Archiwa tagu: Kanada

3200 km w 3 dni i pierwsza przygoda z couchsurfingiem

9 września godz. 9:36 (Kanada/USA)

 

Dzięki Jaredowi przejechaliśmy 3200 km! 🙂 Przywiózł nas do miejscowości Abbotsford, niedaleko Vancouver i pojechał do Seattle. Jesteśmy mu przeogromnie wdzięczni za to jak dużo nam pomógł 🙂 Przez tyle czasu razem można już się trochę poznać i zaprzyjaźnić 🙂 Przytuliliśmy się na pożegnanie, wymieniliśmy kontaktami i.. pojechał.. ale czuję że się jeszcze kiedyś zobaczymy.. może w Kolorado.. i aż tak nie tęsknię 😉

W Abbotsford widać pierwsze różnice między USA a Kanadą:

  • mniejsze samochody i mniejsi ludzie, ale też mniej uśmiechnięci
  • bardzo dużo klonów i pełno czerwonych jesiennych liści
  • gorsze drogi
  • bardzo dużo ludzi ze wschodu: Chiny, Japonia, Indie itd.. co chwilę widać kogoś w turbanie, za to bardzo mało osób ciemnoskórych
  • drogi internet i słaby zasięg w telefonie – taki sam 😉

Szukając noclegu zauważyliśmy też bardzo dużo osób bezdomnych.. w parku miejskim, mimo zakazu biwakowania normalnie na widoku rozstawione kilka wielkich namiotów, pranie się suszy.. Żeby znaleźć miejsce do spania musieliśmy zejść na obrzeża miasta, dalej od supermarketów, bo tam dopiero nie mieliśmy konkurencji 😉 Ceny są trochę niższe niż na Alasce, ale co ciekawe na półce jest jedna cena, a na paragonie inna – bo dopiero po zakupie doliczają podatek i każda prowincja ma inny, np. w Kolumbii Brytyjskiej gdzie byliśmy było to 12%. Grzesiek był trochę zrezygnowany, że napisaliśmy do 9 osób na couchsurfingu i nikt nam nie odpisał, a w dodatku ludzie się na nas za przyjaźnie nie patrzyli 😛 Ale na następny dzień Marek się odezwał, a potem sporo osób podchodziło i zagadywało skąd jesteśmy, gdzie jedziemy i nawet jeden starszy pan dał nam po 5 C$  na coś dobrego 😉 więc dzień wydawał się dużo lepszy 🙂 Kolejny pan nas nawet zaprosił do siebie do samochodu na piwo! i pogaduchy 🙂 A jakiś czas później ten sam pan nas podwiózł połowę drogi do Vancouver, jak staliśmy przy drodze i łapaliśmy stopa 🙂 Potem czekaliśmy i czekaliśmy w Surrey, aż w końcu zabrał nas swoim sportowym samochodem chłopak z Singapuru z jamnikiem Zeus 🙂 Dowiózł nas do stacji podniebnego pociągu (SkyTrain) i dzięki niemu pierwszy raz takim jechaliśmy 🙂

 

Jeszcze się nie dowiedzieliśmy gdzie dokładnie Marek mieszka, ale stwierdziliśmy, że pojedziemy do Downtown i jak wysiedliśmy i napisaliśmy do niego, okazało się, że był parę minut drogi od nas. Trafiliśmy akurat na długi weekend bo 5 września było Święto Pracy i ludzie mieli wolne, więc na ulicach tłumy. Zamieszkaliśmy na 25 piętrze w przytulnym mieszkanku 🙂 Wyprani, wykąpani – mogliśmy ruszyć na podbój miasta (Grzesiek mi nawet obciął grzywkę :D)

Super mieć takiego przewodnika jak Marek, który mieszka już tutaj kilka lat i wie co jest warte zobaczenia 🙂 Miasto w nocy wyglądało naprawdę bardzo ładnie, światełka na drzewach (jak to Marek powiedział „dla turystów”) bardzo mi się podobały, bo wiadomo, że ja lubię światełka 🙂 Ogólnie całe miasto się bardzo świeciło i powiedziałam, że sporo prądu musi na to iść, ale nasz przewodnik powiedział, że w Kolumbii Brytyjskiej praktycznie cały prąd jest z elektrowni wodnej! Vancouver przez ogromne wieżowce robi wrażenie wielkiego miasta, a w rzeczywistości ma tylu mieszkańców co Wrocław, ale powierzchnię dwa razy mniejszą, i stąd te wieżowce.

