Archiwa tagu: leave no trace

Wielki Kanion Kolorado i mali my

23 grudnia godzina 21:06

Z naszej pustyni wybraliśmy się znów do Horseshoe bend, ale tym razem nie, żeby łapać stopa, ale dostać się stamtąd do Wielkiego Kanionu 🙂 stwierdziliśmy, że tak będzie łatwiej bo na pewno jest trochę osób, które jadą stamtąd prosto do parku narodowego 🙂 Może i faktycznie jechali w tamtą stronę, ale niekoniecznie chcieli, żebyśmy zostali ich towarzyszami w trakcie drogi 😉 Może też za późno się zebraliśmy bo było już dosyć późno po południu.. w każdym razie staliśmy i machaliśmy i uśmiechaliśmy się.. pomachał nam przyjaźnie pan policjant.. i kilka innych osób.. swoją drogą zawsze nas to zastanawia czemu ludzie do nas się uśmiechają i machają i mając pusty samochód i jadąc w naszą stronę jednak nie chcą nas zabrać 😉 to chyba ta część amerykańskiej kultury zwana fałszywy uśmiech nr któryś tam, żeby nie było aż tak widać, że mam Cię w tyłku 😉 hihi 😛 Ciężko powiedzieć czy lepsze jest polskie nieuśmiechanie się w ogóle lub zrzędliwa mina czy taki uśmiech na niby 😛 Ale na szczęście większość uśmiechów kierowanych do nas jest prawdziwa, a przynajmniej mam taką nadzieję 😉 no może oprócz tych autostopowych jak widać na załączonym obrazku czy tam opisie 😉 Wracając do stania i łapania to przejechała np bardzo sympatycznie wyglądająca para i pomyślałam, że fajnie by było jakby nas chcieli zabrać, ale oni dopiero przyjechali obejrzeć podkowę, więc to jeszcze trochę potrwa.. Staliśmy i czekaliśmy.. i nic.. robiło się już coraz ciemniej i zbliżał się powoli zachód słońca a wraz z nim zimność.. no cóż.. chyba trzeba się pogodzić z porażką i iść szukać jakiegoś spanka zanim będzie całkiem ciemno.. wyruszyliśmy.. ale nie przeszliśmy daleko i okazało się, że wszędzie dookoła jest płot zarówno z prawej jak i lewej strony.. no więc zawróciliśmy z powrotem w stronę Horseshoe bend.. przeszliśmy może kilka kroków i zatrzymał się samochód! 🙂 a w nim.. zgadnijcie kto.. tak 🙂 ta sympatyczna para 🙂 Jack i Emily 🙂 Chcieli nas zabrać gdzieś przed kanionem, ale w końcu postanowili nas podwieźć do samego parku narodowego 🙂 Zawsze tak mówię, że czekamy na odpowiednią osobę 🙂 i jak już się w końcu znajdzie to prawie wszyscy nas podwożą dalej niż zamierzają sami jechać nadrabiając czasami baaardzo dużo drogi 🙂 no i uśmiechają się do nas dużo 🙂 tak naprawdę 🙂 Po drodze sympatycznie sobie rozmawialiśmy i chcieli posłuchać polskiej muzyki, więc zaserwowałam im przegląd muzyki z naszego wesela 😀 Ale jestem Anna Maria Jopek (lubię bardzo) Brzydala Domowych Melodii (też)Jest takie miejsce Bednarka (też) Cykady na cykladach Maanam, nawet była Dumka na dwa serca :P, Hey Angelene (Grzesia najulubieńsze) Jutro jest dziś Nosowska OSTR (lubimy bardzo) Koła czasu ONA (też) Ognia! Dyjak plus Nosowska (też) czyli nie nasze naulubieńsze tylko piosenki, ale taki przegląd polskich dobrych znanych głosów 🙂 a na koniec jak już nie mieli siły słuchać polskiego włączyliśmy Julię Pietruchę (dzięki Zdzichu – lubimy dzięki Tobie :D) Po drodze zatrzymaliśmy się w jednym miejscu widokowym, które zrobiło na nas wszystkich ogromne wrażenie 🙂

Dalej widoki też były wspaniałe, ale niestety coraz ciemniejsze 😉 podziwialiśmy przepiękny zachód słońca, a potem już tylko ciemność ogarnęła świat poza samochodem 😉

Wjeżdżając do parku narodowego zobaczyliśmy.. śnieg.. no to ładnie 😛 i dużo drzew co było dla nas też zaskoczeniem.. i znak drogowy uwaga dzikie koty 😛 Dojechaliśmy do Visitor Center juz całkiem po ciemku i oczywiście było zamknięte 😉 ale byliśmy przeogromnie wdzięczni naszym dobroczyńcom, że dowieźli nas aż tak daleko, bo tutaj jeżdżą już darmowe autobusy 🙂 Przytulenie na koniec 🙂 i maszerujemy szukać spanka.. na szczęście dla nas jest tutaj bardzo dużo drzew, a pomiędzy nimi śnieg 😛 to drugie nie na szczęście, ale jest go mało 😛 odchodzimy kawałek od drogi pomiędzy drzewa i już mamy spanko 🙂 dobrze, że tak dużo tutaj takich jakby trocin z drzew, to jest miękko pod nami 🙂 obsypujemy też namiot dookoła i nie jest tak zimno 🙂 ale następne noce mają być coraz zimniejsze.. Kolejny dzień spędzamy na doprowadzaniu się do porządku.. zaczynamy od prysznica.. idziemy w stronę kempingu.. a tam kartka, że prysznice niedostępne z powodu remontu bojlera.. wyszła jeszcze pani, żeby nam powiedzieć gdzie mamy iść pod prysznic w zastępstwie.. no to nieźle myślimy.. miał być tani prysznic tzn 2$ za 8 minut, a teraz mamy iść do jakiegoś lodge, to tam pewnie z nas nieźle zedrą.. no ale cóż.. już postanowione i wymarzone 🙂 gorący prysznic musi być ;D Pani za kontuarem mówi nam, że dostaniemy kartę do pokoju hotelowego i że w tym pokoju możemy wziąć prysznic ile chcemy tzn 20 minut czy tam godzina.. nie ważne.. zostawiamy dowód Grześka w zamian za kartę hotelową i nie pytając ile taka przyjemność kosztuje idziemy się nacieszyć ciepłą wodą 🙂 która okazuje się tak gorąca, że nawet ja nie jestem w stanie się myć rozkręconą na max gorącą 😉 W kabinie prysznicowo wannowej wisi kartka z wyzwaniem, żeby wykąpać się w krótszym czasie niż 8 minut, co jest podobno średnim czasem prysznica.. o nie.. nie tym razem myślimy 🙂 i delektujemy się kąpielą baardzo długo 🙂 i nawet suszę włosy wyjątkowo suszarką jak jest dostępna 😀

Wracamy po 2 godzinach myśląc, że ile by nie kosztował ten luksus amerykański to było warto 🙂 i okazuje się, że nic nie płacimy! 🙂 ale super! 🙂 z radości za zaoszczędzone pieniądze postanawiamy się najeść w restauracji 😀 w której o dziwo jest nawet wegańskie jedzenie 😀 wybieramy kanapkę z chleba bezglutenowego z grillowaną cukinią i bakłażanem i pomidorem, sałatą i hummusem 🙂 a do tego zupę chilli z fasolą i warzywami, która była tak gęsta, że bardziej jak leczo niż zupa 🙂 ale się obżarliśmy 🙂 a jakie pyszne to było 🙂 szczególnie ta zupa 🙂 i taka ogrzewająca 🙂

A na koniec jeszcze wypraliśmy sobie wszystko i już całkiem pachnęliśmy jak nowi 😉 Zszedł nam na to cały dzień i nawet nie widzieliśmy jeszcze kanionu 😛 ale nie ucieknie i jutro z rana się do niego wybierzemy 🙂 Mieliśmy wstać na wschód słońca, ale nam nie wyszło i dotarliśmy na punkt widokowy chyba dopiero koło południa.. ale widok był i tak niesamowity 🙂 niby taka po prostu dziura w ziemi, ale naprawdę wyjątkowo piękna 🙂 Co prawda wolimy jednak bardziej tradycyjne góry niż takie pustynne, ale Kanion i tak zrobił na nas ogromne wrażenie 🙂 Nazwa nie oszukuje.. jest faktycznie wielki 🙂 w końcu w najszerszym miejscu ma szerokość 29 km i widać go z kosmosu 🙂 jest największym przełomem rzeki na świecie, ma 446 km długości, ale nie najgłębszym (kanion Colca jest 2 razy głębszy i najgłębszy na Ziemi).

Po nazachwycaniu się kanionem z punktu widokowego poszliśmy na spacer wzdłuż jego brzegu 🙂 i spotkaliśmy.. Polaków! 🙂 pierwszy raz w USA poza Alaską 🙂 Bardzo nam się przyjemnie rozmawiało z Jackiem i Grześkiem, bo nie dość, że po polsku to jeszcze całkiem ciekawie 🙂 w końcu poszli dalej, a my spakowaliśmy się do końca po zrobieniu obiadku 🙂 Widoki z kolejnych punktów widokowych różniły się w sumie tylko dlatego, że pojawiały się coraz to inne chmury i czasem jakieś zagłębienie było oświetlone, a czasem nie 🙂 ale jutro pojedziemy do innego punktu to może tam będzie widać inną stronę kanionu 🙂 Po drodze były różne atrakcje edukacyjne takie jak małe kawałki skał tworzących kanion, które można było sobie podotykać i zobaczyć ile mają lat 🙂 albo zagadki w stylu znajdź rzekę Kolorado patrząc przez rurkę, która jest tak przymocowana, że nie da się jej przestawić w żadne inne miejsce, tylko tam gdzie widać rzekę 😛 takie to skomplikowane zadanie 😉 Dzień już coraz krótszy, więc niedługo zaczęło się ściemniać i robić zimno.. doszliśmy jeszcze do Hopi house i poszliśmy na autobus 🙂 po drodze mijając stary drewniany dworzec kolejowy mający 115 lat 🙂

Kolejnego dnia wybraliśmy się na punkt widokowy Yaki Point, na którym było mało ludzi przez to, że nie można tam dojechać samochodem tylko autobusem.. a jak odeszliśmy kilkaset metrów dalej wzdłuż kanionu nie było już kompletnie nikogo 🙂 Pogoda tego dnia była lepsza niż dzień wcześniej, świeciło tak słońce, że aż sobie siedzieliśmy nad kanionem bez butów i sobie czytaliśmy Teofila 🙂 przepiękny widok, cisza i spokój 🙂 jest cudownie 🙂 ale nie trwało to długo i zerwał się zimny wiatr przez który chmury zasłoniły nam słoneczko 😛 i trzeba się było ewakuować 😉 Pojechaliśmy pougrzewać się przy kominku, który był tak uroczo cieplutki, że aż nie chciało się od niego odchodzić 🙂 ale ponieważ nie można było przy nim spać w końcu się zebraliśmy i poszliśmy spać na naszą miejscówę do dzików i sarenek 🙂

Ostatniego dnia przed planowanym odjazdem pojechaliśmy na Kaibab trail, żeby spróbować zejść wgłąb kanionu 🙂 Trasa na dół była bardzo przyjemna i było całkiem cieplutko, faktycznie dużo cieplej niż na górze i można by tak sobie schodzić coraz niżej, tylko że powstrzymywało nas trochę to, że trzeba potem wejść z powrotem po tej stromiźnie 😉 Spotkaliśmy po drodze muły idące za przewodnikiem i dużo więcej ludzi niż się spodziewaliśmy.. i całkiem ładne widoki 🙂 niby tylko trochę niżej a jednak inne niż patrząc z góry 🙂 Doszliśmy do punktu widokowego Ooh Aah Point (fajna nazwa co?:), który nie ma swojej nazwy bez powodu, bo faktycznie widok stamtąd jest bardzo ładny 🙂 i zeszliśmy jeszcze trochę niżej, żeby odejść od tłumu w spokojniejsze miejsce i poczytać sobie kundelka 🙂 Jakiś czas poczytaliśmy podziwiając widoki i znów pojawił się zimny wiatr, który nas wygonił i zaczęliśmy wracać z powrotem na górę 🙂 Plan, żeby zostać do zachodu słońca porobić zdjęcia nie wypalił, bo było bardzo zimno, ale i tak było bardzo ładnie 🙂 Wieczorem znów ogrzewaliśmy się przy kominku, a potem poszliśmy spać..

Kolejnego ranka obudził nas deszcz.. i nie chciał przestać padać, a trzeba się już było zebrać, bo było całkiem widno w naszym schowanku, więc bardzo niechętnie wyszliśmy z domku na deszcz.. szybko poskładaliśmy namiocik, ale i tak zdążyliśmy już mocno zmoknąć.. i biegusiem do.. kominka oczywiście 😀 Przyjemne ciepełko wysuszyło nasze ubranka i nawet buty też 🙂 ale deszcz się uparł i nie chciał przestać padać i o łapaniu stopa w taką pogodę mogliśmy zapomnieć.. więc większość dnia przesiedzieliśmy przy kominku 🙂 ale już nie było kaski na zupkę, a przelewu nie dało rady zrobić na dolary, bo nie było zasięgu.. Głodni czegoś innego niż codzienny ryż pojechaliśmy w poszukiwaniu internetu i jednocześnie zasięgu w telefonie do biblioteki 🙂 internet tam był taki szybki, że strona banku wczytywała się dosłownie 10 minut! (ah ten amerykański szybki internet;), ale jak się już nawet wczytała to sms i tak nie chciał przyjść mimo tego, że nawet zasięg się pojawił.. no cóż 😛 taki los 😛 za ostatnie dolary zakupiliśmy sobie 5 bananów 😀 i wykorzystując okazję, że nie padało poszliśmy spać oczekując bardzo zimnej nocy przed którą mieliśmy uciec, ale niestety nie udało się to nam przez całodzienny deszcz..

W nocy było dosyć zimno, ale daliśmy jakoś radę się w miarę wyspać, a rano zauważyliśmy dookoła namiotu.. śnieg! 🙂 świeżutki, czyściutki, przez nikogo nie podeptany 🙂 taki świąteczny 🙂 nie było go za dużo, ale wystarczająco, żeby się zrobiło biało dookoła 🙂 Trochę to nam się wydawało dziwne, że w pustynnym kanionie pojawia się śnieg, ale jest on w sumie na wysokości ponad 2100 metrów, więc wyżej niż nasza Śnieżka na przykład..

Tradycyjnie się ugrzaliśmy przy kominku i poszliśmy się pożegnać z ośnieżonym kanionem, który był tylko delikatnie pobielony, ale i tak był ładny 🙂 i poszliśmy łapać stopa 🙂

Dosyć szybko nam się udało i zabrali nas Jonathan i Luis 🙂 Zawieźli nas do Williams do sklepu, żebyśmy mogli uzupełnić zapasy jedzonkowe 🙂 Miało być tam już cieplej niż w Wielkim Kanionie, w którym tej nocy miało być minus 14!.. ale niestety aż tak bardzo ciepło nie było.. Nasza najzimniejsza do tej pory noc w namiocie jaką przeżyliśmy mogła się poszczycić mrozem 8 stopniowym!.. no ciężko się spało i co jakiś czas się budziliśmy i chyba ze 4 razy w nocy sikaliśmy z zimna 😛 ale jakoś przetrwaliśmy tą noc i w sumie to zimno było najbardziej w stopy.. mimo 4 par skarpetek u mnie, w tym 2 grubych zimowych alaskańskich 😉 Kolejna noc, nawet jakby się nie udało dalej pojechać miała być już cieplejsza na szczęście 🙂 i faktycznie była lepsza i nawet się za bardzo w nocy nie budziliśmy 🙂

Plan był ambitny, żeby na moje urodziny dojechać do jeziora Mead i tam sobie odpocząć już w cieplejszej atmosferze, ale nie za bardzo nam wychodziło stopowanie i z Williams udało nam się wydostać zaledwie do pobliskiej miejscowości Ash Fork, w której.. nie było niczego ciekawego 😛 Po bezskutecznym stopowaniu dalej poszliśmy szukać miejsca do spania na bezpańskim by się wydawało polu, na którym jak się okazało pasły się normalnie krowy 🙂 ale na szczęście teraz ich nie było i nie miały jak sobie zrobić czochradła z naszego namiotu 😉 Obejrzeliśmy sobie piękny zachód słońca na tle gór, Grzesiek jeszcze trochę pomarzł robiąc nocne zdjęcia, zjedliśmy sobie zupę z puree z dyni i poszliśmy spać 🙂

30 urodziny jak to okrągłe urodziny były bardzo wyjątkowe 🙂 pierwsze urodziny poza Polską, poza domem, poza rodziną.. bardzo mi się tęskniło.. ale też pierwsze urodziny w które jadłam truskawki (organiczne kalifornijskie :D) i były na prawdę pyszne, dojrzałe i słodziutkie 🙂

Od Grześka dostałam wyjątkowy tort zrobiony z puree z dyni, melasy, nasionek konopii i proszku green and fruits 😀 a do tego świeczka 😀 jak na prawdziwy tort przystało 😀

Poszliśmy łapać stopa, ale nic nam z tego nie wychodziło taki był tam ruch na wjeździe na autostradę, więc żeby się trochę ruszyć poszliśmy na spacer wzdłuż autostrady.. Przeszliśmy przez drut kolczasty na kolejne pole, na którym kiedyś mieszkały krowy i sobie wędrowaliśmy.. mieliśmy do przejścia może z 10 km do kolejnego zjazdu z autostrady na Route 66, ale szło nam to bardzo powoli przez nierówności kamienistej łąki.. w końcu doszliśmy do miejsca, które nam się wydało całkiem dobre, żeby tam pójść spać.. zostawiliśmy plecaki i wdrapywaliśmy się na górkę, żeby zobaczyć jak to wygląda z góry, kiedy nagle z naprzeciwka rozległo się donośne.. muczenie 😛 no to my w tył zwrot po plecaki, a z daleka patrzyło na nas stado byczków 😛

Miejsce spalone na nocleg, więc chcąc czy nie chcąc poszliśmy dalej.. ale tym razem wzdłuż autostrady, żeby nie iść po polu z krowami i żeby było szybciej.. Szliśmy i szliśmy.. plecy były już bardzo zmęczone, słońce coraz niżej na niebie.. a tu jeszcze kawał drogi..

Pomyślałam sobie, że może nawet by było dobrze jakby jakiś policjant nas zgarnął z tej autostrady to już by nie trzeba dalej iść 😛 i za chwilę zatrzymał się za nami samochód.. i nie był to ktoś kto chciał nas zabrać na stopa tylko właśnie.. policjant.. na sygnale.. Jak się do niego odwróciliśmy to nam pomachał 🙂 i wtedy już się przestaliśmy przejmować, że pójdziemy do „jail” za nielegalne chodzenie po autostradzie 😛 Pan policjant powiedział nam, że dla naszego bezpieczeństwa lepiej nie iść obok autostrady, bo jakiś kierowca może zasnąć czy coś i zapytał gdzie idziemy.. Zawiózł nas do następnego miasta czyli Seligman, a my oglądaliśmy sobie przepiękny zachód na Route 66 zza krat z tylnych siedzeń policyjnego radiowozu 😉 co prawda trochę było niewygodnie bo siedzenia były plastikowe, ale o wiele szybciej nam się udało dotrzeć do naszego celu 🙂 Taki to oryginalny autostop złapaliśmy w moje urodziny 🙂

W miasteczku na stacji benzynowej zjedliśmy jeszcze po ciastku urodzinowym i posiedzieliśmy chwilkę przy internecie 🙂 Dostałam pełno kochanych życzeń od rodzinki i znajomych jak już miałam w końcu zasięg i internet 🙂 jestem bardzo wdzięczna 🙂 dziękuję jeszcze raz 🙂 troszkę mniej tęskniłam jak czytałam te wszystkie kochane rzeczy 🙂 a pani ze stacji sama zaproponowała, żebyśmy sobie posiedzieli i się ugrzali 🙂 i takie to były wyjątkowe urodziny oryginalne, a po nich byliśmy tacy zmęczeni, że nawet zaplanowanego filmu w namiocie nie obejrzeliśmy, tylko poszliśmy spać na kolejną łąkę..

