Archiwa tagu: Larabee State Park

Pierwszy nocleg w hotelu

13 września godz. 12:23 (USA)

Dzisiaj w końcu dzień odpoczynku 🙂 Siedzimy sobie nad rzeczką Vance Creek, cisza, spokój, ptaszki tylko ćwierkają i świerszcze grają i woda szumi 🙂 Jaka odmiana od hałasu miasta 🙂 Przywiózł nas tutaj Mike, pokazał fajne miejsce nad rzeką gdzie można rozbić namiot (drobnokamolkowa plaża), gdzie jest jezioro z miejscem do kąpania i gdzie są świeże warzywka (jak już wiedział żeśmy weganie po pytaniu czy lubimy ryby) i pojechał łowić ryby, a jutro po nas przyjedzie o 9:00, żeby nas zabrać dalej 🙂 Przez ostatnie dni sporo się nachodziliśmy z naszymi ciężkimi kreaturkami, więc przyda nam się bardzo jeden dzień przerwy 🙂 Robimy tyle kilometrów po mieście, że mamy wydatek energetyczny jak po maratonie wg endomondo 😉 i tak też się czujemy wieczorem 😛 Bolą nas plecy i nogi już prawie we wszystkich możliwych miejscach 😉 a że śpimy krótko, nie zdążają się zregenerować do końca.. Ostatnie noce spędzaliśmy w mieście (między drzewami co prawda, ale jednak blisko ludzkości), więc wcześnie rano wstawaliśmy, żeby się zebrać z namiotem, zanim ktoś pójdzie z psem na spacer 😛 Wczoraj rekordowo wstaliśmy o 5:00 😀 Dziś na szczęście trochę później 🙂

Z parku Larabee zabrał nas chyba już dwudziesty z kolei kierowca, który przewiózł nas kawałek poza miasto do parkingu koło restauracji skąd zabrało nas małżeństwo jadące do Burlington 🙂 Przy restauracji był piknik z widokiem na ocean i z jeżynami 🙂 Tutaj jest ich pełno, zresztą w Kanadzie też, ogromne krzaki mega kłujące, wypełniające wolne przestrzenie – schronienie dla zwierzaczków i.. bezdomnych w mieście 😛

W Burlington usiedliśmy na zewnątrz McDonalda bo było ciepło i internet i sikanie 😛 ale jak się okazało nie zdążyliśmy opublikować posta bo w środku nie było nigdzie gniazdek! i nie mieliśmy gdzie doładować komputera.. Nie był to wyjątek, bo w żadnym markecie, który od czasu wjazdu do USA odwiedziliśmy nie było gniazdek! Stany Zjednoczone by się wydawało, że dobrobyt itd. 😛 ale jednak chyba tylko na Alasce mieliśmy tak dobrze 😉 Chyba, że to wyjątek w stanie Waszyngton i gdzie indziej będzie lepiej.. okaże się 🙂   Utrudnia to jednak jeszcze bardziej wstawianie postów.. w dzikości wiadomo – brak neta i prądu, w mieście jest wifi gdzieniegdzie, ale nie ma gdzie podładować elektroniki.. no chyba, że przy elektrycznym wózku w przedsionku do marketu 😉 to jest jedyne miejsce, ale nie jesteśmy aż tak zdesperowani, żeby tam siedzieć kilka godzin 😛 Dobrze, że się pogoda poprawiła, to będziemy solara używać jak najczęściej 🙂 ale niestety nie możemy tak podładować komputera.. jakoś sobie będziemy radzić 🙂

No więc po zawodzie, że nie udało się wstawić posta, zaczęliśmy szukać miejsca do spania i okazało się, że w miarę zielone i odludne miejsce jest co najmniej 10 km drogi od Mc’a 😛 Kolejnym wstrząsem było to jak szybko robi się ciemno!, podczas naszej wędrówki przez miejską dżunglę o godzinie 20:00 było już całkiem ciemno.. byliśmy w szoku 😛

