Archiwa tagu: Alaska

Co nam się kojarzy z Alaską?

  1. łosie
  2. szczekający ptaszek
  3. wiewiórki alpejskie, jeżozwierz, ptarmigany, orły, kruki, niedźwiedź czarny, małe myszy 😉
  4. przyjaźni, uśmiechnięci ludzie 🙂
  5. „where are you from”? (skąd jesteście?)
  6. „how are you”? (jak się macie?)
  7. „you are from Holland”? (jesteście z Holandii?)
  8. góry wszędzie dookoła
  9. przestrzeń i cisza
  10. zieloność
  11. rowery i przyczepka
  12. dziury na poboczu
  13. no trespassing
  14. ogromne dzikie róże
  15. samoloty
  16. zapach marihuany
  17. ryk silnika pickupa
  18. gwizd pociągu
  19. close toilet lid
  20. puszka misiowa, specjalne kosze na śmieci i pojemniki na jedzenie
  21. suszarka do prania
  22. leave no trace
  23. wielkie opakowania jedzeniaterazitu.com
  24. Amerykanie chodzący do sklepów w japonkach/klapkach/kaloszach
  25. Clif Bar
  26. lody Ben&Jerry’s i Coconut Bliss
  27. pierwszy lot
  28. zielone i żółte autobusy
  29. rdzenni mieszkańcy Alaski
  30. lodowce
  31. zimno brrr i wiatr
  32. strzelanie
  33. Walmart, Safeway i Fred Mayer
  34. Denali Park
  35. Denali/McKinley
  36. Ptarmigan Lake
  37. jagody
  38. czerwone owocki
  39. Anchorage, Fairbanks, Seward, Wasilla, Healy, North Pole, Delta Junction, Tok
  40. zorza polarna
  41. Kenai Park
  42. kempingi z kibelkiem bez wody i bez prysznica
  43. ryż z soczewicą
  44. mile, stopy itd
  45. dolary, centy, dime
  46. złoto
  47. niebieska lodowcowa rzeka
  48. białe „zielone” światło
  49. wygodne chodniki i ścieżki rowerowe
  50. przyjaźni kierowcy
  51. szerokie, dobre drogi
  52. bardzo szybkie i głośne mówienie
  53. smarkanie w papier toaletowy i ręczniki papierowe (paczka chusteczek w markecie 2 złote a chusteczka po sekundzie do wyrzucenia)
  54. domy z sidingiem, przystrzyżonym trawnikiem i flagą, bez płotu
  55. tryb samolotowy. brak prądu i internetu
  56. poduszki z mchu jak odskocznie
  57. mokre wszystko łącznie z butami
  58. komary
  59. bear spray
  60. magic pants
  61. life is good
  62. „ten plecak jest lepszy niż morele”
  63. „misie pysie kolorowe”
  64. honeymoon
  65. Spenard hostel
  66. backcountry
  67. „nice bikes” i „I like your bikes” (fajne rowery, podobają mi się wasze rowery)
  68. autostop
  69. Alpine trail
  70. Resurrection River
  71. hamak
  72. ognisko
  73. fioletowe tortille
  74. psy jeżdżące obok kierowcy
  75. pęknięta przednia szyba w samochodzie
  76. samochody bez światła, zderzaka, przedniej maski
  77. banany z kropami za darmo/w promocji
  78. puste drogi
  79. ogromna przestrzeń tylko dla nas
  80. Polacy w środku niczego
  81. klucze ptaków lecących na południe
  82. kolorowe liście
  83. ciężarówki over size
  84. duże ilości wojska
  85. drogi internet i ludzie siedzący w marketach z darmowym wi-fi z laptopami
  86. świecące „Open” w oknach

Jak uciekaliśmy przed mrozem..

2 wrzesień, godz. 8:44 (Kanada!)

🙂 Już nawet za Whitehorse 🙂 a wczoraj jeszcze przy zabitych dechami opuszczonych domach (pewnie z czasów gorączki złota) w miejscu gdzie droga odchodziła na lewo do Chicken a prosto do granicy kanadyjskiej. Tylko Jared był na tyle odważny, że zawrócił po nas:) Jak przejeżdżał obok nas powiedziałam Grześkowi, że na pewno się wróci po nas, takie rzeczy się czuje (albo takie osoby się przyciąga) i miałam rację 🙂 Taka to siła przyciągania 🙂 jestem czarodziejką ;D Droga z Delta Junction była na maksa trudna dla autostopowiczów.. 12 i 13 kierowca, który nas zabrał to dwóch miejscowych z psami, którzy jechali tylko kilka km do domu, ale to zawsze coś 🙂 Jeden z nich (archeolog) opowiadał o tym jak znalazł swojego obecnego psa 3 lata temu kiedy jechał do lasu pogrzebać swojego poprzedniego psiego druha.. ten którego znalazł był tak mocno ranny, że też wyglądał jakby niedługo miał przeżyć, a teraz ma już tyle czasu wiernego przyjaciela 🙂 nic się nie dzieje bez przyczyny 🙂 Pan poczęstował nas też w swoim domu w środku lasu wodą z kranu z lodowca, a już prawie nie mieliśmy zapasów 🙂 i miał fajnego kota do głaskania 😉 Kolejny chłopak po czekaniu przez cały dzień zawiózł nas w okolice rzeki, więc tam też na szczęście z wodą nie było problemu 🙂 A stamtąd jak szliśmy z plecakami zabrało nas młode małżeństwo z kamperem, w którym siedzieliśmy bez butów i mieliśmy zapięte pasy 😀 bardzo kulturalnie 🙂 Opowiadali nam, że jadą sobie przez kolorowy las, mało samochodów jeździ, nie ma nikogo.. i nagle.. my! 😛

Zawieźli nas do miejscowości Tok, gdzie nawet był normalny sklep z bananami w promocji i zieleniną 😀

Plusem wyczekiwania cały dzień przy drodze na stopa, kiedy praktycznie nic nie jeździło drogą, a w naszą stronę to już w ogóle 😉 było:

  1. ładna pogoda – przez cały czas świeciło słońce, tylko malutkie chmurki się pojawiały od czasu do czasu 🙂
  2. kontemplacja przyrody 🙂 nawet przy samej drodze – cisza, spokój, śpiew ptaków
  3. nadrobienie zaległości kundelkowych 😉 (ebooki na kindle)
  4. dużo czasu na bycie tu i teraz, uważność, mindfulness, cieszenie się świeżym powietrzem (mimo, że to highway ale praktycznie pusta ;P), słońcem na twarzy, pysznym jedzeniem 🙂

Dzięki temu, że było bezchmurne niebo w nocy było na niebie chyba z milion gwiazd 🙂 i zobaczcie co jeszcze nam się udało doświadczyć 🙂

Aurora borealis/The northern lights/Zorza polarna

Jak zobaczyć zorzę polarną na Alasce w sierpniu?

Trzeba mieć chyba takie szczęście w życiu jak my 🙂 Jest przepiękna, mieniąca się i bardzo ulotna 🙂 Gdyby nie to, że było tak zimno w nocy, że prawie zamarzł nam namiot to moglibyśmy tak stać i się nacieszać widokiem nawet całą noc 🙂 jak to mówią – u nas tego nie masz 😉 Stać sobie w środku nocy na środku autostrady i podziwiać zorzę 🙂 takie rzeczy tylko na Alasce 🙂 To jedna z tych chwil, którą pamięta się całe życie 🙂

Jaką drogę wybrać podróżując autostopem przez Alaskę? Dlaczego nie polecamy autostopowiczom Alaska Highway (nr 2)?

Cały czas pocieszała nas myśl, że jak dojedziemy do miejscowości Tok będzie łatwiej, bo tam łączy się z droga z Anchorage z drogą z Fairbanks i obie kierują się do Kanady.. ale nie było łatwiej 😛 Jesteśmy dzielni i jest to nasza życiowa przygoda i nigdzie nam się nie śpieszy 😉 (no może trochę, żeby nie zamarznąć w okolicy lodowca :P) ale jeśli masz mało czasu i jedziesz poza głównym sezonem turystycznym, to może nie być łatwo 😛 chyba, że slow travel, obozowanie w środku niczego, słuchanie ciszy i śpiewu ptaków, łoś podchodzący w nocy pod sam namiot, dużo czasu na gadanie, czytanie, medytowanie i ogólnie nacieszanie się życiem jest Twoim marzeniem 🙂 wtedy to jest idealna droga dla Ciebie 🙂 Jest to jedna wielka niewiadoma.. gdzie będzie następny sklep, woda, ile się uda dziś przejechać, gdzie będziemy spać 🙂 Spontaniczność na maksa i doświadczenie tego, że życie jest nieprzewidywalne 🙂 i że ma tyle do zaoferowania takim ludzikom jak my 🙂 Jak jest dobra pogoda to nawet z mega ciężką kreaturką na plecach idzie się bardzo przyjemnie 🙂 Zresztą co to znaczy dobra pogoda? 😛 Podobno nie ma złej złej pogody tylko można być źle ubranym 😉 Nawet jak pada, to też jest spoko, tylko mniej rozległe widoki 😉 Nie ma żadnego ciśnienia! 🙂 Jak się to zrozumie, to myślę, że każda życiowa podróż stanie się dużo przyjemniejsza 🙂 Nigdzie nie musimy biec w życiu! (chyba, że chcemy i lubimy :D), nie musimy się śpieszyć, nie musimy się zaharowywać, nic nie musimy.. nawet umrzeć.. po prostu umrzemy.. więc tym bardziej skoro wszystkich nas to czeka, to cieszmy się póki jesteśmy! 🙂 Życie jest proste! Jesteś głodny – zjedz coś, chce Ci się pić – to się napij, jesteś zmęczony – to odpocznij! 🙂 Nie bądź sam dla siebie katem, jak w obozie koncentracyjnym.. Uczymy się na tym wyjeździe kochać i szanować nasze ciało i doceniać, że jest 🙂 Staramy się karmić je najlepiej jak się da, dawać czas na odpoczynek i przede wszystkim dawać głowie odpoczywać! 🙂