A rano kiedy wstaliśmy nie tak znowu ze wschodem słońca i Grzesiek wyszedł z namiotu poinformował mnie „o w d*pę – krowy przyszły” poważnym głosem z nutką konspiracji 😛 a ja na to wybuchłam takim śmiechem, że aż się popłakałam.. a Grzesiek.. „ale naprawdę.. takie czarne :P” Pakowałam się chyba najszybciej w naszej karierze, ale krowy i tak do nas nie przyszły.. tylko powędrowały w inną zupełnie stronę pastwiska, a nas nikt tradycyjnie nie zauważył.. nadajemy się na nielegalnych imigrantów 😉 albo włamywaczy hihi ;P Z mocnym postanowieniem, że teraz to już dojedziemy do jeziora, żeby chociaż trochę je pooglądać i zdążyć do Las Vegas na święta staliśmy uśmiechnięci i machaliśmy przejeżdżającym kierowcom.. ale nie było ich tak znowu dużo.. Staliśmy.. czekaliśmy.. nawet sobie zatańczyliśmy.. ale nie na bosaka jak na naszej pustyni.. zjedliśmy sobie nawet obiadek.. i czas najwyższy jechać.. bo jak nie to jakimś chyba pociągiem by trzeba.. i zatrzymała się siwiutka pani.. Indianka.. o imieniu Ti 🙂 Bardzo nas ucieszyło, że w końcu się stąd wydostaniemy i nie trzeba znów będzie łapać policjanta na stopa 😉

Nasza wybawicielka dowiozła nad do wyjazdu z Kingman w kierunku Las Vegas, gdzie po zjedzeniu 2 klifbarów i wypiciu zielonego butelkowego smuta łapaliśmy dalej.. i nawet po niedługim czasie na szczęście, bo zaczynało padać, zatrzymał się Mike, który jechał do Las Vegas, ale specjalnie dla nas zjechał z drogi w kierunku Zapory Hoovera 🙂 Pożegnał się z nami i odjechał i się zaczęło.. Znów policja na sygnale.. ale tym razem pan nie był ani trochę uśmiechnięty i kazał nam się do siebie nie zbliżać.. zasypał nas gradem pytań.. kto to był.. czemu nas tu zostawił itd.. Mówimy, że nie wiemy i że jechaliśmy autostopem.. tu nie można łapać stopa.. ale nie chcemy tu łapać stopa, tylko pójść obejrzeć zaporę.. Mamy mu pokazać swoje paszporty.. i powiedzieć swoje nazwisko, imię, drugie imię.. i datę urodzenia.. normalnie jak jacyś nielegalni imigranci.. a i jeszcze zanim wziął nasze paszporty, żeby sobie nie pobrudzić rąk to założył ostentacyjnie rękawiczki.. normalnie zeżarło go już jego ego chyba dawno i nie ma dla niego nadziei.. 😉 Zadzwonił nawet po posiłki! 😛 przyjechał drugi radiowóz, bo pan policjant nie wiedział co też z nami począć (to chyba pierwszy przypadek od kiedy otwarto zaporę, że ktoś próbował do niej dojść pieszo, a nie samochodem ;P) i musiał zadzwonić do jakiegoś przełożonego, a nie chciał nas samych zostawić, żebyśmy nie uciekli wysadzić zapory 😉 Dwóch kolejnych policjantów wyglądało na trochę zażenowanych zachowaniem kolegi.. jak na ich pytanie powiedzieliśmy, że jechaliśmy na stopa tylko się uśmiechnęli i pokiwali ze zrozumieniem głowami.. W międzyczasie wyrocznia obwieściła chyba panu policjantowi, że jednak nie musi nas zastrzelić, ani zabrać do „jail”.. oddał nam paszporty.. powiedział, że nie możemy tu łapać stopa, więc mamy wrócić taksówką (taa.. jasne 😉 i że nie możemy używać naszej kartki itd.. i że możemy łaskawie przejść obok bramki kontroli bezpieczeństwa i pójść bokiem drogi do skrótu na trail.. No cóż.. czy już kiedyś pisałam jacy Amerykanie są świrnięci? 😛 Niezłe zagrożenie stwarzamy dla nich my prehistoryczni ludzie poruszający się na złowieszczych nogach.. uuuuuu.. powiało grozą co? 😛 Śmialiśmy się jak słuchaliśmy, że Maxa Kolonko w pierwszy dzień policja zatrzymała jak sobie na nogach chodził po Nju Jorku, a tu my też takie przestępstwo popełniliśmy.. przestępstwo braku samochodu 😛 Mam nadzieję, że pan policjant kiedyś stanie się trochę bardziej świadomym i empatycznym człowiekiem.. a jak nie to trudno.. jego strata.. my i tak już mu wybaczyliśmy jego miłe i kulturalne zachowanie 😛 A tak swoją drogą to i tak mi się nie podobała ta tama 😛 ot kawał betonu.. i pełno drutów elektrycznych dookoła, że aż mózg się może usmażyć jak się tam dłużej pobędzie, a do tego jeszcze kartki obwieszczające, że w użyciu są promienie X, żeby wykryć wszelkie noże, broń itd.. i nawet jedzenia nie można mieć.. dobrze, że nas nie przeszukali bo za butlę gazową i nóż do krojenia to jak nic by było dożywocie 😉 Z ciekawostek to tylko tyle, że po jednej stronie tamy jest inny czas niż po drugiej, bo akurat na rzece Kolorado jest zmiana strefy czasowej i można się przenosić w czasie 😉 a tak to pełno ludzi, hałas i nic co Gosio-Grzesie lubią najbardziej 😉

Poszliśmy więc w kierunku jeziora, ale na trail weszliśmy już po ciemku i widoków nie było, a szlak jak na amerykańskie standardy był naprawdę ciężki.. krzaki na środku rosnące, osuwające się kamienie spod nóg.. trochę nam zajęło zanim doszliśmy nad brzeg jeziora.. Odeszliśmy kawałek i rozbiliśmy namiot, stwierdziliśmy, że lepsze miejsce poszukamy kolejnego dnia po widoku, a teraz zmęczeni emocjonującym dniem chcieliśmy już koniecznie spać..

Rano przywitał nas znów deszcz.. samochody za bardzo nie jeździły drogą nieopodal, więc postanowiliśmy, że przeczekamy.. podczas chwilowej przerwy złożyliśmy biedny mokry cały namiocik i poszliśmy oglądać jezioro.. za jakiś czas znów zaczęło padać, więc stwierdziliśmy, że dobrze byłoby się gdzieś schować i poszliśmy do Visitor Center 🙂 tam było ciepło i przyjemnie i sucho 🙂 i był internet i prąd i różne fajne filmy do oglądania 🙂 Np taki o jeziorze, w którym informowali nas, że tutaj praktycznie nigdy nie pada deszcz.. ale mamy fart co? 😉 Szybko zamykali, więc poczekaliśmy chwilę pod dachem aż trochę przestanie padać i poszliśmy szukać miejsca na spanko.. znaleźliśmy takie, że spokojnie mogliśmy się wyspać 🙂 i było cieplutko 🙂

A rano po odwiedzeniu łazienki wyszliśmy na drogę wyjazdową na autostradę łapać stopa.. ruch był mały, więc nie spodziewaliśmy się wielkich i szybkich sukcesów.. ale może po 10 minutach zatrzymał się Bob, który najpierw chciał nas podwieźć na najbliższą stację benzynową, ale po chwili rozmowy z nami postanowił nas zawieźć do samiuśkiego Vegas do domu Huntera 🙂 a jak już nas nawet przywiózł to powiedział, że gdyby coś było nie tak to, że zaprasza do siebie do domu 🙂 Ale my miłych ludzi spotykamy na swojej drodze co? 🙂

Poszliśmy jeszcze do sklepu zrobić zakupy na wigilijną kolację.. planujemy zupę grzybową i łazanki 🙂 i zakupiliśmy truskawki i lody truskawkowe za pieniądze od Mikołaja (dziękujemy :*) i kierowaliśmy się w stronę naszego świątecznego domku 🙂

Hunter powitał nas miło 🙂 oprowadził po swoim domu z wieloma sypialniami.. ma nawet basen, ale trochę za zimno teraz 😉 powiedział, żebyśmy czuli się jak u siebie i korzystali ze wszystkiego 🙂 Trochę pogadaliśmy i poszliśmy pod nasz wymarzony gorący prysznic, a teraz siedzę i piszę.. i trochę mi zeszło.. bo już 1:41.. ale chcę, żeby udało się rano wstawić post na bloga jak już dopasujemy zdjęcia i żebyście mieli co poczytać w świąteczny czas 🙂

Chcieliśmy Wam wszystkim życzyć najwspanialszych świąt 🙂 oczywiście wypełnionych miłością 🙂 i radością 🙂 spędzonych w rodzinnym gronie 🙂 na odpoczywaniu.. rozmowach.. okazywaniu sobie czułości przez przytulanie i patrzenie w oczy 🙂 Żebyście się za bardzo nie przejedli tymi wszystkimi pysznościami i wyszli na jakiś spacer na świeżym powietrzu albo pobiegać 🙂 zamiast siedzieć przed telewizorem 😉 albo tylko jeść i jeść i jeść 😉 i żebyście naładowali bateryjki tymi wszystkimi cudownymi uczuciami i mieli potem siłę wrócić do normalnego codziennego życia wnosząc do niego jak najwięcej miłości i radości 🙂 bo o to chodzi w życiu, żeby świętować codziennie! 🙂 żeby celebrować każdą chwilę 🙂 żeby delektować się każdym momentem swojego życia 🙂 żeby żyć.. w każdej godzinie, minucie i sekundzie swojego wspaniałego życia 🙂 bo mamy tylko jedno, jedyne i niepowtarzalne i doceniajmy je po prostu 🙂 Będziemy bardzo tęsknić spędzając pierwsze nasze święta bez rodzinki poza domem, ale przesyłamy wam wszystkim ogrom naszej miłości i radości, żeby była z wami jak najczęściej, szczególnie kiedy będzie najbardziej potrzebna 🙂i jesteśmy wdzięczni, że mimo, że tak daleko to jesteście z nami cały czas 🙂 Dziękujemy! 🙂 przesyłamy mnóstwo buziaków i przytulaństwa i tęsknimy mocno 🙂

Jak zostaliśmy pustelnikami..

7 grudnia 12:00

Kolejnego dnia Zion przywitał nas bardzo mroźnym porankiem.. Szybciutko poskładaliśmy namiot, zanim zrobiło się widno i ktokolwiek mógłby nas zauważyć w naszym miejscu niedaleko skał.. Ruszyliśmy w stronę parkingu.. Słońce powolutku zaczynało oświetlać szczyty gór.. ciekawe za ile godzin jego promienie dosięgną do dna doliny.. może koło południa.. nie zamierzaliśmy na to czekać, żeby nie zamarznąć przez mroźny wiatr..

Na stoliku połączonym z ławkami rozłożyliśmy naszą srebrną folię w taki sposób, żeby osłonić kuchenkę przed silnym wiatrem, który inaczej nie pozwoliłby jej w ogóle odpalić lub gasił co chwilę..

Stopy i dłonie a konkretnie palce marzły mimo przysiadów i pajacyków.. W końcu zaczęliśmy się gonić dookoła ławki 😛 co na chwilę nas ogrzało 🙂 Mulaki nie były nami zainteresowane, tylko spokojnie żuły wyskubane z trawy żółte liście.. Potok ludzi wylewał się z autobusu co 10 minut też bez zwracania na nas uwagi i kierował się w stronę Angels Landing.. ale tym razem pierwsi turyści byli dopiero po 7-ej wraz z pierwszym autobusem, a nie jeszcze całkiem po ciemku przed 6-tą.. Gdzie im się tak śpieszy, jak cały szlak zajmuje może ze 4 godziny? Może nie chcą się przepychać na łańcuchach albo chcą zdążyć na obiad na dole.. a może biedulki nie potrafią odpoczywać i po prostu lubią tak wstawać po 4-tej nawet jak mają wolne.. No cóż.. My też wstajemy po 5-tej codziennie, ale chętnie byśmy pospali dłużej 😉 ..Woda się w końcu zagotowała.. ryż kilka minut się pogotował.. można go przelać do termosu.. i w drogę 🙂 jeszcze dolanie wody do butelek, bo nie wiadomo czy tam będzie.. i akurat podjechał autobus 🙂 Kiedy wysiadaliśmy na ostatnim przystanku pan kierowca życzył nam miłej wspinaczki – ah te plecaki 😉 Podziękowaliśmy grzecznie bez wyprowadzania go z błędu i życzyliśmy miłego dnia 🙂 O dziwo, mimo że to podobno jeden z najpopularniejszych szlaków, oprócz nas było bardzo mało ludzi.. pewnie dlatego że jest zima 😛 a szlak Riverside Walk, którym teraz wyruszyliśmy kończy się The Narrows, którym idzie się wzdłuż rzeki, ale brodząc w niej czasem nawet do pasa.. Moczyć się w taką pogodę nie zamierzaliśmy, bo to co latem jest zapewne cudownym orzeźwieniem, teraz mogłoby spowodować niezłą hipotermię 😛 Ale chcieliśmy zobaczyć czy nie da się może obejść jakoś boczkiem rzeki, bo ładne tam podobno wodospady.. no i kanion 🙂 Szlak wzdłuż rzeki był bardzo kolorowy przez jesienne liście 🙂 do tego szum wody i.. cisza 🙂 bo mało ludzi na szlaku.. ale okazał się bardzo krótki i całkiem po płaskim, więc nawet się nie ugrzaliśmy 😛 a tu koniec.. Wzdłuż murka poustawiane.. buty.. chyba się tu przebierają w wodoodporne kombinezony.. Całe rodzinki maszerowały w kolorowych kubraczkach z drewnianymi kijami wzdłuż rzeki.. dorośli mieli do kolan wodę, a niektóre dzieci prawie do pasa.. ale i tak dzielnie maszerowały 🙂

Popatrzyliśmy chwilę i zawróciliśmy.. Coraz więcej ludzi wchodziło na szlak.. ale sami obcokrajowcy.. w końcu dzisiaj Święto Dziękczynienia 🙂 Amerykanie pewnie siedzą i jedzą biedne indyki.. Przy wyjściu ze szlaku zaświeciło na nas słońce 🙂 usiedliśmy na ławce na przystanku, żeby coś zjeść, a jednocześnie poddawać się ogrzewającym promieniom 🙂 Powoli zaczynaliśmy się rozbierać z licznych warstw ubrań.. siedzieliśmy i cieszyliśmy się słoneczkiem 🙂 jest takie wspaniałe, że dzieli się z nami swoją mocą 🙂 i nie tylko z nami 🙂 jest tak miłe, że nie wybiera z kim się dzielić swoją miłością 🙂 oświetla i ogrzewa wszystkich 🙂 Bądźmy jak słońce! 🙂 bądźmy miłością, którą chcemy ujrzeć we wszechświecie 🙂 dla siebie 🙂 dla bliskich i dalekich nam istot 🙂 bo co to znaczy dalekich.. skoro wszyscy jesteśmy połączeni.. to co dajemy.. wraca do nas.. Dziękujemy za to słońce i za tą bezwarunkową miłość 🙂 Postanawiamy zrobić sobie piknik nad rzeką i po prostu siedzieć i nacieszać się słońcem, a przy okazji wysuszy nam mokre włosy 🙂 Tutaj nie ma tylu osób co na przystanku, tylko czasem ktoś przechodzi.. Jeden pan zagaduje, że mamy bardzo fajne miejsce na kolację z okazji Święta Dziękczynienia.. pyta się czy gotujemy zupę z indyka i śmiejąc się, że nie jemy indyka bośmy weganie.. odchodzi..

Mimo, że jeszcze dosyć wcześnie.. pewnie po 15-stej.. słońce chowa się za góry.. a my idziemy na autobus i wracamy do Visitor Center..

Nie wiadomo do której dzisiaj jest otwarty sklep, więc idziemy szybko coś kupić.. dostajemy za darmo banany z kropami 🙂 i szalejemy z okazji święta i kupujemy korzenne ciastka i czipsy z fioletowej kukurydzy 😀 Nacieszamy się ostatnimi promieniami słońca i pysznym niezdrowym jedzonkiem 🙂 i idziemy zwiedzać okolicę 🙂 Pranie za 4 $, więc poszukamy w mieście.. 5 min prysznica też za 4 $ za osobę.. ceny mają niezłe.. Oglądamy kolorowe już świąteczne światełka z bałwanami, choinkami itd..

Próbujemy chwilę przepisać wpis, ale jest za zimno tak siedzieć bez ruchu.. Zmarznięci idziemy na nasz zamknięty kemping i zasypiamy w zdecydowanie cieplejszym otoczeniu niż poprzedniej nocy 🙂

Ale rano jak wstajemy jest znów bardzo wcześnie i zimno.. na szczęście nie aż tak jak wczoraj 🙂 aczkolwiek ludzie chodzą w puchowych kurtkach i czapkach zimowych.. jest pewnie koło zera.. ale niektórzy są tak gorący, że mają.. japonki..

Nigdy tego nie zrozumiemy 😛 zimowa kurtka i czapka, trzęsą się z zimna i mają japonki 😛 czy to taki lans, czy co? 😛 chyba taki sam jak piżama w markecie 😉 ach ta Ameryka 😉 Po naszykowaniu jedzonka idziemy na autobus i dzisiaj jedziemy na Observation Point, bo podobno jest tam najpiękniejszy widok na dolinę i Angels Landing 🙂 Szlak zaczynamy tak samo jak na Hidden Canyon, ale idzie nam dużo szybciej.. kondycja już wyrobiona 😉 Mało ludzi za nami podąża.. chyba odpoczywają po wczorajszym obżarstwie 😉 ale to dobrze, że tak mało ludzi 🙂 Jest cicho.. może uda się tym razem zobaczyć z bliska owce.. bo ostatnio były bardzo daleko.. i teraz też.. tym razem postanowiły pójść w stronę ukrytego kanionu 😉 Widoki coraz ładniejsze, słońce oświetla coraz więcej doliny, ale nas wciąż nie 😛 i mimo, że idziemy stromo pod górę jest zimno.. Po drodze mijamy oszronione liście, a potem zamarzniętą wodę w kanionie..

Wieje zimny wiatr, że aż boli gardło.. gdzie to słońce się schowało? Zimno wynagradzają nam widoki 🙂

Przez chwilę chowa się dolina z drogą, a wchodzimy w przepiękny kanion 🙂 Ściany są tak wysokie, a przy tym stromo nachylone, że wyglądają jakby miały na nas runąć.. i czasem im się to wcześniej zdarzało, co widać po świeżo odłamanych skałach innego, bardziej pomarańczowego koloru..