Dwa najwyższe wieżowce to Shangri-La 201m (59 pięter) i Trump Tower 188m (63 piętra). Dla porównania Sky Tower 206m (51 pięter) – czyli jest wyższy 🙂

Zostaliśmy zaproszeni do najlepszej (wg HappyCow) wegańskiej knajpy w mieście – Meet, chłopaki zjedli burgera z frytkami i surówką, ja miskę z brązowym ryżem, tofu, jarmużem, papryką i surową marchewką, sosem migdałowym 🙂 Mi bardzo smakowało 🙂 Oni mówili, że frytki za tłuste i przypieczone, ale za to piwo bardzo Grześkowi smakowało, mimo że jasne 🙂

Zobaczyliśmy jeden z największych portów w Ameryce Północnej, grający zegar, nocną panoramę miasta, znicz olimpijski, bramę Chinatown i pięknie oświetlone stare miasto. Chinatown jest już teraz dosyć opustoszałe, najprawdopodobniej Chińczycy wyprowadzili się stamtąd, bo zbliżyła się do tego miejsca „dzielnica biedy” (Chinatown ma o sto lat więcej niż Grzegorz).

 

Dzielnicę biedy też poszliśmy zobaczyć.. wygląda przerażająco.. pełno ludzi siedzących przy ulicy.. na dywanach itp.. i jest ich naprawdę bardzo dużo.. i sporo młodych osób z niewidzącym wzrokiem i jakąś kartką, że są biedni, głodni, zimno itd. Jak można upaść aż tak nisko w takim młodym wieku? Bardzo to smutne.. mają ręce i nogi.. mogą wszystko.. a wpadli w szpony narkotyków i już nic nie mogą.. We Wrocławiu nigdy czegoś takiego nie widzieliśmy, ale nie widzieliśmy też tylu chłopaków chodzących za rękę 😉 Vancouver jest bardzo tolerancyjnym miastem dla par niemieszanych i mają tutaj swoją specjalną dzielnicę i co roku wielką imprezę i nawet wtedy zamykają ulicę na jeden dzień.

Jest tutaj podobno najlepsza marihuana, bo taka do celów medycznych, więc co jakiś czas czuć było w okolicy jakąś osobę, którą bolały plecy 😉

Następnego dnia była piękna pogoda, więc poszliśmy zwiedzać Stanley Park – piękny widok na miasto był stamtąd, bardzo dużo ludzi biegało i jeździło na rowerze, dzikie gęsi się pasły jak we Wrocławiu gołębie 😛

 

Wieczorem po drugiej, bardziej dzikiej stronie parku na trzeciej plaży była impreza z bębnami w roli głównej 🙂 Bardzo fajnie i klimatycznie, ocean, światła miasta w oddali, nawet chwilkę się uziemiałam na plaży na boso, bo po zachodzie słońca piasek był już trochę zimny.. widzieliśmy nawet szopa.. no i gigantyczne liście na drzewach, paprotki i kilka wiewiórek.

Vancouver jak na miasto jest naprawdę ładne 🙂 ale może też nasza ocena wzrosła jak zwiedzaliśmy je bez ciężkich plecaków i mieliśmy zapewniony nocleg – kto wie 😉 Po dwóch nocach na zregenerowanie sił opuściliśmy Marka i stwierdziliśmy, że nie będziemy już dalej zwiedzać Kanady bo jest za zimno i wolimy ruszyć na południe 🙂 Fajnie, że spotykamy takich miłych ludzi na swojej drodze 🙂 jak przyjemnie było dla odmiany porozmawiać po polsku 🙂 dowiedzieć się trochę o okolicy bliższej i dalszej (bo Marek też jest podróżnikiem), miło spędzić razem czas i po prostu  odpocząć 🙂 Jesteśmy bardzo wdzięczni i dziękujemy za wszystko! Może się jeszcze kiedyś spotkamy 🙂