Druga noc w Tok była tak zimna, że aż zamarzł nam namiot nad ranem 😛 ale na szczęście w środku w naszych wszystkich workach (zwanych roboczo kiszkami :P) było ciepło i przyjemnie 🙂 Teraz już spaliśmy nawet w docieplającym wewnętrznym śpiworku, oprócz płachty na zewnątrz 🙂 Super, super.. słońce super, gwiazdy też.. ale ten mróz to nie jest to co Napieraj-ki lubią najbardziej, więc bardzo już chcieliśmy się ruszyć gdzieś dalej niż 10 mil dziennie 😛 (na rowerze nam lepiej szło :P) Zaczęliśmy dzień od trailu quadowego nazwanego przez nas – szlakiem spalonych drzew. Jakiś wielki pożar był tutaj jakiś czas temu, bo już poodrastały małe brzózki i było całkiem zielono 🙂 O dziwo było mi aż za gorąco! Słońce grzało, mało cienia, ciężkie plecaki i rzeka z wodą za 5 km! 😛 Kto był w takiej sytuacji, ten wie jak ten czas się wydłuża i jak można kontemplować 😉 Kiedy doszliśmy do Tok River, okazało się, że jest tam też kemping, więc usiedliśmy na ławce, wypiliśmy wysoko-zmineralizowaną (czytaj z mułem rzecznym ;)) herbatę, zjedliśmy owsiankę i ruszyliśmy na podbój szosy 🙂 Zleźliśmy jeszcze parę kilometrów i stanęliśmy w miarę dobrym miejscu, z którego zabrał nas Jack (ze swoim mega sympatycznym amstaffem) parę kilometrów, na skrzyżowanie dróg i pojechał do Chicken. Nie zdecydowaliśmy się tam z nim pojechać, bo skoro na głównej drodze jest masakra, to co dopiero w jakimś kurczaku poza sezonem 😉 Staliśmy i staliśmy i staliśmy i na pewno 90% ludzi jechało do Kanady bo tam nic innego już po drodze nie było (a jechali głównie kamperami), ale z jakiegoś powodu nikt nas nie chciał wziąć 😛 Ale jak zwykle w takiej sytuacji mówiliśmy sobie, że czekamy na właściwą osobę 🙂 bo my nie jeździmy z byle kim 😉 Jak przejechał bordowy Jeep to powiedziałam Grześkowi – zobaczysz, za chwilę po nas wróci.. bo tak jakoś czułam 🙂 Chwila przeciągnęła się jakiś czas, tak że już mieliśmy się powoli zbierać, bo już się robiło zimno, a tu nagle przyjechał Jared 🙂 Chyba już 17 nasz kierowca 🙂 Ale on naprawdę nas wybawił z opresji 🙂 Nie wiem czy nikt nas nie chciał wziąć, bo granica i się bali co wieziemy.. w każdym razie w końcu się udało 🙂 i żeby jeszcze nam podziękować za odwiedziny Alaska przed samym przejazdem przez granicę dała nam prezent 🙂 Zobaczyliśmy niedźwiedzia! przy samej drodze 🙂 czarnego i szybkiego 🙂 tak że tylko parę sekund się nacieszałam widokiem, ale Grzesiek siedząc z przodu widział go dłużej 🙂

Canada Border

Pani na granicy spytała tylko czy nie mamy broni itd., czy pierwszy raz w Kanadzie, a o jedzenie nic, mimo że mieliśmy całą listę tego co wieziemy łącznie z przyprawami. I tak jeszcze 1 września udało się nam dotrzeć do Kanady 🙂 Jared jechał tego dnia do Whitehorse, gdzie dotarliśmy o północy, a według kanadyjskiego czasu – o 1:00 w nocy. Bał się trochę o nasze spanie w namiocie, bo Kanada oprócz pięknych jezior, gór i kolorowych drzew przywitała nas nieustającym deszczem 😛 Wyjechaliśmy w kierunku lotniska na jakąś boczną drogę i poszliśmy spać – Jared w samochodzie, my do naszego domku 🙂 A rano znów razem zwiedzamy Kanadę, ponieważ Jared jedzie do.. Kolorado.. bo tam mieszka 🙂 Aż tak go chyba nie będziemy nadwyrężać 😉 ale już dzięki niemu przejechaliśmy tyle kilometrów, że te ostatnie dni poszły w zapomnienie 🙂 Jak to zwykle bywa, też jeździł stopem po USA i wie jak to jest 🙂 Słucha bardzo fajnej muzyki, a wczoraj nawet słuchaliśmy naszej składanki weselnej, jak się jego muzyka skończyła 😀 Bezcenne – jechać przez Kanadę z nowo poznanym ludziem i słuchać polskiej muzyki. Podobało mu się bardzo Pogodno – Uśmiech się i Domowe melodie – Brzydal 🙂 A teraz sobie jedziemy dalej przez Kanadę, zwiedzamy przez szybę, bo prawie cały czas pada, oglądamy kolorowe liście na drzewach, góry, jeziora.. kto wie może jakiś grizzly się trafi 😉 wybieraliśmy nawet wspólnie trasę, którą chcemy jechać 🙂 Jest bardzo fajnie 🙂 ciepło mimo deszczu, widoki się zmieniają jak w kalejdoskopie, zobaczymy gdzie dziś uda się nam dotrzeć 🙂 Trzeba przyznać, że mamy szczęście do ludzi, których spotykamy na swojej drodze 🙂 Jesteśmy bardzo wdzięczni wszystkim, którzy nam do tej pory pomogli w naszej podróży 🙂 Jak to dobrze być tu i teraz 🙂 dziękujemy! 🙂

Dotarliśmy na biegun północny!

28 sierpień godz. 9:49 (USA)

