Mt Wright i Mt Margaret

22 sierpnia godz. 14:50 (USA)

Wróciliśmy z dziczy do Visitor Center i wstawiamy zaległe posty na bloga. Pogoda zrobiła się taka, że trzeba jak najszybciej wiać do ciepłych krajów. Chcieliśmy jechać Denali Highway bo wszyscy nam tak radzili, że piękne widoki i dzikość, ale już praktycznie nie mamy jedzenia i trzeba się wybrać do jakiegoś supermarketu zrobić zapasy 🙂 bo przed nami do Kanady jeszcze dużo dziczy 😉 Na początku Kanady też nie jest lepiej, a na Denali Highway ani jednego sklepu! tylko jedna stacja benzynowa, a wiadomo jakie tam ceny i jaki wybór 😛 A propos na kempingu w Denali kupiliśmy sobie raz puszkę ciecierzycy za 3,5$ 😛
Zdobyliśmy 2 szczyty: Mt Wright (1482m n.p.m.) i Mt Margaret 😀 (1507m n.p.m.). Nie były to wysokie góry i wydawało się nam, że wejście na nie to żaden wyczyn.. ale szczególnie ta druga okazała się (dla mnie na pewno) dużo trudniejsza niż Orla Perć! Ale wrócę do początku.. Jak już pisałam do Savage River na 14,7 mili drogi parkowej nie ma już wyznaczonych szlaków. Tzn. szlaku nie ma w ogóle albo jest wszędzie 😉 sami sobie wybieramy gdzie 🙂 Oczywiście starając się aby jak najmniej uszkodzić okoliczne roślinki, wybieramy szlak jeśli się da po jakimś utwardzonym gruncie i namiot też na takowym rozkładamy 🙂 Nie łamiemy gałęzi itp. ale to chyba oczywiste 🙂 Nam niestety nie zawsze się udawało i często chodziliśmy po grubaśnych poduchach mchu, które pod nami się uginały, a potem znów wracały do swojego rozmiaru (jak w jakiejś grze komputerowej – takie jakby odskocznie ;)). Ciężko było się momentami przedrzeć przez gąszcz krzaczorów, drzew, przez podmokłe tereny niczym bagienka.. Jak mogliśmy to korzystaliśmy z dróg utworzonych przez.. zwierzęta – niejedną kupą oznakowanych 😉 Szczególnie często było widać wszelkie oznaki łosi 😉 Zastanawialiśmy się jak one się tamtędy przedzierają skoro jest tak mało miejsca, że my mamy problem 😛 ale jednak – one mają rogi i nie martwią się czy złamią jakąś gałąź czy nie i nie mają butów i skarpet, które im mogą przemoknąć na wylot 🙂 No więc przejście ok 500 metrów przewyższenia przez kompletną dzicz okazało się wg endomondo większym wydatkiem energetycznym niż maraton 😛 Chyba wzięło pod uwagę nasze plecaki i niedostępność terenu – hihi 😉 Ale faktycznie jak dotarliśmy na pierwszą górę, tam gdzie nam się wydawało, że był szczyt – byliśmy zmasakrowani i śmialiśmy się, że nie doceniliśmy tej góry 😉 A jak się okazało każdy widziany po drodze szczyt nie był jeszcze czubkiem, tak co najmniej z 5 razy 😛 Ale jak już dotarliśmy na górę i rozbijaliśmy namiot, byliśmy dumni z siebie i przeszczęśliwi 🙂 Nigdy nie spaliśmy jeszcze w namiocie w tak pięknym, dzikim, cichym miejscu 🙂 Aż się tęcza pokazała, żeby nam to wszystko udoskonalić 🙂 Człowiek w takiej trasie jest wdzięczny, że widzi to wszystko, za ręce i nogi, za to, że wszystko jest takie wspaniałe na tym świecie 🙂 że wszystko jest możliwe, że marzenia się spełniają 🙂 No i chyba najważniejsze, że ma się tą drugą osobę, z którą można się dzielić tym ogromnym szczęściem 🙂 bo wiadomo, że szczęście się mnoży, kiedy się je dzieli 🙂 Nawet jak byliśmy kompletnie wypompowani wlezieniem na tą górę, mimo że pewnie dla większości ludzi to żaden wyczyn 😛 to my byliśmy z siebie mega dumni i siedzieliśmy i patrzyliśmy i po prostu nacieszaliśmy się widokami 🙂 Chłonęliśmy dobrą energię gór – jak w piosence „otwórz oczy, rozłóż ręce, by nazbierać jak najwięcej” 🙂 Świat jest piękny, góry są super, park Denali jest wspaniały 🙂