Kiedy doczłapaliśmy się ledwo podnosząc nogi do Little Mountain Park okazało się (mimo, że na nawigacji park miał pełno ścieżek i wydawał się taki.. zadbany?), że jest to las deszczowy jak z jakiegoś filmu 😛 Wielkie paprotki, zwalone drzewa, zielone porosty na drzewach.. jak by nikt nigdy tam nie sprzątał (oprócz zrobienia ścieżek).. w takim miejscu widać jak wszystko przemija i że takie drzewo np. które wydaje się całkiem martwe tak naprawdę jest już nowym drzewem, a nawet kilkoma.. nie widać granicy między tym co martwe a co żywe.. wszystko jest ze sobą połączone.. takie to życiowe.. Ale wracając do wyglądu lasu i do tego, że było już całkowicie ciemno i włączyliśmy czołówki, żeby cokolwiek było widać – ciężko było znaleźć jakiekolwiek miejsce do spania.. Po kolejnych kilometrach ku naszemu zdziwieniu znaleźliśmy idealnie płaskie miejsce, blisko ścieżki, ale zarośnięte i w takim miejscu, że pewnie dużo ludzi tędy nie chodzi..

Zasypiało się dziwnie – taka całkowita cisza.. zero wiatru, zero ptaków, tak ciemno że czy się otworzyło oczy czy zamknęło nie było różnicy – tylko czarność 😛 ale spało się bardzo dobrze 🙂 Aż do momentu kiedy po 7:00 rano obudziły Grześka (o dziwo :P) głosy jakichś dziewczyn.. chyba nas zauważyły, ale nic nie powiedziały.. Ale jak za chwilę szły kolejne osoby i jedna z nich stwierdziła „very nice place to camp” stwierdziliśmy, że czas się zbierać 😛 bo i tak już nie pośpimy..

Kolejny trail z powrotem przez miasto zajął nam większość dnia z postojami na jedzenie itd. i kiedy pod wieczór dotarliśmy na zakupy do Freda, zaczęliśmy już obmyślać gdzie tym razem pójdziemy spać, bo tamta miejscówa już spalona 😉 Wtedy podszedł do mnie Tim i zapytał czy czegoś nie potrzebujemy do jedzenia albo coś, czy autostopowicze i gdzie jedziemy.. powiedziałam, że nie dziękuję i że do Olympic National Park, on na to, że tam jest super i powodzenia 🙂 Bardzo sympatycznie 🙂 Za chwilę wrócił zapytać czy chcemy z nim jechać bo jedzie na południe Seattle – no to mamy stopa! 🙂 Tylko dopiero co pisaliśmy ludziom z couchsurfingu, że od jutra byśmy chcieli spać u nich, więc znów by trzeba chodzić i szukać noclegu w lesie 😛 Ale zgodnie z zasadą, żeby mówić życiu TAK (oglądaliście „Jestem na tak” (Yes man) z Jimem Carreyem – świetny film – polecamy :)) stwierdziliśmy, że jakoś to będzie i że bardzo chętnie się z nim zabierzemy 🙂 Tim okazał się przewodnikiem wycieczek po parkach narodowych w USA i dzięki niemu jechaliśmy pierwszy raz na stopa busem.. z przyczepką 🙂 Dowiedzieliśmy się też trochę o różnych parkach i że wszędzie jest super 🙂 widać, że lubi to co robi 🙂

Miał jechać stopem na Alaskę, kiedy znalazł tę pracę 🙂 zresztą stopem też zwiedził pełno miejsc 🙂 Kiedy przejeżdżaliśmy obok Seattle widzieliśmy wieżowce, sławną wieżę widokową i.. pełno namiotów bezdomnych pod autostradami. Naprawdę całe osiedle.. wielkie miasto, a do tego przez cały rok temperatura pewnie powyżej zera.. no cóż.. sami sobie zgotowali ten los.. Dziwne to dla nas, że ktoś wybrał takie życie, trudno nam to zrozumieć, ale kto wie jak byśmy postąpili żyjąc jego życiem.. Jakoś zawsze wierzę, że jak tylko ktoś chce to potrafi wybrnąć ze wszystkich życiowych trudności.. ale może nie chce? może tak woli.. tzn. chce, ale właśnie tak żyć.. tak czy siak jakiś taki smutek wywołuje ten widok.. Na szczęście okazało się, że nie musimy szukać noclegu w tej ogromnej konkurencji namiotowej 😉 bo Timothy się nad nami zlitował i zaproponował nocleg w swoim pokoju.. w hotelu! 🙂 Tym sposobem pierwszy raz na tym wyjeździe spaliśmy w hotelu 😀 na podłodze co prawda, ale jakże wygodnie 🙂 i gorący prysznic i pranie i elektryczność! 🙂 nawet dwa posty się udało wrzucić, ale za to nie za długo się spało 😉