Delta Junction – koniec, a dla nas początek Alaska Highway i krwiożercze komary 😛 Jedenastym kierowcą, który nas wczoraj zabrał był Eta, młody chłopak, pewnie z 10 lat młodszy od nas, który sam do nas podszedł w miejscu gdzie łapaliśmy stopa 🙂 Słuchał fajnej muzyki i szybko nam zleciało to niecałe 100 mil. Najważniejsze, że udało się nam uciec od deszczu, a może nawet pierwszej na Alasce burzy, bo pierwszy raz słyszeliśmy tu grzmoty. Fairbanks możemy określić jako miasto latające 😛 Pełno lotnisk, samoloty latające tak nisko nad miastem, jakby brzuchem dotykały budynków i lasu, wojskowe myśliwce i.. pełno ptaków! gęsi, żurawi.. całe stada.. Latają sobie kluczami w tą i z powrotem, siedzą gromadami na łące przy markecie.. Miasto się nam pewnie będzie też kojarzyć z przejażdżką autobusem miejskim, bo pierwszy raz korzystaliśmy z jego dobrodziejstw na Alasce. W automacie kupiliśmy za 5$ pakiet 5 żetonów – po jednym na przejazd. Najpierw przejażdżka przez większość miasta w poszukiwaniu butli z gazem, której w kilku marketach nie udało się znaleźć, więc na pocieszenie kupiliśmy pyszną, bezglutenową pizzę z wegańskim żółtym serem 🙂 Była mrożona a w namiocie nie mamy przenośnego piekarnika, więc jakoś trzeba było sobie radzić ;p Normalnie nigdy nie używamy, ale teraz wybawieniem okazała się mikrofalówka w środku supermarketu, w której udało się ugrzać pizzę mimo, że wg google było to niemożliwe 😉 Była ciepła, z ciągnącym się serem, mmm 🙂 Butlę udało się upolować dopiero następnego dnia w REI, czyli w 5 odwiedzonym markecie. Później zrobiliśmy piknik na trawie, bo była piękna słoneczna pogoda. Siedzieliśmy pierwszy raz na bosaka na trawie 🙂 łączyliśmy się z ziemią, żeby się doładować energetycznie ;P a przy okazji opalaliśmy stópki:) Taka fajna chwila odpoczynku teraz i tu:) wykorzystanie chwili na maksa 🙂 A jak znów przyszły chmury ruszyliśmy dalej.. i w międzyczasie skoczyliśmy autobusem na Biegun Północny! żeby odwiedzić Św. Mikołaja :D… taki żarcik 😉 Dotarliśmy do miejscowości North Pole, w której faktycznie ma swój domek Mikołaj i tutaj przychodzą do niego listy od dzieci z całej Ameryki, ponieważ kod pocztowy miejscowości jest oficjalnym kodem pocztowym Mikołaja 🙂 Świąteczny nastrój mają tutaj przez cały rok;p w sklepach są ubrane choinki, wszędzie światełka, lampy uliczne na podobieństwo podłużnych różowo-białych cukierków;p Nie odwiedziliśmy świętego, żeby się nie rozczarować, że nic nie dostaniemy, bo to jeszcze za wcześnie 😉 ale przenocowaliśmy się niedaleko jego domku obok małej rzeczki Thirtymile Slough pośród lasu 🙂 Następnego dnia śniadanko w domku, potem małe co niego w sklepie (lody bananowe z orzechami włoskimi i kawałkami czekolady jednak chyba nr 1! :D) i z samego rana o 17 zaczęliśmy łapać stopa w kierunku Kanady ;P żeby jeszcze zdążyć przed zbliżającą się burzą 🙂 W Delta Junction gdzie dotarliśmy z Eta nie ma zbyt dużo atrakcji, aczkolwiek jak to Grzesiek się śmieje Amerykanie potrafią zrobić biznes ze wszystkiego.. ponieważ ich atrakcją turystyczną jest.. koniec autostrady;p Są tutaj tablice informacyjne, że autostrada była wybudowana do celów militarnych w czasie II Wojny Światowej, jest tutaj pełno maszyn z tamtych czasów… walce drogowe itd.. Są też znaki informujące, że do Los Angeles jeszcze tylko 3336 mil 😉 ale za to na pocieszenie do Kanady 201 mil 🙂 W najbliższym czasie powinno się udać przekroczyć granicę Alaski 🙂 Wczoraj przejeżdżaliśmy obok dużej ilości jezior, ogromnej rzeki Tanana i nieskończonej przestrzeni lasów gdzie tylko okiem sięgnąć… Liście też już zaczynają mieć tutaj różne różniste kolory od zielonych przez żółte do pomarańczowych 🙂 Jest już jesiennie, mało turystów mimo weekendu i mało ludzi na kempingu obok którego przechodziliśmy. Tutaj w okolicy tylko wzgórza, ale z daleka zaczyna już być widać góry 🙂 Jest tak cieplutko, że w nocy pierwszy raz spałam bez skarpetek 😀 pewnie dlatego, że jakby na łóżku wodnym tyle mięciutkich poduszek z mchu mieliśmy pod sobą 🙂 Był to chyba najwygodniejszy nocleg w dziczy jak na razie 🙂 Za to komarów jest tutaj zatrzęsienie, też chyba lubią ciepełko 😉 tam w górach może będzie ich mniej… ale za to pewnie będzie też zimniej… zobaczymy co przyniesie nam ten dzień.. i następne… na razie cieszymy się ciepłem słońca na twarzy 🙂 niebieskim niebiem z małą ilością obłoczków o tak różnych ciekawych kształtach 🙂 śpiewem szczekającego ptaszka, który codziennie nas budzi o 6 rano, żeby nas poinformować, że kolejny piękny dzień się rozpoczął 🙂 kolejny wspaniały dzień dla nas wszystkich 🙂 Dziękujemy! 🙂

Luksusy cywilizowanego życia

24 sierpień godz. 14:40 (USA)

Dotarliśmy do Fairbanks wczoraj wieczorem i jesteśmy już dokładnie miesiąc na Alasce! 🙂 Tutaj jest zdecydowanie cieplej 🙂 i są komary 😛 w niektórych miejscach chmary. Już o nich zapomnieliśmy, bo w Denali już chyba wszystkie zamarzły 😉 Zanim wyruszyliśmy w podróż z Denali dostąpiliśmy na kempingu Riley Creek luksusów cywilizowanego życia 😀 Najpierw gorący prysznic (żeton kosztował 4,5$) trwający 10 minut! Cóż za luksus amerykański 😀 Miałam ochotę wzdychać „oh my God,  oh yes”! 😉 jak co niektóre amerykanki.. w kibelku 😉 Ale się powstrzymałam i po prostu trwałam w tym wspaniałym uczuciu 😀 W tej podróży nauczyłam się ekspresowo myć włosy w 2 minuty 🙂 a przez resztę czasu szorowanie i nacieszanie się ciepełkiem otulającym całe ciało.. mmm.. 🙂 Potem pranie i suszenie ubrań! 