Archiwa tagu: Little Yosemite Valley

Tańczący z wilkami

12 listopada godz. 16:14

Yosemite jest narazie naszym najulubieńszym parkiem w Ameryce 🙂 W dużym stopniu na pewno przyczyniła się do tego fantastyczna pogoda jaką tutaj mamy nieprzerwanie 10 dzień! 🙂 Jest to absolutny rekord w ciągu naszej podróży! 🙂 Jeszcze się nie zdarzyło, żeby nie padało dłużej niż 7 dni 🙂 a teraz wciąż jest słońce, ewentualnie przykryte delikatną warstwą chmur 🙂 Kolejną noc w Little Yosemite Valley przeżyliśmy dużo lepiej bo zapobiegawczo złożyliśmy maty na pół, żeby nawet jak zejdzie powietrze było w miarę ciepło, ale ponieważ w ten sposób sięgnęły tylko bioder, pod nogi daliśmy wypchane resztą ciuchów i w miarę miękkich rzeczy plecaki.. na to kiszka zewnętrzna, ja w trzech parach skarpetek 😛 dwóch koszulkach na krótki rękawek (czyli wszystkich jakie mam 😛 tych dwóch na ramiączkach już nie zakładałam 😉 ), koszulce termicznej, bluzie, kurtce wiatrówce, czapce, rękawiczkach, getrach, zielonych spodniach i przeciwdeszczowych – a w śpiworze jeszcze kiszka wewnętrzna 😀 Tym razem udało się spokojnie wyspać w cieple bez podkulonych przez całą noc nóg pod korpusik 😛 Nie budziliśmy się też co 30 minut kiedy jeden z boków, na który się akurat obróciliśmy przymarzał i bolał jak reumatyzm 😛 a nogi nie były bardziej zmęczone niż przed spaniem przez podkulanie przez całą noc 😉 Można powiedzieć, że tej nocy udało się nam odpocząć 🙂 i w miarę się zregenerować, więc postanowiliśmy się wybrać dalej w kierunku Merced Lake 🙂 Przeszliśmy może z 10 minut drogi od kempingu i spotkaliśmy pierwszy raz w życiu.. cztery wilki! 🙂 Cała rodzinka przyglądała się nam ze środka ścieżki, którą podążaliśmy, może z 50 metrów przed nami 🙂 po czym dostojnie się oddaliły w swoim kierunku 🙂 Nie pamiętaliśmy już za bardzo jak wygląda dokładnie wilk bo w ZOO byliśmy ostatnio w podstawówce 😛 bo teraz jesteśmy przeciwni tej organizacji i nie chodzimy, gdyż przynajmniej w Polsce niestety nie wygląda to tak jak powinno i z pewnością zwierzęta, które tam przebywają w więzieniu ku uciesze gawiedzi są bardzo nieszczęśliwe.. Może gdyby wyglądało to jak rezerwat i miałyby dużo miejsca i mogłyby zachowywać się naturalnie, a nie chodzić z kąta w kąt klatki to byśmy taki przybytek odwiedzili.. ale nie kojarzę, żeby w Polsce gdzieś tak było.. A zdecydowanie lepiej pokazać dziecku zwierzę w jego naturalnym środowisku, gdzie może się zachowywać jak dzikie zwierzę po prostu.. i kiedy ma ochotę to je, a kiedy chce to śpi, biega, poluje.. Wiadomo.. ochrona zagrożonych gatunków.. ale kto miałby ochotę się rozmnażać w klatce otoczonej przez gapiów.. Zdecydowanie lepsze wyniki w przywracaniu ilości zwierząt zagrożonego gatunku dają rezerwaty, w których po prostu sobie mogą żyć swoim szczęśliwym zwierzęcym życiem, bez ingerencji człowieka, bez myśliwych i kłusowników, którzy to najczęściej przyczyniają się właśnie do zmniejszenia populacji jakiegoś gatunku i bez zabierania ich terenu pod jakieś uprawy itd.. Ale wracając do wilków to wydawało się nam, że są większe 😛 szczególnie że filmach, w których ktoś nagle ląduje wśród krwiożerczych wilków, które tylko czekają żeby go pożreć 😉 są ogromne 😛 Były jak mały owczarek niemiecki, a jak nas zobaczyły i stwierdziły, że idziemy w ich stronę (a miały przewagę liczebną 😛 ) po prostu się oddaliły 🙂 są bardzo piękne i dostojne 🙂 takie idealne psy 🙂 dzikie i samowystarczalne 🙂 Po przejściu jeszcze kawałka polany zrobiło się nam tak ciepło, że aż rozebraliśmy się do krótkiego rękawka i podwinęliśmy spodnie 🙂 Mimo, że szliśmy przez spalony las i narazie tylko drobne krzaczki zdążyły odrosnąć, widoki i tak były przepiękne bo dookoła wysokie i bardzo kolorowe góry, a pomiędzy spalonym lasem co jakiś czas płynęły szemrzące strumyczki 🙂

Poza tym, że spotykaliśmy ptaki i wiewiórki – nie spotkaliśmy żadnej istoty, aż do wodospadu, przy którym zrobiliśmy sobie piknik 🙂

