziliśmy, że może się tam wybierzemy jak będziemy wracać. Ale jednak dziś się nie uda wybrać na lodowiec przez ten deszcz i pewnie wybierzemy się tylko do łazienki 😛 Dobrze, że jest niedaleko (6 km w jedną stronę :P), za darmo i jest ciepła woda 🙂 Nie ma prysznica, ale i tak się da umyć w umywalce nawet moje długie włosy. Kto wie, może jutro się rozpogodzi i dotrzemy w końcu do tego lodowca, a może się wybierzemy zobaczyć fiordy 🙂 Wielorybów pewnie nie będzie łatwo wypatrzyć, ale za to wczoraj widzieliśmy dwa razy jak leciał nad nami gigantyczny biało-brązowy amerykański orzeł – ładny 🙂

Hamak, ognisko, relaks..

3 sierpień godz. 11:28 (USA)

Siedzę sobie na hamaku i piszę 🙂 jest fajnie 🙂 Pranie się suszy, ładowarka solarna się ładuje, pyszne śniadanko zjedzone, jak to dobrze, że jest słońce 🙂 I to od samego rana i praktycznie nie ma chmur, nie ma upału jak w Polsce, ale jest tak w sam raz – kocham słońce 🙂 A wczoraj mój kochany mężuś zrobił mi nawet ognisko 😀 Było grilowane na kamieniu tofu przerobione na tofucznicę w sosie pomidorowym z cebulą i czosnkiem zawijane w pełnoziarnistą tortillę podgrzaną nad ogniem.. mmm.. pychota 🙂 Dzień odpoczynku się trochę przeciągnął bo jak zrobiliśmy pranie dopiero o 21:00, to mimo  że widno jest gdzieś do 24:00, to już wtedy słońce aż tak nie grzeje 😉 Przez noc, mimo że był wiatr też za bardzo nie wyschło więc teraz dopiero wysycha na słoneczku. Ze spodni jesteśmy bardzo zadowoleni na razie (wiadomość do Rafała ;)) Nie rozciągają się, łatwo się spiera nawet smar z roweru wodą z rzeki z mydłem Alterra 😉 Więc sprawdzają się super – a przede wszystkim są bardzo wygodne i do chodzenia i na rower 🙂 Wczoraj zaszaleliśmy i kupiliśmy lody czekoladowo-orzechowo włoskie Coconut Bliss organiczne – bardzo dobre, ale jednak dużo lepsze (a tańsze)  były te pierwsze (Ben & Jerry’s). To chyba były najlepsze lody wegańskie jakie jedliśmy i jest to jednogłośna opinia nas obydwojga 🙂 Piękne widoki, ładna pogoda, hamaczek 🙂 tylko wredne muchy dokuczją 😛 ps. pszczoły tak naprawdę wcale nie są wredne, tylko pracowite 😛 i podobno żądlą tylko gniewnych ludzi, a takich co są miłością i radością nie 🙂 co by dobrze o mnie świadczyło, bo już ileś lat mnie żadna nie użądliła 🙂 (a to wiadomość do rodziców :)) pps. i jeszcze wczoraj kupiliśmy pyszne organiczne banany i od razu zjedliśmy a przed chwilą zjedliśmy najpyszniejsza pomarańczę na pół, bo kosztowała chyba z 5zł 😛

Spotkanie z Polakami w środku dziczy

2 sierpień godz. 11:58 (USA)