Dostaliśmy nawet butelkę czerwonego wina żeby godnie uczcić pierwszą noc w hotelu 🙂

Jak my się poświęcamy dla Was, żebyście się dowiedzieli co u nas ;D Zjedliśmy sobie też razem kolację i śniadanie z zapasów Tima z poprzedniej wyprawy: mix sałat, awokado, świeża marchewka plus kasza jaglana na kolację (całkiem zdrowo) a bułki z dżemem truskawkowym (pyszny i mało słodki) i masłem orzechowym na śniadanie (normalnie tak nie jemy, ale można zaszaleć 😉 ), a w międzyczasie banany i mieszanka orzeszków 🙂

Super nam się gadało, dużo się dowiedzieliśmy, zrobiliśmy zdjęcia map parków 🙂 Kolejny raz jestem pod wrażeniem jakie mamy szczęście w życiu i jakich wspaniałych ludzi spotykamy na swojej drodze 🙂 Jesteśmy mega wdzięczni! 🙂

Rano Tim zawiózł nas na wyjazd w kierunku Tacoma, gdzie zawiózł nas starszy pan, który też oczywiście kiedyś jeździł stopem 🙂 10000 mil przejechał – wow! 🙂

W Tacoma znów trail przez miasto, tym razem do REI bo stwierdziliśmy, że przyda nam się nowa butla, a obok był wyjazd na autostradę 🙂

Stamtąd zabrał nas kolejny starszy pan, który nam powiedział, że dzięki Polsce i Wałęsie nastąpił przełom i im też się dzięki temu lepiej żyło 🙂 Zawiózł nas do Olympii, gdzie przeszliśmy trochę kilometrów przez park Olympia Woodland Trail, żeby znaleźć miejsce do spania i rozbiliśmy się niedaleko czyjegoś domu i dlatego wstaliśmy o 5:00 rano. Zmęczeni zrobiliśmy trail po kolejnym mieście – Olympia okazała się całkiem całkiem i łapaliśmy stopa dalej 🙂

Znów jechaliśmy na pace pickupa, ale trochę szybciej niż przez Denali Park 😉 Wiatr we włosach, słońce świeci, jest super 🙂 Dotarliśmy do Shelton i znów trail przez kolejne miasto, żeby znaleźć miejsce do spania..

Zrobiliśmy zakupy i wyszliśmy ze sklepu jak już było ciemno, więc poszliśmy do najbliższego lasu, gdzie nie byliśmy pewni czy ktoś nie mieszka.. ale wychodząc stamtąd spotkaliśmy pana, który zapytał czy szukamy miejsca na namiot.. powiedzieliśmy, że tak.. on na to, że mieszka niedaleko nad jeziorem i że tutaj mieszkali wcześniej bezdomni, ale się wyprowadzili w kwietniu i że teraz jest tutaj cicho i bezpiecznie i że może nam pokazać gdzie jest dobre miejsce na namiot. Pan wydał nam się bardzo miły i godny zaufania (w końcu tylko dobrych ludzi spotykamy na swojej drodze :)), więc zgodziliśmy się, żeby nas oprowadził 🙂 z nim nie baliśmy się nawet jak byśmy kogoś spotkali, ale faktycznie nie było nikogo.. tylko śmieci 😛 przynajmniej w pierwszym miejscu, które nam pokazał, więc tam nie chcieliśmy, ale drugie było całkiem OK 🙂 Całkiem cicho, brak ludzi i nie słychać było drogi, dobre miejsce żeby iść spać (najpierw przeszliśmy jeszcze sami kawałek dalej, ale tam była już jakaś firma, więc wróciliśmy w miejsce polecane ;)) Podziękowaliśmy za pomoc i pan poszedł w swoją stronę, a my stwierdziliśmy, że znów trzeba rano wstać wcześnie i się zbierać 😛 Spało nam się bardzo dobrze tylko krótko, ale mam nadzieję, że dziś nadrobimy zaległości 🙂 A dzisiaj po śniadanku i odwiedzinach Walmarta sam zagadał Grześka Mike i nas tutaj przywiózł 🙂