🙂 Tutaj pozytywne zaskoczenie, bo i jedno i drugie kosztowało nas 8 ćwierćdoladówek, czyli w sumie 4$ 🙂 a w Anchorage taki luksus kosztował 15$ 😛 (więc nie skorzystaliśmy). Zaryzykowaliśmy i wsadziliśmy wszystko łącznie z butami z gore-texu i spodniami przeciwdeszczowymi 😛 Tylko kurtki przeciwdeszczowe schły na nas 😉 Jakie to wspaniałe uczucie jak wszystkie ubrania są ciepłe, suche, pachnące 🙂 Jak wrócimy do Polski koniecznie kupujemy taką suszarkę 😛 Umyci, uprani – spokojnie mogliśmy łapać stopa, żeby nas nikt nie wyrzucił z samochodu 😉 Pierwszym szczęśliwcem, który miał okazję wysłuchać naszego amerykańskiego dukania okazał się Thomas 🙂 To już nasz 9 kierowca, bo jeszcze był na terenie parku nasz pierwszy stop na pace  pickupa 😛 i stop z chłopakiem dzięki któremu dowiedzieliśmy się jak zdobyć pozwolenie, żeby spać na dziko w parku, bo pracował tam 11 lat 🙂 Był tak miły, że zrobił nam przejażdżkę po miejscu gdzie miał być film a potem rozmowa.. i zostawił nas na kempingu 🙂 Co prawda nie było miejsca na nocleg i musieliśmy spać w krzakach 😉 ale za to były darmowe banany 😀 Kochamy za to Amerykanów, że nie lubią bananów w kropki 😛 przecież one są najlepsze i najzdrowsze 🙂 ale może lepiej ich nie uświadamiać 😉 Wracając do Thomasa podwiózł nas tylko do Healy i trwało to krótko, ale super się gadało 🙂 Może dlatego, że był mniej więcej w naszym wieku i nie było miedzy nami takiej bariery 🙂 Kolejnym szczęśliwcem był Dane (pseudonim gaduła ;)) zabrał nas już do samego Fairbanks 🙂 Starał się mówić powoli i naprawdę prawie wszystko rozumieliśmy 🙂 Wie jak to jest, jak przeciętny Amerykanin mówi z prędkością karabinu maszynowego i jak to jest się uczyć obcego języka, bo sam uczy się japońskiego i pracuje z Japończykami. Świetny facet! Dzięki temu, że cały czas coś gadał, dużo słuchaliśmy, ale też sami więcej mówiliśmy 🙂 Bardzo dużo ciekawych rzeczy się od niego dowiedzieliśmy o dzikich zwierzętach 🙂 ponieważ był.. myśliwym. Nie popieramy, ale szanujemy 🙂 a zawodowo pracuje w.. kopalni złota 😀 na kompletnym odludziu na północy Alaski 🙂 2 tygodnie praca, tydzień wolnego. Dzięki niemu dowiedzieliśmy się czemu większość miejscowych ma takie wielkie auta 😛 Podobno łosie jak przebiegają drogę, to w ogóle nie patrzą czy coś jedzie 😛 a większym autem jak się je staranuje to tylko auto ucierpi, a taki Dane i dwóch jego małych synków – nie 🙂 Tym sposobem rozwiązała się też zagadka dlaczego ponad połowa podwożących nas kierowców ma pękniętą przednią szybę 😉 Pocieszył nas też, że mamy większą szansę zobaczyć niedźwiedzia w Kanadzie, niż na Alasce, bo jest ich tam więcej, a mniej corocznie można upolować 🙂 Opowiedział też o krwiożerczym rosomaku tundrowym, którego boją się nawet niedźwiedzie i myśliwi i żeby trzymać się od niego z daleka 😛 Mówił, że nie jest łatwo odróżnić płeć karibu, ponieważ wszystkie mają rogi i że jak sobie coś ubzdurają to biegną ślepo przed siebie 😛 Co widzieliśmy z daleka przy Savage River – prędkość mają naprawdę niezłą 🙂 Opowiadał, że rysia (jak to kota) raczej zobaczymy tylko w nocy i daleko od drogi – tak jak wilki i niedźwiedzie 🙂 Było bardzo sympatycznie, zabawnie, sypał żartami, które nawet rozumieliśmy – hihi 🙂 Opowiadał trochę o sobie, o swojej rodzinie, o Alasce, zwierzętach, pracy – bardzo ciekawie. Droga w tak doborowym towarzystwie minęła nam bardzo szybko 🙂 i wieczorem dotarliśmy do Freda Meyera – jupi! jedzenie! 🙂 Z radości kupiliśmy do testowania dwa opakowania nowych lodów i trzeba zmienić klasyfikację ogólną 😉 Daliśmy jeszcze szansę Coconut Bliss i dobrze, bo ich lody wiśniowe z amaretto okazały się naszym numerem jeden! 🙂 Próbowaliśmy też Almond Dream Cappuccino Swirl – bardzo dobre, ale w klasyfikacji poza Ben & Jerry’s kawowymi z toffi i czekoladą (3 miejsce) i bananowymi z orzechami włoskimi i czekoladą (2 miejsce). Ogólnie jak coś chrupie w lodach jest pysznie 🙂 a jak jest to wegańska czekolada to już jest mega 🙂 Robimy zapasy: ryżu, soczewicy, przypraw, orzechów, surowego kakao, rodzynek, płatków owsianych, batonów Clif Bar 🙂 Kupiliśmy też na miejscu robione masło z orzechów ziemnych i masło z migdałów, które sobie sami zmieliliśmy w maszynie w sklepie 😀 Zaopatrzyliśmy się w melasę z trzciny cukrowej – podobno mega zdrowa – dużo żelaza, wapnia, magnezu i selenu 🙂 i będziemy testować 🙂 Nie wiadomo na jak długo będzie nam to musiało wystarczyć, ale pewnie za szybko nie znajdziemy się w supermarkecie 😛 To oczywiście super 🙂 ale plecaki będą bardzo ciężkie, a internet i prysznice pewnie raczej niezbyt regularne 😉 Pociesza nas to, że zrobiło się całkiem ciepło 🙂 i w nocy w naszych krzakach było całkiem przyjemnie, oprócz chmary komarów, które na szczęście zostały za moskitierą – haha 😀 Spałam tylko w jednych spodniach i w jednym długim rękawie i było mi bardzo ciepło 🙂 Grzesiek trochę przeżywa, że nie dotarliśmy do sławnego autobusu 142 (kto oglądał Into The Wild pewnie zna ;)), ale przekroczenie Teklaniki o tej porze roku było by wyczynem karkołomnym 😛 Jak jeszcze tu kiedyś przyjedziemy (tym razem latem) być może się uda zobaczyć autobus – jak coś jeszcze z niego zostanie 😉 Myślę, że jednak jeszcze dużo przygód przed nami w innych miejscach na świecie i trzeba już uciekać przed zimnem Alaski 🙂 tym bardziej, że wg tubylców ten rok jest wyjątkowo mokry 😛 Jesteśmy tu już miesiąc – widzieliśmy sporo – na pewno więcej niż osoby, które przyjeżdżają tu na krótki urlop na 2 tygodnie.. Ale z drugiej strony jest tu tyle miejsc do zobaczenia, że by pewnie 100 lat życia nie starczyło na zwiedzanie.. zresztą jak w Polsce 🙂 a Alaska jest 6x większa 🙂 Cieszymy się tym co udało się zobaczyć, zdjęciami i wspomnieniami, doceniamy to co jest 🙂 i mamy nadzieję, że jeszcze nie jeden wspaniały widok dzięki naszym oczom zobaczymy 🙂 nie jedną wspaniałą osobę poznamy 🙂 Nie planujemy niczego, oprócz tego, że teraz jedziemy na południe, w kierunku Kanady 🙂 Zobaczymy jak daleko codziennie uda się nam dojechać.. Na szczęście mamy to, czego tak wielu podróżnikom brakuje – czas 🙂 Nigdzie się nam nie śpieszy, takie slow travel 🙂 Cieszenie się miejscem i chwilą która trwa 🙂 cieszenie się swoim towarzystwem 🙂 świeżym powietrzem, słońcem, widokami 🙂 Wczoraj przy łapaniu stopa nuciło mi się cały czas „Yellow Submarine” 😉 że mamy wszystko czego w życiu potrzebujemy 🙂 trzeba tylko (lub aż) to zauważyć i docenić 🙂 Kolejny raz napiszę, że jesteśmy wdzięczni za wszystko co mamy 🙂 Mamy teraz materialnie napewno dużo mniej niż w Polsce, tzn. dużo mniej rzeczy 😛 ale paradoksalnie dzięki temu doceniamy wszystko co mamy 🙂 i mamy więcej czasu, żeby się zatrzymać i po prostu nacieszać 🙂 być wdzięcznym 🙂 a mamy za co 🙂 zresztą jak każdy kto żyje 🙂 to już wystarczająco, żeby być wdzięcznym 🙂 Dziękujemy, że jesteśmy 🙂 tu i teraz 🙂