Siedzimy w namiocie koło Resurrection River i zaczynamy robić śniadanie. W nocy bardzo mocno padało, że aż ciężko było zasnąć, mimo że w ciepłym i suchym domku namiotowym. Grzegorz był dzielny i mimo deszczu poszedł ściągnąć nasze jedzenie z drzewa schowane przed misiem 😉 Wczorajsze zakupy – udane! 🙂 Zrobiliśmy dużo zapasów na później. Niestety tylko suchy prowiant i puszki bez owoców i warzyw bo możliwości przyczepki i Grzegorza są ograniczone. Z ciekawostek kupiliśmy Oreo z nadzieniem o smaku masła orzechowego 🙂 Dobre, ale oczywiście na maksa słodkie 😛 Przy okazji chodziliśmy po sklepie jak najdłużej oglądając wszystkie półki, żeby się wysuszyć. Pogoda niestety nas nie rozpieszczała tego dnia, tzn. wczoraj, a nie mogliśmy sobie pozwolić na luksus dnia odpoczynku bo rano zjedliśmy ostatnie zapasy. Wracając wczoraj ze szlaku spotkaliśmy Polaków! W dodatku z Wrocławia, z Biskupina, dwoje z AWFu i profesora Monkiewicza, z którym miałam zajęcia na studiach. Fajne takie spotkanie i to w środku niczego by się wydawało 🙂 Mieli płynąć na Resurrection Bay, ale pogoda pokrzyżowała im plany i dzięki temu udało nam się spotkać (już po tygodniu na Alasce pierwsi Polacy). Chwila miłej rozmowy, zrobiło się tak troszkę domowo 😉 Zaprosili nas do siebie do Wisconsin, ale to za bardzo nie po drodze West Coast 😉 i pocieszyli, że w Seward jest sklep 🙂 Tego nam było trzeba 🙂

Ptarmigan Lake Trail

1 sierpień godz. 11:41 (USA)

   

Whittier niestety nie okazało się przyjazne dla rowerzystów i nas nie wpuściło, bo był zakaz przejazdu przez tunel, a już nam zostało tylko z 7 km. No więc zawróciliśmy i pojechaliśmy w stronę Seward, pogoda była ok, w grubszej wersji ubrań było cieplej, ale bardzo górzyście.. Zaczęły się kryzysy przy wjeździe pod bardziej strome góry. Postanowiliśmy pozbyć się jednego bukłaka wody, to w końcu prawie aż 4 litry. A potem też drugiego i zostały nam w sumie 4 butelki po 250 ml. Ale tam co kawałek na kempingach jest woda, gorzej z jedzeniem. Przejechaliśmy niecałe 40 km i postanowiliśmy iść spać jak się nadarzyła okazja na rozbicie namiotu 🙂 Wstaliśmy chwilę po 6:00 (w niedzielę! :P) i już o 8:00 byliśmy na trasie. Wyczekiwany sklep okazał się niestety tylko barem.. Zjedliśmy już tego dnia na śniadanie soczewicę z ryżem, a później na obiad też. Obiad w pięknych okolicznościach przyrody – nad Lower Summit Lake 🙂 Została nam już tylko jedna porcja na kolację, no i ponad 70 km do Seward, gdzie już na pewno ma być sklep. Będąc w takiej sytuacji postanowiliśmy na Upper Summit Lake zjeść coś w tej restauracji, pojechać jak najdalej damy radę, zjeść resztę jedzenia na śniadanie i dojechać w końcu do Seward. Zjedliśmy najdroższą pizzę w naszym życiu za niecałe 22$! Była bardzo dobra – z papryką, pomidorami, czarnymi oliwkami, pieczarkami, bazylią, szpinakiem i sosem marinara no i bez sera oczywiście 🙂 Dała nam faktycznie sporego kopa energetycznego – aż taka duża porcja na jeden raz 😉 Tego dnia przejechaliśmy na rowerze.. 84 km! Jechaliśmy z przerwami na jedzenie ponad 12 godzin (niezła dniówka ;)), jak na teren górski to myślę, że wynik niczego sobie 🙂 Żeby zaoszczędzić kasę, którą wydaliśmy na pizzę postanowiliśmy spać na jakiejś górskiej trasie. Jak się okazało wybraliśmy sobie dość hardcorową – Ptarmigan Lake Trail 🙂 Najpierw próbowaliśmy rowerem z przyczepką, ale dosyć szybko okazało się to niemożliwe. Skończyła się utwardzona żwirowa droga, a zaczęły korzenie. Wróciliśmy do startu zostawić przyczepkę i jak się okazało słusznie też rowery. Trasa zajęła nam ponad 2 godziny! Biorąc pod uwagę to, że wyruszyliśmy dopiero po 21:00, to dotarliśmy już prawie o zmroku 😛 Dobrze, że mieliśmy butelkę do odstraszania niedźwiedzi – oczywiście żartuję 😛 Mieliśmy gaz antymisiowy, a butelka była żeby hałasować. Bo po tylu kilometrach na rowerze, idąc teraz przez chaszcze z ciężkimi plecakami, większość pod górę już nie mieliśmy siły gadać przez cały czas. Ale szczerze mówiąc, myślę, że niedźwiedź by się nie przedarł przez te krzaczory. Bo my mieliśmy bardzo duży problem, mimo że szliśmy cały czas „wydeptaną ścieżką” 😛 Była tak zarośnięta, że nie wiem jak często ktoś nią chodzi. Ale dzięki temu mieliśmy nocleg przy naszym prywatnym pięknym jeziorze 🙂 Tylko My, jezioro, ptaki i reszta przyrody 🙂 Świeże powietrze, brak hałasów, tylko szum wody, śpiew ptaków, no i wycie kojotów w nocy 😉 Jest pięknie, jest dziko, jest tak jak sobie wymarzyliśmy 🙂 To jest taka Alaska jaką chcieliśmy zobaczyć 🙂