Mamy mega szczęście w życiu i spotykamy samych wspaniałych, pomocnych ludzi 🙂 Jesteśmy wszystkim bardzo wdzięczni 🙂 Mam nadzieję, że któryś z nich to przeczyta 🙂 Bardzo dziękujemy! 🙂 Będziemy dalej przekazywać pozytywną energię, którą otrzymaliśmy 🙂 szerzyć miłość i radość 🙂 teraz i tu 🙂

3200 km w 3 dni i pierwsza przygoda z couchsurfingiem

9 września godz. 9:36 (Kanada/USA)

 

Dzięki Jaredowi przejechaliśmy 3200 km! 🙂 Przywiózł nas do miejscowości Abbotsford, niedaleko Vancouver i pojechał do Seattle. Jesteśmy mu przeogromnie wdzięczni za to jak dużo nam pomógł 🙂 Przez tyle czasu razem można już się trochę poznać i zaprzyjaźnić 🙂 Przytuliliśmy się na pożegnanie, wymieniliśmy kontaktami i.. pojechał.. ale czuję że się jeszcze kiedyś zobaczymy.. może w Kolorado.. i aż tak nie tęsknię 😉

W Abbotsford widać pierwsze różnice między USA a Kanadą:

  • mniejsze samochody i mniejsi ludzie, ale też mniej uśmiechnięci
  • bardzo dużo klonów i pełno czerwonych jesiennych liści
  • gorsze drogi
  • bardzo dużo ludzi ze wschodu: Chiny, Japonia, Indie itd.. co chwilę widać kogoś w turbanie, za to bardzo mało osób ciemnoskórych
  • drogi internet i słaby zasięg w telefonie – taki sam 😉

Szukając noclegu zauważyliśmy też bardzo dużo osób bezdomnych.. w parku miejskim, mimo zakazu biwakowania normalnie na widoku rozstawione kilka wielkich namiotów, pranie się suszy.. Żeby znaleźć miejsce do spania musieliśmy zejść na obrzeża miasta, dalej od supermarketów, bo tam dopiero nie mieliśmy konkurencji 😉 Ceny są trochę niższe niż na Alasce, ale co ciekawe na półce jest jedna cena, a na paragonie inna – bo dopiero po zakupie doliczają podatek i każda prowincja ma inny, np. w Kolumbii Brytyjskiej gdzie byliśmy było to 12%. Grzesiek był trochę zrezygnowany, że napisaliśmy do 9 osób na couchsurfingu i nikt nam nie odpisał, a w dodatku ludzie się na nas za przyjaźnie nie patrzyli 😛 Ale na następny dzień Marek się odezwał, a potem sporo osób podchodziło i zagadywało skąd jesteśmy, gdzie jedziemy i nawet jeden starszy pan dał nam po 5 C$  na coś dobrego 😉 więc dzień wydawał się dużo lepszy 🙂 Kolejny pan nas nawet zaprosił do siebie do samochodu na piwo! i pogaduchy 🙂 A jakiś czas później ten sam pan nas podwiózł połowę drogi do Vancouver, jak staliśmy przy drodze i łapaliśmy stopa 🙂 Potem czekaliśmy i czekaliśmy w Surrey, aż w końcu zabrał nas swoim sportowym samochodem chłopak z Singapuru z jamnikiem Zeus 🙂 Dowiózł nas do stacji podniebnego pociągu (SkyTrain) i dzięki niemu pierwszy raz takim jechaliśmy 🙂

 

Jeszcze się nie dowiedzieliśmy gdzie dokładnie Marek mieszka, ale stwierdziliśmy, że pojedziemy do Downtown i jak wysiedliśmy i napisaliśmy do niego, okazało się, że był parę minut drogi od nas. Trafiliśmy akurat na długi weekend bo 5 września było Święto Pracy i ludzie mieli wolne, więc na ulicach tłumy. Zamieszkaliśmy na 25 piętrze w przytulnym mieszkanku 🙂 Wyprani, wykąpani – mogliśmy ruszyć na podbój miasta (Grzesiek mi nawet obciął grzywkę :D)

Super mieć takiego przewodnika jak Marek, który mieszka już tutaj kilka lat i wie co jest warte zobaczenia 🙂 Miasto w nocy wyglądało naprawdę bardzo ładnie, światełka na drzewach (jak to Marek powiedział „dla turystów”) bardzo mi się podobały, bo wiadomo, że ja lubię światełka 🙂 Ogólnie całe miasto się bardzo świeciło i powiedziałam, że sporo prądu musi na to iść, ale nasz przewodnik powiedział, że w Kolumbii Brytyjskiej praktycznie cały prąd jest z elektrowni wodnej! Vancouver przez ogromne wieżowce robi wrażenie wielkiego miasta, a w rzeczywistości ma tylu mieszkańców co Wrocław, ale powierzchnię dwa razy mniejszą, i stąd te wieżowce.