Mt Wright i Mt Margaret

22 sierpnia godz. 14:50 (USA)

Wróciliśmy z dziczy do Visitor Center i wstawiamy zaległe posty na bloga. Pogoda zrobiła się taka, że trzeba jak najszybciej wiać do ciepłych krajów. Chcieliśmy jechać Denali Highway bo wszyscy nam tak radzili, że piękne widoki i dzikość, ale już praktycznie nie mamy jedzenia i trzeba się wybrać do jakiegoś supermarketu zrobić zapasy 🙂 bo przed nami do Kanady jeszcze dużo dziczy 😉 Na początku Kanady też nie jest lepiej, a na Denali Highway ani jednego sklepu! tylko jedna stacja benzynowa, a wiadomo jakie tam ceny i jaki wybór 😛 A propos na kempingu w Denali kupiliśmy sobie raz puszkę ciecierzycy za 3,5$ 😛
Zdobyliśmy 2 szczyty: Mt Wright (1482m n.p.m.) i Mt Margaret 😀 (1507m n.p.m.). Nie były to wysokie góry i wydawało się nam, że wejście na nie to żaden wyczyn.. ale szczególnie ta druga okazała się (dla mnie na pewno) dużo trudniejsza niż Orla Perć! Ale wrócę do początku.. Jak już pisałam do Savage River na 14,7 mili drogi parkowej nie ma już wyznaczonych szlaków. Tzn. szlaku nie ma w ogóle albo jest wszędzie 😉 sami sobie wybieramy gdzie 🙂 Oczywiście starając się aby jak najmniej uszkodzić okoliczne roślinki, wybieramy szlak jeśli się da po jakimś utwardzonym gruncie i namiot też na takowym rozkładamy 🙂 Nie łamiemy gałęzi itp. ale to chyba oczywiste 🙂 Nam niestety nie zawsze się udawało i często chodziliśmy po grubaśnych poduchach mchu, które pod nami się uginały, a potem znów wracały do swojego rozmiaru (jak w jakiejś grze komputerowej – takie jakby odskocznie ;)). Ciężko było się momentami przedrzeć przez gąszcz krzaczorów, drzew, przez podmokłe tereny niczym bagienka.. Jak mogliśmy to korzystaliśmy z dróg utworzonych przez.. zwierzęta – niejedną kupą oznakowanych 😉 Szczególnie często było widać wszelkie oznaki łosi 😉 Zastanawialiśmy się jak one się tamtędy przedzierają skoro jest tak mało miejsca, że my mamy problem 😛 ale jednak – one mają rogi i nie martwią się czy złamią jakąś gałąź czy nie i nie mają butów i skarpet, które im mogą przemoknąć na wylot 🙂 No więc przejście ok 500 metrów przewyższenia przez kompletną dzicz okazało się wg endomondo większym wydatkiem energetycznym niż maraton 😛 Chyba wzięło pod uwagę nasze plecaki i niedostępność terenu – hihi 😉 Ale faktycznie jak dotarliśmy na pierwszą górę, tam gdzie nam się wydawało, że był szczyt – byliśmy zmasakrowani i śmialiśmy się, że nie doceniliśmy tej góry 😉 A jak się okazało każdy widziany po drodze szczyt nie był jeszcze czubkiem, tak co najmniej z 5 razy 😛 Ale jak już dotarliśmy na górę i rozbijaliśmy namiot, byliśmy dumni z siebie i przeszczęśliwi 🙂 Nigdy nie spaliśmy jeszcze w namiocie w tak pięknym, dzikim, cichym miejscu 🙂 Aż się tęcza pokazała, żeby nam to wszystko udoskonalić 🙂 Człowiek w takiej trasie jest wdzięczny, że widzi to wszystko, za ręce i nogi, za to, że wszystko jest takie wspaniałe na tym świecie 🙂 że wszystko jest możliwe, że marzenia się spełniają 🙂 No i chyba najważniejsze, że ma się tą drugą osobę, z którą można się dzielić tym ogromnym szczęściem 🙂 bo wiadomo, że szczęście się mnoży, kiedy się je dzieli 🙂 Nawet jak byliśmy kompletnie wypompowani wlezieniem na tą górę, mimo że pewnie dla większości ludzi to żaden wyczyn 😛 to my byliśmy z siebie mega dumni i siedzieliśmy i patrzyliśmy i po prostu nacieszaliśmy się widokami 🙂 Chłonęliśmy dobrą energię gór – jak w piosence „otwórz oczy, rozłóż ręce, by nazbierać jak najwięcej” 🙂 Świat jest piękny, góry są super, park Denali jest wspaniały 🙂
A następnego dnia było jeszcze trudniej – góra niby trochę wyższa, ale ścieżka na dole przez kawałek (przez drzewa i jagody) była nawet wydeptana.. ale potem się zaczęło.. Wchodząc coraz wyżej, wiało coraz bardziej, tak że na górze góry dosłownie nie byłam w stanie się utrzymać na nogach – jak jakiś halny 😛 Dobrze, że to była niska, zielona góra, bez przepaści, ale jednak od czasu do czasu zdarzył się jakiś kamień, na który wolałabym nie wpaść 😉 Próbowałam gdzieś postawić stopę, ale wiatr uważał inaczej, miotał mną jak jakąś szmacianą lalką 😛 Na górze gdzie już były skały chodziłam na czworaka, od kamienia do kamienia, trzymając się go, bo tylko wtedy miałam jakąkolwiek kontrolę, żeby mnie nie zwiało.. Jak wracaliśmy na dół wcale nie było lepiej, bo wtedy wiało w twarz 😛 Łzy mi tak leciały z oczu, że nic nie widziałam. Na początku schodziliśmy trzymając się za biodra, jeden za drugim (ja z tyłu oczywiście). Już wiedzieliśmy dlaczego sezon na wejście na szczyt Denali już się skończył 🙂 Jak bym tam była, to chyba by mnie musieli przykleić, żebym nie spadła 😉 Zimno przez ten wiatr (jakie szczęście, że nie padało!) zrobiło się takie – jak by było z -10*C, dłonie mi tak zamarzły (mimo rękawiczek), że nie byłam w stanie ruszać palcami. Już się nie dziwiliśmy, że lokalni mieszkańcy nie mówią teraz, że jest jesień, tylko że są 3 miesiące lata (maj-lipiec), a 9 miesięcy zimy – bo tak się poczuliśmy! Dosłownie jak jacyś polarnicy, gorzej niż w Tatrach zimą, może dlatego, że nigdy nie wchodziliśmy na żaden szczyt jak wiał halny – kto wie? 😉 Wtedy doceniliśmy fakt, że wybraliśmy unity do 23 mili Park Road, a nie dalej i uwierzyliśmy w to, co mówiła nam przedstawicielka parku na rozmowie, że może nawet padać śnieg 😛 (chociaż w Tatrach też ostatnio padał ;)). Po tym jak zeszliśmy z góry i przeżyliśmy 😛 zaczęliśmy się cieszyć, że to już ostatnia noc w Denali.. trzeba uciekać do ciepłych krajów 🙂 Spotkaliśmy jeszcze po drodze na szczyt łącznie chyba z 10 karibu, 4 z nich bardzo blisko, może z 50 metrów od nas, tak że udało się nam zrobić fajne zdjęcie, mimo braku teleobiektywu 🙂 Bardzo miło z ich strony, że nie próbowały nas staranować, tylko ustąpiły nam miejsca na swojej najpyszniejszej łące, oddaliły się i obserwowały nas 🙂 Są takie piękne, takie dostojne, takie spokojne, ludzie powinni jak najczęściej obserwować zwierzęta i się od nich uczyć 🙂 Nasz ostatni nocleg w Denali okazał się najbardziej hardkorowy.. Mimo, że miejsce mieliśmy z dala od rzeki, w dolinie między górami, wiatr wiał tak mocno, że ciężko było spać i martwiliśmy się, czy nasz namiot to wytrzyma.. czy się nie połamie.. miotało nim tak mocno, mimo że pierwszy raz oprócz szpilek użyliśmy też odciągów i nawet wielkiego kamienia.. Pierwszy raz też ubraliśmy się we wszystkie! długie rękawy które mamy, łącznie z kurtką i spodniami przeciwdeszczowymi na normalne spodnie, użyliśmy też naszej płachty biwakowej, do której weszliśmy ze śpiworami. Było nam aż za ciepło jak już się ugrzaliśmy i nawet trochę się rozebraliśmy, więc mamy jeszcze zapas 😉 no i wkładek do śpiworów jeszcze nie użyliśmy 😛 Ale jednak chyba wolimy cieplejsze tereny, więc zwiewamy na południe, żeby się dogrzać 🙂 no i może kiedyś też zaczniemy odpoczywać 😉 kto wie 😉 Po tej nocy, którą na szczęście przeżyliśmy razem z całym namiotem, nie jesteśmy zbyt wyspani 😛 No i już nas bolą plecy wszędzie od plecaków i nogi od wspinania się z plecakami 😛 Ale psychicznie myślę, że trochę odpoczęliśmy, naładowaliśmy akumulatory, oczyściliśmy myśli 🙂 Wessaliśmy w siebie otaczające piękno, ciszę, spokój.. Jesteśmy zakochani w górach, w Denali.. Jest tu naprawdę przepięknie, zachwycająco, dziko.. Ale już jesteśmy nasyceni 🙂 i zziębnięci 😛 Nie zobaczyliśmy na razie misia, ani wilka, ani rysia.. ale jeszcze pełno kilometrów dzikich alaskańskich i kanadyjskich dróg przed nami, więc kto wie.. może się jeszcze uda 🙂 Trzymajcie kciuki 🙂