Brr.. Lodowce

30 lipiec godz. 14:22 (USA)

Edna pożegnała nas czule, dała wizytówkę, powiedziała, że za podziękowanie wystarczy uśmiech i że jak będziemy wracać to, że koniecznie też musimy wstąpić 🙂 Dała nam jeszcze wodę na drogę i pojechaliśmy w siną dal 😉 Przejechaliśmy tego dnia 45 km. Pogoda była różna, ale na szczęście nie padało 🙂 Wiał bardzo mocny wiatr i przewiewało nawet kurtkę, więc Grzesiek dał mi swoją koszulkę termiczną 🙂 W końcu zbliżaliśmy się coraz bardziej do lodowców. Widoki były przepiękne, ale zmęczenie dawało coraz bardziej znać o sobie przez ten wiatr, więc dojechaliśmy do Portage Valley – kempingu za  30$ za noc. Na szczęście z gorącym prysznicem i jak się rano okazało z internetem. Tu aż tak nie wieje, ale ubrałam drugie spodnie pod spód na wszelki wypadek i zimową czapkę. Mam nadzieję, że sklep w Whittier nie będzie tylko stacją benzynową, bo fajnie by było coś kupić do jedzenia, bo nasze zapasy się kończą. No i miło by było zjeść coś innego niż ryż z soczewicą 😛 A najtańsza wege-pizza kosztowała 60 zł a kanapka w Subway’u 30zł. A nie jest to nasze ulubione jedzenie, żeby aż tyle za to płacić, więc raczej będziemy sami gotować. No to jedziemy dalej zobaczyć widoczki 🙂 Do kolejnego napisania..

Jak w domu

29 lipca godz. 12:06 (USA)

Wyspaliśmy się super, rano jak wstaliśmy Edna zapytała się nas czy chcemy zrobić pranie 🙂 Tego nam było trzeba, bo przez ten deszcz nie mieliśmy jak go wysuszyć, więc praliśmy na razie tylko bieliznę. Zjedliśmy pyszne śniadanko, na które składała się owsianka z owocami, orzechami i syropem klonowym, do tego jabłka, banany, grzanki z dżemem winogronowym, herbata owocowa i kawa 🙂 Po śniadaniu chwilę rozmawialiśmy o naszych rodzinach. Dzisiaj jest już trochę gorsza pogoda ale na razie nie pada więc spróbujemy za chwilę się ruszyć dalej. Jesteśmy bardzo wdzięczni za tę gościnę i nie za bardzo mamy jak się odwdzięczyć. Nie mamy jak zrobić czegoś polskiego do jedzenia bo jedyne co teraz mamy to ryż, soczewicę i fasolkę. Ale staramy się jak umiemy: uśmiech, dobre słowo, ciekawa rozmowa 🙂 (to chyba uniwersalna zapłata). Cały czas trudno nam uwierzyć, że tak nam się trafiło 🙂 Szczytem naszych marzeń był prysznic (nawet nie ciepły), coś do jedzenia i  możliwość przeprania w rękach naszych rzeczy i wysuszenia. A tutaj super łazienka, ręczniki, wielkie łóżko, świeża pościel, pokój tylko dla nas, pralka i suszarka no i pełno pysznego jedzenia! Naprawdę pysznego i naprawdę dużo 🙂 Musieliśmy odmawiać bo już by nam się nie mieściło 😉 Cóż więcej mogę napisać – life is good 🙂