Usiedliśmy na gorących kamiennych płytach, wykąpaliśmy stópki w lodowatej i krystalicznie czystej wodzie wodospadu i.. medytowaliśmy 🙂 Opalaliśmy się, siedzieliśmy, słuchaliśmy szumu wody.. cieszyliśmy się słońcem 🙂 pięknymi widokami 🙂 pysznym jedzonkiem 🙂 delektowaliśmy się chwilą 🙂 Takie momenty podróży lubię najbardziej 🙂 czyli zasłużony odpoczynek 🙂 a w dodatku w pełnym słońcu 🙂 Było chyba ze 20°C ale dla nas zahartowanych mrozem nocy było tak gorąco, że siedzieliśmy nad wodą prawie na golasa 🙂 prawie bo jednak zawsze jest szansa, że ktoś będzie przechodził, a to jednak przy samym szlaku 😉 i za jakiś czas szła jedna dziewczyna.. ale zebraliśmy się dużo później i już w ciągu tego dnia nie spotkaliśmy nikogo.. Droga była długo i pod górę, ale widoki zachwycały 🙂 z daleka (na szczęście) ośnieżone szczyty gór, w dole przepiękna dolina, kolorowe liście na drzewach, wszędzie małe wodospady.. i cisza.. i brak ludzi.. i tu i teraz.. „każdy krok niesie pokój”.. każdy wypełniony miłością i radością 🙂 i ogromną wdzięcznością 🙂 za to gdzie jesteśmy 🙂 że mamy nogi 🙂 mamy oczy 🙂 że jesteśmy tu i teraz 🙂 mimo, że plecy pękają pod ciężarem plecaka, że nogi z każdym krokiem też coraz bardziej zmęczone.. że słońce po jakimś czasie znika za górami i w tej sekundzie robi się bardzo zimno, mimo że cały czas idziemy pod górę 😛 Bo jak się jest w cieniu, nawet w dzień jest bardzo zimno, w słońcu gorąco (ale tylko między 11stą a 15stą, a w nocy.. lodowato 😛 Na wysokości 2070 m przywitał nas pierwszy lód! a 100 m wyżej pierwszy śnieg 😛 na szczęście tylko jego pozostałości 😉

Do jeziora doszliśmy już po zmroku, a kemping był na jego drugim brzegu, więc tam doszliśmy całkiem po ciemku.. Tego dnia przeszliśmy prawie 17 km 🙂 Całkiem niezły wynik jak na takie wysokie góry 🙂 Tej nocy spaliśmy na wysokości ponad 2200 m 🙂 (nasz rekord życiowy) ale o dziwo, było cieplej niż na poprzednim kempingu 🙂 a wszystko dzięki wspaniałej grubej warstewce igieł sekwoi pod naszym namiotem 🙂 jaka cudowna izolacja 🙂 Ale zestaw spankowy taki jak dzień wcześniej, aczkolwiek było mi naprawdę bardzo ciepło 🙂 Myśleliśmy, że będziemy sami, ale podczas czytania kundelka Teofila na dobranoc, dotarło jeszcze dwóch piechurów.. Rano odwiedziliśmy Merced Lake oświetlone słońcem 🙂 chwilę je podziwialiśmy – a było co 🙂 bo jest to przepiękne jezioro otoczone górami i drzewami 🙂 i ruszyliśmy dalej..

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

Tego dnia przeciążone plecy pozwoliły nam dojść tylko do opuszczonej chatki Rangersów (niecałe 4 km) i tam opalaliśmy się na słońcu i medytowaliśmy 🙂 a jak zrobiło się zimno ogrzewaliśmy się przy ognisku 🙂

Czy już pisałam jak uwielbiam ogniska? 🙂 Ugrzani ciepełkiem poszliśmy spać do naszykowanego spanka, ale nie była to komfortowa noc.. może przez to, że blisko rzeki, bo namiot na grubej trawie, a było tak zimno, że mało co spaliśmy.. i pierwszy raz podczas naszej podróży spaliśmy.. w butach! 😛 mimo 3 par skarpetek (u mnie, u Grześka dwóch) i 3 kiszek stopy w ogóle nie chciały się ogrzać, mimo podkulenia pod korpusik 😛 było tak zimno, że nie dało się spać.. a po założeniu butów i wejściu do wszystkich kiszek stopy się troszeczkę ugrzały.. i na jakiś czas zasnęliśmy.. Ale był to punkt zwrotny naszej podróży po Yosemite i zmiany decyzji co do dalszego kierunku podróży.. Chcieliśmy zobaczyć Tuolumne Meadows – podobno bardzo piękne miejsce, a na zimę jest tam zamknięta droga dojazdowa i można dojść tylko szlakiem pieszym z Yosemite Valley 44 km w jedną stronę.. ale łąka jest na wysokości 2600 metrów, a po drodze Vogelsang High Sierra Camp na 3100 metrów.. i prawdopodobnie jest tam śnieg.. skoro już na niecałych 2300 metrów było tak zimno w nocy, to tam nie będzie lepiej 😉 a my już więcej ciuchów nie mamy 😛 nawet kurtki puchowej, i cieniutkie czapki i rękawiczki i buty poniżej kostki i brak szalika.. Stwierdziliśmy, że nie będziemy się na to porywać, bo jesteśmy niestety nieprzygotowani na taką pogodę i jak się później okazało – była to bardzo słuszna decyzja 🙂 Ale może kiedyś wrócimy tu latem 😉 chociaż pewnie nie, bo wtedy na pewno jest tutaj dziki tłum 😛 a teraz było idealnie 🙂 czyli oprócz nas praktycznie nikogo 🙂 pewnie wszyscy byli wybierać Trumpa 😉 Kolejnego dnia zanim odtajaliśmy po mroźnej nocy ruszyliśmy na szlak dopiero po 14stej.. dzień był pochmurny, więc słońce nas nie dogrzało 😛 ale jak to zawsze sobie mówimy na pocieszenie: najważniejsze, że nie pada ;P