Wędrujemy jak oczarowani tym przepięknym kanionem z przeróżnie wyrzeźbionymi ścianami 🙂 mnóstwo kolorów i wielorakich kształtów.. jaka natura jest cudowna, wyjątkowa, niepowtarzalna 🙂

Mijający ludzie oczywiście znów nas pytają czy chcemy spać na górze.. nie widzą sensu w niesionych przez nas tak wielkich plecakach stromo pod górę.. ale wody po drodze (oprócz małej kałuży tej zamarzniętej i brudnej) nie ma w ogóle.. więc choćbyśmy chcieli, nie będzie jak spać na szczycie.. Wchodzimy okręcając głowę dookoła i obserwując coraz to nowe widoki i.. jest 🙂 w końcu słońce! 🙂 siadamy przy ścieżce 🙂 delektujemy się 🙂 jemy, odpoczywamy, czytamy kundelka 🙂 To nawet nie połowa drogi, ale chcemy naładować bateryjki 🙂 Pierwsi ludzie zaczynają schodzić.. o której oni weszli na szlak? Nie wyglądają jakby tam spali.. mogli może maksymalnie 2 godziny przed nami, bo wcześniej nie było autobusów.. a już schodzą.. ekspresowe zwiedzanie.. ale co kto lubi.. My jeszcze trochę siedzimy i cieszymy się chwilą 🙂 widokiem 🙂 ciszą 🙂 czystym powietrzem 🙂 świat jest taki wspaniały 🙂 słońce nas znów rozpieszcza 🙂 jak dobrze tak po prostu.. być 🙂 W końcu ruszamy i trochę się rozbieramy, a jeszcze wyżej zostajemy tylko w pojedynczej warstewce ubrań 🙂 jest ciepło i przyjemnie 🙂 nie wieje już też tak wiatr.. słońce nas ogrzewa 🙂 widoki są coraz piękniejsze 🙂

Jesteśmy już bardzo wysoko nad doliną.. z daleka widzimy nasz punkt docelowy.. płaski jak stół wierzchołek góry pokryty niezliczonymi drzewami.. pełno miejsca na namiot myślimy, ale wody wciąż brak.. i tak już zostało.. oprócz jednej rozdeptanej kałuży.. w końcu to pustynia.. i jak widać nie ma tu żartów, skoro nawet zimą nie ma wody, to jak jest latem?.. Docieramy do punktu widokowego.. otwiera się przed nami bezkresna przestrzeń 🙂 jest pięknie 🙂 dolina oświetlona słońcem prezentuje się zjawiskowo 🙂

Jest sporo ludzi, ale wolą siedzieć dalej od przepaści, więc nikt nam nie zasłania tego cudu natury 🙂 Siedzimy, cieszymy się, medytujemy, jesteśmy tu i teraz 🙂 jest idealnie 🙂 Jedna pani chce nam zrobić zdjęcie, bo „tak ładnie wyglądamy” 😉 a przed chwilą myślałam, żeby kogoś poprosić 🙂 wystarczy pomyśleć 😉

Nacieszamy się widokiem i chwilą 🙂 dookoła dużo ludzi, ale jest w miarę cicho, wszyscy siedzą oniemiali.. co chwilę się zmieniają siedzący obok nas.. tylko my cały czas w tym samym miejscu.. i wiewiórki 🙂 jest ich pełno 🙂

Mimo zakazu co chwile coś się im udaje wysępić od kogoś 😛 Śmiejemy się że pewnie mają gdzieś schowane takie zapasy, że nam by na całą zimę starczyły 😛 Odchodzimy trochę na bok, robimy jedzonko i cała masa wiewiórek nam towarzyszy 🙂 nie boją się niczego 😛 biegają po ludziach, po plecakach, po pionowych skałach, grawitacja dla nich nie istnieje 😛 Próbują coś podeżreć z naszych strunówek, ale w końcu zrezygnowane idą po łatwiejszy łup.. I znów biegną z orzeszkiem w sobie tylko znanym kierunku.. Słońce jest już coraz niżej, ludzi coraz mniej, w końcu zostajemy tylko my i jacyś Rosjanie..

Czas wracać, żeby zejść po widoku i zdążyć na ostatni autobus.. Po jakimś czasie wszyscy nas wyprzedzają i idziemy sami 🙂 Jest cicho, spokojnie, już tak nie wieje wiatr jak rano, z górki idzie nam dużo łatwiej z plecakami.. Krok po kroku coraz niżej wracamy tą samą trasą.. Inny kąt padania promieni słonecznych, inna strona z której patrzymy i znów się zachwycamy jakbyśmy szli tu pierwszy raz.. Kiedy dochodzimy do wcześniej oblodzonej wody, już prawie odtajała i widać ślady owiec.. Może się uda, może jeszcze nie poszły spać, a jesteśmy teraz sami i jest cicho.. Obchodzimy skałę dookoła i ..są! na górze, ale bardzo daleko i słabo je widać, a światła też już coraz mniej.. ale kawałek dalej widzimy kolejne 🙂 są bardzo blisko nas i nawet patrzą się prosto na nas, ale jest już dosyć ciemno.. Może coś będzie widać na zdjęciu – myślimy i idziemy dalej żegnając się z bighorn sheep (owce gruborogie) i życząc im smacznej kolacji i dobrej nocy 🙂 Rogi mają faktycznie potężne i wyglądają bardziej jak nasze kozice górskie niż owce 😛

Schodzimy na dół już praktycznie po ciemku i czekamy na autobus.. Dobrze, że nie wieje tak jak rano, to nie jest aż tak zimno.. Autobus przyjeżdża i jakoś się w nim upychamy.. o siedzeniu można zapomnieć 😛 ledwo jest miejsce, żeby stać 😉 ale na następnych przystankach nawet nie mają jak wsiąść więc i tak mamy za co być wdzięczni 🙂 Ciężko oddychać w tym tłumie i trudno utrzymać równowagę z ciężkim plecakiem, ale jakoś udało się dotrwać do Visitor Center 🙂 Zmęczeni całym dniem idziemy na nasz kemping ostatni raz.. Rano oglądamy ostatni wschód w Zion National Park, robimy jedzonko i idziemy do Visitor Center podładować elektronikę i wstawić wpis na bloga..

Jutro ma tutaj już padać śnieg, więc ruszamy dalej.. Jedziemy autobusem do Canyon Junction i tam próbujemy łapać stopa.. Po kilku minutach zatrzymuje się Radu z Rumunii 🙂 Pyta się gdzie chcemy jechać i mimo, że to niecałkiem po drodze podwozi nas do Page 🙂

Rozmawiamy sobie po drodze o różnych rzeczach nawet o weganizmie, którego nie rozumie.. Jak pytam co warto zobaczyć w Rumunii wzrusza ramionami.. w końcu coś niechętnie wymienia.. widać, że zdecydowanie bardziej zachwycony jest USA.. Kolejny raz zastanawiamy się co ludzie tutaj takiego widzą 😉 To znaczy parki narodowe i natura są wspaniałe.. ale żeby się aż tak zachwycać i chcieć tu mieszkać to my na pewno nie 😛 Wysadzając nas w Page dziwi się, że jeszcze nie wiemy gdzie będziemy spać.. mówi, że on jest spontaniczny, ale my to już w ogóle 😛 mówimy, żeby się nie martwił, że damy sobie radę i że zawsze znajdujemy miejsce do spania.. No bo czy tak nie jest? Prędzej czy później zawsze jakieś w końcu znajdujemy 😉 Zrobiliśmy zakupy w Safewayu, nawet były lody w promocji 🙂

Zjedliśmy sałatkę 🙂 w końcu coś zielonego! 🙂 i ruszyliśmy szukać miejsce do spania.. Niby mała miejscowość, ale musieliśmy wyjść całkiem na obrzeże, żeby znaleźć jakieś spokojne miejsce.. Było już całkiem ciemno, więc nie odeszliśmy bardzo daleko od drogi i trzeba było znów skoro świt wstać.. W nocy bardzo mocno zaczęło wiać, a namiot nie był przyszpilkowany i prawie odlecieliśmy 😉 i było bardzo zimno.. Kolejnej nocy nie dość, że przypięliśmy namiot szpilkami to jeszcze okopaliśmy go piaskiem dookoła, żeby nie wiało.. Co jak co, piasku tu było pod dostatkiem, bo zamieszkaliśmy na pustyni 🙂 Kolejnego dnia poszliśmy do miasta zrobić pranie i wróciliśmy znów na to samo miejsce.. ale później mieszkaliśmy już sobie w takim miejscu, że nie było nas widać z ulicy i mogliśmy w końcu się wyspać do woli! 🙂

W dniu, kiedy tu dotarliśmy, mimo że pogoda mówiła nam co innego, dopadły nas ciemne chmury i silny wiatr i zanim zdążyliśmy rozłożyć namiot – grad i śnieg! ..nie ma jak śnieg i grad na pustyni.. takie rzeczy to tylko nam się chyba przydarzają 😉 ale potem było już tylko lepiej 🙂 W końcu się wysypialiśmy 🙂 mogliśmy spać nawet cały dzień albo cały dzień po prostu siedzieć w namiocie 🙂

Mimo, że w nocy prawie codziennie był przymrozek, to w dzień w środku namiot się nagrzewał do tego stopnia, że mieliśmy swoją prawie saunę, w której można było siedzieć koło południa nawet na golasa ;D Tym sposobem zostaliśmy prawdziwymi pustelnikami 😉 mamy swoją prywatną pustynię, na której mieszkamy tylko my 🙂 i zwierzątka 🙂 Spodziewaliśmy się tutaj troszkę innych stworzeń.. jakichś węży, skorpionów itd… a tutaj najczęściej spotykamy.. króliki 😛 które jak nas widzą, to spierdzielają z prędkością światła, zygzakiem pomiędzy krzaczkami.. czasem też widzimy zające 🙂 i.. kojoty 🙂 które wyglądają jak.. wilki.. no i słyszymy ich koncert codziennie, jak tylko słońce zajdzie 🙂 i od czasu do czasu jak na przykład wyjdziemy w nocy z namiotu pooglądać gwiazdy 🙂 no dobra.. na siku 😛 Czasem też przeleci jakiś ptaszek i raz widzieliśmy.. mrówkę 😛 i jaszczurkę 🙂 Super jest mieć swoją pustynię 🙂 chodzimy sobie i zwiedzamy 🙂 np niedaleki Horseshoe bend 🙂 no i ogólnie rzekę Kolorado i Wielki Kanion 🙂 Podkowa była bardzo ładna, ale mimo, że poszliśmy na zachód nie było aż tak kolorowo jak na zdjęciach z google 😉 tzn efekt wow był jak najbardziej 😀 i bardzo nam się podobało 🙂 ale te kolory to raczej na pewno podkręcone w fotoszopie 😛

A ludzi tam tyle, że ciekawi byliśmy ile jest latem 😉 więc jak zwykle bardziej podobały nam się ustronniejsze miejsca, gdzie byliśmy tylko my 🙂 no i czasem przed nami kojoty 🙂 Bardzo fajny był jeden kanion, w którym znaleźliśmy np. przepiękną lodową rzeźbę z zamarzniętymi w środku listkami 🙂 prawdziwy cud natury! 🙂 a oprócz nas wcześniej podziwiały ją tylko kojoty, których śladów było tam sporo 🙂

No i ta cisza 🙂 i wspaniałe widoki 🙂 Było świetnie 🙂

 

Mimo, że mieszkamy na środku pustyni, mamy na szczęście kilka kilometrów dalej market z wodą 🙂 bo co jak co, ale wody to tu nie ma w ogóle 😛 no chyba, że na dnie kanionu, gdzie się  nie da zejść tak strome są jego ściany ..albo w kaktusach 😛 które czasem pewnie przez to, że są tutaj jedynym źródłem wody są.. poobgryzane 😛 jakie zdesperowane musiało być to stworzonko.. I tak sobie mieszkamy na naszej pustyni 🙂 i odpoczywamy 🙂 w końcu! 🙂 .. za darmo.. i nikt nam nie przeszkadza.. tylko czasem przeleci nad namiotem jakiś helikopter albo samolot.. i z daleka majaczy miasto.. a z drugiej strony tylko pustynia.. góry.. i Wielki Kanion 🙂

Nie spodziewałam się, że aż tak nam się spodoba na pustyni, ale jest tutaj tak pięknie 🙂 a w nocy śpimy w hotelu milion gwiazdkowym 🙂

Cisza dookoła 🙂 i czytamy kundelka 🙂 i spacerujemy 🙂 i wysypiamy się 🙂 i mamy czas, żeby odpoczywać 🙂 pobyć tu i teraz 🙂 cieszyć się chwilą 🙂 słońcem 🙂 ciepłem 🙂 świeżym powietrzem 🙂 pięknymi widokami 🙂 spokojem 🙂 podziwiamy zachody słońca 🙂 i wschody 🙂 i gwiazdy 🙂 i żyjemy 🙂 po prostu w tej właśnie chwili 🙂 jedynej, którą mamy 🙂 która jest idealna, tylko dlatego, że po prostu jesteśmy na tym wspaniałym świecie 🙂 przesyłamy miłość i radość 🙂 Dziękujemy! 🙂

Park Narodowy Zion i Anioły kalifornijskie

23. listopada 13:33

Z Yosemite Valley zabrała nas busem para podróżników do Tunnel View, skąd rozpościerała się piękna panorama w kierunku doliny 🙂

Stamtąd zabrała nas przemiła pani w bluzie z Jezusem i dwójką hiszpańskojęzycznych towarzyszy i 3 psami 🙂 Minęliśmy Wawona z wielkimi sekwojami i przekolorowymi jesiennymi drzewami 🙂 a przed wjazdem do Fresno, przejeżdżaliśmy obok przeogromnych łąk z pasącymi się stadami krów, oświetlonymi superksiężycem 🙂

Zostaliśmy dotransportowani już po zmroku do Whole Foodsa, gdzie uzupełniliśmy nasze zapasy jedzenia 🙂 i ku naszej uciesze, odezwał się do nas ktoś z couchsurfingu, że może nas przenocować 😀 jupi!! 🙂 W końcu gorący prysznic 🙂 czekaliśmy więc w markecie na odpowiedź, gdzie nasz wybawiciel mieszka i okazało się to niestety bardzo daleko, a nie wiedzieliśmy czy jakieś autobusy jeżdżą tam o tak późnej porze.. Okazało się że niestety nie.. Było już po 21szej i nijakich szans, żeby zdążyć tam na nogach, ze znów przeładowanymi kreaturkami o jakiejś normalnej porze.. Nasza radość topniała w ekspresowym tempie, ale napisaliśmy czy by Josh po nas nie przyjechał i czekaliśmy godzinę na odpowiedź.. i już prawie mieliśmy iść zrezygnowani szukać jakiegoś miejsca do spania (z myślą.. a już było tak blisko..), kiedy odpisał już po 22giej.. I przyjechał po nas swoim jeepem 🙂 uratowani! 🙂 Pewnie nie zdawał sobie nawet sprawy jak bardzo byliśmy mu wdzięczni 🙂 Gorący prysznic był jak wybawienie 🙂 Ciekawe wieczorne, a raczej nocne rozmowy o zdjęciach i filmach i chyba dopiero po 2giej poszliśmy spać 🙂 Ale pierwszy raz był to prawdziwy couchsurfing, bo spaliśmy na kanapie, a raczej 2 kanapach i pod kocykami 🙂 ja miałam w zeberkę 😀

Następnego dnia korzystając ze słońca i 25°C wybraliśmy się na spacer – bez plecaków! 🙂 do sklepu, po to czego nam jeszcze brakowało, ubrani pierwszy raz w sandałki! krótkie spodenki! a ja w koszulkę na ramiączkach 🙂 Jak tylko zaszło słońce, było znów zimno, ale cieńsze ubranka zaliczone! 🙂 Odwiedziliśmy też Josha w jego przydomowym salonie tatuażu, a w międzyczasie próbowaliśmy wstawić zaległe posty na bloga, ale udało się tylko jeden, bo już więcej nie dałam rady wstrzymywać chęci spania 😛

Rano udaliśmy się wspólnie z Joshem i Bryanem, który z nimi mieszka, na rowerową przejażdżkę po Clovis 🙂 Poranne delikatne słońce, świeże powietrze i to uczucie wiatru na twarzy, które uwielbiam 🙂 czego chcieć więcej? 🙂 do tego zabawne rozmowy i przekolorowe drzewa 🙂 było wspaniale 🙂

Spakowaliśmy się po powrocie, zjedliśmy coś i wyruszyliśmy w trasę.. Po rozmowach z Joshem i analizie pogody, zrezygnowaliśmy z Kings Canyon National Park i Sequoia National Park ze względu na mróz i śnieg, mimo że są tam piękne widoki i świetne szlaki, ale jest tam wyżej niż w Yosemite, bo jest najwyższy szczyt Ameryki Północnej poza Alaską (Mount Whitney – 4421 m n.p.m.) i na pewno jest już tam dużo śniegu, a miało być teraz ochłodzenie i załamanie pogody i napadać jeszcze więcej.. Zrezygnowaliśmy też z Death Valley National Park, ze względu na brak samochodu 😛 bo podobno tam nie ma w ogóle wody, a ciężko byłoby dźwigać jeszcze dodatkowo wodę na kilka dni.. No więc zdecydowaliśmy, że jedziemy w stronę Zion National Park i Grand Canyon.. Od Josha ruszyliśmy autobusem (za 2,5 dolara za 2 osoby) przez miasto, bo jest naprawdę spore i z  kreaturkami chyba cały dzień byśmy przez nie szli, do zjazdu na autostradę.. Stamtąd przemiła młoda meksykanka Suzie wywiozła nas poza miasto i cieszyła się bardzo, że może nam pomóc i porozmawiać i nie myśleć o egzaminie który ją czeka 🙂 Dzięki niej nie mieliśmy problemu ze znalezieniem miejsca do spania, bo przeszliśmy tylko kilkaset metrów i rozłożyliśmy namiot pomiędzy drzewami w sadzie w Selma 🙂

Kolejnego dnia załamała się pogoda i tak bardzo wiało i były chmury, że pół dnia przesiedzieliśmy w Walmarcie i wstawiliśmy zaległy wpis.. Wyszliśmy łapać stopa i bardzo zmarzliśmy przez wiatr, ale nikt nas nie chciał zabrać, tylko jeden chłopak dał nam 3 $ 😛 i pojechał dalej 😛 Zziębnięci poczłapaliśmy z powrotem do Walmarta i za „zarobione” pieniądze kupiliśmy sobie lody 🙂 Ugrzaliśmy się w markecie i poszliśmy spać.. Kolejnego dnia była lepsza pogoda, więc wcześniej zaczęliśmy łapać i udało się.. Kolejny Meksykanin przewiózł nas kawałek do Kingsburg do stacji benzynowej i powiedział, żeby się nie wstydzić i wziąć sobie coś do jedzenia i picia, więc wzięliśmy cztery Clifbary i soczek pomarańczowy i jabłkowy 😀 Stamtąd zabrał nas Armando, który jest azteckim Indianinem 🙂

Przywiózł nas do siebie do domu, dał na pamiątka aztecką piramidę ze świętym olejem, która ma nam przynieść szczęście w podroży i Las Vegas 😉 i zawiózł do.. swojej siostry na ranczo 🙂 Olivia powitała nas jak dawno nie widzianych znajomych i nakarmiła przepysznym meksykańskim burrito z fasolą, tak że prawie pękliśmy 😛 Opowiedziała o swojej rodzinie pokazując zdjęcia, a na koniec oddała nam swoją sypialnię z oddzielną łazienką 🙂

Czy już pisałam kiedyś jakich cudownych ludzi spotykamy na swojej drodze? 🙂 Życie jest takie wspaniałe i pełne miłości i radości 🙂 jesteśmy tacy wdzięczni! 🙂 A rano pierwszy raz w życiu jeździliśmy konno – na przemiłym koniu o imieniu Gator w wieku 21 lat! 🙂 bo to było prawdziwe rancho 😀 przemilaśny czarny kociamber, trzy psy, dwa kucyki, cztery dorosłe konie i jeden młody świeżo przyprowadzony z okolicznych gór i jeszcze nieoswojony, nad którym teraz właśnie Olivia pracuje 🙂

Po przejażdżce i śniadaniu pojechaliśmy do okolicznej buddyjskiej świątyni Mountain Spirit Center z Olivią i jej dwoma wnuczkami, a potem do Subwaya gdzie nam postawiła wegańską kanapkę, a dzieciaki zjadły obiad i lody 🙂 i podrzuciła nas na rozdroże w kierunku Vegas 🙂

Przytulaliśmy się nawet dwa razy, Olivia zrobiła sobie z nami zdjęcie i odjechała 🙂

A my po niedługim na szczęście czasie, bo bardzo wiało, złapaliśmy stopa prosto do Las Vegas 🙂 Przez całą drogę tylko pustynie i pustynie i.. góry 🙂 nie sam piasek tylko pełno drobnych krzaczków i kaktusów, ale wody to tam nie było nigdzie, a rzeki wszystkie powysychane..