Backcountry i szczyt Denali w tle

19 sierpnia godz. 15:00 (USA)

Siedzimy sobie nad Sanctuary River, szumi woda, kołyszą się drzewa, mają już kolorowe jesienne liście 🙂 Dzisiaj spaliśmy na prawie 21 mili drogi Parku Denali, gdzie dotarliśmy już wieczorem, ale zanim było jeszcze ciemno, więc spokojnie znaleźliśmy nocleg na górce między jagodami (pysznymi.. były na śniadanko) i poszliśmy spać w ciepłym i suchym domku, a na zewnątrz zaczęło padać. Trochę było krzywo i spadaliśmy na dół, więc następnym razem trzeba szukać bardziej płaskiego miejsca, ale już byśmy nie zdążyli przed ciemnością iść dalej przez gąszcz. Grześka mata samopompująca dostała bąblownicy i spał na takiej złożonej na pół i z małą ilością powietrza.. Trzeba będzie napisać do producenta (Term-a-rest), co to można z tym zrobić.. Ostatnie dni były takie aktywne, że nawet nie miałam kiedy pisać, więc teraz postaram się wszystko odtworzyć..

17 sierpnia była niesamowicie piękna pogoda i udało nam się zobaczyć z daleka Denali pokryte śniegiem 🙂 Wspaniały widok! 🙂 Według filmu, który puszczają w parku, jest to możliwe tylko przez 62-67 dni w roku! To znaczy, że tylko przez 1/6 roku widać w ogóle szczyt i nie jest zakryty chmurami. A nam się udało już drugiego dnia po wjeździe do parku idąc Alpine Trail 🙂 Praktycznie bezchmurne niebo, wszędzie dokoła góry, żadnych ludzi przez 99% naszej drogi i zwierzęta 🙂 Tak dużo dzikich zwierząt w ich naturalnym środowisku, jak tutaj widzieliśmy przez jeden dzień, to w Polsce chyba przez całe życie 😉 Widzieliśmy pardwy górskie (Ptarmigan), jeżozwierza, alpejskie wiewiórki ziemne, małą słodką szczekuszkę obrożną (Collared Pica), łosie, renifera tundrowego (Caribou), sójkę kanadyjską (Gray Jay), kruka, zająca.. Było naprawdę super! Dokoła góry, cisza.. dużo ciszy.. można medytować 🙂 Dopiero na samym końcu szlaku przy Savage River, zaczęliśmy spotykać ludzi, z których większość wchodziła na najbliższą górkę (około 20 minut z dołu), z której było widać Denali, jadła coś, robiła sobie zdjęcie i schodziła 😉 Trochę jest zachodu z tym, żeby można sobie było spać na dziko gdzie się chce, ale warto 🙂 Najpierw trzeba obejrzeć 40 minutowy film instruktażowy o podróżowaniu poza szlakami (LINK). Między innymi o tym, że od misia trzeba być minimum 300 jardów (czyli 274 metry), a od pozostałych zwierząt (nawet wilków) tylko 25 jardów (23 metry).. Było też o „Leave no trace”, o tym gdzie postawić namioty, gdzie gotować, a gdzie trzymać jedzenie, kosmetyki i śmieci (w puszce misiowej) w swoim obozowisku (trójkąt narysowany na zdjęciu z pozwolenia obozowania), o tym jak przechodzić głęboką rzekę (w najszerszym miejscu, najlepiej trzymając się w kilka osób na raz). Z czarnym niedźwiedziem jak nas zaatakuje należy od razu walczyć, np. użyć gaz misiowy (jest mniejszy i mniej groźny), z brunatnym i grizzly najpierw udawać martwego (zwinąć się w kulkę – kolana pod brodę, plecak na plecach od góry i ręce zaplecione na szyi od tyłu), a jak i tak atakuje to dopiero wtedy próbować walczyć 😛 Najważniejsza zasada – nie uciekać! On zapierdziela nawet 50 km/h, więc nawet najlepszy biegacz nie ma szans 😉 a jak się zacznie uciekać to wywołuje to u misia instynkt łowcy 😛 Jak się go widzi z daleka i zaczyna do nas podchodzić to wtedy podnosimy ręce do góry i spokojnie głośno mówimy, żeby wiedział żeśmy ludzie 🙂 Najlepiej zbić się w grupę, żeby się wydawać większym. Druga najważniejsza zasada to ostrzec misia – cały czas gadać, śpiewać, klaskać, gwizdać itd., żeby misia nie zaskoczyć swoją obecnością, żeby nie poczuł się zagrożony i nas nie chciał zaatakować. Za to przed łosiem trzeba uciekać (ponieważ nie jest drapieżnikiem) i schować się za jakimś drzewem, krzakiem czy czymś innym, a jeśli nic nie ma to biec zygzakiem często zmieniając kierunek. Pastę do zębów po użyciu trzeba rozpylać jak aerozol, a nie pluć w jedno miejsce. Wszystkie śmieci zabierać ze sobą, łącznie z papierem toaletowym. Bardzo dużo różnych porad – fajny film 🙂 Polecamy. Większość rzeczy już wcześniej gdzieś czytaliśmy np. w książce „Sztuka minimalizmu w podróży” albo „Sztuka wędrowania z plecakiem” – bardzo polecamy! Dużo informacji było też w bezpłatnych gazetkach na terenie parku 🙂 Jest też bezpłatna filtrowana woda tak a propos i są polecane butelki wielokrotnego użytku (bez toksycznego BPA – Bisphenol A) zamiast plastikowych, które można kupić w promocji z pięknymi zdjęciami – skorzystaliśmy 🙂 Po filmie rozmowa z przedstawicielką Park Rangersów, wybór miejsca po którym chcielibyśmy wędrować, wypełnienie karty z naszymi danymi, żeby dostać pozwolenie.. Trochę czasu zajął nam wybór unitu (terenu), w którym chcielibyśmy nocować, ponieważ jest ich 87! wzdłuż parkowej drogi. Niestety autostop jest tam możliwy tylko do Savage River, ponieważ tylko dotąd można dojechać prywatnym samochodem, a dalej już tylko parkowe autobusy. Z jednej strony to dobrze, bo na pewno ekologiczniej, z drugiej strony autobusy są drogie, najtańsza opcja to 33$ za osobę. Przeanalizowując plusy i minusy naszej decyzji, nie zdecydowaliśmy się na autobus – to conajmniej kilka dni podróży gdzie indziej no i nie wiadomo czy nie zapłacimy za bilet, a jak dojedziemy to będzie cały czas lało i i tak nie zobaczymy Denali.. Wybraliśmy opcję po taniości.. czyli nocleg za darmo, mapa za darmo (porządniejsza 10$ i tylko 2 unity na niej), dojazd bezpłatnym autobusem (dojeżdża tylko da Savage River) a potem na nogach 🙂 Po otrzymaniu pozwolenia, złożeniu podpisów, otrzymaliśmy za darmo 2 puszki misiowe (do zwrotu) i w drogę! 🙂 Jest to niesamowita przygoda 🙂 i każdy wielbiciel survivalu powinien spróbować 🙂 Park jest olbrzymi! (24 585,1 km² -największy w USA), jest w nim tylko jedna droga, mająca 92 mile.. a dokoła las, góry, rzeki.. Ogromna przestrzeń, która nam małym ludzikom wydaje się nieskończona 🙂 Dalej za Savage River nie ma już nigdzie wyznaczonych szlaków! Dostajesz mapę i idziesz gdzie chcesz 🙂 (w obrębie unitu, który wybrałeś na dany dzień, żeby nie było za dużo ludzi na jednym terenie na noc – najmniejsze mają długość kilku mil, największy jak 1/4 parku). Sam decydujesz, którędy najlepiej iść, gdzie chcesz rozłożyć namiot (jak najdalej od drogi i tak, żeby nikt Cię nie widział), ile chcesz przejść w ciągu dnia.. Dokoła cisza, naprawdę aż dzwoni w uszach! W Polsce jeszcze chyba nigdzie tak nam się nie przytrafiło.. nawet w Bieszczadach.. zawsze gdzieś słychać jakiś samochód z oddali, jakichś ludzi.. Tutaj jak się odejdzie dalej od drogi – nikogo nie ma! Tylko przyroda 🙂 my, zieleń, zwierzątka 🙂 Trudno opisać jakie to uczucie.. taka wolność 🙂 Przestrzeń.. takie zatrzymanie czasu.. dzień jest dłuższy.. jest taki bardziej pełny 🙂 Bardzo dużo okazji na ćwiczenie mindfulness 🙂 każda chwila, każdy krok to bycie tu i teraz, każdy moment to medytacja 🙂 celebrowanie życia 🙂 delektowanie się byciem żywym.. 🙂 Dziękujemy! 🙂

Denali.. szykuj się.. nadciągamy

15 sierpnia godz. 19:31 (USA)

Jedziemy właśnie z Markiem jego kamperem 🙂 Sam podszedł do nas na stacji benzynowej, żeby zapytać czy nie potrzebujemy podwiezienia 🙂 To już tego dnia piąty stop, a w tej podróży szósty 🙂 Wczoraj podwiózł nas Andrew do Wasilla (40 mil dalej niż planował jechać), a cieszylibyśmy się gdyby tylko nam udało się wyjechać z Anchorage 🙂 Z okazji, że nas podwiózł pod Freda Meyera (a są tu najtańsze wegańskie jedzonka), kupiliśmy sobie Tofurky wędlinę z pieprzem, była też kiełbasa Polka 🙂 ale woleliśmy wędlinkę. Rowery zostawiliśmy w komisie i miejmy nadzieję, że szybko znajdą nowych właścicieli 🙂 Ciężko było się przedrzeć przez miasto z plecaczorami na plecach bez przyczepki 😛 Dobrze, że mnie mężuś tak odciążył i dostał mi się tylko taki plecak, jaki jestem w stanie jakiś czas ponieść 🙂 Poszukiwanie noclegu zajęło nam jakiś czas, przeszliśmy kilka kilometrów i było już całkiem ciemno, zanim znaleźliśmy miejsce na domek w lesie pełnym grzybów. Kolejny raz mnie zdziwiło czemu oni nie zbierają tych grzybów 😛 tylko ślimaki je zjadają albo ze starości się psują.. W domku było bardzo fajnie, ale krótko spaliśmy i zebraliśmy się na dalszą wyprawę 🙂 Najpierw zabrał nas pan, który zajmuje się budowaniem, potem dwóch wyluzowanych chłopaków z psem, z których na szczęście tylko jeden (nie kierowca ;)) palił jointa po drodze i mówił, że Alaska to nowy Amsterdam 😉 i gdzie można kupić legalnie zioło 😛 Ogólnie na Alasce co chwilę czuć zapach konopny, więc chyba sporo ludzi używa tego poprawiacza humoru 😉 My grzecznie podziękowaliśmy i za chwilę byliśmy już przy sklepie z podobno pysznymi lodami (ale nie wegańskimi, więc zrobiliśmy sobie makaron z soczewicą i łapaliśmy stopa dalej). Zatrzymał się rybak, który pływa na statku potrafiącym złowić za jednym razem 50 tyś. funtów ryb – na zdjęciu było ich bardzo dużo.. Opowiadał też jakie dobre jest mięso z łosia i niedźwiedzia, ale po info o tym, że my weganie, powiedział, że jagody też są pyszne 🙂 Jedliśmy już nie raz na szlaku, więc potwierdziliśmy, że są smakowite 🙂 W ogóle jagody są tu gigantyczne! takie jak u nas borówki, mają wielkie krzaki, niektóre większe niż ja i wielkie owoce 🙂 Myślałam szczerze mówiąc, że przez to, że tu tak zimno, nic prawie tu nie rośnie albo jakieś małe roślinki, ale nie pomyślałam o tym, że latem jest tu dzień polarny i rośliny mają w ciągu dnia bardzo długo światło i możliwość wzrostu. Przez to są naprawdę duże.. i mocniej pachną niż u nas.. no bo mają większe kwiaty 🙂 Jest tu pełno krzaków dzikich róż (tych różowych), które uwielbiam, a tu pachną jeszcze mocniej i mają wielkie kwiaty 🙂 Ale wracając do stopa, pogoda dziś była taka, że łapiąc stopa aż się rozebrałam do krótkiego rękawka (Ci co mnie znają wiedzą jaki ze mnie zmarzluch) co mi się na tej wyprawie zdarzyło pierwszy raz 🙂 Jadąc dalej zaczął padać, a następnie lać deszcz, tak że wycieraczki nie nadążały zbierać wody.. Mieliśmy być podwiezieni tylko kawałek, ale nasz wybawiciel nie miał sumienia nas zostawić w taki deszcz, więc znów kolejna osoba nas podwiozła dużo dalej niż planowała 🙂 i jeszcze dostaliśmy wodę 🙂 Jak my się odwdzięczymy temu światu? chyba miłością i radością 😉 Jak uciekliśmy na chwilę od deszczu, szybko ubraliśmy kurtki i spodnie i buty przeciwdeszczowe (chwilę byliśmy nawet w sandałach :D) i już za chwilę padało, a my dalej łapaliśmy.. Staliśmy 15 minut w deszczu i nic, więc stwierdziliśmy, że idziemy szukać noclegu.. i wtedy widząc nadjeżdżający samochód, machnęłam kartką od niechcenia.. i.. zatrzymał się 🙂 Podwiózł nas niedaleko na stację benzynową, ale znów uciekliśmy od deszczu.. zjedliśmy makaron.. i podszedł do nas Mark 🙂 A teraz w międzyczasie jak to piszę, byliśmy na tarasie widokowym i widzieliśmy szczyt Denali od strony południowej 🙂 Wielka szpiczasta góra, ale nawet nie przykryta chmurami, ale się nam udało 🙂 Jeszcze widzieliśmy trzy łosie przy drodze, w tym dwa malutkie i gigantyczną tęczę (dużo większą niż w Polsce – to chyba dobry znak :)). Chyba nam się uda już dziś uciec od deszczu i jutro się wybrać na szlak. Właśnie wyjechaliśmy z Denali Park i jedziemy obok niego, ale jutro znów do niego wejdziemy albo wjedziemy 🙂 Zobaczymy 🙂