Life is good

28 lipiec godz. 23:22 (USA)

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

 

Kolejny dzień pełen wrażeń 🙂 Jaki wspaniały dzień 🙂 zaczął się od zjedzenia śniadania (makaron, fasolka, buraczki) i odwiedzin w naszych skromnych progach.. policji 😛 Po usłyszeniu „Małgorzato – policja do nas idzie” aż wylałam na śpiwór wodę z kuchenki, którą mieliśmy podgrzać na ryż z soczewicą. Rozmowa była bardzo miła i uprzejma 🙂 Panowie po prostu martwili się o to, że mamy rozłożony namiot niedaleko linii wysokiego napięcia i że nie powinniśmy tu być zbyt długo. Zapytali gdzie jedziemy dalej, ile już tu jesteśmy (nie za bardzo chyba uwierzyli, że jedną noc) i po zapewnieniu, że za 2 godziny nas już tam nie będzie i weźmiemy śmieci ze sobą  – Panowie nas opuścili. Zastanawialiśmy się czy wrócą sprawdzić 🙂 i skąd wiedzieli, że tam jesteśmy, czy nas wypatrzyli czy ktoś zauważył. Tak czy siak stwierdziliśmy, że dłużej niż jedną noc nie rozbijamy się nigdzie już więcej na dziko i że trzeba szybciej rano się zbierać i wieczorem później rozkładać. Jest to jednak trochę utrudnione tym, że noc trwa może ze 4 godziny 😛 coś wymyślimy 🙂 No więc skończyliśmy robić tą soczewicę z ryżem, które stwierdziliśmy, że zjemy po drodze, zebraliśmy się i pojechaliśmy. No i w końcu wyszło słońce 🙂 to pierwszy dzień od przylotu kiedy poczuliśmy jego ciepło na sobie 🙂 Świat wydaje się od razu taki optymistyczny 🙂 W związku z tym, że to dzień przygód i żebyśmy za szybko  nie dotarli do Pani, która nas zaprosiła – po drodze tylne koło Grześka roweru złapało gumę (dobrze, że mamy łatki 🙂 myśleliśmy, że trochę później nam się to przytrafi 😉 ale widoki po drodze wynagradzały nam tą sytuację z nawiązką 🙂 dobrze, że jechaliśmy cały czas wzdłuż oceanu bo dopiero po zanurzeniu dętki w wodzie udało się zlokalizować dziurę. Byliśmy w miejscu gdzie mniej więcej Grzesiek miał zaznaczone na mapie gdzie mieliśmy dziś dotrzeć wczesnym popołudniem . Stwierdziliśmy, że to za wcześnie jeśli Pani pracuje. Pojechaliśmy więc zrobić zakupy do sklepu spożywczego, który okazał się stacją benzynową. Zakupy Grześka skończyły się na kupieniu najdroższych i najgorszych czipsów jakie jedliśmy 😛 Albo były tak mocno tłuste, albo my już się odzwyczailiśmy. Po drodze przejeżdżaliśmy przez kemping. Kosztował 20$ za miejsce/noc. Stwierdziliśmy, że jeśli nie znajdziemy naszego dzisiejszego celu to tu wrócimy. Były skrzynki na jedzenie, żeby misie nie mogły go zjeść, były miejsca na ognisko, były toalety, ale niestety bez wody, no i nie było w ogóle prysznica! Nie, że ciepłego, tylko w ogóle. Była tylko taka jedna pompa, jakby hydrant z zimną wodą na środku kempingu. Trochę drogo za nocleg bez prysznica, ale jak nie będzie wyjścia no to trudno. Kawałek dalej zobaczyliśmy łatwe zejście do rzeki i