Mojave „boneyard” czyli złomowisko samolotów

Najwyższy termometr na świecie w miasteczku Baker

Jukka krótkolistna zwana także drzewem Jozuego (Joshua Tree)

Największa elektrownia słoneczna Ivanpah Solar Plant

W Vegas wylądowaliśmy we Whole Foodsie gdzie było pełno pysznego wegańskiego jedzenia, między innymi lody Coconut Bliss w promocji 😀 więc spróbowaliśmy nowych smaków : miętowych z czekoladą, które były bardzo dobre, ale lepsze były chyba z korzennymi ciasteczkami bezglutenowymi, a najoryginalniejsze w smaku kawowe z macą i kawałkami surowego kakao 🙂

W Vegas odwiedziliśmy tylko rano znak Welcome, przy którym tylko wtedy nie było kolejki, a potem była bardzo długa, a resztę stwierdziliśmy, że odwiedzimy może później jak będziemy wracać z parków.. bo pogoda coraz zimniejsza, więc lepiej najpierw odwiedzić góry, a potem jak będziemy jechać na południe to znów odwiedzimy Vegas, no i zagramy chociaż raz w jakimś kasynie 😀

Z Vegas wydostaliśmy się dzięki Jeremiah, który uratował nas przed deszczem, zawiózł do Walmarta i nawet dalej niż chcieliśmy 🙂 W markecie kupiliśmy sobie pyszne lody brownie z okazji półrocznicy naszego małżeństwa 😀 i grube ciepłe bluzy i rękawiczki, żeby nie zamarznąć (bluzy niezbyt piękne i dużo za szerokie 😛 ale najważniejsze, że ciepłe 🙂 i z kapturem i z kieszonką kangurką) i do kompletu srebrną grubą folię na podłogę do namiotu, żeby od ziemi było cieplej 🙂 Przygotowani na mrozy i oby nie śnieg 😛 dotarliśmy z naszym kierowcą do Hurricane gdzie wciąż padało, ale już słabiej.. i udało nam się chyba ponad 3 tygodnie przeżyć bez deszczu! 🙂 Rekord ponad rekordy 😀 Spod stacji benzynowej było już niedaleko do parku i po chwili zabrała nas pani jadąca do pracy 🙂 Dotarliśmy już po południu, próbowaliśmy się czegoś dowiedzieć w Visitor Center, ale pani Rangers nie była zbyt rozmowna i wcale nie odwzajemniała naszego uśmiechu 😛 Dowiedzieliśmy się tylko, że nie będzie to nasz ulubiony park, jeśli chodzi o spontaniczną przygodę, ponieważ każdy nocleg musi być wcześniej zarezerwowany (z niemałym wyprzedzeniem), nawet ten backcountry.. i że nie można się rozbijać gdzie się chce (tylko chyba w 2 miejscach można, daleko od tego gdzie trafiliśmy) i nie można robić ognisk.. nigdy! pod żadnym pozorem! 😛 A za pozwolenie na nocleg w dziczy płaci się 15 $ a za kemping 20 $.. i że na górze podobno jest już sporo śniegu i.. nie ma wody.. Chwilę posiedzieliśmy nad mapą i doszliśmy do wniosku, że jednak nie zostaniemy tu 7-10 dni, tak jak planowaliśmy.. i nie odpoczniemy tak jak chcieliśmy.. bo nie zarezerwowaliśmy miesiąc wcześniej noclegu 😛 i nie będziemy dźwigać ze sobą galona wody na każdy dzień 😛 W ostatnim momencie się dowiedzieliśmy, że nam przestawili godzinę w nowej strefie czasowej 😛 więc nawet sobie elektroniki nie zdążyliśmy podładować i zamknęli nam Visitor Center 😛 a my poszliśmy na dwór gotować jedzonko i szukać noclegu 🙂 Na szczęście przestało padać, ale było bardzo zimno.. Spaliśmy na zamkniętym kempingu, ale to oznaczało, że znowu trzeba wstać bardzo wcześnie.. Widno zrobiło się jeszcze przed 7:00..

Zjedliśmy coś, poszliśmy do łazienki się umyć i łapaliśmy stopa, bo autobusy jeżdżą tylko w weekendy.. Po chwili zabrało nas 2 chłopaków busem, którzy też jechali do The Grotto 🙂

Po kilku minutach wchodzenia stromo pod górę, zaczęło świecić na nas słońce i w końcu dogrzani – powoli się rozbieraliśmy z kolejnych cebulkowych warstw, a było ich sporo, mimo że mrozu w nocy nie było, ale bardzo mocny wiatr.. Widoki po drodze były przecudne 🙂 mnóstwo barw, czerwono pomarańczowe skały, żółte liście na drzewach, zielone kaktusy i krzaczki.. Jest to faktycznie wyjątkowy park i widoki jakich w Polsce się nigdzie nie zobaczy.. ale.. na szlaku tłum ludzi.. Spodziewaliśmy się większej dzikości.. ale może to przez to, że Święto Dziękczynienia za 2 dni i pewnie mają długi weekend.. Z naszymi ciężkimi kreaturkami na plecach byliśmy dla niektórych wiekszą atrakcją niż krajobrazy.. Ale cóż się dziwić kiedy większość osób sapała gorzej od nas z malutkimi plecakami albo w ogóle bez 😛 Wszyscy byli pod wrażeniem jacy jesteśmy dzielni 😀 i nie mogli uwierzyć dlaczego idziemy z plecakami skoro nie nocujemy na górze 😛 Trudno im tu w Ameryce uwierzyć, że ktoś może nie mieć samochodu i nie jest bezdomny 😛

Udało nam się jakoś doczłapać do rozdroża, na którym zrobiliśmy sobie piknik podziwiając przecudną panoramę dolinki i czekając aż szlak się troszkę wyludni.. bo teraz dalsza część trasy na Angels Landing wiodła wąską przepaścistą ścieżką, przeważnie z łańcuchami.. Śmialiśmy się, że pełno ludzi, którzy zeszli na dół cieszyli się, że przeżyli i byli tacy z siebie dumni, że ho ho 😛 A okazało się, że to dlatego, iż przy wejściu na łańcuchy była tablica z informacją, że od 2004 roku 6 osób nie przeżyło wycieczki tym szlakiem..

W sumie na wejściu na Orlą Perć też powinni coś takiego ustawić, to może część osób wchodząca tam w japonkach albo z malutkimi dziećmi albo lękiem wysokości by się zastanowiła przed wejściem.. bo tablica,  że szlak jest niebezpieczny, powoduje tylko typowo polską reakcję: „Co ja nie wejdę?!” 😛

W końcu na łańcuchach się troszkę przerzedziło, więc ruszyliśmy w kierunku anielskiego lądowiska 🙂 Widoki wspaniałe 🙂 Szlak bardzo ciekawy i miejscami mocno eksponowany i podobny troszkę do Orlej Perci 🙂 ale ogólnie dużo łatwiejszy, tyle że bez takiego wielkiego plecaczora 😛 a z kreaturką przyznaję, że momentami było mi bardzo ciężko, nawet jak podciągałam się za łańcuch albo jak nie było łańcucha i Grzesiek mnie popychał 😛 Jednak 20 kg na plecach robi sporą różnicę 😛 od innego punktu ciężkości, przez trudniejsze utrzymanie równowagi, do ciężkości dźwigania plecaka pod górę po prostu 😛

 

Ale dla widoków na górze warto było 😀 Oprócz przepięknej panoramy na dolinę i rzekę wijącą się dookoła i wysokie kolorowe góry gdzie okiem sięgnąć, zaszczyciły nas swoją obecnością jeszcze.. kondory kalifornijskie 🙂 które przeleciały sobie zaraz obok nas szybując na wietrze 🙂 Tak ogromnych ptaków jeszcze w życiu nie widzieliśmy 🙂 Są większe niż orły i budzą respekt przez ogromne pazury i dzioby 🙂 Są największymi ptakami w Ameryce Północnej, rozpiętość ich skrzydeł dochodzi do 320 cm! 🙂 a waga do 14 kg! 🙂 Składają tylko jedno jajo co dwa lata, które wysiaduje oboje rodziców przez około 50 dni i opiekują się pisklakiem do 8 miesięcy, a żyją do 50 lat! 🙂 Ale są też najrzadszymi ptakami na świecie, a w latach 1987-92 na wolności było tylko 8 sztuk, które wyłapono, żeby je oznaczyć i reintrodukować i teraz jest ich na wolności 156, czyli dalej bardzo mało i niezły mieliśmy fart, że udało nam się je zobaczyć 🙂

Z ciekawostek przez swoją wielkość kondory potrzebują sprzyjających warunków atmosferycznych, żeby w ogóle się wznieść w powietrze i podczas deszczu i pogody bezwietrznej w ogóle nie latają 😛 a poza tym są padlinożerne 😛 Kondory pokrążyły dookoła nas, żeby każdy mógł zrobić zdjęcie i nacieszyć oczy i.. odleciały 🙂 takie troszkę dziwne mają tu te anioły 😉 ale bardzo ładne 🙂 Posiedzieliśmy chwilę na górze, pomedytowaliśmy, nacieszyliśmy oczy, pobyliśmy tu i teraz i schodziliśmy.. a nie było to wcale łatwiejsze niż wchodzenie 😛 ale przynajmniej tłum ludzi był już mniejszy 🙂

Na rozdrożu znów sobie zjedliśmy jedzonko i część trasy schodziliśmy już po ciemku, ale za rozdrożem już był praktycznie wszędzie wybetonowany chodnik, więc spoko 😛 Spaliśmy w dolince niedaleko rzeki, więc mimo skał z jednej strony nas osłaniających było dosyć zimno.. i dzisiaj wejdę jeszcze jednak w kiszkę wewnętrzną 😛 Tam było ciszej niż poprzedniej nocy i mieliśmy znów hotel 1 000 000 gwiazdkowy, dzięki bezchmurnemu niebu i ciemności dookoła 🙂 A rano spotkaliśmy rodzinę mulaków 🙂 5 małych, 5 mam, 4 rogatych tatusiów, z których jeden miał rogi przeogromne 🙂

Dzisiaj zaplanowaliśmy sobie wędrówkę w stronę East Rim, miał być punkt widokowy, ale okazało się, że była by to powtórka z wczoraj, więc poszliśmy do Hidden Canyon, bo czegoś takiego jeszcze nie widzieliśmy 🙂 Droga znów stromo pod górę i niestety tym razem cały czas w cieniu, a w połowie trasy o dziwo znów łańcuchy.. Fajna trasa przy urwisku nad przepaścią 😀 tzn. z jednej strony pięknie rzeźbione skały i przy nich łańcuchy, pod nogami wąska skalista ścieżka i.. przepaść 😉 jak byśmy szli do jakiejś ukrytej buddyjskiej świątyni, a nie do ukrytego kanionu 😉

Widoki na dolinkę znów bardzo ładne i formacje skalne też, do tego ten niesamowity czerwony kolor 🙂 Ukryty kanion był tak dobrze ukryty, że niektórzy ludzie nie wiedzieli w ogóle którędy mają iść 😛 Przez chwilę na rozdrożu poświeciło na nas pierwsze tego dnia słońce, ale schowało się za skalnymi ścianami otaczającymi nas z dwóch stron.. Szliśmy przepięknym tunelem.. po prawej cudnie wyrzeźbiona piaskowcowa ściana w takie wzory, że najlepszy architekt by się nie powstydził, a po lewej omszona zielona skała..

Bardzo fajny kanion, taki różnorodny, wspaniałe kolory i kształty.. a pod stopami.. plaża 😀 i co jakiś czas resztki strumyczka.. Przejścia były momentami takie wąskie, że przed jednym trzeba było zostawić plecaki w skalnej jaskini, bo byśmy się z nimi nie przecisnęli 😛 Było to trochę jak trasa z przeszkodami i kilkoma możliwymi opcjami do wyboru 🙂 a na końcu nawet jeden skalny łuk, jakich już raczej nie zobaczymy więcej przez zimno w Arches National Park..

Bardzo nam się podobało i w porównaniu do wczorajszego szlaku tym szło mało ludzi..  a jak wyszliśmy sobie na górę z widokiem na dolinę, przez większość czasu siedzieliśmy sami 🙂 świetne miejsce 🙂 cisza, piękny widok znad przepaści, tylko słońca brakowało.. ja sobie pisałam, Grzesiek się wspinał, trochę po prostu siedzieliśmy i patrzyliśmy 🙂

Jak to dobrze, że tu jesteśmy 🙂 że jesteśmy 🙂 że mamy zdrowe oczy i widzimy te cudowności 🙂 że możemy tutaj chodzić naszymi nóżkami 🙂 że jesteśmy zdrowi 🙂  że świeci słońce 🙂 ..w sensie nie pada 🙂 że mamy siebie 🙂 że mamy medytację i cieszenie się chwilą 🙂 że mamy miłość i radość 🙂 w każdym naszym kroku 🙂 teraz i tu 🙂 dziękujemy! 🙂

Tańczący z wilkami

12 listopada godz. 16:14

Yosemite jest narazie naszym najulubieńszym parkiem w Ameryce 🙂 W dużym stopniu na pewno przyczyniła się do tego fantastyczna pogoda jaką tutaj mamy nieprzerwanie 10 dzień! 🙂 Jest to absolutny rekord w ciągu naszej podróży! 🙂 Jeszcze się nie zdarzyło, żeby nie padało dłużej niż 7 dni 🙂 a teraz wciąż jest słońce, ewentualnie przykryte delikatną warstwą chmur 🙂 Kolejną noc w Little Yosemite Valley przeżyliśmy dużo lepiej bo zapobiegawczo złożyliśmy maty na pół, żeby nawet jak zejdzie powietrze było w miarę ciepło, ale ponieważ w ten sposób sięgnęły tylko bioder, pod nogi daliśmy wypchane resztą ciuchów i w miarę miękkich rzeczy plecaki.. na to kiszka zewnętrzna, ja w trzech parach skarpetek 😛 dwóch koszulkach na krótki rękawek (czyli wszystkich jakie mam 😛 tych dwóch na ramiączkach już nie zakładałam 😉 ), koszulce termicznej, bluzie, kurtce wiatrówce, czapce, rękawiczkach, getrach, zielonych spodniach i przeciwdeszczowych – a w śpiworze jeszcze kiszka wewnętrzna 😀 Tym razem udało się spokojnie wyspać w cieple bez podkulonych przez całą noc nóg pod korpusik 😛 Nie budziliśmy się też co 30 minut kiedy jeden z boków, na który się akurat obróciliśmy przymarzał i bolał jak reumatyzm 😛 a nogi nie były bardziej zmęczone niż przed spaniem przez podkulanie przez całą noc 😉 Można powiedzieć, że tej nocy udało się nam odpocząć 🙂 i w miarę się zregenerować, więc postanowiliśmy się wybrać dalej w kierunku Merced Lake 🙂 Przeszliśmy może z 10 minut drogi od kempingu i spotkaliśmy pierwszy raz w życiu.. cztery wilki! 🙂 Cała rodzinka przyglądała się nam ze środka ścieżki, którą podążaliśmy, może z 50 metrów przed nami 🙂 po czym dostojnie się oddaliły w swoim kierunku 🙂 Nie pamiętaliśmy już za bardzo jak wygląda dokładnie wilk bo w ZOO byliśmy ostatnio w podstawówce 😛 bo teraz jesteśmy przeciwni tej organizacji i nie chodzimy, gdyż przynajmniej w Polsce niestety nie wygląda to tak jak powinno i z pewnością zwierzęta, które tam przebywają w więzieniu ku uciesze gawiedzi są bardzo nieszczęśliwe.. Może gdyby wyglądało to jak rezerwat i miałyby dużo miejsca i mogłyby zachowywać się naturalnie, a nie chodzić z kąta w kąt klatki to byśmy taki przybytek odwiedzili.. ale nie kojarzę, żeby w Polsce gdzieś tak było.. A zdecydowanie lepiej pokazać dziecku zwierzę w jego naturalnym środowisku, gdzie może się zachowywać jak dzikie zwierzę po prostu.. i kiedy ma ochotę to je, a kiedy chce to śpi, biega, poluje.. Wiadomo.. ochrona zagrożonych gatunków.. ale kto miałby ochotę się rozmnażać w klatce otoczonej przez gapiów.. Zdecydowanie lepsze wyniki w przywracaniu ilości zwierząt zagrożonego gatunku dają rezerwaty, w których po prostu sobie mogą żyć swoim szczęśliwym zwierzęcym życiem, bez ingerencji człowieka, bez myśliwych i kłusowników, którzy to najczęściej przyczyniają się właśnie do zmniejszenia populacji jakiegoś gatunku i bez zabierania ich terenu pod jakieś uprawy itd.. Ale wracając do wilków to wydawało się nam, że są większe 😛 szczególnie że filmach, w których ktoś nagle ląduje wśród krwiożerczych wilków, które tylko czekają żeby go pożreć 😉 są ogromne 😛 Były jak mały owczarek niemiecki, a jak nas zobaczyły i stwierdziły, że idziemy w ich stronę (a miały przewagę liczebną 😛 ) po prostu się oddaliły 🙂 są bardzo piękne i dostojne 🙂 takie idealne psy 🙂 dzikie i samowystarczalne 🙂 Po przejściu jeszcze kawałka polany zrobiło się nam tak ciepło, że aż rozebraliśmy się do krótkiego rękawka i podwinęliśmy spodnie 🙂 Mimo, że szliśmy przez spalony las i narazie tylko drobne krzaczki zdążyły odrosnąć, widoki i tak były przepiękne bo dookoła wysokie i bardzo kolorowe góry, a pomiędzy spalonym lasem co jakiś czas płynęły szemrzące strumyczki 🙂