Ponieważ ciężko by było się wydostać z Vancouver na stopa, a na nogach chyba nie można było przejść tego przejścia granicznego, postanowiliśmy zainwestować w pociąg – kolejna nowa przygoda 🙂 Pociąg z Vancouver do Bellingham dla dwóch osób z bagażem kosztował nas 32$ (sporo), ale za to komfort psychiczny bezcenny 🙂 Bardzo miła rozmowa z panem z kontroli imigracyjnej, starał się mówić wyraźnie i powoli, zapytał tylko czy w ciągu tej podróży byliśmy w Stanach, czy zaczęliśmy 24 lipca (nie umiał się rozczytać po wcześniejszym kontrolerze ;)) i gdzie jedziemy 🙂 Potem miała być kontrola celna, ale w pociągu na granicy tylko nam zabrali wypełnioną karteczkę, popatrzyli na zdjęcie i zapytali gdzie jedziemy – szybko i bezstresowo 🙂 Zjedliśmy nawet w pociągu wegańskiego, organicznego burgera! i pestki dyni w ostrej salsie – za pieniądze od pana 😉

Z ciekawostek to w Kanadzie mają plastikowe banknoty!, ale my mieliśmy tylko do czynienia z pięciodolarówkami, a za resztę płaciliśmy kartą.

Zainspirowani Markiem kupiliśmy sobie jeszcze Vega One (all in one) i sobie dosypujemy do kaszy i ryżu, zamiast porcji warzyw i owoców, plus dodatkowo antyoksydanty, omega-3 i probiotyki! 🙂 Jesteśmy pod wrażeniem ile można upchnąć do łyżki tego proszku i jaki jest zdrowy. Ale to super receptura opatentowana przez Brendana Braziera – wegańskiego sportowca, Ironmana i dietetyka 🙂 W jednej sipce (45g) są 3 kubki zieleniny: brokuły, jarmuż, spirulina, chlorella, 50% dziennej porcji witamin i minerałów, 27% błonnika, 1,5g omega-3 z siemienia, konopii i saviseed (sacha inchi), jest też mega zdrowa maca, marchew, buraki, pomidory, jabłka, żurawina, pomarańcze, jagody, borówki, truskawki, grzyby shitake, ekstrakt z papai, ekstrakt z pestek winogron, organiczny granat, acai, mangostan, goji, maqui.. a do słodzenia.. stewia! Skład jest naprawdę mega, tak że już żadnych suplementów nie trzeba dodatkowo, a co najważniejsze to jest przepyszne 🙂

Ja piszę, a Grzesiek się właśnie zajada z kaszą jaglaną – bo udało nam się w Kanadzie kupić w końcu paczkowaną, a tutaj wczoraj kupiliśmy organiczną na wagę i gryczaną niepaloną! Wow 🙂 Byłam taka podjarana jak ją zobaczyłam, że aż pani co stała obok i coś sobie ważyła się śmiała ze mnie 🙂 No i ceny warzyw i owoców też już są na szczęście niższe niż na Alasce – banany z kropami były wczoraj za 0,39$/lb! Tak tanio nam się jeszcze nie udało 🙂  Narazie tańsze niż w Polsce były tylko Clifbary (w promocyjnym opakowaniu 1 szt za 1$) i wczoraj woda kokosowa 100%  (pyszna :)), puszka 520 ml za 1$! Wczorajszy dzień upłynął nam na uzupełnianiu zapasów i wędrówce przez miasteczko w tą i z powrotem do noclegu w parku Larabee – około 14 km z ciężkimi plecakami, więc nie było łatwo.. Dzisiaj postaramy się pojechać dalej na południe – kolejny nasz cel to Olympic National Park, a potem odbijemy od wybrzeża w kierunku kolejnych parków narodowych 🙂 Na razie pogoda jest super! W nocy śpimy tylko w jednym śpiworze i koszulce termicznej 🙂 a w dzień chodzimy w krótkim rękawku! 🙂 Chyba w końcu kierujemy się w stronę lata, chociaż tutaj na razie jesienne liście opadają.. Jak my kochamy słońce 🙂 jest tak optymistycznie 🙂 jest ciepło 🙂 błękitne niebo 🙂 wielkie drzewa i paprotki 🙂 zieloność 🙂 pełno ptaków 🙂 tu i teraz 🙂 jest cudownie 🙂 Dziękujemy! 🙂

Jak uciekaliśmy przed mrozem..