A następnego dnia było jeszcze trudniej – góra niby trochę wyższa, ale ścieżka na dole przez kawałek (przez drzewa i jagody) była nawet wydeptana.. ale potem się zaczęło.. Wchodząc coraz wyżej, wiało coraz bardziej, tak że na górze góry dosłownie nie byłam w stanie się utrzymać na nogach – jak jakiś halny 😛 Dobrze, że to była niska, zielona góra, bez przepaści, ale jednak od czasu do czasu zdarzył się jakiś kamień, na który wolałabym nie wpaść 😉 Próbowałam gdzieś postawić stopę, ale wiatr uważał inaczej, miotał mną jak jakąś szmacianą lalką 😛 Na górze gdzie już były skały chodziłam na czworaka, od kamienia do kamienia, trzymając się go, bo tylko wtedy miałam jakąkolwiek kontrolę, żeby mnie nie zwiało.. Jak wracaliśmy na dół wcale nie było lepiej, bo wtedy wiało w twarz 😛 Łzy mi tak leciały z oczu, że nic nie widziałam. Na początku schodziliśmy trzymając się za biodra, jeden za drugim (ja z tyłu oczywiście). Już wiedzieliśmy dlaczego sezon na wejście na szczyt Denali już się skończył 🙂 Jak bym tam była, to chyba by mnie musieli przykleić, żebym nie spadła 😉 Zimno przez ten wiatr (jakie szczęście, że nie padało!) zrobiło się takie – jak by było z -10*C, dłonie mi tak zamarzły (mimo rękawiczek), że nie byłam w stanie ruszać palcami. Już się nie dziwiliśmy, że lokalni mieszkańcy nie mówią teraz, że jest jesień, tylko że są 3 miesiące lata (maj-lipiec), a 9 miesięcy zimy – bo tak się poczuliśmy! Dosłownie jak jacyś polarnicy, gorzej niż w Tatrach zimą, może dlatego, że nigdy nie wchodziliśmy na żaden szczyt jak wiał halny – kto wie? 😉 Wtedy doceniliśmy fakt, że wybraliśmy unity do 23 mili Park Road, a nie dalej i uwierzyliśmy w to, co mówiła nam przedstawicielka parku na rozmowie, że może nawet padać śnieg 😛 (chociaż w Tatrach też ostatnio padał ;)). Po tym jak zeszliśmy z góry i przeżyliśmy 😛 zaczęliśmy się cieszyć, że to już ostatnia noc w Denali.. trzeba uciekać do ciepłych krajów 🙂 Spotkaliśmy jeszcze po drodze na szczyt łącznie chyba z 10 karibu, 4 z nich bardzo blisko, może z 50 metrów od nas, tak że udało się nam zrobić fajne zdjęcie, mimo braku teleobiektywu 🙂 Bardzo miło z ich strony, że nie próbowały nas staranować, tylko ustąpiły nam miejsca na swojej najpyszniejszej łące, oddaliły się i obserwowały nas 🙂 Są takie piękne, takie dostojne, takie spokojne, ludzie powinni jak najczęściej obserwować zwierzęta i się od nich uczyć 🙂 Nasz ostatni nocleg w Denali okazał się najbardziej hardkorowy.. Mimo, że miejsce mieliśmy z dala od rzeki, w dolinie między górami, wiatr wiał tak mocno, że ciężko było spać i martwiliśmy się, czy nasz namiot to wytrzyma.. czy się nie połamie.. miotało nim tak mocno, mimo że pierwszy raz oprócz szpilek użyliśmy też odciągów i nawet wielkiego kamienia.. Pierwszy raz też ubraliśmy się we wszystkie! długie rękawy które mamy, łącznie z kurtką i spodniami przeciwdeszczowymi na normalne spodnie, użyliśmy też naszej płachty biwakowej, do której weszliśmy ze śpiworami. Było nam aż za ciepło jak już się ugrzaliśmy i nawet trochę się rozebraliśmy, więc mamy jeszcze zapas 😉 no i wkładek do śpiworów jeszcze nie użyliśmy 😛 Ale jednak chyba wolimy cieplejsze tereny, więc zwiewamy na południe, żeby się dogrzać 🙂 no i może kiedyś też zaczniemy odpoczywać 😉 kto wie 😉 Po tej nocy, którą na szczęście przeżyliśmy razem z całym namiotem, nie jesteśmy zbyt wyspani 😛 No i już nas bolą plecy wszędzie od plecaków i nogi od wspinania się z plecakami 😛 Ale psychicznie myślę, że trochę odpoczęliśmy, naładowaliśmy akumulatory, oczyściliśmy myśli 🙂 Wessaliśmy w siebie otaczające piękno, ciszę, spokój.. Jesteśmy zakochani w górach, w Denali.. Jest tu naprawdę przepięknie, zachwycająco, dziko.. Ale już jesteśmy nasyceni 🙂 i zziębnięci 😛 Nie zobaczyliśmy na razie misia, ani wilka, ani rysia.. ale jeszcze pełno kilometrów dzikich alaskańskich i kanadyjskich dróg przed nami, więc kto wie.. może się jeszcze uda 🙂 Trzymajcie kciuki 🙂

Jeden komentarz do “Mt Wright i Mt Margaret”

Możliwość komentowania jest wyłączona.