Poza tym, że spotykaliśmy ptaki i wiewiórki – nie spotkaliśmy żadnej istoty, aż do wodospadu, przy którym zrobiliśmy sobie piknik 🙂

Usiedliśmy na gorących kamiennych płytach, wykąpaliśmy stópki w lodowatej i krystalicznie czystej wodzie wodospadu i.. medytowaliśmy 🙂 Opalaliśmy się, siedzieliśmy, słuchaliśmy szumu wody.. cieszyliśmy się słońcem 🙂 pięknymi widokami 🙂 pysznym jedzonkiem 🙂 delektowaliśmy się chwilą 🙂 Takie momenty podróży lubię najbardziej 🙂 czyli zasłużony odpoczynek 🙂 a w dodatku w pełnym słońcu 🙂 Było chyba ze 20°C ale dla nas zahartowanych mrozem nocy było tak gorąco, że siedzieliśmy nad wodą prawie na golasa 🙂 prawie bo jednak zawsze jest szansa, że ktoś będzie przechodził, a to jednak przy samym szlaku 😉 i za jakiś czas szła jedna dziewczyna.. ale zebraliśmy się dużo później i już w ciągu tego dnia nie spotkaliśmy nikogo.. Droga była długo i pod górę, ale widoki zachwycały 🙂 z daleka (na szczęście) ośnieżone szczyty gór, w dole przepiękna dolina, kolorowe liście na drzewach, wszędzie małe wodospady.. i cisza.. i brak ludzi.. i tu i teraz.. „każdy krok niesie pokój”.. każdy wypełniony miłością i radością 🙂 i ogromną wdzięcznością 🙂 za to gdzie jesteśmy 🙂 że mamy nogi 🙂 mamy oczy 🙂 że jesteśmy tu i teraz 🙂 mimo, że plecy pękają pod ciężarem plecaka, że nogi z każdym krokiem też coraz bardziej zmęczone.. że słońce po jakimś czasie znika za górami i w tej sekundzie robi się bardzo zimno, mimo że cały czas idziemy pod górę 😛 Bo jak się jest w cieniu, nawet w dzień jest bardzo zimno, w słońcu gorąco (ale tylko między 11stą a 15stą, a w nocy.. lodowato 😛 Na wysokości 2070 m przywitał nas pierwszy lód! a 100 m wyżej pierwszy śnieg 😛 na szczęście tylko jego pozostałości 😉

Do jeziora doszliśmy już po zmroku, a kemping był na jego drugim brzegu, więc tam doszliśmy całkiem po ciemku.. Tego dnia przeszliśmy prawie 17 km 🙂 Całkiem niezły wynik jak na takie wysokie góry 🙂 Tej nocy spaliśmy na wysokości ponad 2200 m 🙂 (nasz rekord życiowy) ale o dziwo, było cieplej niż na poprzednim kempingu 🙂 a wszystko dzięki wspaniałej grubej warstewce igieł sekwoi pod naszym namiotem 🙂 jaka cudowna izolacja 🙂 Ale zestaw spankowy taki jak dzień wcześniej, aczkolwiek było mi naprawdę bardzo ciepło 🙂 Myśleliśmy, że będziemy sami, ale podczas czytania kundelka Teofila na dobranoc, dotarło jeszcze dwóch piechurów.. Rano odwiedziliśmy Merced Lake oświetlone słońcem 🙂 chwilę je podziwialiśmy – a było co 🙂 bo jest to przepiękne jezioro otoczone górami i drzewami 🙂 i ruszyliśmy dalej..

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

Tego dnia przeciążone plecy pozwoliły nam dojść tylko do opuszczonej chatki Rangersów (niecałe 4 km) i tam opalaliśmy się na słońcu i medytowaliśmy 🙂 a jak zrobiło się zimno ogrzewaliśmy się przy ognisku 🙂

Czy już pisałam jak uwielbiam ogniska? 🙂 Ugrzani ciepełkiem poszliśmy spać do naszykowanego spanka, ale nie była to komfortowa noc.. może przez to, że blisko rzeki, bo namiot na grubej trawie, a było tak zimno, że mało co spaliśmy.. i pierwszy raz podczas naszej podróży spaliśmy.. w butach! 😛 mimo 3 par skarpetek (u mnie, u Grześka dwóch) i 3 kiszek stopy w ogóle nie chciały się ogrzać, mimo podkulenia pod korpusik 😛 było tak zimno, że nie dało się spać.. a po założeniu butów i wejściu do wszystkich kiszek stopy się troszeczkę ugrzały.. i na jakiś czas zasnęliśmy.. Ale był to punkt zwrotny naszej podróży po Yosemite i zmiany decyzji co do dalszego kierunku podróży.. Chcieliśmy zobaczyć Tuolumne Meadows – podobno bardzo piękne miejsce, a na zimę jest tam zamknięta droga dojazdowa i można dojść tylko szlakiem pieszym z Yosemite Valley 44 km w jedną stronę.. ale łąka jest na wysokości 2600 metrów, a po drodze Vogelsang High Sierra Camp na 3100 metrów.. i prawdopodobnie jest tam śnieg.. skoro już na niecałych 2300 metrów było tak zimno w nocy, to tam nie będzie lepiej 😉 a my już więcej ciuchów nie mamy 😛 nawet kurtki puchowej, i cieniutkie czapki i rękawiczki i buty poniżej kostki i brak szalika.. Stwierdziliśmy, że nie będziemy się na to porywać, bo jesteśmy niestety nieprzygotowani na taką pogodę i jak się później okazało – była to bardzo słuszna decyzja 🙂 Ale może kiedyś wrócimy tu latem 😉 chociaż pewnie nie, bo wtedy na pewno jest tutaj dziki tłum 😛 a teraz było idealnie 🙂 czyli oprócz nas praktycznie nikogo 🙂 pewnie wszyscy byli wybierać Trumpa 😉 Kolejnego dnia zanim odtajaliśmy po mroźnej nocy ruszyliśmy na szlak dopiero po 14stej.. dzień był pochmurny, więc słońce nas nie dogrzało 😛 ale jak to zawsze sobie mówimy na pocieszenie: najważniejsze, że nie pada ;P

Przez cały dzień drogi w kierunku Half Dome nie spotkaliśmy nikogo.. tylko ptaki i wiewiórki 🙂 pełno wiewiórek! a najsłodsze te najmniejsze, które wyglądają jak dzidzie wiewiórek 🙂 takie mikroskopijne i baardzo szybko biegające 🙂 Widoki w dalszym ciągu przepiękne 🙂 cisza 🙂 spokój 🙂 zapach gorących igieł (jeden z moich najulubieńszych 🙂 ), żywicowych szyszek (jest ich tutaj zatrzęsienie!), wiatr na twarzy 🙂 czego chcieć więcej? 🙂

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

Zbliżała się pora na spanie tego dnia, ale nauczeni ubiegłym noclegiem chcieliśmy znaleźć miejsce z dala od rzeki i na podściółce z igieł (jak najgrubszej) 🙂 Udało się znaleźć tak fajne miejsce, że rano już po 8:00 opalaliśmy się w namiocie 🙂 bo akurat świeciło na niego słońce 🙂 zasiedzieliśmy się do południa, więc tego dnia nie przeszliśmy bardzo daleko, tylko 7 km tak jak wczoraj, a i to tylko dlatego aż tak dużo, że znalezienie noclegu nie było łatwe, żeby było ciepło w nocy, bo trafił się akurat spalony las, więc była goła ziemia i nie chciał się skończyć..

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

Nocleg rozkładaliśmy już po ciemku (czyli około 18tej 😛 ) na dosyć grubych igłach, odeszliśmy od rzeki za górkę, żeby nas osłaniała i na wszelki wypadek obłożyliśmy namiot dookoła iglastymi gałązkami znalezionymi na ziemi, żeby osłonić się przed wiatrem 🙂 Noc była ciepła i spokojna 🙂 a rano nawet słońce zaświeciło nam w namiot 🙂

Wstaliśmy tym razem dosyć wcześnie, bo tego dnia mieliśmy ambitny cel – Half Dome 🙂 Chcieliśmy dojść do skrzyżowania pod górą, zostawić tam plecaki i pójść stromo pod górę ostatnie kilometry już na lekko.. ale przy skrzyżowaniu tablica informowała, że lepiej tam nie zostawiać plecaków (czyli nie tylko my wpadliśmy na ten pomysł? 😛 ), bo grasuje tam sporo misiów i są nimi bardzo zainteresowane 😛 Chcąc nie chcąc wdrapywaliśmy się pod górę z pełnym obciążeniem.. żeby odciążyć trochę Grześka plecy tym razem ja niosłam namiot i.. ledwo przeżyłam ;P Nie no oczywiście żartuję.. wiadomo, że jestem dzielna i co mi tam 3 kg w tą czy w tą 😉 Już po drodze widoki były wspaniałe, więc spodziewaliśmy się, że na szczycie będzie przepięknie 🙂

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

Dopiero pod kulminacyjnym wejściem gołą skałą zostawiliśmy plecaki i szliśmy bez niczego, ponieważ były już na zimę zdjęte poręcze ułatwiające wejście, więc lepiej było być bez plecaków, żeby łatwiej było utrzymać równowagę 🙂 Prawie na sam wierzchołek były.. schody 😛 (niedługo pewnie będzie winda 😉 ), tylko ostatnie metry to goła skała z granitu, ale szorstka i tylko miejscami z drobnymi kamyczkami, które można było ominąć.. 🙂 Jak lekko bez plecaków.. jak byśmy latali! 🙂 ani się nie obejrzeliśmy i już wspięliśmy się wyżej niż kiedykolwiek w naszym życiu – 2571 metrów! 🙂

A na szczycie słońce, wspaniałe widoki dookoła i jeszcze wyżej można było wejść po.. drucie zawieszonym wzdłuż prawie pionowej skały.. nawet próbowaliśmy kawałek, ale skała była tak wyślizgana, że + nasze też już baaardzo wyślizgane podeszwy butów = duży poślizg 😛 więc daliśmy spokój.. i siedzieliśmy sobie i medytowaliśmy ciesząc się szczytem, który nam się udało zdobyć i pogodą, która nam na to pozwoliła 🙂

I zgadnijcie kogo spotkaliśmy.. chłopaka z UK jadącego na rowerze 😀 tego z pralni, którego już wcześniej spotykaliśmy.. świat jest mały.. poczuliśmy się jak starzy znajomi 😉 Wróciliśmy po plecaki i dotarliśmy do kempingu Little Yosemite Valley po ciemku..

W nocy znów igły pod namiotem i gałązki dookoła, więc było ciepło 🙂 a w dzień postanowiliśmy odpocząć trochę nad rzeką przy kempingu, wyprać chociaż spodnie, które były całe usmolone spalonym lasem i uklejone żywicą 😛 i umyć włosy 🙂 Wyczyn był to nie lada, bo woda prosto z rzeki była tak lodowata jak ta pod darmowym prysznicem na kempingu w Cisnej 😛 ale tam się nie odważyłam na mycie włosów 😛 a tu nie było innego wyjścia 😉 Głowa mi prawie odpadła – tak bolała jak Grzesiek polewał mi włosy wodą prosto z rzeki 😛 ale na szczęście słońce świeciło tak mocno, że włosy wyschły mi chyba w niecałą godzinę 🙂 i jeszcze ten drobniuteńki piaseczek na plaży przy rzece pod gołymi stopami 😀 warto było! 🙂 Na pewno lepiej niż by nam było na plaży w LA 😉 Można powiedzieć, że plaża w Kalifornii zaliczona ;D Cisza, spokój, szum strumienia.. tylko my.. i.. wilki.. dwa.. które postanowiły podejść pod nasze plecaki.. ze 3 kroki od nas! 🙂 ale nic do jedzenia nie było na wierzchu, więc patrol poszedł dalej w las 😛

Spodnie niestety nie zdążyły wyschnąć, więc założyliśmy mokre i ugrzewaliśmy je przy wieczornym ognisku 🙂 przy którym towarzyszył nam Paweł.. z Czech 🙂 On przeszedł taką trasę, jaką my planowaliśmy i dzięki niemu dowiedzieliśmy się, że dobrze, że tam nie poszliśmy 😛 Śnieg był taki, że ma całe mokre buty (dużo wyższe niż nasze) i skarpetki, a normalnie ludzie chodzili tam na rakietach śnieżnych 😛 A widoków na łące nie widział, bo była noc, a tam nie można było spać, więc szedł dalej 😛 Zmęczony poszedł spać, my jeszcze trochę się pogrzaliśmy, dogasiliśmy ognisko i też spaliśmy 🙂 Kolejnego dnia kiedy schodziliśmy na dół spotkaliśmy baardzo dużo ludzi.. w końcu to popularny szlak, jeśli się go nie idzie po ciemku 😛

Zobaczyliśmy wodospad Nevada, który był naprawdę urodziwy, ale był przy nim taki tłum, mimo że to już nie sezon i jesień i nawet nie weekend, że stwierdziliśmy, że nasza rzeczka z wilkami jednak nam się dużo bardziej podobała 😉 bo wiadomo, że medytować można nawet w środku ruchliwego miasta, ale my jednak wolimy wśród ciszy i dzikości 🙂 Przy Vernal Fall ukazała się nam nawet tęcza 🙂 ale za długo tam nie posiedzieliśmy bo było już zimno i śmigaliśmy na dół, żeby zdążyć do Visitor Center przed 17stą oddać puszki misiowe 🙂

Chcieliśmy wysłać rodzince info, że żyjemy, ale przemiły pan od puszek nie dał nam hasła do wifi bo jest prywatne.. heh.. i tak życzymy mu wszystkiego dobrego.. i żeby był szczęśliwszy w swoim życiu.. bo za każdym razem jak go widzimy ma skwaszoną minę 😛 Internetu brak.. jest telefon stacjonarny z możliwością zadzwonienia za granicę za 1 $ za 2 minuty! 😛 ale biorąc pod uwagę, że u nas była już 17sta w Polsce była już 26sta 😛 więc żeby nie spowodować zawału rodzicielom stwierdziliśmy, że zadzwonimy rano 🙂 i poszliśmy na zakupy do supermarketu 😛 Banany sztuka za 2 zł, awokado za 8zł, Clifbary za 8zł, czekolada gorzka z malinami (88 gram!) za 15zł, czipsy z fioletowej organicznej kukurydzy za 16zł, masło orzechowe 100% 18zł, a ryż brązowy niecałe pół kilo za 6zł.. więc kupiliśmy kilka paczek bo tak tanio 😛 Nie poszalejemy z naszym weganizmem tutaj 😛 żeby nie zbankrutować trzeba jechać do miasta zrobić zakupy 😛 Noc w dolinie była taka ciepła, że spaliśmy tylko w jednym śpiworze! bez kurtek i spodni przeciwdeszczowych i ja tylko w dwóch parach skarpetek 😀 Rano się okazało, że nie da się zadzwonić z budki.. pewnie można tylko na stacjonarne.. a nie ma zasięgu, żeby wysłać sms.. heh.. dobrze, że po drodze ze sklepu zobaczyliśmy szczegółową mapę, na której było zaznaczone, że darmowe wifi jest przy delikatesach (w remoncie 😛 ) i w bibliotece 🙂 jest nadzieja 😀 Okazało się, że biblioteka jest czynna we wtorek, środę i czwartek ze 4 godziny 😛 a jest piątek.. Kartka na drzwiach, że darmowe wifi, hasła brak.. heh.. na szczęście za budynkiem Grzesiek zdobył hasło od siedzącej tam pary 🙂 Uratowani! 🙂 Wysłane maile do domku, odpowiedzi na bloga.. i zamarznięci na tyle, że idziemy spać w to samo miejsce 🙂 Kemping o dziwo tylko za 6 $ za osobę (oczywiście bez prysznica), ale pełny i.. śmierdzący grillem! i taki hałas, że chyba byśmy nie zasnęli, więc poszliśmy spać tradycyjnie do lasu 🙂 ciepło, miło i przyjemnie 🙂 i cicho 🙂 i świeże powietrze 🙂

A dzisiaj udało się dostać do pralni, gdzie siedzimy większość dnia, bo jest ciepło, zrobiliśmy pranie (spodnie najpierw trzeba było wyszorować mydłem i gąbką bo były czarne a nie zielone 😛 ) i suszenie za 2$, a do tego umyliśmy sobie za darmo włosy 🙂 Niestety dalej tylko kocie mycie w umywalce nam zostało, mimo że udało nam się nawet wypłacić pieniądze w bankomacie (opłata za wypłatę 4$, przez ostatni miesiąc nie udało nam się znaleźć bankomatu, który nie pobiera opłaty), bo prysznic za jedną osobę (a nie da się pójść razem bo oddzielnie damski i męski i jest koło hotelu, więc na pewno jakiś cerber pilnuje 😉 ) kosztuje skromne 5$! ktoś chyba upadł na głowę.. spróbujemy szczęścia znów z CS tym razem we Fresno i może się uda wyszorować porządnie pod gorącym prysznicem 🙂 a narazie zimna woda w umywalce na kempingu, ale przynajmniej za darmo 😉 Jutro wyruszamy dalej uzupełnić zapasy, a potem Kings Canyon i Sequoia National Park jeśli pogoda pozwoli, a jeśli nie to cieplejsze strony czyli Death Valley itd.. zobaczymy co przyniesie nam życie 🙂 Narazie cieszymy się bardzo, że jesteśmy w Yosemite 🙂 jest tu przepięknie i codziennie jest słońce 🙂 a w nocy już nie zamarzamy 🙂 jest czyste powietrze 🙂 czysta woda 🙂 szurające pod nogami, pachnące jesienią żółte liście 🙂 jelenie wylegujące się na łąkach 🙂 najdłuższy w Ameryce Północnej wodospad 🙂 robiące wrażenie góry 🙂 cisza i spokój bo już mało turystów 🙂 czas, żeby odpocząć 🙂 cieszyć się chwilą 🙂 delektować się 🙂 celebrować 🙂 świętować 🙂 medytować 🙂 być tu i teraz 🙂 razem 🙂 dziękujemy! 🙂

Słoneczne Yosemite

3 listopad 14:52

Z Novato zabrała nas na stopa kolejna kobieta Shila (ale te kobiety są tutaj dzielne 😀 ), która nas podwiozła w ogóle nie jadąc do San Francisco bo jak to powiedziała szkoda jej się nas zrobiło, że już się niedługo ściemnia a w dodatku pada 😛 Poczłapaliśmy w deszczu i we mgle i można powiedzieć, że spaliśmy pod mostem 😉 ale nie byle jakim bo Golden Gate Bridge 😀

Jak się kładliśmy spać to go w ogóle nie było widać, ale jak wstaliśmy o 6 rano i było jeszcze ciemno, mgła opadła i poprawiła się widoczność, tak że powitał nas piękny widok oświetlonego mostu, miasta i gwiazd na niebie i dopiero przy takim świetle most wyglądał na złoty, bo w dzień jest ciemnoczerwony..

Kiedy przechodziliśmy przez most, który ma prawie 3 km długości widzieliśmy delfiny 🙂 kilka helikopterów i pływające dookoła wojskowe motorówki z.. karabinami maszynowymi 😛 od razu poczuliśmy się bezpieczniej z taką obstawą 😉 i zastanawialiśmy się nawet czy nie kręcą akurat jakiegoś filmu ;P ale chyba nie..