Dwa najwyższe wieżowce to Shangri-La 201m (59 pięter) i Trump Tower 188m (63 piętra). Dla porównania Sky Tower 206m (51 pięter) – czyli jest wyższy 🙂

Zostaliśmy zaproszeni do najlepszej (wg HappyCow) wegańskiej knajpy w mieście – Meet, chłopaki zjedli burgera z frytkami i surówką, ja miskę z brązowym ryżem, tofu, jarmużem, papryką i surową marchewką, sosem migdałowym 🙂 Mi bardzo smakowało 🙂 Oni mówili, że frytki za tłuste i przypieczone, ale za to piwo bardzo Grześkowi smakowało, mimo że jasne 🙂

Zobaczyliśmy jeden z największych portów w Ameryce Północnej, grający zegar, nocną panoramę miasta, znicz olimpijski, bramę Chinatown i pięknie oświetlone stare miasto. Chinatown jest już teraz dosyć opustoszałe, najprawdopodobniej Chińczycy wyprowadzili się stamtąd, bo zbliżyła się do tego miejsca „dzielnica biedy” (Chinatown ma o sto lat więcej niż Grzegorz).

 

Dzielnicę biedy też poszliśmy zobaczyć.. wygląda przerażająco.. pełno ludzi siedzących przy ulicy.. na dywanach itp.. i jest ich naprawdę bardzo dużo.. i sporo młodych osób z niewidzącym wzrokiem i jakąś kartką, że są biedni, głodni, zimno itd. Jak można upaść aż tak nisko w takim młodym wieku? Bardzo to smutne.. mają ręce i nogi.. mogą wszystko.. a wpadli w szpony narkotyków i już nic nie mogą.. We Wrocławiu nigdy czegoś takiego nie widzieliśmy, ale nie widzieliśmy też tylu chłopaków chodzących za rękę 😉 Vancouver jest bardzo tolerancyjnym miastem dla par niemieszanych i mają tutaj swoją specjalną dzielnicę i co roku wielką imprezę i nawet wtedy zamykają ulicę na jeden dzień.

Jest tutaj podobno najlepsza marihuana, bo taka do celów medycznych, więc co jakiś czas czuć było w okolicy jakąś osobę, którą bolały plecy 😉

Następnego dnia była piękna pogoda, więc poszliśmy zwiedzać Stanley Park – piękny widok na miasto był stamtąd, bardzo dużo ludzi biegało i jeździło na rowerze, dzikie gęsi się pasły jak we Wrocławiu gołębie 😛

 

Wieczorem po drugiej, bardziej dzikiej stronie parku na trzeciej plaży była impreza z bębnami w roli głównej 🙂 Bardzo fajnie i klimatycznie, ocean, światła miasta w oddali, nawet chwilkę się uziemiałam na plaży na boso, bo po zachodzie słońca piasek był już trochę zimny.. widzieliśmy nawet szopa.. no i gigantyczne liście na drzewach, paprotki i kilka wiewiórek.

Vancouver jak na miasto jest naprawdę ładne 🙂 ale może też nasza ocena wzrosła jak zwiedzaliśmy je bez ciężkich plecaków i mieliśmy zapewniony nocleg – kto wie 😉 Po dwóch nocach na zregenerowanie sił opuściliśmy Marka i stwierdziliśmy, że nie będziemy już dalej zwiedzać Kanady bo jest za zimno i wolimy ruszyć na południe 🙂 Fajnie, że spotykamy takich miłych ludzi na swojej drodze 🙂 jak przyjemnie było dla odmiany porozmawiać po polsku 🙂 dowiedzieć się trochę o okolicy bliższej i dalszej (bo Marek też jest podróżnikiem), miło spędzić razem czas i po prostu  odpocząć 🙂 Jesteśmy bardzo wdzięczni i dziękujemy za wszystko! Może się jeszcze kiedyś spotkamy 🙂