stwierdziliśmy, że to byłby dobry „prysznic” jak by co. Wróciliśmy na miejsce poszukiwań i chyba ze 2 godziny zajęło nam jeżdżenie dookoła i szukanie gdzie by to mogło być. Nigdzie nie było takiego adresu, w końcu zaczęliśmy się zastanawiać czy to w ogóle adres, czy nie np kilometr głównej drogi 😛 Spotkaliśmy wiele psów, które dzielnie pilnowały domów, podjechaliśmy i podeszliśmy pod wiele gór i byliśmy już bardzo zrezygnowani. Kolejna lekcja na ten dzień – następnym razem prosić o napisanie swojego imienia i nazwiska i dokładnego adresu. Nawet nie mieliśmy się jak zapytać kogokolwiek bo nie znaliśmy imienia tej Pani.. Wróciliśmy do skrzynki na listy, tam gdzie nam się wydawało, że jest większa szansa zauważenia nas przez kogoś. Pani miała w końcu powiedzieć swoim sąsiadom o nas. Postaliśmy tam chwilę i już mieliśmy jechać na kemping, ale Grzesiek popatrzył na mapę, że jest jeszcze jedna krótka dróżka z kilkoma domami. Podjechaliśmy tam – znak, że droga prywatna i tylko jeden numer domu (nie taki, ale podobny!). Staliśmy obok muzeum gorączki złota – takiego jakby baru. Już mieliśmy się zapytać kogoś, nawet nie wiem jak, chyba o numer domu, kiedy nagle pomachała nam jakaś Pani z góry. Weszliśmy na schody, powiedzieliśmy, że szukamy nr 27395 a Pani na to: „Aaaa – rowerzyści z Polski, Edna nam mówiła o Was” 🙂 Uff.. Kamień z serca 🙂 Ale nam się udało! Pan nam narysował gdzie mamy jechać – bardzo blisko i powiedział, że do zobaczenia na kolacji 🙂 Trafiliśmy do tak wielkiego domu, w jakim jeszcze nie byliśmy 🙂 Z pięknym widokiem na ocean i góry, z własnym wielkim łóżkiem, gorącym prysznicem, bilardem.. i przede wszystkim fantastycznymi ludźmi 🙂 Edna jak nas zobaczyła, to nas przytuliła, w końcu widzieliśmy się już drugi raz 😀 Zapytała co chcemy zjeść, powiedzieliśmy, że jesteśmy weganami, a ona na to, że rozumie, nie ma problemu i że mają pełno warzyw i w ogóle mają pełno jedzenia 🙂 No i tak faktycznie było 🙂 Oprócz nas na kolacji było jeszcze 11 osób! Przed kolacją wszyscy stanęliśmy w kole, złapaliśmy się za ręce i oni wszyscy zmówili modlitwę dziękczynną, a na koniec zaklaskali 🙂 Było to bardzo pozytywne, taka spontaniczna radość 🙂 Zjedliśmy tortillę z pastą fasolową, cukinię, fasolkę szparagową z kukurydzą, surówkę z buraczków i jabłka, guacamole, sałatkę z jarmużu, botwiny, sałaty, orzechów włoskich i pinii z winogronami i kalarepą. Wszystko było pyszne, zjedliśmy nawet dokładkę 🙂 Edna powiedziała po jedzeniu „life is good” i tak też ma napisane w kuchni i też My tak myślimy 🙂 Chyba faktycznie tak jest, że to co dajesz to dostajesz, staramy się być miłością i radością 🙂 a w zamian takie cuda nas spotykają 🙂 Miłe rozmowy, uśmiech, pyszne jedzenie, piękne widoki, ciepło, nie pada na głowę 🙂 Czy można chcieć czegoś więcej? Czy życie nie jest piękne? 🙂