Alcatraz, które było widać w oddali też już nie pełni swojej dawnej funkcji więzienia, więc raczej nikt nie uciekł 😉 Ileż paliwa zużywają takie motorówki, które pływają tam wkoło tak długo.. ile oni pieniędzy marnują na wojsko.. ręce opadają.. Ale skoro Amerykanie się czują dzięki temu bezpieczniej to niech płacą na to podatki jak chcą 😛

Przez San Francisco przyjechaliśmy darmowym autobusem, żeby pooglądać chociaż przez szybę Downtown 🙂 ale jak to duże miasto nie zrobiło na nas wrażenia 😛

Może byśmy pozwiedzali wegańskie knajpy bo podobno według Happycow są najlepsze na świecie, ale nikt z couchsurfingów nas nie chciał, a noclegi podobno tam są (nawet jak na Amerykę:P) mega drogie.. My spaliśmy za darmo pod mostem i się nie musieliśmy przekonywać jakie są ceny.. Kemping co prawda kosztował 25 $ za miejsce (taniocha 😉 ) i był nawet bez wody pitnej, nie mówiąc o prysznicu 😛 ale przyszliśmy już jak było późno i nie było komu płacić, a wyszliśmy zanim się zrobiło widno.. miejsce było jak na nasze tradycyjne noclegi bardzo równe i w żadną stronę się nie staczaliśmy 😛 ale Grześka budził ocean, bo były wielkie fale i był bardzo głośny, więc jakoś super się nie wyspaliśmy 😛 Spodziewaliśmy się czegoś więcej po tym couchsurfingu, ale niestety jeżdżąc na stopa nie jesteśmy w stanie się zapowiedzieć z tygodniowym wyprzedzeniem 😛 bo nie wiemy nawet gdzie dotrzemy jutro 😛 A jak nam napisał jeden Polak (który tak czy siak nas nie przygarnął, bo miał się zapytać współlokatorów czy może, a w końcu tego nie zrobił) normalnie by nawet nie przeczytał tego co napisaliśmy, bo on czyta tylko pytania ludzi z minimum 5 referencjami.. ale spoko wyglądamy.. hmm.. czyli to, że przez 3 miesiące sobie sami radziliśmy i nie żerowaliśmy na cudzej gościnności i tylko dwa razy u kogoś spaliśmy jest naszym minusem.. no cóż.. nie tak sobie wyobrażaliśmy ideę tego serwisu.. dobrze, że część ludzi nam chociaż odpisuje, że nie mogą bo coś tam.. ale większość albo nic nie pisze albo nas po prostu skreśla bez przyczyny.. Szkoda, że nie zapisaliśmy się przed wyjazdem do Servasu, bo to chyba trochę lepiej działa, ale mieliśmy nadzieję że couchsurfing będzie w porządku.. Grześ nam trochę podpowiedział, więc może dzięki niemu jeszcze uda się jakiś nocleg prze cs, ale ogólnie słabo.. Nie mieliśmy ochoty szukać noclegu w San Francisco na dziko, bo to by było chyba ponad nasze siły, więc po przejechaniu miasta autobusem zaczęliśmy łapać stopa do Oakland.. Kiedy staliśmy przy wyjeździe z miasta z kartką podeszła do nas z pretensjami pewna murzynka, że zabieramy jej miejsce 😛 (miała kartkę jak wszyscy bezdomni w stylu: jestem głodna i biedna.. niech wam Bóg błogosławi..), ale jak zobaczyła, że chcemy tylko wyjechać z miasta to życzyła nam powodzenia 😉 Stamtąd zabrała nas kolejna dziewczyna! z psem i po 10 km trailu przez miasto i przez park dotarliśmy w końcu do kempingu.. który okazał się monitorowanym miejscem z kilkoma drewnianymi domkami, oczywiście bez wody.. prawie się rozłożyliśmy pod samą kamerą 😛 taka była mgła.. Ale w końcu odeszliśmy kawałek i spaliśmy w dosyć spokojnym miejscu, a poszliśmy spać już o 4 rano 😛 tyle czasu nam zajęło chodzenie przez ten park po ciemku, we mgle i stromo pod górę..

Pospaliśmy kilka godzin i ruszyliśmy dalej.. przez Redwood Regional Park (przypominał nam trochę podwrocławską Ślężę 🙂 ) jego niezliczonymi górzystymi ścieżkami 🙂 bardzo fajne miejsce.. ścieżki rowerowe, szlaki piesze, miejsce na piknik, bezpłatne kibelki.. Sporo ludzi korzystało z jego dobrodziejstw, ale był akurat weekend.. i całkiem fajna pogoda 🙂

Kolejnym miejscem, do którego zabrał na starszy Pan, który miał rodzinę w Niemczech, więc nawet kojarzył gdzie jest Polska 😀 było Castro Valley.. Tam szliśmy tylko około 6 km do miejsca na nocleg i poszliśmy spać dużo szybciej 🙂 Odprowadził nas tam bardzo sympatyczny piesek, którego się mocno wystraszyliśmy po ciemku, że do nas biegnie 😛 a on po prostu chciał nam towarzyszyć i żeby go głaskać 🙂 a jak już zrobiliśmy kolację w namiocie, tak bardzo chciał z nami spać, że aż próbował zrobić podkop 😛 ale w końcu poszedł spać i my też 🙂 Przeszliśmy przez miasto do drugiego Safewaya, ale tam też nie było jedzenia na wagę, więc łapaliśmy stopa do Whole Foodsa gdzie zawiozła nas bardzo sympatyczna meksykańska rodzinka 🙂 Siedzieliśmy z tyłu obok małej dziewczynki, która cały czas oglądała jakieś straszne filmy o olbrzymich pająkach 😛 a jak jej się tata zapytał co ogląda powiedziała że Spidermana 😛 ach te dzieci 😉 Whole Foods nas nie zawiódł i uzupełniliśmy zapasy przed wjazdem do kolejnego parku i przesiedzieliśmy Halloween doładowując telefony, komputer itd. 😛 Market oczywiście ustrojony w pajęczyny, pająki, dynie itp. Pełno poprzebieranych ludzi, ale nie widzieliśmy akcji jak dzieci chodziły po domach.. My świętowaliśmy Halloween i 100 dni naszej podróży przy kubku wegańskich, waniliowych, organicznych i bezcukrowych lodów Coconut-Bliss 🙂 Były pyszne, ale na razie nasze ulubione były czekoladowe z orzechami włoskimi i bezglutenowymi ciasteczkami brownie też tej firmy 🙂 Amerykańskie dekoracje na Halloween wyglądają przeróżnie.. co dom to inny pomysł..

Mi się najbardziej podobają te ekologiczne czyli powycinane dynie 🙂 no i czarne koty też są fajne 😀 poza tym pełno kościotrupów, nagrobków itd. co już mi się zdecydowanie mniej podoba 😛 chyba, że jest to szkielet na przykład psa (a zdarzają się 😛 ) to wygląda spoko – jak na anatomii 😉 fajne też są wszelkie światełka, bo ja bardzo lubię 🙂 a najgorsze są poodrywane ręce, głowy itp.. oczywiście wtedy wszystko to plastikowy szmelc z Chin tak jak plastikowe dynie.. jakby zwykłej nie można było kupić.. jeśli ktoś nawet nie umie wycinać to pomalowanie markerem i tak jest bardziej ekologiczne niż plastik.. a tych dekoracji mają tutaj przeogromne ilości.. ciekawe ile średnio każda rodzina traci na to co roku pieniędzy.. i ile niepotrzebnych śmieci przybywa.. O naszym polskim dniu Wszystkich Świętych nie mają pojęcia nawet ci którzy mają polskie korzenie.. ale jak opowiadamy jak to wygląda przyznają, że to bardzo fajny zwyczaj.. Tutaj nie zobaczymy na cmentarzu ani jednego światełka, bo są zakazane przez zagrożenie pożarowe.. Zawsze lubiłam widok cmentarza wieczorem 1 listopada w Polsce (pierwszy raz go nie zobaczę) mówiłam wtedy wszystkim, że dużo światła = dużo miłości.. każdy w końcu przynosi jakąś lampkę temu kogo kocha 🙂 i wspomina jaki to wspaniały człowiek, opowiada dzieciom, wnukom 🙂 Wiadomo, że można to święto obchodzić różnie.. My z Grześkiem zawsze kupowaliśmy szklane znicze z metalową przykrywką (żeby było ekologicznie bo ile ton śmieci ląduje po tym dniu w koszu chyba każdy widział) i wspominaliśmy najlepsze chwilę z tymi, których pamiętamy, a niestety nie ma ich już z nami.. Ale wiadomo że każdego z nas to kiedyś czeka.. śpieszmy się kochać ludzi – tak szybko odchodzą.. i śpieszmy się kochać życie i każdą chwilę, bo nie wiadomo kiedy my odejdziemy.. W Meksyku mają podobno takie święto jak w Polsce, ale oni przynoszą na groby jedzenie i picie, które dana osoba lubiła na przykład tequilę 😛

W Dublin spaliśmy na górce z widokiem na oświetlone całe miasto i wielkie więzienie 😛 nawet nie wiało aż tak jak się spodziewaliśmy, ale błoto było zacne 😛 wyglądaliśmy jakbyśmy już wrócili z Yosemite, a nie dopiero jechali 😛 Na szczęście w mieście była fajna mało uczęszczana łazienka koło boiska, gdzie nawet była gorąca woda! 😀 i można było spokojnie umyć włosy, ogolić się i doprowadzić ogólnie do porządku 😉 Jak już byliśmy znów czyści i piękni odwiedziliśmy muzeum motocykli Arlen Ness. Najbardziej podobały nam się stare maszyny Harley-Davidson – ręcznie robione prawdziwe dzieła sztuki.

Wieczorem udało nam się złapać stopa do Manteca, a naszym wybawicielem był Ali, który pochodzi z Indii, ma czwórkę dzieci i jest przesympatyczny 🙂 Jak to większość ludzi, którzy nas biorą na stopa normalnie nikogo nie bierze, ale my wyglądamy tak sympatycznie 😀 Pytał czy się nie boimy tak jeździć i że to niebezpieczne.. a jak powiedziałam, że dobrzy ludzie spotykają tylko dobrych ludzi ucieszył się, że się z tym zgadza 🙂 Dotarliśmy na miejsce późnym wieczorem, więc nie jechaliśmy już dalej tylko poszliśmy szukać domku, który znaleźliśmy wśród jakichś drzewek.. dobrze, że nic na nich nie rośnie i że spryskiwacze o tej porze roku już nie działają 😛 Na wszelki wypadek zebraliśmy się stamtąd zanim się zrobiło widno i po drodze kupiliśmy w samoobsługowej skrzynce przy plantacji 10 kiwi za 1,5$, całkiem niezła cena 🙂 Po zjedzeniu śniadanka szybko udało się złapać stopa i w kierunku parku podwiózł nas Josh, który jest strażakiem, częściowo Polakiem i ma 5 tygodniową dzidzię.. dojeżdża codziennie 2 godziny do pracy, bo w mieście mieszkania kosztują milion dolarów 😛 a poza tym lepiej mieszkać wśród przyrody 🙂 Zostawił nas przy drodze w stronę parku, którą nic prawie nie jeździło (w końcu środa), ale o dziwo po kilkunastu minutach zatrzymała się para wspinaczy, którzy tak jak my cieszyli się ze świetnej pogody i podwieźli nas do samiutkiego parku 🙂

Na polu namiotowym w Yosemite Valley było bardzo ciepło, ale był też ogromny tłum ludzi.. Ciekawe jak tu jest latem.. W Visitor Center dostaliśmy mapę, załatwiliśmy pozwolenie na spanie na dziko (za darmo) na 7 dni i wypożyczyliśmy za 10$ dwie puszki misiowe, żebyśmy mogli spać gdzie mamy ochotę, a nie tam gdzie są skrzynki.

Trochę to wszystko nam zajęło i na szlak wyruszyliśmy dopiero po godzinie 17tej.. W górach robi się dosyć szybko ciemno, więc większość trasy szliśmy w ciemności.. ale zdążyliśmy zobaczyć jeden wodospad! 🙂 i przepiękne przeogromne góry otaczające nas z każdej strony 🙂

Dodając do tego kolorowe liście i strumienie i rzeki otrzymaliśmy obraz chyba najpiękniejszego parku, który widzieliśmy do tej pory w Ameryce 🙂 Pogoda też była idealna 🙂 no może oprócz tego, że jak już zaszło słońce zrobiło się od razu baardzo zimno, ale piękne gwiazdy na niebie, których było tak dużo starały się wynagradzać nam zimno 🙂 Po drodze spotkaliśmy sporo osób schodzących i jedną wchodzącą jak my i kilka namiotów i ognisk przy nich, żeby się trochę ogrzać.. Na kempingu widzieliśmy jeszcze tylko jeden namiot.. W nocy, tak jak przypuszczaliśmy, było baaaardzo zimno, namiot nam przymarzł, a stopy trzeba było mieć podkulone pod korpusik, żeby nie było zimno 😛 Spaliśmy w kiszkach wewnętrznych, zewnętrznej i w kurtkach 😛 a ja nawet w rękawiczkach, ale przez naleśnikowate matki upału nie było 😉 Tej nocy ubierzemy jeszcze więcej ubrań i złożymy chyba maty na pół, a pod nogi plecaki.. zobaczymy 😛 Pierwszy raz w życiu śpimy tak wysoko.. a w dodatku w namiocie! 🙂 Kemping w Little Yosemite Valley jest na wysokości 1859 metrów! 🙂 Ale widoki jakie widzimy rano i spokój jaki tutaj panuje wynagradzają zimną noc 🙂 Postanawiamy dzisiaj się stąd nigdzie nie ruszać i po prostu odpocząć 🙂 Chociaż jeden dzień bez plecaka na plecach bardzo nam się przyda, bo nawet jak w jakimś mieście siedzieliśmy dłużej to i tak codziennie chodziliśmy z plecakami i od nowa każdego dnia rozbijaliśmy namiot.. Ponad miesiąc nie mieliśmy chociaż jednego dnia bez chodzenia minimum 6 km z plecakami! Nieźle co? 😀 ale nasze organizmy już się dopominają odpoczynku.. boli nas już prawie każdy mięsień – szyi, ramion, pleców, rąk, nóg 😛 także trzeba w końcu odpocząć 🙂 a tutaj jest cisza, spokój, nie trzeba wstawać o 5tej rano 😛 nigdzie chodzić, płacić 25 $ za jedną noc.. więc można powiedzieć, że oprócz zimności w nocy jest to miejsce idealne 🙂

W dzień jak świeciło słońce, było całkiem przyjemnie 🙂 ciepło, cisza, strumień z czystą wodą niedaleko 🙂 wiewiórki i dzięcioły jako towarzysze 🙂 i kilka osób na przeogromnym kempingu, żadnego hałasu, śmierdzącego grila, ani samochodów 😛 Zaraz sobie zrobimy ognisko i się ugrzejemy 🙂 a w nocy też może tym razem będzie cieplej 🙂 zobaczymy.. Jutro może pójdziemy dalej, a może jeszcze tu zostaniemy jeden dzień odpocząć.. Cieszymy się, że tu dotarliśmy i jest taka fajna pogoda, a jeszcze tydzień temu był tu śnieg!.. Mam nadzieję, że trochę ciepło się przeciągnie i przez ten tydzień kiedy tu będziemy słońce nas będzie rozpieszczać 🙂 Cieszymy się, że teraz jest ładna pogoda 🙂 świeci słońce 🙂 ptaszki ćwierkają 🙂 jest spokojnie 🙂 jest odpoczywanie 🙂 relaksowanie się 🙂 regenerowanie 🙂 cieszenie się naturą 🙂 delektowanie chwilą 🙂 świętowanie 🙂 celebrowanie tu i teraz 🙂 dziękujemy! 🙂

Kosmiczne dźwięki w sercu lasu deszczowego

23 września godz. 8:57

Siedzimy sobie w namiocie, gigantyczne krople deszczu bębnią o dach.. mieliśmy dzisiaj wstać wcześnie i jechać dalej na południe.. ale tak leje, że trochę jeszcze poczekamy.. I tak jesteśmy mega szczęśliwi, bo udało się wczoraj iść pod ciepły prysznic i to dużo taniej niż 7 dolarów za osobę 😛 (7$ + dodatkowa opłata – cena prysznica w hotelu, nam się udało 4$ za 2 osoby) i uprać i wysuszyć ubrania i buty 🙂 Wcześniej wstawiliśmy też zaległe posty na bloga, jak udało się dotrzeć do cywilizacji, wifi i prądu po 7 dniach w dziczy 🙂

W lesie deszczowym jest przepięknie, bardzo dziko, bardzo zielono, wszędzie mchy i paprocie (nawet wysoko na drzewach, które są przeogromne).. Szliśmy tak naprawdę 4 dni, a 3 siedzieliśmy i odpoczywaliśmy na kempingu z bambi 🙂 tam widzieliśmy większość ludzi podczas naszej przygody z lasem deszczowym 🙂 ale też nie jakoś dużo, może z 10 osób.. Odpoczęliśmy sobie, poczytaliśmy kundelka Teofilla w hamaku w śpiworkach – raz nawet sarenki przyszły posłuchać 🙂 Zastanawialiśmy się tylko jak będziemy wieszać wysoko między drzewami nasze jedzenie, śmieci, kosmetyki itd., bo dalej miało już nie być skrzynek misiowych.. Ale nie przejmowaliśmy się tym za bardzo i stwierdziliśmy, że jak trzeba będzie, to jakoś sobie poradzimy 🙂 Jak wyszliśmy z kempingu, po kilku minutach spotkaliśmy ludzi.. i to by było na tyle na jakiś czas 😉 Las deszczowy mimo słonecznej pogody był bardzo zacieniony, tak że solara można było schować do plecaka 😛 ponieważ drzewa są tak przeogromne, że aż ciężko zadrzeć głowę tak wysoko z plecakiem na plecach, żeby zobaczyć ich czubki 🙂

Na początku szliśmy cały czas przez las, od czasu do czasu przechodziliśmy przez mostek nad strumieniem zrobiony z pnia drzewa z poręczą – na razie szlak był zadbany 🙂 po jakimś czasie doszliśmy do tabliczki „bear wire” i ku naszej radości między drzewami rozwieszony był metalowy drut, do którego karabinkiem przyczepia się plecak, wciąga na górę  i przypina na dole jednego z drzew 🙂 uff.. chyba nie będzie tak źle z wieszaniem plecaka 😉

Było to mniej więcej 5 km od kempingu, więc mieliśmy nadzieję, że co jakiś cza takie druty będą się pojawiać 🙂 Było tam też kilka miejsc na namioty i nawet kibelek 😀 i to nie taki jak przy Ptarmigan 😛 ale tradycyjny wychodek obity deskami, aczkolwiek bez wyciętego księżyca albo serduszka 😉

Tego dnia przeszliśmy tylko z 10 km, doszliśmy do następnych drutów i stwierdziliśmy, że na pierwszy dzień wędrówki wystarczy. Mimo tego, że szlak był wydeptany bardziej niż niektóre wcześniejsze, to jednak były to góry, my mieliśmy ciężkie plecaki (jeszcze był zapas jedzenia 😛 ) i wyruszliśmy dopiero po 13:00 tego dnia..

