Archiwa tagu: ognisko

Tańczący z wilkami

12 listopada godz. 16:14

Yosemite jest narazie naszym najulubieńszym parkiem w Ameryce 🙂 W dużym stopniu na pewno przyczyniła się do tego fantastyczna pogoda jaką tutaj mamy nieprzerwanie 10 dzień! 🙂 Jest to absolutny rekord w ciągu naszej podróży! 🙂 Jeszcze się nie zdarzyło, żeby nie padało dłużej niż 7 dni 🙂 a teraz wciąż jest słońce, ewentualnie przykryte delikatną warstwą chmur 🙂 Kolejną noc w Little Yosemite Valley przeżyliśmy dużo lepiej bo zapobiegawczo złożyliśmy maty na pół, żeby nawet jak zejdzie powietrze było w miarę ciepło, ale ponieważ w ten sposób sięgnęły tylko bioder, pod nogi daliśmy wypchane resztą ciuchów i w miarę miękkich rzeczy plecaki.. na to kiszka zewnętrzna, ja w trzech parach skarpetek 😛 dwóch koszulkach na krótki rękawek (czyli wszystkich jakie mam 😛 tych dwóch na ramiączkach już nie zakładałam 😉 ), koszulce termicznej, bluzie, kurtce wiatrówce, czapce, rękawiczkach, getrach, zielonych spodniach i przeciwdeszczowych – a w śpiworze jeszcze kiszka wewnętrzna 😀 Tym razem udało się spokojnie wyspać w cieple bez podkulonych przez całą noc nóg pod korpusik 😛 Nie budziliśmy się też co 30 minut kiedy jeden z boków, na który się akurat obróciliśmy przymarzał i bolał jak reumatyzm 😛 a nogi nie były bardziej zmęczone niż przed spaniem przez podkulanie przez całą noc 😉 Można powiedzieć, że tej nocy udało się nam odpocząć 🙂 i w miarę się zregenerować, więc postanowiliśmy się wybrać dalej w kierunku Merced Lake 🙂 Przeszliśmy może z 10 minut drogi od kempingu i spotkaliśmy pierwszy raz w życiu.. cztery wilki! 🙂 Cała rodzinka przyglądała się nam ze środka ścieżki, którą podążaliśmy, może z 50 metrów przed nami 🙂 po czym dostojnie się oddaliły w swoim kierunku 🙂 Nie pamiętaliśmy już za bardzo jak wygląda dokładnie wilk bo w ZOO byliśmy ostatnio w podstawówce 😛 bo teraz jesteśmy przeciwni tej organizacji i nie chodzimy, gdyż przynajmniej w Polsce niestety nie wygląda to tak jak powinno i z pewnością zwierzęta, które tam przebywają w więzieniu ku uciesze gawiedzi są bardzo nieszczęśliwe.. Może gdyby wyglądało to jak rezerwat i miałyby dużo miejsca i mogłyby zachowywać się naturalnie, a nie chodzić z kąta w kąt klatki to byśmy taki przybytek odwiedzili.. ale nie kojarzę, żeby w Polsce gdzieś tak było.. A zdecydowanie lepiej pokazać dziecku zwierzę w jego naturalnym środowisku, gdzie może się zachowywać jak dzikie zwierzę po prostu.. i kiedy ma ochotę to je, a kiedy chce to śpi, biega, poluje.. Wiadomo.. ochrona zagrożonych gatunków.. ale kto miałby ochotę się rozmnażać w klatce otoczonej przez gapiów.. Zdecydowanie lepsze wyniki w przywracaniu ilości zwierząt zagrożonego gatunku dają rezerwaty, w których po prostu sobie mogą żyć swoim szczęśliwym zwierzęcym życiem, bez ingerencji człowieka, bez myśliwych i kłusowników, którzy to najczęściej przyczyniają się właśnie do zmniejszenia populacji jakiegoś gatunku i bez zabierania ich terenu pod jakieś uprawy itd.. Ale wracając do wilków to wydawało się nam, że są większe 😛 szczególnie że filmach, w których ktoś nagle ląduje wśród krwiożerczych wilków, które tylko czekają żeby go pożreć 😉 są ogromne 😛 Były jak mały owczarek niemiecki, a jak nas zobaczyły i stwierdziły, że idziemy w ich stronę (a miały przewagę liczebną 😛 ) po prostu się oddaliły 🙂 są bardzo piękne i dostojne 🙂 takie idealne psy 🙂 dzikie i samowystarczalne 🙂 Po przejściu jeszcze kawałka polany zrobiło się nam tak ciepło, że aż rozebraliśmy się do krótkiego rękawka i podwinęliśmy spodnie 🙂 Mimo, że szliśmy przez spalony las i narazie tylko drobne krzaczki zdążyły odrosnąć, widoki i tak były przepiękne bo dookoła wysokie i bardzo kolorowe góry, a pomiędzy spalonym lasem co jakiś czas płynęły szemrzące strumyczki 🙂

