Magic pants & magic bikes

27 lipiec godz. 13:09 (USA)

terazitu.com

terazitu.com

terazitu.com

terazitu.com

terazitu.com

terazitu.com

Przedwczoraj po wyjściu z hostelu udaliśmy się do Walmart-u kupić rowery. Jednak nasze plecaki nie są tak minimalistyczne jak byśmy sobie tego życzyli ;P Kupiliśmy rowery Kent Fixie 700 za 88$ w promocji tylko tego dnia, jak się okazało na następny dzień kosztowały już 166$ czyli była niezła okazja 🙂 jak to stwierdził Grzesiek to najładniejsze rowery jakie mieliśmy 🙂 Są żółte z niebieskimi kołami 🙂 bardzo wygodnie i lekko się nimi jeździ i na początku jak się przesiedliśmy z nóg na rowery była chwilowa euforia 🙂 że tak lekko 🙂 ale jak zaczęliśmy jechać dłużej to mimo zmiany pozycji co jakiś czas – to na stojaka to normalnie – plecy dawały o sobie znać i nasze ekspresowe pakowanie w hostelu żeby nie płacić 10$ za dłuższy pobyt 😛 w poszukiwaniu noclegu przejechaliśmy w sumie ponad 20 km i już zaczynało się ściemniać bo było już po 23:00 ;P Grzesiek znalazł idealny nocleg w krzakach i już około północy poszliśmy spać 🙂 nawet hałas bliskiej „highway” nam nie przeszkadzał 😛 rano po 7:00 zbudził nas przejeżdżający pociąg i zaczęliśmy się zbierać w podróż z powrotem na północ do Anchorage w poszukiwaniu przyczepki do roweru 🙂 Nasz cały praktycznie sprzętowy majątek schowaliśmy w krzakach pod hamakiem w zielonym kolorze i jeszcze Grzesiek nasypał na wierzch jakichś okolicznych roślinek – OK! Stwierdziliśmy, że sami praktycznie nie widzimy gdzie to jest więc będzie dobrze 🙂 Z tymi bagażami bez przyczepki nie dali byśmy rady jechać tyle kilometrów albo nawet więcej bo nie wiadomo w którym markecie coś znajdziemy. Nie ujechaliśmy za daleko i samochód przed nami zaczął trąbić a z krzaków przed nami zaczął wychodzić łoś 🙂 Jak my dojechaliśmy to stał sobie w krzakach przy samej drodze 🙂 Nieźle duży i pokraczny 🙂 Potem jeszcze widzieliśmy małą mewę ze śmiesznym puszkiem 🙂 No i piękne góry, które się co jakiś czas pokazywały z zza chmur tak jak dzień wcześniej i było też widać ocean 🙂 W pierwszym markecie kupiliśmy trochę jedzenia i usiedliśmy na ławce, żeby poszukać w internecie przyczepki. Podeszła do nas Pani, która powiedziała, że mamy „magic pants” i pytała czy jesteśmy autostopowiczami czy jedziemy na rowerach, a jak szła z powrotem zapytała skąd jesteśmy i gdzie jedziemy. Jak usłyszała, że do Seward to zaprosiła nas do siebie i pokazała Grześkowi adres na mapie w telefonie 🙂 Może trafimy 🙂 Ogólnie to prawda, że w USA wszyscy się uśmiechają i są mili 🙂 No może nie wszyscy, ale zdecydowana większość 😉 Zagadują do nas, uśmiechają się i nie wygląda to wcale sztucznie 😛 Są też tacy, którzy tak jak w Polsce większość chodzą ze skwaszoną miną, ale ich jest zdecydowanie mniej. Prawie wszyscy mają takie pozytywne podejście do życia 🙂 Nawet na drodze jak szliśmy w pierwszy dzień w deszczu wszyscy zjeżdżali praktycznie na środek drogi albo się niemal zatrzymywali, żeby nas nie ochlapać. A jak jeździmy na rowerze i mamy zielone (upss.. białe) to kierowca, który skręca w prawo w naszą stronę zawsze czeka aż przejedziemy, tak samo jak skręca z naprzeciwka w lewo. No i te wygodne chodniki, które są wszystkie! z łagodnym wjazdem zapewne dla niepełnosprawnych 🙂 Faktycznie USA to raj dla rowerzystów (a na pewno Alaska) i można się tu czuć bezpiecznie jadąc na rowerze 🙂 A jeszcze z ciekawostek to większość Amerykanów chodzi do marketu w.. klapkach 😛 W kurtce albo grubej bluzie i długich spodniach i z gołymi nogami w klapkach 😛 Nie w sandałkach tylko klapkach takich jak u nas pod prysznic albo w japonkach. Zastanawialiśmy się przez chwilę jak  oni jeżdżą samochodem, no ale przecież mają automatyczną skrzynię biegów. No i w sklepie faktycznie są w większości „opakowania dla mutantów” 😉 Nasze lody albo czipsy XXL mogą się schować 😛 No i niestety oni w większości też są XXL i to nawet małe dzieci. Nie jest tak, że wszyscy ale na pewno większość. No i mają naprawdę wielkie samochody 😛 takie zwykłe osobówki a nie jeep-y albo pickup-y praktycznie nie istnieją. No ale wracając do przyczepki to kupiliśmy ją dopiero po 23:00. Była co prawda w pierwszym Walmart-cie, w którym byliśmy, ale mieliśmy nadzieję, że będzie jakaś inna bo kupiliśmy taką dla małych dzieci. Jak to mówią lepszy rydz niż nic. Jeżdżąc po całym Anchorage przejeżdżaliśmy przez super park. Niby w środku miasta, a jakby się było w jakimś parku narodowym. Normalnie zwykły las, płynie rzeka, pływają ryby (Campbell Creek Trail) byliśmy pod wrażeniem 🙂 Gdyby nie to, że znów padał deszcz, to pewnie byśmy sobie trochę tam posiedzieli. Zrobiło się dużo szybciej ciemno przez to, że padał deszcz, więc wracaliśmy już po ciemku ze światełkami. Jak Grzesiek składał przyczepkę a potem zakładaliśmy światełka obserwował nas z samochodu jakiś Pan. Postanowił wysiąść, żeby nam powiedzieć, że jest pod wrażeniem naszego oświetlenia, odblasków na ubraniach i jaskrawych ciuchów. Nie to co ludzie w Ameryce i że na pewno jesteśmy z Europy. Pojechaliśmy więc do naszego nowego „domu” w strugach deszczu i dobrze, że mieliśmy super wodoodporne kurtki i buty bo spodnie niestety były całe mokre i majtki też 😛 Przejechaliśmy w sumie chyba z 70 km tego dnia i kiedy dojechaliśmy na miejsce gdzie zostawiliśmy rzeczy byliśmy wykończeni. A trzeba jeszcze rozstawić namiot śpiwory itd. Grzesiek zaczął szukać po ciemku naszych rzeczy, tak gdzie nam się wydawało, że je zostawiliśmy i mówi, że nie ma. Mi już się zrobiło gorąco i mówię, że to na pewno tam! Okazało się na szczęście, że tak dobrze schował, że sam nie umiał znaleźć 🙂 Schowaliśmy się do śpiwora w mokrych rzeczach, żeby na nas wyschły. Inaczej by tylko zaśmierdły jak byśmy je powiesili w środku bo cały czas padało. Grzesiek nawet zrobił mi ciepłą miętę (bo udało się w końcu kupić butlę z gazem) i mimo że na początku mi było zimno to jakoś zasnęłam i o dziwo obudziłam się całkiem sucha 🙂 ten sposób faktycznie działa. Po całych przeżyciach ostatnich dni stwierdziliśmy, że dzisiaj nigdzie nie jedziemy tylko siedzimy w naszym schowanku cały dzień. Zjedliśmy sobie właśnie makaron pełnoziarnisty z ciecierzycą i sałatą rzymską – pychota i wypiliśmy herbatkę. Ja kończę pisać a Grzesiek sobie leży. Wczoraj jeszcze zaszaleliśmy i zjedliśmy dwa kawałki arbuza jeden za około 16zł i pyszne wegańskie lody.