Następnego dnia wyruszyliśmy z samego rana o 11:00 😉 Na początku trochę słońce przeświecało przez chmury, ale nie trwało to zbyt długo.. jak się rozpadało, tak już padało do ostatniego dnia.. Szlak też zaczął się robić coraz cięższy.. mniej wydeptany, co chwilę wielkie drzewo zwalone na ścieżkę.. albo trzeba było przecisnąć się pod spodem (raczej bez plecaka i na kolanach) lub bardzo okrężnie obchodzić nad drzewem dookoła..

Zaczęły się też hardkorowe przeprawy przez rzekę.. Czasem kilka minut zajęło nam zastanawianie się, którędy wiedzie szlak dalej po drugiej stronie rzeki.. Co my byśmy zrobili bez gps.. Przeprawa przez rzekę nie była już mostem ani pniem (chyba, że bardzo wysoko nad rzeką – było kilka mostów) była.. zagadką do rozwiązania 😉

Na przykład kilka zwalonych bezładnie pni, przez które trzeba było przejść.. potem jakiś kawałek deski.. trochę kamieni.. a potem znów pień.. taki survival race 😉 tyle, że z ciężkimi plecakami i na śliskim mokrym pniu jest troszkę trudniej 😉 Trzeba było często wykorzystywać pokłady odwagi 😉 ale jak udało się przejść na drugą stronę – jaka satysfakcja 😀 bezcenna 😀

Była to przeprawa przez las deszczowy godna Beara Gryllsa, mimo że szliśmy teoretycznie cały czas szlakiem 😀 ale nie wiem ile lat temu jakiś rangers tędy przechodził 😛 Szlak był taki, jaki las chciał, żeby był 🙂 taki.. spontaniczny 😉

Szliśmy wśród zieloności i było bardzo pięknie, ale deszcz wciąż padał i nie dawał za wygraną.. czasem ciut mniej, ale drzewa i tak były tak mokre, że z nich co jakiś czas spadały wielkie krople.. no cóż.. las deszczowy..

Na początku omijaliśmy kałuże, nie wchodziliśmy w większe błoto.. ale jak już zaczęło się ściemniać, a było to już około 19:00.. to już było nam praktycznie wszystko jedno bo i tak mieliśmy już całe buty i skarpetki mokre 😛 chyba tylko kalosze by to wytrzymały 😛 W którymś momencie podnosząc głowę do góry zobaczyłam.. wielkiego jelenia! 🙂 Stał sobie dostojnie pomiędzy drzewami, niedaleko nas 🙂 Popatrzył.. popatrzył i poszedł w swoją stronę.. Niestety było już zbyt ciemno, żeby zrobić zdjęcie.. Założyliśmy czołówki po kolejnym ślizgu na tyłku po błocie, podczas obchodzenia kolejnego drzewa.. Plecy bolały już chyba wszędzie 😛 ale szliśmy jak najszybciej do kempingu oznaczonego na gps, żeby były jakieś druty.. Było już całkiem ciemno, obok ścieżki zaświeciła para oczu.. to sarna uciekła jak nas usłyszała, a za chwilę całe stado.. weszliśmy na łąkę.. widocznie postanowiły sobie tu spać spokojnie, dopóki im nie przeszkodziliśmy.. Sorry sarny, my też już byśmy chętnie spali 😛 ale trzeba znaleźć miejsce na domek.. ciap.. ciap.. plask.. ciap.. plask.. środkiem ścieżki, która jest już teraz płynącą rzeką.. jeszcze tylko 500 metrów.. i nagle po lewej.. druty! uff.. uratowani 🙂 Ale poszliśmy jeszcze kawałek dalej sprawdzić czy nie będzie lepiej.. może by tak taki schron z kominkiem? 😀 ..po prawej kibelek.. a kawałek dalej.. wielki dom! Nie mogłam uwierzyć własnym oczom.. chyba halucynacje ze zmęczenia 😉 Idziemy 2 dni nie spotykając nikogo, w środku szlaku zapomnianego nawet przez rangersów, a tu taka chałupa? Aż się trochę dziwnie, surrealistycznie poczułam.. co to u licha? 😛 Okazało się to opuszczoną bazą rangersów pozabijaną dechami.. ciekawe kiedy ostatnio ktoś tutaj rezydował.. chyba dawno 😛 sam domek miał już prawie sto lat.. i miał kominek 😉 ale był zamknięty na kłódkę niestety 😛 Taki dom się marnuje, a my byśmy się tam chętnie ugrzali i wysuszyli.. no cóż.. Poszliśmy się rozbić niedaleko drutów, porozwieszaliśmy mokre skarpetki, założyliśmy suche do spania, opatuliliśmy się i szybko zasnęliśmy 🙂 Zrobiliśmy tego dnia 21 km! po górach.. byliśmy wykończeni..

Rano usłyszeliśmy dziwny dźwięk.. radio? ludzie? jakiś rangers idzie z krótkofalówką? nie słychać ludzkich głosów.. hmm.. za chwilę bliżej.. dźwięk jak z kosmosu.. bardzo piękny.. taki.. tajemniczy.. wyszliśmy z namiotu zobaczyć o co chodzi.. a to.. stado jeleni kanadyjskich (elków) i największy samiec (przewodnik stada) wydaje ten nieziemski dźwięk, a gdzieś z oddali przychodzi trochę inna odpowiedź.. Dla tej chwili warto było przeleźć te kilometry w deszczu i błocie 🙂 Jelenie są takie dostojne 🙂 piękne 🙂 spokojne 🙂 Udało się nawet Grześkowi zrobić im zdjęcia całkiem z bliska, a potem po prostu odeszły.. nie jakieś tam uciekanie.. o nie.. to byłoby niegodne elka.. dostojnie się.. oddaliły 😉 Byliśmy zachwyceni 🙂 To chyba najfajniejsze doświadczenie z tego parku i na pewno je zapamiętamy na całe życie 🙂

Niestety nie zanosiło się na poprawę pogody, nic nam oczywiście nie wyschło 😛 więc najpierw nowe suche skarpetki, potem reklamówki 😛 i dopiero buty.. chociaż na jakiś czas będzie wrażenie suchości 😉

Jak założyliśmy plecaki, woda nam ciekła po plecach, bo już nie wytrzymywały deszczowego przeciążenia.. dobrze, że w środku mamy wszystko w torebkach strunowych/kompresyjnych 😀 Na pocieszenie mgła się troszkę uniosła i zobaczyliśmy piękne wodospady i góry, które wczoraj już spały jak przyszliśmy po ciemku 🙂

No to w drogę.. nie ma co czekać na poprawę pogody.. jedzenia nie przybywa 😛 plecy i nogi też coraz bardziej bolą 😛 Momentami mimo deszczu były piękne widoki – mega kolorowe góry przez jesienne liście, śnieg na szczytach, kolorowe łąki z jagodami.. normalnie misiowa kraina, ale w taką pogodę to nawet misiek woli siedzieć w domu przed tv 😉

Za to jagody były bardzo dobre, a na jednej z nasłonecznionych polanek, gdzie miały już czerwone liście – były przepyszne 🙂 Chyba najlepsze jakie jedliśmy w życiu 🙂 słodkie jak z cukrem i aromatyczne jak jakiś aromat jagodowy 😀 ale się najedliśmy 🙂 Grzesiek wcześniej wchodził na górę, żeby nazrywać takich wielkich, a dalej było pełno krzaków takich mniejszych, ale dużo smaczniejszych 🙂 bo rosły sobie w słoneczku 🙂

Na łące Honeymoon też było pięknie i jagodowo, ale nie zatrzymaliśmy się bo oczywiście padało 😉 hihi 🙂 Jak szliśmy szybko – było bardzo ciepło, mimo mokrości nawet majtek 😛 gorzej jak stawaliśmy zrobić coś do jedzenia, ale wtedy ciepła herbata i jedzenie rozgrzewały nas od środka 🙂

Oprócz elków, saren i ptaków, co jakiś czas spotykaliśmy malutkie wiewióreczki 🙂 ale latającej nie widzieliśmy niestety.. ani pumy, ani niedźwiedzia.. ale na pewno spały smacznie w jakiejś ciepłej i suchej kryjówce, bo kto normalny by w taką pogodę chodził po lesie.. chyba nikt.. my to wiadomo, że do normalnych nie należymy 😛 Największe wrażenie robiły na nas przeogromne klony z jesiennymi liśćmi, jednocześnie ubrane calutkie w zielone gloniaste ubranko 🙂

..i wodospady.. 🙂

..i góry, jeśli łaskawie pokazały się zza mgły lub chmur

Momentami nawet świeciło słońce 🙂 i jednocześnie.. padało.. no jakże by inaczej.. w końcu to las deszczowy.. ale tęczy nie widzieliśmy 😛 Tego dnia też ruszyliśmy skoro świt o 11:00 i przeszliśmy 20 kilometrów, ale tak szybko maszerowaliśmy, że nawet udało się rozbić namiot przed samym schowaniem się słonka 🙂 A po drodze po niecałych trzech dniach spotkaliśmy.. 2 ludzi! 🙂 wow! 🙂 W tym dniu szlak był już trochę łatwiejszy, widać było, że ta część parku jest bardziej uczęszczana, poprzecinane piłą tarasujące drogę pnie, mostki (choćby z pnia), nawet jeden całkiem nowy kawałek szlaku na miejsce starego, który był pewnie labiryntem zwalonych pni 😉

Spaliśmy w pięknym miejscu, koło mostu i rzeki z głęboką błękitną wodą, gdzie być może nawet latem ktoś się kąpie 🙂

Przed nami jeszcze tylko kilka kilometrów do drogi i kempingu.. być może będzie tam jakiś samochód i ktoś nas weźmie, bo jedzenia skromnie – jeszcze tylko na jeden dzień..

Doszliśmy do kempingu, parkingu i stacji rangersów – nie było nikogo 😛 Ale za to Grzesiek zrobił mi ognisko, mimo że wszystko było bardzo mokre – brawo! 😀 żeby się trochę wysuszyć 🙂 Rękawiczki suche 🙂 sukces! 🙂

Tego dnia czasami nawet świeciło słońce, a czasami padało, trochę wyschły nam dzięki temu ubrania i plecaki, także już się nie lało po plecach, ale buty oczywiście dalej mokre i kończył się zapas suchych skarpetek 😛 Wypadałoby dotrzeć do cywilizacji 😉 Okazało się, że nie było żadnego auta, bo droga się zawaliła i jest zamknięta – tylko koparki.. Grzesiek nawet otworzył jedną, bo nie była zamknięta – a kluczyki w stacyjce 😛 i zapozował do zdjęcia 🙂

No to jeszcze pewnie ze 2 dni drogi przed nami 😛 ale pod koniec dnia, jak już było prawie ciemno i szukaliśmy miejsca na nocleg, spotkaliśmy ni stąd, ni zowąd dwóch panów jak sobie spacerowali z lornetką..

Szliśmy i szliśmy, aż w końcu doszliśmy do ich samochodu na rozstaju dróg, zrobiliśmy jedzenie i postanowiliśmy na nich poczekać 🙂 i opłacało się – bo wzięli nas na pace nad jezioro Quinault do kempingu i sklepu, który już był niestety zamknięty, ale od rana czynny 😀 Jak się dowiedzieli, że przyjechaliśmy tutaj na stopa z Alaski to pan, który był strażakiem, powiedział że jesteśmy dzielniejsi od niego – hihi 🙂 No więc udało się kupić coś do jedzenia, umyć i wyprać i wypadało by jechać dalej.

Tu w sklepie drogo i mały wybór, więc dobrze by było dotrzeć do Aberdeen do jakiegoś supermarketu i uzupełnić zapasy, bo już nam się nawet przyprawy prawie pokończyły i koper na herbatę 😛 Dokupiliśmy sobie za to melasy, bo nam posmakowała – a jest bardzo zdrowa i daje trochę kalorii i do tego ryż, żeby nam starczyło dopóki nie dotrzemy do sklepu. Siedzimy cały czas w namiocie i wciąż pada, ale może już troszkę mniej i się uda ruszyć dalej – spróbujemy 🙂

Super była przygoda z lasem deszczowym 🙂 przez całą drogę mogliśmy sobie medytować, nacieszać się przyrodą i być tu i teraz.. co było szczególnie trudne, jak byliśmy cali mokrzy i zmęczeni.. ale trening czyni mistrza 🙂 Byliśmy wtedy wdzięczni za to, że żyjemy 🙂 możemy chodzić 🙂 widzimy te wszystkie cudowności 🙂 mamy co jeść 🙂 świeże powietrze do oddychania i czystą wodę do picia 🙂 No i mamy siebie 🙂 i miłość i radość 🙂 Dziękujemy! 🙂

Co nam się kojarzy z Alaską?

  1. łosie
  2. szczekający ptaszek
  3. wiewiórki alpejskie, jeżozwierz, ptarmigany, orły, kruki, niedźwiedź czarny, małe myszy 😉
  4. przyjaźni, uśmiechnięci ludzie 🙂
  5. „where are you from”? (skąd jesteście?)
  6. „how are you”? (jak się macie?)
  7. „you are from Holland”? (jesteście z Holandii?)
  8. góry wszędzie dookoła
  9. przestrzeń i cisza
  10. zieloność
  11. rowery i przyczepka
  12. dziury na poboczu
  13. no trespassing
  14. ogromne dzikie róże
  15. samoloty
  16. zapach marihuany
  17. ryk silnika pickupa
  18. gwizd pociągu
  19. close toilet lid
  20. puszka misiowa, specjalne kosze na śmieci i pojemniki na jedzenie
  21. suszarka do prania
  22. leave no trace
  23. wielkie opakowania jedzeniaterazitu.com
  24. Amerykanie chodzący do sklepów w japonkach/klapkach/kaloszach
  25. Clif Bar
  26. lody Ben&Jerry’s i Coconut Bliss
  27. pierwszy lot
  28. zielone i żółte autobusy
  29. rdzenni mieszkańcy Alaski
  30. lodowce
  31. zimno brrr i wiatr
  32. strzelanie
  33. Walmart, Safeway i Fred Mayer
  34. Denali Park
  35. Denali/McKinley
  36. Ptarmigan Lake
  37. jagody
  38. czerwone owocki
  39. Anchorage, Fairbanks, Seward, Wasilla, Healy, North Pole, Delta Junction, Tok
  40. zorza polarna
  41. Kenai Park
  42. kempingi z kibelkiem bez wody i bez prysznica
  43. ryż z soczewicą
  44. mile, stopy itd
  45. dolary, centy, dime
  46. złoto
  47. niebieska lodowcowa rzeka
  48. białe „zielone” światło
  49. wygodne chodniki i ścieżki rowerowe
  50. przyjaźni kierowcy
  51. szerokie, dobre drogi
  52. bardzo szybkie i głośne mówienie
  53. smarkanie w papier toaletowy i ręczniki papierowe (paczka chusteczek w markecie 2 złote a chusteczka po sekundzie do wyrzucenia)
  54. domy z sidingiem, przystrzyżonym trawnikiem i flagą, bez płotu
  55. tryb samolotowy. brak prądu i internetu
  56. poduszki z mchu jak odskocznie
  57. mokre wszystko łącznie z butami
  58. komary
  59. bear spray
  60. magic pants
  61. life is good
  62. „ten plecak jest lepszy niż morele”
  63. „misie pysie kolorowe”
  64. honeymoon
  65. Spenard hostel
  66. backcountry
  67. „nice bikes” i „I like your bikes” (fajne rowery, podobają mi się wasze rowery)
  68. autostop
  69. Alpine trail
  70. Resurrection River
  71. hamak
  72. ognisko
  73. fioletowe tortille
  74. psy jeżdżące obok kierowcy
  75. pęknięta przednia szyba w samochodzie
  76. samochody bez światła, zderzaka, przedniej maski
  77. banany z kropami za darmo/w promocji
  78. puste drogi
  79. ogromna przestrzeń tylko dla nas
  80. Polacy w środku niczego
  81. klucze ptaków lecących na południe
  82. kolorowe liście
  83. ciężarówki over size
  84. duże ilości wojska
  85. drogi internet i ludzie siedzący w marketach z darmowym wi-fi z laptopami
  86. świecące „Open” w oknach

Mt Wright i Mt Margaret

22 sierpnia godz. 14:50 (USA)