Ponieważ ciężko by było się wydostać z Vancouver na stopa, a na nogach chyba nie można było przejść tego przejścia granicznego, postanowiliśmy zainwestować w pociąg – kolejna nowa przygoda 🙂 Pociąg z Vancouver do Bellingham dla dwóch osób z bagażem kosztował nas 32$ (sporo), ale za to komfort psychiczny bezcenny 🙂 Bardzo miła rozmowa z panem z kontroli imigracyjnej, starał się mówić wyraźnie i powoli, zapytał tylko czy w ciągu tej podróży byliśmy w Stanach, czy zaczęliśmy 24 lipca (nie umiał się rozczytać po wcześniejszym kontrolerze ;)) i gdzie jedziemy 🙂 Potem miała być kontrola celna, ale w pociągu na granicy tylko nam zabrali wypełnioną karteczkę, popatrzyli na zdjęcie i zapytali gdzie jedziemy – szybko i bezstresowo 🙂 Zjedliśmy nawet w pociągu wegańskiego, organicznego burgera! i pestki dyni w ostrej salsie – za pieniądze od pana 😉

Z ciekawostek to w Kanadzie mają plastikowe banknoty!, ale my mieliśmy tylko do czynienia z pięciodolarówkami, a za resztę płaciliśmy kartą.

Zainspirowani Markiem kupiliśmy sobie jeszcze Vega One (all in one) i sobie dosypujemy do kaszy i ryżu, zamiast porcji warzyw i owoców, plus dodatkowo antyoksydanty, omega-3 i probiotyki! 🙂 Jesteśmy pod wrażeniem ile można upchnąć do łyżki tego proszku i jaki jest zdrowy. Ale to super receptura opatentowana przez Brendana Braziera – wegańskiego sportowca, Ironmana i dietetyka 🙂 W jednej sipce (45g) są 3 kubki zieleniny: brokuły, jarmuż, spirulina, chlorella, 50% dziennej porcji witamin i minerałów, 27% błonnika, 1,5g omega-3 z siemienia, konopii i saviseed (sacha inchi), jest też mega zdrowa maca, marchew, buraki, pomidory, jabłka, żurawina, pomarańcze, jagody, borówki, truskawki, grzyby shitake, ekstrakt z papai, ekstrakt z pestek winogron, organiczny granat, acai, mangostan, goji, maqui.. a do słodzenia.. stewia! Skład jest naprawdę mega, tak że już żadnych suplementów nie trzeba dodatkowo, a co najważniejsze to jest przepyszne 🙂

Ja piszę, a Grzesiek się właśnie zajada z kaszą jaglaną – bo udało nam się w Kanadzie kupić w końcu paczkowaną, a tutaj wczoraj kupiliśmy organiczną na wagę i gryczaną niepaloną! Wow 🙂 Byłam taka podjarana jak ją zobaczyłam, że aż pani co stała obok i coś sobie ważyła się śmiała ze mnie 🙂 No i ceny warzyw i owoców też już są na szczęście niższe niż na Alasce – banany z kropami były wczoraj za 0,39$/lb! Tak tanio nam się jeszcze nie udało 🙂  Narazie tańsze niż w Polsce były tylko Clifbary (w promocyjnym opakowaniu 1 szt za 1$) i wczoraj woda kokosowa 100%  (pyszna :)), puszka 520 ml za 1$! Wczorajszy dzień upłynął nam na uzupełnianiu zapasów i wędrówce przez miasteczko w tą i z powrotem do noclegu w parku Larabee – około 14 km z ciężkimi plecakami, więc nie było łatwo.. Dzisiaj postaramy się pojechać dalej na południe – kolejny nasz cel to Olympic National Park, a potem odbijemy od wybrzeża w kierunku kolejnych parków narodowych 🙂 Na razie pogoda jest super! W nocy śpimy tylko w jednym śpiworze i koszulce termicznej 🙂 a w dzień chodzimy w krótkim rękawku! 🙂 Chyba w końcu kierujemy się w stronę lata, chociaż tutaj na razie jesienne liście opadają.. Jak my kochamy słońce 🙂 jest tak optymistycznie 🙂 jest ciepło 🙂 błękitne niebo 🙂 wielkie drzewa i paprotki 🙂 zieloność 🙂 pełno ptaków 🙂 tu i teraz 🙂 jest cudownie 🙂 Dziękujemy! 🙂