Pan Łoś

13 sierpnia godz. 12:15 (USA)

Właśnie zjedliśmy pyszną organiczną tofucznicę z cebulką, masłem orzechowym crunchy i nanami togarashi 🙂 Dzisiaj się wyspaliśmy, chwilowo nawet nie pada, więc zapowiada się kolejny wspaniały dzień 🙂 Jak wracaliśmy z Safewaya po północy bo nie doczekaliśmy się, żeby przestało padać, ulice były płynącymi rzekami, praktycznie całkowicie opustoszałe.. Gottfried radził nam, żebyśmy zostali tam na noc bo jest czynne całą dobę, ale jakoś pewniej czujemy się pośrodku niczego (w sensie lasu), niż w markecie. Zjeżdżaliśmy szybko z dużej górki, deszcz mocno lał, omijaliśmy slalomem największe rzeki wody, właśnie powiedziałam, że ulice są tak całkowicie puste (mimo, że trzy pasmowe), że nie widać żywej duszy.. i nagle.. Grzesiek zahamował tak, że praktycznie na niego wjechałam (po ciemku jadę z tyłu bo mam czerwone mrugające światełko, a Grzesiek białe :P).. i pokazał mi gigantycznego! łosia (Pana Łosia z wielkim porożem), na którego praktycznie wjechaliśmy bo było tak ciemno, że go zauważyliśmy jak byliśmy kilka metrów od niego.. Nie wiem kto był bardziej zaskoczony tą sytuacją.. Pan Łoś z przerażeniem odskoczył swoim niezgrabnym truchcikiem kilka metrów i stanął swoim okazałym porożem w naszą stronę.. i czekał.. Myślę, że bardzo go wystraszyliśmy bo wzięliśmy go z zaskoczenia.. Pomyślał pewnie – co za świry tu jeżdżą w środku nocy.. nawet w taką pogodę nie można się spokojnie przespacerować.. Postanowiliśmy już nie podjeżdżać bliżej, żeby się przyjrzeć czy ma uszy do góry i jest nami zainteresowany, czy raczej uszy po sobie i szykuje się żeby nas staranować 😛 Podobno na Alasce sporo ludzi zostaje staranowanych przez łosie 😛 Miał zdecydowanie przewagę wielkości i masy, więc oglądając się za siebie, odjechaliśmy jak najszybciej na drugą stronę drogi 😛 Nawet nie zdążyłam zrobić zdjęcia 😉 A propos to jedyny człowiek, który był zjedzony przez niedźwiedzia w Denali robił mu zdjęcia jeszcze wtedy kiedy on już do niego podchodził – było to potem widać na jego aparacie – ale chyba nie dostał pośmiertnie nagrody za najbliższe zdjęcie misia. Jak już ominęliśmy łosia dużym łukiem, tak że aż z wrażenia pojechaliśmy za daleko i musieliśmy się cofać, wróciliśmy na miejsce gdzie dzień wcześniej nocowaliśmy, tylko trochę bliżej drogi bo dalej po całym dniu deszczu na ścieżce było bagienko. Wczorajszy dzień był bardzo męczący i cały poświęcony na poszukiwaniu moich spodni (jak na prawdziwą kobietę przystało nie cierpię zakupów! może dlatego, że mam taki niestandardowy rozmiar, a w USA to już w ogóle, że jak wchodzę do sklepu, to najpierw patrzę czy coś w ogóle jest w moim rozmiarze :P). Już nawet lumpeksy w Anchorage mamy obcykane 😉 ale dopiero w sklepie myśliwskim znaleźliśmy pasujące (w miarę :P) na mnie spodnie w rozmiarze dziecięcym L. Oni naprawdę mają świra na punkcie polowania – body dziecięce w leśnym maskowaniu, kostium kąpielowy w leśnym maskowaniu, kombinezon damski w leśnym maskowaniu z różowym futerkiem od wewnątrz.. no i wszędzie wypchane zwierzątka patrzą się martwymi oczami ze ściany 🙁 i pełno broni! do koloru, do wyboru.. Widzieliśmy tatusiów idących z dziećmi na jagody z bronią za paskiem.. w końcu trzeba dbać o bezpieczeństwo rodziny.. no cóż.. Wracając do jeżdżenia po sklepach trafiliśmy między innymi do sławnego REI, w którym czuliśmy się jak małe dzieci w krainie zabawek 🙂 Co chwilę trafialiśmy na coś fascynującego, czego u nas w Polsce nie ma.. był np. malutki namiocik.. dla psa! 😀 Bardzo mnie cieszy, że mam już w końcu te spodnie i już się wczoraj wieczorem przydały 🙂 i będzie można w końcu wyruszyć do tego Denali 🙂 Mamy zapas jedzenia, zapas gazu, nawet swoją prywatną łopatkę do zakopywania nieczystości, w razie potrzeby 🙂 Trzeba tylko jeszcze sprzedać rowery i przyczepkę, bo jednak przesiadamy się na autostop, żeby trochę ułatwić naszą podróż w wysokie góry i żeby aż tak bardzo nie przedłużać naszego pobytu, bo dziś mijają trzy tygodnie jakie planowo mieliśmy tu spędzić. Widzieliśmy wcześniej, że jest tu trochę miejsc, w których można sprzedać używane rzeczy. Mam nadzieję, że nam się uda bez problemu za jakąś rozsądną cenę. To jest plan na dziś. No i jak się uda, to jakiś couchsurfing a jak nie to znalezienie pralni z suszarnią. Zobaczymy co się dziś uda zrealizować, najważniejsze że na razie nie pada, a wczoraj wieczorem było widać praktycznie całe góry, jak jeszcze w Anchorage wcześniej nie widzieliśmy 🙂 Oby to zapowiadało poprawę pogody przed wyjazdem do Denali 🙂

12 lat minęło.. jak jeden dzień..

11 sierpnia godz. 16:45 (USA)

Siedzimy sobie przy kominku! W Safeway (taki market :P), oglądamy TV (no dobra – tylko słuchamy ;)), ja piszę, a Grzesiek surfuje w internecie.

7 sierpnia jechaliśmy do Edny i dojechaliśmy do tarasu widokowego przy Bird Creek i tam spaliśmy przy pięknym widoku 🙂 Pogoda tego dnia była zmienna, sporo padało i wiało, ale jak już zaczęliśmy jechać w stronę Edny od zakrętu, gdzie można było skręcić do Whittier – wiatr wiał nam w końcu w plecy i było dużo łatwiej 🙂

8 sierpnia poranek zaczął się brakiem powietrza w mojej przedniej dętce 😛 Grzegorz na szczęście szybko sobie z tym poradził i mogliśmy jechać dalej 🙂 W końcu wyszło troszkę słońca i wyschnął nam namiot i trochę się porozbieraliśmy z naszej grubej skorupy ubrań 🙂 Do Edny dotarliśmy dosyć wcześnie po południu i nie było jej w domu. Stwierdziliśmy, że zostawimy rzeczy pod jej domem i zobaczymy co tam u sąsiadów 🙂 W muzeum poszukiwaczy złota ich nie było, ale pooglądaliśmy sobie tam wszystko, znaleźliśmy w końcu złoty pociąg 😉 (niestety nie wzięliśmy aparatu, ale musicie nam uwierzyć na słowo ;)) i zaczęliśmy wracać po swoje rzeczy, a tutaj.. Edna! Przyjechała akurat z zakupów z Parisem 🙂 Tym razem byliśmy tylko my, Edna i Paris i było jak zwykle  przesympatycznie 🙂 Rozmawialiśmy (jakoś powolutku sobie zaczynamy radzić z tym amerykańskim :P), śmialiśmy się, oglądaliśmy zdjęcia, graliśmy w bilard (a raczej oni grali, a ja się uczyłam podstaw typu trzymanie kija, trafianie w bilę itd ;)). Edna poszła oglądać swoich ulubionych Rangersów, a my zaczęliśmy uzupełniać braki na blogu 🙂 W końcu nasze buty (a szczególnie Grześka, bo jemu przemokły na wylot) były czyste, suche i pachnące 😀 Mieliśmy czyste ciuchy, wygodne łóżko, gorący prysznic 🙂 Człowiek zaczyna doceniać takie wygody jak zwykły kibelek ze spłuczką, gorąca woda pod prysznicem, pralka.. Niby takie to wszystko zwykłe i w Polsce była to codzienność, ale tutaj przez większość naszego wyjazdu nie doświadczamy takich luksusów 😉 mimo, że to Ameryka 😀 Ale w sumie o to nam chodziło, żeby bardziej się cieszyć tym co się ma 🙂 Mimo bardzo wygodnego łóżka do końca się nie wyspaliśmy, bo było sporo bloga do nadrobienia, a i tak wszystkiego nie wpisaliśmy i poszliśmy spać bo byliśmy już tacy zmęczeni 😛