Magic pants & magic bikes

27 lipiec godz. 13:09 (USA)

terazitu.com

terazitu.com

terazitu.com

terazitu.com

terazitu.com

terazitu.com

Przedwczoraj po wyjściu z hostelu udaliśmy się do Walmart-u kupić rowery. Jednak nasze plecaki nie są tak minimalistyczne jak byśmy sobie tego życzyli ;P Kupiliśmy rowery Kent Fixie 700 za 88$ w promocji tylko tego dnia, jak się okazało na następny dzień kosztowały już 166$ czyli była niezła okazja 🙂 jak to stwierdził Grzesiek to najładniejsze rowery jakie mieliśmy 🙂 Są żółte z niebieskimi kołami 🙂 bardzo wygodnie i lekko się nimi jeździ i na początku jak się przesiedliśmy z nóg na rowery była chwilowa euforia 🙂 że tak lekko 🙂 ale jak zaczęliśmy jechać dłużej to mimo zmiany pozycji co jakiś czas – to na stojaka to normalnie – plecy dawały o sobie znać i nasze ekspresowe pakowanie w hostelu żeby nie płacić 10$ za dłuższy pobyt 😛 w poszukiwaniu noclegu przejechaliśmy w sumie ponad 20 km i już zaczynało się ściemniać bo było już po 23:00 ;P Grzesiek znalazł idealny nocleg w krzakach i już około północy poszliśmy spać 🙂 nawet hałas bliskiej „highway” nam nie przeszkadzał 😛 rano po 7:00 zbudził nas przejeżdżający pociąg i zaczęliśmy się zbierać w podróż z powrotem na północ do Anchorage w poszukiwaniu przyczepki do roweru 🙂 Nasz cały praktycznie sprzętowy majątek schowaliśmy w krzakach pod hamakiem w zielonym kolorze i jeszcze Grzesiek nasypał na wierzch jakichś okolicznych roślinek – OK! Stwierdziliśmy, że sami praktycznie nie widzimy gdzie to jest więc będzie dobrze 🙂 Z tymi bagażami bez przyczepki nie dali byśmy rady jechać tyle kilometrów albo nawet więcej bo nie wiadomo w którym markecie coś znajdziemy. Nie ujechaliśmy za daleko i samochód przed nami zaczął trąbić a z krzaków przed nami zaczął wychodzić łoś 🙂 Jak my dojechaliśmy to stał sobie w krzakach przy samej drodze 🙂 Nieźle duży i pokraczny 🙂 Potem jeszcze widzieliśmy małą mewę ze śmiesznym puszkiem 🙂 No i piękne góry, które się co jakiś czas pokazywały z zza chmur tak jak dzień wcześniej i było też widać ocean 🙂 W pierwszym markecie kupiliśmy trochę jedzenia i usiedliśmy na ławce, żeby poszukać w internecie przyczepki. Podeszła do nas Pani, która powiedziała, że mamy „magic pants” i pytała czy jesteśmy autostopowiczami czy jedziemy na rowerach, a jak szła z powrotem zapytała skąd jesteśmy i gdzie jedziemy. Jak usłyszała, że do Seward to zaprosiła nas do siebie i pokazała Grześkowi adres na mapie w telefonie 🙂 Może trafimy 🙂 Ogólnie to prawda, że w USA wszyscy się uśmiechają i są mili 🙂 No może nie wszyscy, ale zdecydowana większość 😉 Zagadują do nas, uśmiechają się i nie wygląda to wcale sztucznie 😛 Są też tacy, którzy tak jak w Polsce większość chodzą ze skwaszoną miną, ale ich jest zdecydowanie mniej. Prawie wszyscy mają takie pozytywne podejście do życia 🙂 Nawet na drodze jak szliśmy w pierwszy dzień w deszczu wszyscy zjeżdżali praktycznie na środek drogi albo się niemal zatrzymywali, żeby nas nie ochlapać. A jak jeździmy na rowerze i mamy zielone (upss.. białe) to kierowca, który skręca w prawo w naszą stronę zawsze czeka aż przejedziemy, tak samo jak skręca z naprzeciwka w lewo. No i te wygodne