Przez cały dzień drogi w kierunku Half Dome nie spotkaliśmy nikogo.. tylko ptaki i wiewiórki 🙂 pełno wiewiórek! a najsłodsze te najmniejsze, które wyglądają jak dzidzie wiewiórek 🙂 takie mikroskopijne i baardzo szybko biegające 🙂 Widoki w dalszym ciągu przepiękne 🙂 cisza 🙂 spokój 🙂 zapach gorących igieł (jeden z moich najulubieńszych 🙂 ), żywicowych szyszek (jest ich tutaj zatrzęsienie!), wiatr na twarzy 🙂 czego chcieć więcej? 🙂

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

Zbliżała się pora na spanie tego dnia, ale nauczeni ubiegłym noclegiem chcieliśmy znaleźć miejsce z dala od rzeki i na podściółce z igieł (jak najgrubszej) 🙂 Udało się znaleźć tak fajne miejsce, że rano już po 8:00 opalaliśmy się w namiocie 🙂 bo akurat świeciło na niego słońce 🙂 zasiedzieliśmy się do południa, więc tego dnia nie przeszliśmy bardzo daleko, tylko 7 km tak jak wczoraj, a i to tylko dlatego aż tak dużo, że znalezienie noclegu nie było łatwe, żeby było ciepło w nocy, bo trafił się akurat spalony las, więc była goła ziemia i nie chciał się skończyć..

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

Nocleg rozkładaliśmy już po ciemku (czyli około 18tej 😛 ) na dosyć grubych igłach, odeszliśmy od rzeki za górkę, żeby nas osłaniała i na wszelki wypadek obłożyliśmy namiot dookoła iglastymi gałązkami znalezionymi na ziemi, żeby osłonić się przed wiatrem 🙂 Noc była ciepła i spokojna 🙂 a rano nawet słońce zaświeciło nam w namiot 🙂

Wstaliśmy tym razem dosyć wcześnie, bo tego dnia mieliśmy ambitny cel – Half Dome 🙂 Chcieliśmy dojść do skrzyżowania pod górą, zostawić tam plecaki i pójść stromo pod górę ostatnie kilometry już na lekko.. ale przy skrzyżowaniu tablica informowała, że lepiej tam nie zostawiać plecaków (czyli nie tylko my wpadliśmy na ten pomysł? 😛 ), bo grasuje tam sporo misiów i są nimi bardzo zainteresowane 😛 Chcąc nie chcąc wdrapywaliśmy się pod górę z pełnym obciążeniem.. żeby odciążyć trochę Grześka plecy tym razem ja niosłam namiot i.. ledwo przeżyłam ;P Nie no oczywiście żartuję.. wiadomo, że jestem dzielna i co mi tam 3 kg w tą czy w tą 😉 Już po drodze widoki były wspaniałe, więc spodziewaliśmy się, że na szczycie będzie przepięknie 🙂

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

Dopiero pod kulminacyjnym wejściem gołą skałą zostawiliśmy plecaki i szliśmy bez niczego, ponieważ były już na zimę zdjęte poręcze ułatwiające wejście, więc lepiej było być bez plecaków, żeby łatwiej było utrzymać równowagę 🙂 Prawie na sam wierzchołek były.. schody 😛 (niedługo pewnie będzie winda 😉 ), tylko ostatnie metry to goła skała z granitu, ale szorstka i tylko miejscami z drobnymi kamyczkami, które można było ominąć.. 🙂 Jak lekko bez plecaków.. jak byśmy latali! 🙂 ani się nie obejrzeliśmy i już wspięliśmy się wyżej niż kiedykolwiek w naszym życiu – 2571 metrów! 🙂

A na szczycie słońce, wspaniałe widoki dookoła i jeszcze wyżej można było wejść po.. drucie zawieszonym wzdłuż prawie pionowej skały.. nawet próbowaliśmy kawałek, ale skała była tak wyślizgana, że + nasze też już baaardzo wyślizgane podeszwy butów = duży poślizg 😛 więc daliśmy spokój.. i siedzieliśmy sobie i medytowaliśmy ciesząc się szczytem, który nam się udało zdobyć i pogodą, która nam na to pozwoliła 🙂

I zgadnijcie kogo spotkaliśmy.. chłopaka z UK jadącego na rowerze 😀 tego z pralni, którego już wcześniej spotykaliśmy.. świat jest mały.. poczuliśmy się jak starzy znajomi 😉 Wróciliśmy po plecaki i dotarliśmy do kempingu Little Yosemite Valley po ciemku..