8 komentarzy do “Magic pants & magic bikes”

  1. Kochani nasi podroznicy 🙂 jestem pod ogromnym wrazeniem Waszej wytrwalosci i samozaparcia, wciaz mocno trzymam za Was kciuki i pozdrawiam z rownie deszczowego Wielunia. Jestem pewna, ze przed Wami najpiekniejsza przygoda Waszego zycia, tego Wam zycze i czekam na kolejne relacje i zdjecia. Zaklinam dla Was pogode… usciski

  2. A ja sobie czytam o 01:17 czasu lokalnego i podziwiam za odwagę! Życzę mniej deszczu i trzymam kciuki! Piszcie dużo!

  3. A już myślałem że na Alasce nie znajdziecie weganskiego jedzonka i zjecie pierwszego napotkanego łosia, a tu jednak niespodzianka 😛 Mam nadzieję że wreszcie zaświeci dla Was słonko i nie będziecie musieli spać w mokrym ubraniu. Pozdrawiam i życzę szczęśliwego podróżowania

    1. Jedzonka tu jest bardzo dużo tylko, że drogie bardzo. Ceny 2-3 razy takie jak u nas. Rosną na szczęście maliny i jagody w lesie 🙂 czasem się przytrafi wyżera 😉 Pozdrawiamy

  4. I saw you along the roadside near Alyeska Alaska on July 29 when I was visiting Alaska from the state of Michigan. I took a picture of you from my car so I could show my daughter who was traveling in Spain, France and Croatia at the time. I’m trying to figure out how to get the picture to you since I can’t figure out how to attach it to my comments. I hope you continue to find Americans friendly and helpful during your travels. Praying for your safe journey and exciting adventure.

Możliwość komentowania jest wyłączona.