2 wrzesień, godz. 8:44 (Kanada!)

🙂 Już nawet za Whitehorse 🙂 a wczoraj jeszcze przy zabitych dechami opuszczonych domach (pewnie z czasów gorączki złota) w miejscu gdzie droga odchodziła na lewo do Chicken a prosto do granicy kanadyjskiej. Tylko Jared był na tyle odważny, że zawrócił po nas:) Jak przejeżdżał obok nas powiedziałam Grześkowi, że na pewno się wróci po nas, takie rzeczy się czuje (albo takie osoby się przyciąga) i miałam rację 🙂 Taka to siła przyciągania 🙂 jestem czarodziejką ;D Droga z Delta Junction była na maksa trudna dla autostopowiczów.. 12 i 13 kierowca, który nas zabrał to dwóch miejscowych z psami, którzy jechali tylko kilka km do domu, ale to zawsze coś 🙂 Jeden z nich (archeolog) opowiadał o tym jak znalazł swojego obecnego psa 3 lata temu kiedy jechał do lasu pogrzebać swojego poprzedniego psiego druha.. ten którego znalazł był tak mocno ranny, że też wyglądał jakby niedługo miał przeżyć, a teraz ma już tyle czasu wiernego przyjaciela 🙂 nic się nie dzieje bez przyczyny 🙂 Pan poczęstował nas też w swoim domu w środku lasu wodą z kranu z lodowca, a już prawie nie mieliśmy zapasów 🙂 i miał fajnego kota do głaskania 😉 Kolejny chłopak po czekaniu przez cały dzień zawiózł nas w okolice rzeki, więc tam też na szczęście z wodą nie było problemu 🙂 A stamtąd jak szliśmy z plecakami zabrało nas młode małżeństwo z kamperem, w którym siedzieliśmy bez butów i mieliśmy zapięte pasy 😀 bardzo kulturalnie 🙂 Opowiadali nam, że jadą sobie przez kolorowy las, mało samochodów jeździ, nie ma nikogo.. i nagle.. my! 😛

Zawieźli nas do miejscowości Tok, gdzie nawet był normalny sklep z bananami w promocji i zieleniną 😀

Plusem wyczekiwania cały dzień przy drodze na stopa, kiedy praktycznie nic nie jeździło drogą, a w naszą stronę to już w ogóle 😉 było:

  1. ładna pogoda – przez cały czas świeciło słońce, tylko malutkie chmurki się pojawiały od czasu do czasu 🙂
  2. kontemplacja przyrody 🙂 nawet przy samej drodze – cisza, spokój, śpiew ptaków
  3. nadrobienie zaległości kundelkowych 😉 (ebooki na kindle)
  4. dużo czasu na bycie tu i teraz, uważność, mindfulness, cieszenie się świeżym powietrzem (mimo, że to highway ale praktycznie pusta ;P), słońcem na twarzy, pysznym jedzeniem 🙂

Dzięki temu, że było bezchmurne niebo w nocy było na niebie chyba z milion gwiazd 🙂 i zobaczcie co jeszcze nam się udało doświadczyć 🙂

Aurora borealis/The northern lights/Zorza polarna

Jak zobaczyć zorzę polarną na Alasce w sierpniu?

Trzeba mieć chyba takie szczęście w życiu jak my 🙂 Jest przepiękna, mieniąca się i bardzo ulotna 🙂 Gdyby nie to, że było tak zimno w nocy, że prawie zamarzł nam namiot to moglibyśmy tak stać i się nacieszać widokiem nawet całą noc 🙂 jak to mówią – u nas tego nie masz 😉 Stać sobie w środku nocy na środku autostrady i podziwiać zorzę 🙂 takie rzeczy tylko na Alasce 🙂 To jedna z tych chwil, którą pamięta się całe życie 🙂

Jaką drogę wybrać podróżując autostopem przez Alaskę? Dlaczego nie polecamy autostopowiczom Alaska Highway (nr 2)?