Wróciliśmy z dziczy do Visitor Center i wstawiamy zaległe posty na bloga. Pogoda zrobiła się taka, że trzeba jak najszybciej wiać do ciepłych krajów. Chcieliśmy jechać Denali Highway bo wszyscy nam tak radzili, że piękne widoki i dzikość, ale już praktycznie nie mamy jedzenia i trzeba się wybrać do jakiegoś supermarketu zrobić zapasy 🙂 bo przed nami do Kanady jeszcze dużo dziczy 😉 Na początku Kanady też nie jest lepiej, a na Denali Highway ani jednego sklepu! tylko jedna stacja benzynowa, a wiadomo jakie tam ceny i jaki wybór 😛 A propos na kempingu w Denali kupiliśmy sobie raz puszkę ciecierzycy za 3,5$ 😛
Zdobyliśmy 2 szczyty: Mt Wright (1482m n.p.m.) i Mt Margaret 😀 (1507m n.p.m.). Nie były to wysokie góry i wydawało się nam, że wejście na nie to żaden wyczyn.. ale szczególnie ta druga okazała się (dla mnie na pewno) dużo trudniejsza niż Orla Perć! Ale wrócę do początku.. Jak już pisałam do Savage River na 14,7 mili drogi parkowej nie ma już wyznaczonych szlaków. Tzn. szlaku nie ma w ogóle albo jest wszędzie 😉 sami sobie wybieramy gdzie 🙂 Oczywiście starając się aby jak najmniej uszkodzić okoliczne roślinki, wybieramy szlak jeśli się da po jakimś utwardzonym gruncie i namiot też na takowym rozkładamy 🙂 Nie łamiemy gałęzi itp. ale to chyba oczywiste 🙂 Nam niestety nie zawsze się udawało i często chodziliśmy po grubaśnych poduchach mchu, które pod nami się uginały, a potem znów wracały do swojego rozmiaru (jak w jakiejś grze komputerowej – takie jakby odskocznie ;)). Ciężko było się momentami przedrzeć przez gąszcz krzaczorów, drzew, przez podmokłe tereny niczym bagienka.. Jak mogliśmy to korzystaliśmy z dróg utworzonych przez.. zwierzęta – niejedną kupą oznakowanych 😉 Szczególnie często było widać wszelkie oznaki łosi 😉 Zastanawialiśmy się jak one się tamtędy przedzierają skoro jest tak mało miejsca, że my mamy problem 😛 ale jednak – one mają rogi i nie martwią się czy złamią jakąś gałąź czy nie i nie mają butów i skarpet, które im mogą przemoknąć na wylot 🙂 No więc przejście ok 500 metrów przewyższenia przez kompletną dzicz okazało się wg endomondo większym wydatkiem energetycznym niż maraton 😛 Chyba wzięło pod uwagę nasze plecaki i niedostępność terenu – hihi 😉 Ale faktycznie jak dotarliśmy na pierwszą górę, tam gdzie nam się wydawało, że był szczyt – byliśmy zmasakrowani i śmialiśmy się, że nie doceniliśmy tej góry 😉 A jak się okazało każdy widziany po drodze szczyt nie był jeszcze czubkiem, tak co najmniej z 5 razy 😛 Ale jak już dotarliśmy na górę i rozbijaliśmy namiot, byliśmy dumni z siebie i przeszczęśliwi 🙂 Nigdy nie spaliśmy jeszcze w namiocie w tak pięknym, dzikim, cichym miejscu 🙂 Aż się tęcza pokazała, żeby nam to wszystko udoskonalić 🙂 Człowiek w takiej trasie jest wdzięczny, że widzi to wszystko, za ręce i nogi, za to, że wszystko jest takie wspaniałe na tym świecie 🙂 że wszystko jest możliwe, że marzenia się spełniają 🙂 No i chyba najważniejsze, że ma się tą drugą osobę, z którą można się dzielić tym ogromnym szczęściem 🙂 bo wiadomo, że szczęście się mnoży, kiedy się je dzieli 🙂 Nawet jak byliśmy kompletnie wypompowani wlezieniem na tą górę, mimo że pewnie dla większości ludzi to żaden wyczyn 😛 to my byliśmy z siebie mega dumni i siedzieliśmy i patrzyliśmy i po prostu nacieszaliśmy się widokami 🙂 Chłonęliśmy dobrą energię gór – jak w piosence „otwórz oczy, rozłóż ręce, by nazbierać jak najwięcej” 🙂 Świat jest piękny, góry są super, park Denali jest wspaniały 🙂
A następnego dnia było jeszcze trudniej – góra niby trochę wyższa, ale ścieżka na dole przez kawałek (przez drzewa i jagody) była nawet wydeptana.. ale potem się zaczęło.. Wchodząc coraz wyżej, wiało coraz bardziej, tak że na górze góry dosłownie nie byłam w stanie się utrzymać na nogach – jak jakiś halny 😛 Dobrze, że to była niska, zielona góra, bez przepaści, ale jednak od czasu do czasu zdarzył się jakiś kamień, na który wolałabym nie wpaść 😉 Próbowałam gdzieś postawić stopę, ale wiatr uważał inaczej, miotał mną jak jakąś szmacianą lalką 😛 Na górze gdzie już były skały chodziłam na czworaka, od kamienia do kamienia, trzymając się go, bo tylko wtedy miałam jakąkolwiek kontrolę, żeby mnie nie zwiało.. Jak wracaliśmy na dół wcale nie było lepiej, bo wtedy wiało w twarz 😛 Łzy mi tak leciały z oczu, że nic nie widziałam. Na początku schodziliśmy trzymając się za biodra, jeden za drugim (ja z tyłu oczywiście). Już wiedzieliśmy dlaczego sezon na wejście na szczyt Denali już się skończył 🙂 Jak bym tam była, to chyba by mnie musieli przykleić, żebym nie spadła 😉 Zimno przez ten wiatr (jakie szczęście, że nie padało!) zrobiło się takie – jak by było z -10*C, dłonie mi tak zamarzły (mimo rękawiczek), że nie byłam w stanie ruszać palcami. Już się nie dziwiliśmy, że lokalni mieszkańcy nie mówią teraz, że jest jesień, tylko że są 3 miesiące lata (maj-lipiec), a 9 miesięcy zimy – bo tak się poczuliśmy! Dosłownie jak jacyś polarnicy, gorzej niż w Tatrach zimą, może dlatego, że nigdy nie wchodziliśmy na żaden szczyt jak wiał halny – kto wie? 😉 Wtedy doceniliśmy fakt, że wybraliśmy unity do 23 mili Park Road, a nie dalej i uwierzyliśmy w to, co mówiła nam przedstawicielka parku na rozmowie, że może nawet padać śnieg 😛 (chociaż w Tatrach też ostatnio padał ;)). Po tym jak zeszliśmy z góry i przeżyliśmy 😛 zaczęliśmy się cieszyć, że to już ostatnia noc w Denali.. trzeba uciekać do ciepłych krajów 🙂 Spotkaliśmy jeszcze po drodze na szczyt łącznie chyba z 10 karibu, 4 z nich bardzo blisko, może z 50 metrów od nas, tak że udało się nam zrobić fajne zdjęcie, mimo braku teleobiektywu 🙂 Bardzo miło z ich strony, że nie próbowały nas staranować, tylko ustąpiły nam miejsca na swojej najpyszniejszej łące, oddaliły się i obserwowały nas 🙂 Są takie piękne, takie dostojne, takie spokojne, ludzie powinni jak najczęściej obserwować zwierzęta i się od nich uczyć 🙂 Nasz ostatni nocleg w Denali okazał się najbardziej hardkorowy.. Mimo, że miejsce mieliśmy z dala od rzeki, w dolinie między górami, wiatr wiał tak mocno, że ciężko było spać i martwiliśmy się, czy nasz namiot to wytrzyma.. czy się nie połamie.. miotało nim tak mocno, mimo że pierwszy raz oprócz szpilek użyliśmy też odciągów i nawet wielkiego kamienia.. Pierwszy raz też ubraliśmy się we wszystkie! długie rękawy które mamy, łącznie z kurtką i spodniami przeciwdeszczowymi na normalne spodnie, użyliśmy też naszej płachty biwakowej, do której weszliśmy ze śpiworami. Było nam aż za ciepło jak już się ugrzaliśmy i nawet trochę się rozebraliśmy, więc mamy jeszcze zapas 😉 no i wkładek do śpiworów jeszcze nie użyliśmy 😛 Ale jednak chyba wolimy cieplejsze tereny, więc zwiewamy na południe, żeby się dogrzać 🙂 no i może kiedyś też zaczniemy odpoczywać 😉 kto wie 😉 Po tej nocy, którą na szczęście przeżyliśmy razem z całym namiotem, nie jesteśmy zbyt wyspani 😛 No i już nas bolą plecy wszędzie od plecaków i nogi od wspinania się z plecakami 😛 Ale psychicznie myślę, że trochę odpoczęliśmy, naładowaliśmy akumulatory, oczyściliśmy myśli 🙂 Wessaliśmy w siebie otaczające piękno, ciszę, spokój.. Jesteśmy zakochani w górach, w Denali.. Jest tu naprawdę przepięknie, zachwycająco, dziko.. Ale już jesteśmy nasyceni 🙂 i zziębnięci 😛 Nie zobaczyliśmy na razie misia, ani wilka, ani rysia.. ale jeszcze pełno kilometrów dzikich alaskańskich i kanadyjskich dróg przed nami, więc kto wie.. może się jeszcze uda 🙂 Trzymajcie kciuki 🙂

Backcountry i szczyt Denali w tle

19 sierpnia godz. 15:00 (USA)

Siedzimy sobie nad Sanctuary River, szumi woda, kołyszą się drzewa, mają już kolorowe jesienne liście 🙂 Dzisiaj spaliśmy na prawie 21 mili drogi Parku Denali, gdzie dotarliśmy już wieczorem, ale zanim było jeszcze ciemno, więc spokojnie znaleźliśmy nocleg na górce między jagodami (pysznymi.. były na śniadanko) i poszliśmy spać w ciepłym i suchym domku, a na zewnątrz zaczęło padać. Trochę było krzywo i spadaliśmy na dół, więc następnym razem trzeba szukać bardziej płaskiego miejsca, ale już byśmy nie zdążyli przed ciemnością iść dalej przez gąszcz. Grześka mata samopompująca dostała bąblownicy i spał na takiej złożonej na pół i z małą ilością powietrza.. Trzeba będzie napisać do producenta (Term-a-rest), co to można z tym zrobić.. Ostatnie dni były takie aktywne, że nawet nie miałam kiedy pisać, więc teraz postaram się wszystko odtworzyć..

17 sierpnia była niesamowicie piękna pogoda i udało nam się zobaczyć z daleka Denali pokryte śniegiem 🙂 Wspaniały widok! 🙂 Według filmu, który puszczają w parku, jest to możliwe tylko przez 62-67 dni w roku! To znaczy, że tylko przez 1/6 roku widać w ogóle szczyt i nie jest zakryty chmurami. A nam się udało już drugiego dnia po wjeździe do parku idąc Alpine Trail 🙂 Praktycznie bezchmurne niebo, wszędzie dokoła góry, żadnych ludzi przez 99% naszej drogi i zwierzęta 🙂 Tak dużo dzikich zwierząt w ich naturalnym środowisku, jak tutaj widzieliśmy przez jeden dzień, to w Polsce chyba przez całe życie 😉 Widzieliśmy pardwy górskie (Ptarmigan), jeżozwierza, alpejskie wiewiórki ziemne, małą słodką szczekuszkę obrożną (Collared Pica), łosie, renifera tundrowego (Caribou), sójkę kanadyjską (Gray Jay), kruka, zająca.. Było naprawdę super! Dokoła góry, cisza.. dużo ciszy.. można medytować 🙂 Dopiero na samym końcu szlaku przy Savage River, zaczęliśmy spotykać ludzi, z których większość wchodziła na najbliższą górkę (około 20 minut z dołu), z której było widać Denali, jadła coś, robiła sobie zdjęcie i schodziła 😉 Trochę jest zachodu z tym, żeby można sobie było spać na dziko gdzie się chce, ale warto 🙂 Najpierw trzeba obejrzeć 40 minutowy film instruktażowy o podróżowaniu poza szlakami (LINK). Między innymi o tym, że od misia trzeba być minimum 300 jardów (czyli 274 metry), a od pozostałych zwierząt (nawet wilków) tylko 25 jardów (23 metry).. Było też o „Leave no trace”, o tym gdzie postawić namioty, gdzie gotować, a gdzie trzymać jedzenie, kosmetyki i śmieci (w puszce misiowej) w swoim obozowisku (trójkąt narysowany na zdjęciu z pozwolenia obozowania), o tym jak przechodzić głęboką rzekę (w najszerszym miejscu, najlepiej trzymając się w kilka osób na raz). Z czarnym niedźwiedziem jak nas zaatakuje należy od razu walczyć, np. użyć gaz misiowy (jest mniejszy i mniej groźny), z brunatnym i grizzly najpierw udawać martwego (zwinąć się w kulkę – kolana pod brodę, plecak na plecach od góry i ręce zaplecione na szyi od tyłu), a jak i tak atakuje to dopiero wtedy próbować walczyć 😛 Najważniejsza zasada – nie uciekać! On zapierdziela nawet 50 km/h, więc nawet najlepszy biegacz nie ma szans 😉 a jak się zacznie uciekać to wywołuje to u misia instynkt łowcy 😛 Jak się go widzi z daleka i zaczyna do nas podchodzić to wtedy podnosimy ręce do góry i spokojnie głośno mówimy, żeby wiedział żeśmy ludzie 🙂 Najlepiej zbić się w grupę, żeby się wydawać większym. Druga najważniejsza zasada to ostrzec misia – cały czas gadać, śpiewać, klaskać, gwizdać itd., żeby misia nie zaskoczyć swoją obecnością, żeby nie poczuł się zagrożony i nas nie chciał zaatakować. Za to przed łosiem trzeba uciekać (ponieważ nie jest drapieżnikiem) i schować się za jakimś drzewem, krzakiem czy czymś innym, a jeśli nic nie ma to biec zygzakiem często zmieniając kierunek. Pastę do zębów po użyciu trzeba rozpylać jak aerozol, a nie pluć w jedno miejsce. Wszystkie śmieci zabierać ze sobą, łącznie z papierem toaletowym. Bardzo dużo różnych porad – fajny film 🙂 Polecamy. Większość rzeczy już wcześniej gdzieś czytaliśmy np. w książce „Sztuka minimalizmu w podróży” albo „Sztuka wędrowania z plecakiem” – bardzo polecamy! Dużo informacji było też w bezpłatnych gazetkach na terenie parku 🙂 Jest też bezpłatna filtrowana woda tak a propos i są polecane butelki wielokrotnego użytku (bez toksycznego BPA – Bisphenol A) zamiast plastikowych, które można kupić w promocji z pięknymi zdjęciami – skorzystaliśmy 🙂 Po filmie rozmowa z przedstawicielką Park Rangersów, wybór miejsca po którym chcielibyśmy wędrować, wypełnienie karty z naszymi danymi, żeby dostać pozwolenie.. Trochę czasu zajął nam wybór unitu (terenu), w którym chcielibyśmy nocować, ponieważ jest ich 87! wzdłuż parkowej drogi. Niestety autostop jest tam możliwy tylko do Savage River, ponieważ tylko dotąd można dojechać prywatnym samochodem, a dalej już tylko parkowe autobusy. Z jednej strony to dobrze, bo na pewno ekologiczniej, z drugiej strony autobusy są drogie, najtańsza opcja to 33$ za osobę. Przeanalizowując plusy i minusy naszej decyzji, nie zdecydowaliśmy się na autobus – to conajmniej kilka dni podróży gdzie indziej no i nie wiadomo czy nie zapłacimy za bilet, a jak dojedziemy to będzie cały czas lało i i tak nie zobaczymy Denali.. Wybraliśmy opcję po taniości.. czyli nocleg za darmo, mapa za darmo (porządniejsza 10$ i tylko 2 unity na niej), dojazd bezpłatnym autobusem (dojeżdża tylko da Savage River) a potem na nogach 🙂 Po otrzymaniu pozwolenia, złożeniu podpisów, otrzymaliśmy za darmo 2 puszki misiowe (do zwrotu) i w drogę! 🙂 Jest to niesamowita przygoda 🙂 i każdy wielbiciel survivalu powinien spróbować 🙂 Park jest olbrzymi! (24 585,1 km² -największy w USA), jest w nim tylko jedna droga, mająca 92 mile.. a dokoła las, góry, rzeki.. Ogromna przestrzeń, która nam małym ludzikom wydaje się nieskończona 🙂 Dalej za Savage River nie ma już nigdzie wyznaczonych szlaków! Dostajesz mapę i idziesz gdzie chcesz 🙂 (w obrębie unitu, który wybrałeś na dany dzień, żeby nie było za dużo ludzi na jednym terenie na noc – najmniejsze mają długość kilku mil, największy jak 1/4 parku). Sam decydujesz, którędy najlepiej iść, gdzie chcesz rozłożyć namiot (jak najdalej od drogi i tak, żeby nikt Cię nie widział), ile chcesz przejść w ciągu dnia.. Dokoła cisza, naprawdę aż dzwoni w uszach! W Polsce jeszcze chyba nigdzie tak nam się nie przytrafiło.. nawet w Bieszczadach.. zawsze gdzieś słychać jakiś samochód z oddali, jakichś ludzi.. Tutaj jak się odejdzie dalej od drogi – nikogo nie ma! Tylko przyroda 🙂 my, zieleń, zwierzątka 🙂 Trudno opisać jakie to uczucie.. taka wolność 🙂 Przestrzeń.. takie zatrzymanie czasu.. dzień jest dłuższy.. jest taki bardziej pełny 🙂 Bardzo dużo okazji na ćwiczenie mindfulness 🙂 każda chwila, każdy krok to bycie tu i teraz, każdy moment to medytacja 🙂 celebrowanie życia 🙂 delektowanie się byciem żywym.. 🙂 Dziękujemy! 🙂

Wiatr we włosach

6 sierpień godz. 21:40 (USA)

Siedzimy w domku i robimy kolację. Dziś znów dzień pełen wrażeń 🙂 Nie było za bardzo słońca ale chociaż nie padało, czyli jak na Alaskę – bardzo dobra pogoda 😉 Wczoraj przejechaliśmy 70 km i dojechaliśmy do Devil’s Creek Trail. Przejeżdżaliśmy obok bardzo dużej ilości jezior: Upper i Lower Trail Lake, Kenai Lake (największe), Tern Lake 🙂 Gór za bardzo nie było widać, ale jeziora były bardzo ładne 🙂 Doszliśmy (a raczej dojechaliśmy z przyczepką!) do miejsca na namiot po 2,3 mili, a potem przy głównej trasie przyczepiliśmy rowery i przyczepkę i jeszcze przeszliśmy kawałek z plecakami. Zrobiliśmy kolację na skrytce misiowej, schowaliśmy tam resztę jedzenia i poszliśmy spać z nadzieją, że rano nie będzie padać, wstaniemy wcześnie i wyruszymy dalej. Rano obudził nas deszcz oczywiście 😛 Więc spaliśmy dalej i wstaliśmy w końcu o 11:00 i nie padało 😀 Nawet było widać kawałki błękitnego nieba. Pomyślałam sobie, że jak w piosence „Oprócz błękitnego nieba, nic nam dzisiaj nie potrzeba” 😉 Bardzo fajne miejsce na kemping, niedaleko mały staw i rzeczka, kilka miejsc na namioty, miejsce na ognisko ze stelażem na grila, no i skrytka misiowa z dyżurną łopatką do zakopywania swoich nieczystości 😛 W końcu najważniejsza zasada biwakowania to „leave no trace” 🙂 Bardzo nam się podoba, że przy wejściu na szlak jest księga gości, w której wpisuje się imię i nazwisko, planowany cel i długość pobytu, czy się idzie, jedzie na rowerze (tzn. sposób dotarcia do celu), a jak się wraca to uwagi po przejściu szlaku. Jest też mapa z opisem, po ilu milach jest miejsce na kemping, ewentualnie kibelek, szacowany czas przejścia, przewyższenia itp. No i bardzo fajne plastikowe zawieszki o tym jak się przygotować na biwak, żeby być jak najbardziej ekologicznym, etycznym, szanować przyrodę, no i nie zostawiać śladów (leave no trace). Jak skończyliśmy śniadanko i spakowaliśmy się usłyszeliśmy jakby zawodzącego – wołającego mamę małego misia w oddali.. Powtórzyło się to wiele razy.. Nawet nagrałam na dyktafon. Ciekawe czy to faktycznie niedźwiadek. Kiedy w końcu około 14:00 dowlekliśmy się do naszych rowerów, ze zdziwieniem zobaczyliśmy chłopaka jadącego na rowerze. Powiedział, że za niecałą godzinę startuje tym szlakiem rajd rowerowy, pojechał jeszcze kawałek dalej na patrol i wrócił. Stwierdziliśmy, że z naszą przyczepką zrobimy im niezłą zaporę, więc trzeba szybko wracać. Przejechaliśmy trasę powrotną ekspresowo i wywarliśmy niezłe wrażenie na uczestnikach bike maratonu naszą przyczepką i rowerami bez przerzutek. Pewnie sobie pomyśleli, że my to dopiero jesteśmy świrnięci na maksa 😛 Myślę, że jest wysoce prawdopodobne, że tylko my przejechaliśmy ten szlak takimi rowerami, a z przyczepką to prawie na pewno 😉 Po przejechaniu pierwszego naszego górskiego wyścigu rowerowego byliśmy jednak trochę zmęczeni, więc dziś przejechaliśmy tylko około 44 km. Widoki były przepiękne 🙂 Alaska jest jeszcze taka dzika i ma tak dużo gór! Praktycznie same góry 🙂 Osiągnęliśmy swój rekord życiowy w zjeździe z góry (1,33 min/km)! i to z przyczepką! A ja się tak wzruszyłam, że aż uroniłam łezkę, tak sobie zjeżdżając z góry 🙂 Wiatr we włosach, ośnieżone szczyty w oddali, zielone góry dookoła, wąwozy, strumienie i zieleń, zieleń, zieleń 🙂 Jest tutaj naprawdę przepięknie, właśnie tak jak sobie wyobrażaliśmy 🙂 Jak to Grzesiek powiedział „takie gigantyczne Bieszczady, ale chyba jeszcze bardziej dziko” 😉 A przed nami jeszcze Denali.. Jeszcze wyższe góry i mam nadzieję, że jeszcze piękniejsze 🙂 Oby pogoda dopisała 🙂