chodniki, które są wszystkie! z łagodnym wjazdem zapewne dla niepełnosprawnych 🙂 Faktycznie USA to raj dla rowerzystów (a na pewno Alaska) i można się tu czuć bezpiecznie jadąc na rowerze 🙂 A jeszcze z ciekawostek to większość Amerykanów chodzi do marketu w.. klapkach 😛 W kurtce albo grubej bluzie i długich spodniach i z gołymi nogami w klapkach 😛 Nie w sandałkach tylko klapkach takich jak u nas pod prysznic albo w japonkach. Zastanawialiśmy się przez chwilę jak  oni jeżdżą samochodem, no ale przecież mają automatyczną skrzynię biegów. No i w sklepie faktycznie są w większości „opakowania dla mutantów” 😉 Nasze lody albo czipsy XXL mogą się schować 😛 No i niestety oni w większości też są XXL i to nawet małe dzieci. Nie jest tak, że wszyscy ale na pewno większość. No i mają naprawdę wielkie samochody 😛 takie zwykłe osobówki a nie jeep-y albo pickup-y praktycznie nie istnieją. No ale wracając do przyczepki to kupiliśmy ją dopiero po 23:00. Była co prawda w pierwszym Walmart-cie, w którym byliśmy, ale mieliśmy nadzieję, że będzie jakaś inna bo kupiliśmy taką dla małych dzieci. Jak to mówią lepszy rydz niż nic. Jeżdżąc po całym Anchorage przejeżdżaliśmy przez super park. Niby w środku miasta, a jakby się było w jakimś parku narodowym. Normalnie zwykły las, płynie rzeka, pływają ryby (Campbell Creek Trail) byliśmy pod wrażeniem 🙂 Gdyby nie to, że znów padał deszcz, to pewnie byśmy sobie trochę tam posiedzieli. Zrobiło się dużo szybciej ciemno przez to, że padał deszcz, więc wracaliśmy już po ciemku ze światełkami. Jak Grzesiek składał przyczepkę a potem zakładaliśmy światełka obserwował nas z samochodu jakiś Pan. Postanowił wysiąść, żeby nam powiedzieć, że jest pod wrażeniem naszego oświetlenia, odblasków na ubraniach i jaskrawych ciuchów. Nie to co ludzie w Ameryce i że na pewno jesteśmy z Europy. Pojechaliśmy więc do naszego nowego „domu” w strugach deszczu i dobrze, że mieliśmy super wodoodporne kurtki i buty bo spodnie niestety były całe mokre i majtki też 😛 Przejechaliśmy w sumie chyba z 70 km tego dnia i kiedy dojechaliśmy na miejsce gdzie zostawiliśmy rzeczy byliśmy wykończeni. A trzeba jeszcze rozstawić namiot śpiwory itd. Grzesiek zaczął szukać po ciemku naszych rzeczy, tak gdzie nam się wydawało, że je zostawiliśmy i mówi, że nie ma. Mi już się zrobiło gorąco i mówię, że to na pewno tam! Okazało się na szczęście, że tak dobrze schował, że sam nie umiał znaleźć 🙂 Schowaliśmy się do śpiwora w mokrych rzeczach, żeby na nas wyschły. Inaczej by tylko zaśmierdły jak byśmy je powiesili w środku bo cały czas padało. Grzesiek nawet zrobił mi ciepłą miętę (bo udało się w końcu kupić butlę z gazem) i mimo że na początku mi było zimno to jakoś zasnęłam i o dziwo obudziłam się całkiem sucha 🙂 ten sposób faktycznie działa. Po całych przeżyciach ostatnich dni stwierdziliśmy, że dzisiaj nigdzie nie jedziemy tylko siedzimy w naszym schowanku cały dzień. Zjedliśmy sobie właśnie makaron pełnoziarnisty z ciecierzycą i sałatą rzymską – pychota i wypiliśmy herbatkę. Ja kończę pisać a Grzesiek sobie leży. Wczoraj jeszcze zaszaleliśmy i zjedliśmy dwa kawałki arbuza jeden za około 16zł i pyszne wegańskie lody.