Cały czas pocieszała nas myśl, że jak dojedziemy do miejscowości Tok będzie łatwiej, bo tam łączy się z droga z Anchorage z drogą z Fairbanks i obie kierują się do Kanady.. ale nie było łatwiej 😛 Jesteśmy dzielni i jest to nasza życiowa przygoda i nigdzie nam się nie śpieszy 😉 (no może trochę, żeby nie zamarznąć w okolicy lodowca :P) ale jeśli masz mało czasu i jedziesz poza głównym sezonem turystycznym, to może nie być łatwo 😛 chyba, że slow travel, obozowanie w środku niczego, słuchanie ciszy i śpiewu ptaków, łoś podchodzący w nocy pod sam namiot, dużo czasu na gadanie, czytanie, medytowanie i ogólnie nacieszanie się życiem jest Twoim marzeniem 🙂 wtedy to jest idealna droga dla Ciebie 🙂 Jest to jedna wielka niewiadoma.. gdzie będzie następny sklep, woda, ile się uda dziś przejechać, gdzie będziemy spać 🙂 Spontaniczność na maksa i doświadczenie tego, że życie jest nieprzewidywalne 🙂 i że ma tyle do zaoferowania takim ludzikom jak my 🙂 Jak jest dobra pogoda to nawet z mega ciężką kreaturką na plecach idzie się bardzo przyjemnie 🙂 Zresztą co to znaczy dobra pogoda? 😛 Podobno nie ma złej złej pogody tylko można być źle ubranym 😉 Nawet jak pada, to też jest spoko, tylko mniej rozległe widoki 😉 Nie ma żadnego ciśnienia! 🙂 Jak się to zrozumie, to myślę, że każda życiowa podróż stanie się dużo przyjemniejsza 🙂 Nigdzie nie musimy biec w życiu! (chyba, że chcemy i lubimy :D), nie musimy się śpieszyć, nie musimy się zaharowywać, nic nie musimy.. nawet umrzeć.. po prostu umrzemy.. więc tym bardziej skoro wszystkich nas to czeka, to cieszmy się póki jesteśmy! 🙂 Życie jest proste! Jesteś głodny – zjedz coś, chce Ci się pić – to się napij, jesteś zmęczony – to odpocznij! 🙂 Nie bądź sam dla siebie katem, jak w obozie koncentracyjnym.. Uczymy się na tym wyjeździe kochać i szanować nasze ciało i doceniać, że jest 🙂 Staramy się karmić je najlepiej jak się da, dawać czas na odpoczynek i przede wszystkim dawać głowie odpoczywać! 🙂