W nocy znów igły pod namiotem i gałązki dookoła, więc było ciepło 🙂 a w dzień postanowiliśmy odpocząć trochę nad rzeką przy kempingu, wyprać chociaż spodnie, które były całe usmolone spalonym lasem i uklejone żywicą 😛 i umyć włosy 🙂 Wyczyn był to nie lada, bo woda prosto z rzeki była tak lodowata jak ta pod darmowym prysznicem na kempingu w Cisnej 😛 ale tam się nie odważyłam na mycie włosów 😛 a tu nie było innego wyjścia 😉 Głowa mi prawie odpadła – tak bolała jak Grzesiek polewał mi włosy wodą prosto z rzeki 😛 ale na szczęście słońce świeciło tak mocno, że włosy wyschły mi chyba w niecałą godzinę 🙂 i jeszcze ten drobniuteńki piaseczek na plaży przy rzece pod gołymi stopami 😀 warto było! 🙂 Na pewno lepiej niż by nam było na plaży w LA 😉 Można powiedzieć, że plaża w Kalifornii zaliczona ;D Cisza, spokój, szum strumienia.. tylko my.. i.. wilki.. dwa.. które postanowiły podejść pod nasze plecaki.. ze 3 kroki od nas! 🙂 ale nic do jedzenia nie było na wierzchu, więc patrol poszedł dalej w las 😛

Spodnie niestety nie zdążyły wyschnąć, więc założyliśmy mokre i ugrzewaliśmy je przy wieczornym ognisku 🙂 przy którym towarzyszył nam Paweł.. z Czech 🙂 On przeszedł taką trasę, jaką my planowaliśmy i dzięki niemu dowiedzieliśmy się, że dobrze, że tam nie poszliśmy 😛 Śnieg był taki, że ma całe mokre buty (dużo wyższe niż nasze) i skarpetki, a normalnie ludzie chodzili tam na rakietach śnieżnych 😛 A widoków na łące nie widział, bo była noc, a tam nie można było spać, więc szedł dalej 😛 Zmęczony poszedł spać, my jeszcze trochę się pogrzaliśmy, dogasiliśmy ognisko i też spaliśmy 🙂 Kolejnego dnia kiedy schodziliśmy na dół spotkaliśmy baardzo dużo ludzi.. w końcu to popularny szlak, jeśli się go nie idzie po ciemku 😛

Zobaczyliśmy wodospad Nevada, który był naprawdę urodziwy, ale był przy nim taki tłum, mimo że to już nie sezon i jesień i nawet nie weekend, że stwierdziliśmy, że nasza rzeczka z wilkami jednak nam się dużo bardziej podobała 😉 bo wiadomo, że medytować można nawet w środku ruchliwego miasta, ale my jednak wolimy wśród ciszy i dzikości 🙂 Przy Vernal Fall ukazała się nam nawet tęcza 🙂 ale za długo tam nie posiedzieliśmy bo było już zimno i śmigaliśmy na dół, żeby zdążyć do Visitor Center przed 17stą oddać puszki misiowe 🙂

Chcieliśmy wysłać rodzince info, że żyjemy, ale przemiły pan od puszek nie dał nam hasła do wifi bo jest prywatne.. heh.. i tak życzymy mu wszystkiego dobrego.. i żeby był szczęśliwszy w swoim życiu.. bo za każdym razem jak go widzimy ma skwaszoną minę 😛 Internetu brak.. jest telefon stacjonarny z możliwością zadzwonienia za granicę za 1 $ za 2 minuty! 😛 ale biorąc pod uwagę, że u nas była już 17sta w Polsce była już 26sta 😛 więc żeby nie spowodować zawału rodzicielom stwierdziliśmy, że zadzwonimy rano 🙂 i poszliśmy na zakupy do supermarketu 😛 Banany sztuka za 2 zł, awokado za 8zł, Clifbary za 8zł, czekolada gorzka z malinami (88 gram!) za 15zł, czipsy z fioletowej organicznej kukurydzy za 16zł, masło orzechowe 100% 18zł, a ryż brązowy niecałe pół kilo za 6zł.. więc kupiliśmy kilka paczek bo tak tanio 😛 Nie poszalejemy z naszym weganizmem tutaj 😛 żeby nie zbankrutować trzeba jechać do miasta zrobić zakupy 😛 Noc w dolinie była taka ciepła, że spaliśmy tylko w jednym śpiworze! bez kurtek i spodni przeciwdeszczowych i ja tylko w dwóch parach skarpetek 😀 Rano się okazało, że nie da się zadzwonić z budki.. pewnie można tylko na stacjonarne.. a nie ma zasięgu, żeby wysłać sms.. heh.. dobrze, że po drodze ze sklepu zobaczyliśmy szczegółową mapę, na której było zaznaczone, że darmowe wifi jest przy delikatesach (w remoncie 😛 ) i w bibliotece 🙂 jest nadzieja 😀 Okazało się, że biblioteka jest czynna we wtorek, środę i czwartek ze 4 godziny 😛 a jest piątek.. Kartka na drzwiach, że darmowe wifi, hasła brak.. heh.. na szczęście za budynkiem Grzesiek zdobył hasło od siedzącej tam pary 🙂 Uratowani! 🙂 Wysłane maile do domku, odpowiedzi na bloga.. i zamarznięci na tyle, że idziemy spać w to samo miejsce 🙂 Kemping o dziwo tylko za 6 $ za osobę (oczywiście bez prysznica), ale pełny i.. śmierdzący grillem! i taki hałas, że chyba byśmy nie zasnęli, więc poszliśmy spać tradycyjnie do lasu 🙂 ciepło, miło i przyjemnie 🙂 i cicho 🙂 i świeże powietrze 🙂