Poza tym, że spotykaliśmy ptaki i wiewiórki – nie spotkaliśmy żadnej istoty, aż do wodospadu, przy którym zrobiliśmy sobie piknik 🙂

Usiedliśmy na gorących kamiennych płytach, wykąpaliśmy stópki w lodowatej i krystalicznie czystej wodzie wodospadu i.. medytowaliśmy 🙂 Opalaliśmy się, siedzieliśmy, słuchaliśmy szumu wody.. cieszyliśmy się słońcem 🙂 pięknymi widokami 🙂 pysznym jedzonkiem 🙂 delektowaliśmy się chwilą 🙂 Takie momenty podróży lubię najbardziej 🙂 czyli zasłużony odpoczynek 🙂 a w dodatku w pełnym słońcu 🙂 Było chyba ze 20°C ale dla nas zahartowanych mrozem nocy było tak gorąco, że siedzieliśmy nad wodą prawie na golasa 🙂 prawie bo jednak zawsze jest szansa, że ktoś będzie przechodził, a to jednak przy samym szlaku 😉 i za jakiś czas szła jedna dziewczyna.. ale zebraliśmy się dużo później i już w ciągu tego dnia nie spotkaliśmy nikogo.. Droga była długo i pod górę, ale widoki zachwycały 🙂 z daleka (na szczęście) ośnieżone szczyty gór, w dole przepiękna dolina, kolorowe liście na drzewach, wszędzie małe wodospady.. i cisza.. i brak ludzi.. i tu i teraz.. „każdy krok niesie pokój”.. każdy wypełniony miłością i radością 🙂 i ogromną wdzięcznością 🙂 za to gdzie jesteśmy 🙂 że mamy nogi 🙂 mamy oczy 🙂 że jesteśmy tu i teraz 🙂 mimo, że plecy pękają pod ciężarem plecaka, że nogi z każdym krokiem też coraz bardziej zmęczone.. że słońce po jakimś czasie znika za górami i w tej sekundzie robi się bardzo zimno, mimo że cały czas idziemy pod górę 😛 Bo jak się jest w cieniu, nawet w dzień jest bardzo zimno, w słońcu gorąco (ale tylko między 11stą a 15stą, a w nocy.. lodowato 😛 Na wysokości 2070 m przywitał nas pierwszy lód! a 100 m wyżej pierwszy śnieg 😛 na szczęście tylko jego pozostałości 😉