9 sierpnia – Jesteśmy razem już 12 lat! 🙂 Żegnamy się z Edną po zjedzeniu pysznego smoothie, owsianki i otrzymaniu w prezencie chleba przez nią upieczonego 🙂 Cały wieczór i noc lało i nie było widać praktycznie gór, a dziś już nawet widać i troszkę prześwieca słońce 🙂 Edna życzy nam suchej drogi 🙂 będzie się za nas modlić 🙂 mamy dawać znać co u nas i jak odwiedzimy Teksas lub Ohio to przyjmie nas jej rodzinka 🙂 W trakcie drogi zbierają się chmury i zaczyna padać tak, że trochę mokniemy, a potem znów wychodzi słoneczko 🙂 Dziś bardzo duży przypływ.. Podobno dużo ludzi wchodzi na zaschnięte błocko, robiąc zdjęcia i nie zdając sobie sprawy z tego, że szybko tu przychodzi przypływ, i ciężko od niego uciec 😛 Po drodze znów pęknięta dętka – tym razem w Grześka tylnim kole 😛 Ale na szczęście świeci słońce 🙂 Jest to boczna droga i po załataniu dziury próbujemy pierwszy raz jak się jeździ na ostrym kole 🙂 Kolejne marzenie Grześka spełnione 😀 Wieczorem robimy zakupy w Walmarcie – kupujemy na rocznicę dwa opakowania wegańskich lodów – ale szaleństwo! 🙂 Obydwa pyszne, ale o dziwo czekoladowe z brownie (z normalnymi kawałkami ciasta! – nie było zmrożone i twarde, ale miękkie i puchate – nie wiem jak oni to robią :P) mniej mi smakowało niż kawowe z kawałkami czekolady i ciągnącym się toffi 🙂 Mmm.. pychota 🙂 Po zakupach jedziemy spać do Chrisa znalezionego na warmshowers 🙂 Bardzo miło i sympatycznie, krótko pogadaliśmy bo była już prawie 22:00 a następnego dnia do pracy. Rano nie za bardzo się dogadaliśmy co do godziny o której mamy wyjść i jak brałam prysznic Chris już biegł do pracy i powiedział Grześkowi jak mamy zamknąć drzwi 😉 Fajnie, że nam tak zaufał 🙂 Jak wyszliśmy z domu, próbowaliśmy znaleźć sobie wodoodporne spodnie, które by się nadawały do biegania i na rower 🙂 Stwierdziliśmy, że jest to priorytet przed wyjazdem do Denali. Momentami było gorąco i nawet nie padało. Zwiedziliśmy centrum Anchorage, Grzesiek znalazł sobie fajne spodnie, dla mnie niestety mimo całego dnia spędzonego na poszukiwaniach – nic nie znaleźliśmy. Chyba nie muszę mówić o rozmiarach w Stanach? 😉 Spodnie w rozmiarze XS były takie, że ze dwie mnie by się pewnie zmieściły 😛 W centrum widzieliśmy najwyższy wieżowiec Philipsa, szklane przejście nad skrzyżowaniem między budynkami, murale, dużo ludzi, samochodów i dużo hałasu.. Chyba już się odzwyczailiśmy od miasta 😛 Byliśmy już zmęczeni, niewyspani (u Chrisa spaliśmy też ze 4 godziny bo zakładaliśmy konto na Couchsurfingu), głodni.. pojechaliśmy do Safewaya.  Nabraliśmy wody, kupiliśmy coś do jedzenia i poszukaliśmy noclegu. Spaliśmy w środku niczego, tzn. pomiędzy młodym lasem, w którym oprócz nas ostatnio były tylko łosie 🙂 Rano odwiedziło nas jakieś małe zwierzątko, które sobie coś chrupało koło namiotu 🙂 Wieczorem i w nocy i rano znów padał deszcz, potem chwila przerwy jak wyszliśmy z domku, a teraz jak to piszę znów pada deszcz 😛 No przydały by mi się też te wodoodporne spodenki na pewno 🙂 Może się uda jutro coś upolować bo dzisiaj to już raczej za późno. Dziś spotkaliśmy bardzo miłego Gottfrieda z Niemiec, który jest fotografem i robi bardzo ładne zdjęcia 🙂 No to już kończę, bo się rozpisałam bardzo i kiedy my to przepiszemy na bloga 😉

Wiatr we włosach

6 sierpień godz. 21:40 (USA)

Siedzimy w domku i robimy kolację. Dziś znów dzień pełen wrażeń 🙂 Nie było za bardzo słońca ale chociaż nie padało, czyli jak na Alaskę – bardzo dobra pogoda 😉 Wczoraj przejechaliśmy 70 km i dojechaliśmy do Devil’s Creek Trail. Przejeżdżaliśmy obok bardzo dużej ilości jezior: Upper i Lower Trail Lake, Kenai Lake (największe), Tern Lake 🙂 Gór za bardzo nie było widać, ale jeziora były bardzo ładne 🙂 Doszliśmy (a raczej dojechaliśmy z przyczepką!) do miejsca na namiot po 2,3 mili, a potem przy głównej trasie przyczepiliśmy rowery i przyczepkę i jeszcze przeszliśmy kawałek z plecakami. Zrobiliśmy kolację na skrytce misiowej, schowaliśmy tam resztę jedzenia i poszliśmy spać z nadzieją, że rano nie będzie padać, wstaniemy wcześnie i wyruszymy dalej. Rano obudził nas deszcz oczywiście 😛 Więc spaliśmy dalej i wstaliśmy w końcu o 11:00 i nie padało 😀 Nawet było widać kawałki błękitnego nieba. Pomyślałam sobie, że jak w piosence „Oprócz błękitnego nieba, nic nam dzisiaj nie potrzeba” 😉 Bardzo fajne miejsce na kemping, niedaleko mały staw i rzeczka, kilka miejsc na namioty, miejsce na ognisko ze stelażem na grila, no i skrytka misiowa z dyżurną łopatką do zakopywania swoich nieczystości 😛 W końcu najważniejsza zasada biwakowania to „leave no trace” 🙂 Bardzo nam się podoba, że przy wejściu na szlak jest księga gości, w której wpisuje się imię i nazwisko, planowany cel i długość pobytu, czy się idzie, jedzie na rowerze (tzn. sposób dotarcia do celu), a jak się wraca to uwagi po przejściu szlaku. Jest też mapa z opisem, po ilu milach jest miejsce na kemping, ewentualnie kibelek, szacowany czas przejścia, przewyższenia itp. No i bardzo fajne plastikowe zawieszki o tym jak się przygotować na biwak, żeby być jak najbardziej ekologicznym, etycznym, szanować przyrodę, no i nie zostawiać śladów (leave no trace). Jak skończyliśmy śniadanko i spakowaliśmy się usłyszeliśmy jakby zawodzącego – wołającego mamę małego misia w oddali.. Powtórzyło się to wiele razy.. Nawet nagrałam na dyktafon. Ciekawe czy to faktycznie niedźwiadek. Kiedy w końcu około 14:00 dowlekliśmy się do naszych rowerów, ze zdziwieniem zobaczyliśmy chłopaka jadącego na rowerze. Powiedział, że za niecałą godzinę startuje tym szlakiem rajd rowerowy, pojechał jeszcze kawałek dalej na patrol i wrócił. Stwierdziliśmy, że z naszą przyczepką zrobimy im niezłą zaporę, więc trzeba szybko wracać. Przejechaliśmy trasę powrotną ekspresowo i wywarliśmy niezłe wrażenie na uczestnikach bike maratonu naszą przyczepką i rowerami bez przerzutek. Pewnie sobie pomyśleli, że my to dopiero jesteśmy świrnięci na maksa 😛 Myślę, że jest wysoce prawdopodobne, że tylko my przejechaliśmy ten szlak takimi rowerami, a z przyczepką to prawie na pewno 😉 Po przejechaniu pierwszego naszego górskiego wyścigu rowerowego byliśmy jednak trochę zmęczeni, więc dziś przejechaliśmy tylko około 44 km. Widoki były przepiękne 🙂 Alaska jest jeszcze taka dzika i ma tak dużo gór! Praktycznie same góry 🙂 Osiągnęliśmy swój rekord życiowy w zjeździe z góry (1,33 min/km)! i to z przyczepką! A ja się tak wzruszyłam, że aż uroniłam łezkę, tak sobie zjeżdżając z góry 🙂 Wiatr we włosach, ośnieżone szczyty w oddali, zielone góry dookoła, wąwozy, strumienie i zieleń, zieleń, zieleń 🙂 Jest tutaj naprawdę przepięknie, właśnie tak jak sobie wyobrażaliśmy 🙂 Jak to Grzesiek powiedział „takie gigantyczne Bieszczady, ale chyba jeszcze bardziej dziko” 😉 A przed nami jeszcze Denali.. Jeszcze wyższe góry i mam nadzieję, że jeszcze piękniejsze 🙂 Oby pogoda dopisała 🙂