A dzisiaj udało się dostać do pralni, gdzie siedzimy większość dnia, bo jest ciepło, zrobiliśmy pranie (spodnie najpierw trzeba było wyszorować mydłem i gąbką bo były czarne a nie zielone 😛 ) i suszenie za 2$, a do tego umyliśmy sobie za darmo włosy 🙂 Niestety dalej tylko kocie mycie w umywalce nam zostało, mimo że udało nam się nawet wypłacić pieniądze w bankomacie (opłata za wypłatę 4$, przez ostatni miesiąc nie udało nam się znaleźć bankomatu, który nie pobiera opłaty), bo prysznic za jedną osobę (a nie da się pójść razem bo oddzielnie damski i męski i jest koło hotelu, więc na pewno jakiś cerber pilnuje 😉 ) kosztuje skromne 5$! ktoś chyba upadł na głowę.. spróbujemy szczęścia znów z CS tym razem we Fresno i może się uda wyszorować porządnie pod gorącym prysznicem 🙂 a narazie zimna woda w umywalce na kempingu, ale przynajmniej za darmo 😉 Jutro wyruszamy dalej uzupełnić zapasy, a potem Kings Canyon i Sequoia National Park jeśli pogoda pozwoli, a jeśli nie to cieplejsze strony czyli Death Valley itd.. zobaczymy co przyniesie nam życie 🙂 Narazie cieszymy się bardzo, że jesteśmy w Yosemite 🙂 jest tu przepięknie i codziennie jest słońce 🙂 a w nocy już nie zamarzamy 🙂 jest czyste powietrze 🙂 czysta woda 🙂 szurające pod nogami, pachnące jesienią żółte liście 🙂 jelenie wylegujące się na łąkach 🙂 najdłuższy w Ameryce Północnej wodospad 🙂 robiące wrażenie góry 🙂 cisza i spokój bo już mało turystów 🙂 czas, żeby odpocząć 🙂 cieszyć się chwilą 🙂 delektować się 🙂 celebrować 🙂 świętować 🙂 medytować 🙂 być tu i teraz 🙂 razem 🙂 dziękujemy! 🙂

Słoneczne Yosemite

3 listopad 14:52

Z Novato zabrała nas na stopa kolejna kobieta Shila (ale te kobiety są tutaj dzielne 😀 ), która nas podwiozła w ogóle nie jadąc do San Francisco bo jak to powiedziała szkoda jej się nas zrobiło, że już się niedługo ściemnia a w dodatku pada 😛 Poczłapaliśmy w deszczu i we mgle i można powiedzieć, że spaliśmy pod mostem 😉 ale nie byle jakim bo Golden Gate Bridge 😀

Jak się kładliśmy spać to go w ogóle nie było widać, ale jak wstaliśmy o 6 rano i było jeszcze ciemno, mgła opadła i poprawiła się widoczność, tak że powitał nas piękny widok oświetlonego mostu, miasta i gwiazd na niebie i dopiero przy takim świetle most wyglądał na złoty, bo w dzień jest ciemnoczerwony..

Kiedy przechodziliśmy przez most, który ma prawie 3 km długości widzieliśmy delfiny 🙂 kilka helikopterów i pływające dookoła wojskowe motorówki z.. karabinami maszynowymi 😛 od razu poczuliśmy się bezpieczniej z taką obstawą 😉 i zastanawialiśmy się nawet czy nie kręcą akurat jakiegoś filmu ;P ale chyba nie..

Alcatraz, które było widać w oddali też już nie pełni swojej dawnej funkcji więzienia, więc raczej nikt nie uciekł 😉 Ileż paliwa zużywają takie motorówki, które pływają tam wkoło tak długo.. ile oni pieniędzy marnują na wojsko.. ręce opadają.. Ale skoro Amerykanie się czują dzięki temu bezpieczniej to niech płacą na to podatki jak chcą 😛

Przez San Francisco przyjechaliśmy darmowym autobusem, żeby pooglądać chociaż przez szybę Downtown 🙂 ale jak to duże miasto nie zrobiło na nas wrażenia 😛