Druga noc w Tok była tak zimna, że aż zamarzł nam namiot nad ranem 😛 ale na szczęście w środku w naszych wszystkich workach (zwanych roboczo kiszkami :P) było ciepło i przyjemnie 🙂 Teraz już spaliśmy nawet w docieplającym wewnętrznym śpiworku, oprócz płachty na zewnątrz 🙂 Super, super.. słońce super, gwiazdy też.. ale ten mróz to nie jest to co Napieraj-ki lubią najbardziej, więc bardzo już chcieliśmy się ruszyć gdzieś dalej niż 10 mil dziennie 😛 (na rowerze nam lepiej szło :P) Zaczęliśmy dzień od trailu quadowego nazwanego przez nas – szlakiem spalonych drzew. Jakiś wielki pożar był tutaj jakiś czas temu, bo już poodrastały małe brzózki i było całkiem zielono 🙂 O dziwo było mi aż za gorąco! Słońce grzało, mało cienia, ciężkie plecaki i rzeka z wodą za 5 km! 😛 Kto był w takiej sytuacji, ten wie jak ten czas się wydłuża i jak można kontemplować 😉 Kiedy doszliśmy do Tok River, okazało się, że jest tam też kemping, więc usiedliśmy na ławce, wypiliśmy wysoko-zmineralizowaną (czytaj z mułem rzecznym ;)) herbatę, zjedliśmy owsiankę i ruszyliśmy na podbój szosy 🙂 Zleźliśmy jeszcze parę kilometrów i stanęliśmy w miarę dobrym miejscu, z którego zabrał nas Jack (ze swoim mega sympatycznym amstaffem) parę kilometrów, na skrzyżowanie dróg i pojechał do Chicken. Nie zdecydowaliśmy się tam z nim pojechać, bo skoro na głównej drodze jest masakra, to co dopiero w jakimś kurczaku poza sezonem 😉 Staliśmy i staliśmy i staliśmy i na pewno 90% ludzi jechało do Kanady bo tam nic innego już po drodze nie było (a jechali głównie kamperami), ale z jakiegoś powodu nikt nas nie chciał wziąć 😛 Ale jak zwykle w takiej sytuacji mówiliśmy sobie, że czekamy na właściwą osobę 🙂 bo my nie jeździmy z byle kim 😉 Jak przejechał bordowy Jeep to powiedziałam Grześkowi – zobaczysz, za chwilę po nas wróci.. bo tak jakoś czułam 🙂 Chwila przeciągnęła się jakiś czas, tak że już mieliśmy się powoli zbierać, bo już się robiło zimno, a tu nagle przyjechał Jared 🙂 Chyba już 17 nasz kierowca 🙂 Ale on naprawdę nas wybawił z opresji 🙂 Nie wiem czy nikt nas nie chciał wziąć, bo granica i się bali co wieziemy.. w każdym razie w końcu się udało 🙂 i żeby jeszcze nam podziękować za odwiedziny Alaska przed samym przejazdem przez granicę dała nam prezent 🙂 Zobaczyliśmy niedźwiedzia! przy samej drodze 🙂 czarnego i szybkiego 🙂 tak że tylko parę sekund się nacieszałam widokiem, ale Grzesiek siedząc z przodu widział go dłużej 🙂

Canada Border

Pani na granicy spytała tylko czy nie mamy broni itd., czy pierwszy raz w Kanadzie, a o jedzenie nic, mimo że mieliśmy całą listę tego co wieziemy łącznie z przyprawami. I tak jeszcze 1 września udało się nam dotrzeć do Kanady 🙂 Jared jechał tego dnia do Whitehorse, gdzie dotarliśmy o północy, a według kanadyjskiego czasu – o 1:00 w nocy. Bał się trochę o nasze spanie w namiocie, bo Kanada oprócz pięknych jezior, gór i kolorowych drzew przywitała nas nieustającym deszczem 😛 Wyjechaliśmy w kierunku lotniska na jakąś boczną drogę i poszliśmy spać – Jared w samochodzie, my do naszego domku 🙂 A rano znów razem zwiedzamy Kanadę, ponieważ Jared jedzie do.. Kolorado.. bo tam mieszka 🙂 Aż tak go chyba nie będziemy nadwyrężać 😉 ale już dzięki niemu przejechaliśmy tyle kilometrów, że te ostatnie dni poszły w zapomnienie 🙂 Jak to zwykle bywa, też jeździł stopem po USA i wie jak to jest 🙂 Słucha bardzo fajnej muzyki, a wczoraj nawet słuchaliśmy naszej składanki weselnej, jak się jego muzyka skończyła 😀 Bezcenne – jechać przez Kanadę z nowo poznanym ludziem i słuchać polskiej muzyki. Podobało mu się bardzo Pogodno – Uśmiech się i Domowe melodie – Brzydal 🙂 A teraz sobie jedziemy dalej przez Kanadę, zwiedzamy przez szybę, bo prawie cały czas pada, oglądamy kolorowe liście na drzewach, góry, jeziora.. kto wie może jakiś grizzly się trafi 😉 wybieraliśmy nawet wspólnie trasę, którą chcemy jechać 🙂 Jest bardzo fajnie 🙂 ciepło mimo deszczu, widoki się zmieniają jak w kalejdoskopie, zobaczymy gdzie dziś uda się nam dotrzeć 🙂 Trzeba przyznać, że mamy szczęście do ludzi, których spotykamy na swojej drodze 🙂 Jesteśmy bardzo wdzięczni wszystkim, którzy nam do tej pory pomogli w naszej podróży 🙂 Jak to dobrze być tu i teraz 🙂 dziękujemy! 🙂