Może byśmy pozwiedzali wegańskie knajpy bo podobno według Happycow są najlepsze na świecie, ale nikt z couchsurfingów nas nie chciał, a noclegi podobno tam są (nawet jak na Amerykę:P) mega drogie.. My spaliśmy za darmo pod mostem i się nie musieliśmy przekonywać jakie są ceny.. Kemping co prawda kosztował 25 $ za miejsce (taniocha 😉 ) i był nawet bez wody pitnej, nie mówiąc o prysznicu 😛 ale przyszliśmy już jak było późno i nie było komu płacić, a wyszliśmy zanim się zrobiło widno.. miejsce było jak na nasze tradycyjne noclegi bardzo równe i w żadną stronę się nie staczaliśmy 😛 ale Grześka budził ocean, bo były wielkie fale i był bardzo głośny, więc jakoś super się nie wyspaliśmy 😛 Spodziewaliśmy się czegoś więcej po tym couchsurfingu, ale niestety jeżdżąc na stopa nie jesteśmy w stanie się zapowiedzieć z tygodniowym wyprzedzeniem 😛 bo nie wiemy nawet gdzie dotrzemy jutro 😛 A jak nam napisał jeden Polak (który tak czy siak nas nie przygarnął, bo miał się zapytać współlokatorów czy może, a w końcu tego nie zrobił) normalnie by nawet nie przeczytał tego co napisaliśmy, bo on czyta tylko pytania ludzi z minimum 5 referencjami.. ale spoko wyglądamy.. hmm.. czyli to, że przez 3 miesiące sobie sami radziliśmy i nie żerowaliśmy na cudzej gościnności i tylko dwa razy u kogoś spaliśmy jest naszym minusem.. no cóż.. nie tak sobie wyobrażaliśmy ideę tego serwisu.. dobrze, że część ludzi nam chociaż odpisuje, że nie mogą bo coś tam.. ale większość albo nic nie pisze albo nas po prostu skreśla bez przyczyny.. Szkoda, że nie zapisaliśmy się przed wyjazdem do Servasu, bo to chyba trochę lepiej działa, ale mieliśmy nadzieję że couchsurfing będzie w porządku.. Grześ nam trochę podpowiedział, więc może dzięki niemu jeszcze uda się jakiś nocleg prze cs, ale ogólnie słabo.. Nie mieliśmy ochoty szukać noclegu w San Francisco na dziko, bo to by było chyba ponad nasze siły, więc po przejechaniu miasta autobusem zaczęliśmy łapać stopa do Oakland.. Kiedy staliśmy przy wyjeździe z miasta z kartką podeszła do nas z pretensjami pewna murzynka, że zabieramy jej miejsce 😛 (miała kartkę jak wszyscy bezdomni w stylu: jestem głodna i biedna.. niech wam Bóg błogosławi..), ale jak zobaczyła, że chcemy tylko wyjechać z miasta to życzyła nam powodzenia 😉 Stamtąd zabrała nas kolejna dziewczyna! z psem i po 10 km trailu przez miasto i przez park dotarliśmy w końcu do kempingu.. który okazał się monitorowanym miejscem z kilkoma drewnianymi domkami, oczywiście bez wody.. prawie się rozłożyliśmy pod samą kamerą 😛 taka była mgła.. Ale w końcu odeszliśmy kawałek i spaliśmy w dosyć spokojnym miejscu, a poszliśmy spać już o 4 rano 😛 tyle czasu nam zajęło chodzenie przez ten park po ciemku, we mgle i stromo pod górę..

Pospaliśmy kilka godzin i ruszyliśmy dalej.. przez Redwood Regional Park (przypominał nam trochę podwrocławską Ślężę 🙂 ) jego niezliczonymi górzystymi ścieżkami 🙂 bardzo fajne miejsce.. ścieżki rowerowe, szlaki piesze, miejsce na piknik, bezpłatne kibelki.. Sporo ludzi korzystało z jego dobrodziejstw, ale był akurat weekend.. i całkiem fajna pogoda 🙂

Kolejnym miejscem, do którego zabrał na starszy Pan, który miał rodzinę w Niemczech, więc nawet kojarzył gdzie jest Polska 😀 było Castro Valley.. Tam szliśmy tylko około 6 km do miejsca na nocleg i poszliśmy spać dużo szybciej 🙂 Odprowadził nas tam bardzo sympatyczny piesek, którego się mocno wystraszyliśmy po ciemku, że do nas biegnie 😛 a on po prostu chciał nam towarzyszyć i żeby go głaskać 🙂 a jak już zrobiliśmy kolację w namiocie, tak bardzo chciał z nami spać, że aż próbował zrobić podkop 😛 ale w końcu poszedł spać i my też 🙂 Przeszliśmy przez miasto do drugiego Safewaya, ale tam też nie było jedzenia na wagę, więc łapaliśmy stopa do Whole Foodsa gdzie zawiozła nas bardzo sympatyczna meksykańska rodzinka 🙂 Siedzieliśmy z tyłu obok małej dziewczynki, która cały czas oglądała jakieś straszne filmy o olbrzymich pająkach 😛 a jak jej się tata zapytał co ogląda powiedziała że Spidermana 😛 ach te dzieci 😉 Whole Foods nas nie zawiódł i uzupełniliśmy zapasy przed wjazdem do kolejnego parku i przesiedzieliśmy Halloween doładowując telefony, komputer itd. 😛 Market oczywiście ustrojony w pajęczyny, pająki, dynie itp. Pełno poprzebieranych ludzi, ale nie widzieliśmy akcji jak dzieci chodziły po domach.. My świętowaliśmy Halloween i 100 dni naszej podróży przy kubku wegańskich, waniliowych, organicznych i bezcukrowych lodów Coconut-Bliss 🙂 Były pyszne, ale na razie nasze ulubione były czekoladowe z orzechami włoskimi i bezglutenowymi ciasteczkami brownie też tej firmy 🙂 Amerykańskie dekoracje na Halloween wyglądają przeróżnie.. co dom to inny pomysł..

Mi się najbardziej podobają te ekologiczne czyli powycinane dynie 🙂 no i czarne koty też są fajne 😀 poza tym pełno kościotrupów, nagrobków itd. co już mi się zdecydowanie mniej podoba 😛 chyba, że jest to szkielet na przykład psa (a zdarzają się 😛 ) to wygląda spoko – jak na anatomii 😉 fajne też są wszelkie światełka, bo ja bardzo lubię 🙂 a najgorsze są poodrywane ręce, głowy itp.. oczywiście wtedy wszystko to plastikowy szmelc z Chin tak jak plastikowe dynie.. jakby zwykłej nie można było kupić.. jeśli ktoś nawet nie umie wycinać to pomalowanie markerem i tak jest bardziej ekologiczne niż plastik.. a tych dekoracji mają tutaj przeogromne ilości.. ciekawe ile średnio każda rodzina traci na to co roku pieniędzy.. i ile niepotrzebnych śmieci przybywa.. O naszym polskim dniu Wszystkich Świętych nie mają pojęcia nawet ci którzy mają polskie korzenie.. ale jak opowiadamy jak to wygląda przyznają, że to bardzo fajny zwyczaj.. Tutaj nie zobaczymy na cmentarzu ani jednego światełka, bo są zakazane przez zagrożenie pożarowe.. Zawsze lubiłam widok cmentarza wieczorem 1 listopada w Polsce (pierwszy raz go nie zobaczę) mówiłam wtedy wszystkim, że dużo światła = dużo miłości.. każdy w końcu przynosi jakąś lampkę temu kogo kocha 🙂 i wspomina jaki to wspaniały człowiek, opowiada dzieciom, wnukom 🙂 Wiadomo, że można to święto obchodzić różnie.. My z Grześkiem zawsze kupowaliśmy szklane znicze z metalową przykrywką (żeby było ekologicznie bo ile ton śmieci ląduje po tym dniu w koszu chyba każdy widział) i wspominaliśmy najlepsze chwilę z tymi, których pamiętamy, a niestety nie ma ich już z nami.. Ale wiadomo że każdego z nas to kiedyś czeka.. śpieszmy się kochać ludzi – tak szybko odchodzą.. i śpieszmy się kochać życie i każdą chwilę, bo nie wiadomo kiedy my odejdziemy.. W Meksyku mają podobno takie święto jak w Polsce, ale oni przynoszą na groby jedzenie i picie, które dana osoba lubiła na przykład tequilę 😛

W Dublin spaliśmy na górce z widokiem na oświetlone całe miasto i wielkie więzienie 😛 nawet nie wiało aż tak jak się spodziewaliśmy, ale błoto było zacne 😛 wyglądaliśmy jakbyśmy już wrócili z Yosemite, a nie dopiero jechali 😛 Na szczęście w mieście była fajna mało uczęszczana łazienka koło boiska, gdzie nawet była gorąca woda! 😀 i można było spokojnie umyć włosy, ogolić się i doprowadzić ogólnie do porządku 😉 Jak już byliśmy znów czyści i piękni odwiedziliśmy muzeum motocykli Arlen Ness. Najbardziej podobały nam się stare maszyny Harley-Davidson – ręcznie robione prawdziwe dzieła sztuki.

Wieczorem udało nam się złapać stopa do Manteca, a naszym wybawicielem był Ali, który pochodzi z Indii, ma czwórkę dzieci i jest przesympatyczny 🙂 Jak to większość ludzi, którzy nas biorą na stopa normalnie nikogo nie bierze, ale my wyglądamy tak sympatycznie 😀 Pytał czy się nie boimy tak jeździć i że to niebezpieczne.. a jak powiedziałam, że dobrzy ludzie spotykają tylko dobrych ludzi ucieszył się, że się z tym zgadza 🙂 Dotarliśmy na miejsce późnym wieczorem, więc nie jechaliśmy już dalej tylko poszliśmy szukać domku, który znaleźliśmy wśród jakichś drzewek.. dobrze, że nic na nich nie rośnie i że spryskiwacze o tej porze roku już nie działają 😛 Na wszelki wypadek zebraliśmy się stamtąd zanim się zrobiło widno i po drodze kupiliśmy w samoobsługowej skrzynce przy plantacji 10 kiwi za 1,5$, całkiem niezła cena 🙂 Po zjedzeniu śniadanka szybko udało się złapać stopa i w kierunku parku podwiózł nas Josh, który jest strażakiem, częściowo Polakiem i ma 5 tygodniową dzidzię.. dojeżdża codziennie 2 godziny do pracy, bo w mieście mieszkania kosztują milion dolarów 😛 a poza tym lepiej mieszkać wśród przyrody 🙂 Zostawił nas przy drodze w stronę parku, którą nic prawie nie jeździło (w końcu środa), ale o dziwo po kilkunastu minutach zatrzymała się para wspinaczy, którzy tak jak my cieszyli się ze świetnej pogody i podwieźli nas do samiutkiego parku 🙂

Na polu namiotowym w Yosemite Valley było bardzo ciepło, ale był też ogromny tłum ludzi.. Ciekawe jak tu jest latem.. W Visitor Center dostaliśmy mapę, załatwiliśmy pozwolenie na spanie na dziko (za darmo) na 7 dni i wypożyczyliśmy za 10$ dwie puszki misiowe, żebyśmy mogli spać gdzie mamy ochotę, a nie tam gdzie są skrzynki.

Trochę to wszystko nam zajęło i na szlak wyruszyliśmy dopiero po godzinie 17tej.. W górach robi się dosyć szybko ciemno, więc większość trasy szliśmy w ciemności.. ale zdążyliśmy zobaczyć jeden wodospad! 🙂 i przepiękne przeogromne góry otaczające nas z każdej strony 🙂

Dodając do tego kolorowe liście i strumienie i rzeki otrzymaliśmy obraz chyba najpiękniejszego parku, który widzieliśmy do tej pory w Ameryce 🙂 Pogoda też była idealna 🙂 no może oprócz tego, że jak już zaszło słońce zrobiło się od razu baardzo zimno, ale piękne gwiazdy na niebie, których było tak dużo starały się wynagradzać nam zimno 🙂 Po drodze spotkaliśmy sporo osób schodzących i jedną wchodzącą jak my i kilka namiotów i ognisk przy nich, żeby się trochę ogrzać.. Na kempingu widzieliśmy jeszcze tylko jeden namiot.. W nocy, tak jak przypuszczaliśmy, było baaaardzo zimno, namiot nam przymarzł, a stopy trzeba było mieć podkulone pod korpusik, żeby nie było zimno 😛 Spaliśmy w kiszkach wewnętrznych, zewnętrznej i w kurtkach 😛 a ja nawet w rękawiczkach, ale przez naleśnikowate matki upału nie było 😉 Tej nocy ubierzemy jeszcze więcej ubrań i złożymy chyba maty na pół, a pod nogi plecaki.. zobaczymy 😛 Pierwszy raz w życiu śpimy tak wysoko.. a w dodatku w namiocie! 🙂 Kemping w Little Yosemite Valley jest na wysokości 1859 metrów! 🙂 Ale widoki jakie widzimy rano i spokój jaki tutaj panuje wynagradzają zimną noc 🙂 Postanawiamy dzisiaj się stąd nigdzie nie ruszać i po prostu odpocząć 🙂 Chociaż jeden dzień bez plecaka na plecach bardzo nam się przyda, bo nawet jak w jakimś mieście siedzieliśmy dłużej to i tak codziennie chodziliśmy z plecakami i od nowa każdego dnia rozbijaliśmy namiot.. Ponad miesiąc nie mieliśmy chociaż jednego dnia bez chodzenia minimum 6 km z plecakami! Nieźle co? 😀 ale nasze organizmy już się dopominają odpoczynku.. boli nas już prawie każdy mięsień – szyi, ramion, pleców, rąk, nóg 😛 także trzeba w końcu odpocząć 🙂 a tutaj jest cisza, spokój, nie trzeba wstawać o 5tej rano 😛 nigdzie chodzić, płacić 25 $ za jedną noc.. więc można powiedzieć, że oprócz zimności w nocy jest to miejsce idealne 🙂

W dzień jak świeciło słońce, było całkiem przyjemnie 🙂 ciepło, cisza, strumień z czystą wodą niedaleko 🙂 wiewiórki i dzięcioły jako towarzysze 🙂 i kilka osób na przeogromnym kempingu, żadnego hałasu, śmierdzącego grila, ani samochodów 😛 Zaraz sobie zrobimy ognisko i się ugrzejemy 🙂 a w nocy też może tym razem będzie cieplej 🙂 zobaczymy.. Jutro może pójdziemy dalej, a może jeszcze tu zostaniemy jeden dzień odpocząć.. Cieszymy się, że tu dotarliśmy i jest taka fajna pogoda, a jeszcze tydzień temu był tu śnieg!.. Mam nadzieję, że trochę ciepło się przeciągnie i przez ten tydzień kiedy tu będziemy słońce nas będzie rozpieszczać 🙂 Cieszymy się, że teraz jest ładna pogoda 🙂 świeci słońce 🙂 ptaszki ćwierkają 🙂 jest spokojnie 🙂 jest odpoczywanie 🙂 relaksowanie się 🙂 regenerowanie 🙂 cieszenie się naturą 🙂 delektowanie chwilą 🙂 świętowanie 🙂 celebrowanie tu i teraz 🙂 dziękujemy! 🙂