Do jeziora doszliśmy już po zmroku, a kemping był na jego drugim brzegu, więc tam doszliśmy całkiem po ciemku.. Tego dnia przeszliśmy prawie 17 km 🙂 Całkiem niezły wynik jak na takie wysokie góry 🙂 Tej nocy spaliśmy na wysokości ponad 2200 m 🙂 (nasz rekord życiowy) ale o dziwo, było cieplej niż na poprzednim kempingu 🙂 a wszystko dzięki wspaniałej grubej warstewce igieł sekwoi pod naszym namiotem 🙂 jaka cudowna izolacja 🙂 Ale zestaw spankowy taki jak dzień wcześniej, aczkolwiek było mi naprawdę bardzo ciepło 🙂 Myśleliśmy, że będziemy sami, ale podczas czytania kundelka Teofila na dobranoc, dotarło jeszcze dwóch piechurów.. Rano odwiedziliśmy Merced Lake oświetlone słońcem 🙂 chwilę je podziwialiśmy – a było co 🙂 bo jest to przepiękne jezioro otoczone górami i drzewami 🙂 i ruszyliśmy dalej..

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

Tego dnia przeciążone plecy pozwoliły nam dojść tylko do opuszczonej chatki Rangersów (niecałe 4 km) i tam opalaliśmy się na słońcu i medytowaliśmy 🙂 a jak zrobiło się zimno ogrzewaliśmy się przy ognisku 🙂

Czy już pisałam jak uwielbiam ogniska? 🙂 Ugrzani ciepełkiem poszliśmy spać do naszykowanego spanka, ale nie była to komfortowa noc.. może przez to, że blisko rzeki, bo namiot na grubej trawie, a było tak zimno, że mało co spaliśmy.. i pierwszy raz podczas naszej podróży spaliśmy.. w butach! 😛 mimo 3 par skarpetek (u mnie, u Grześka dwóch) i 3 kiszek stopy w ogóle nie chciały się ogrzać, mimo podkulenia pod korpusik 😛 było tak zimno, że nie dało się spać.. a po założeniu butów i wejściu do wszystkich kiszek stopy się troszeczkę ugrzały.. i na jakiś czas zasnęliśmy.. Ale był to punkt zwrotny naszej podróży po Yosemite i zmiany decyzji co do dalszego kierunku podróży.. Chcieliśmy zobaczyć Tuolumne Meadows – podobno bardzo piękne miejsce, a na zimę jest tam zamknięta droga dojazdowa i można dojść tylko szlakiem pieszym z Yosemite Valley 44 km w jedną stronę.. ale łąka jest na wysokości 2600 metrów, a po drodze Vogelsang High Sierra Camp na 3100 metrów.. i prawdopodobnie jest tam śnieg.. skoro już na niecałych 2300 metrów było tak zimno w nocy, to tam nie będzie lepiej 😉 a my już więcej ciuchów nie mamy 😛 nawet kurtki puchowej, i cieniutkie czapki i rękawiczki i buty poniżej kostki i brak szalika.. Stwierdziliśmy, że nie będziemy się na to porywać, bo jesteśmy niestety nieprzygotowani na taką pogodę i jak się później okazało – była to bardzo słuszna decyzja 🙂 Ale może kiedyś wrócimy tu latem 😉 chociaż pewnie nie, bo wtedy na pewno jest tutaj dziki tłum 😛 a teraz było idealnie 🙂 czyli oprócz nas praktycznie nikogo 🙂 pewnie wszyscy byli wybierać Trumpa 😉 Kolejnego dnia zanim odtajaliśmy po mroźnej nocy ruszyliśmy na szlak dopiero po 14stej.. dzień był pochmurny, więc słońce nas nie dogrzało 😛 ale jak to zawsze sobie mówimy na pocieszenie: najważniejsze, że nie pada ;P

Przez cały dzień drogi w kierunku Half Dome nie spotkaliśmy nikogo.. tylko ptaki i wiewiórki 🙂 pełno wiewiórek! a najsłodsze te najmniejsze, które wyglądają jak dzidzie wiewiórek 🙂 takie mikroskopijne i baardzo szybko biegające 🙂 Widoki w dalszym ciągu przepiękne 🙂 cisza 🙂 spokój 🙂 zapach gorących igieł (jeden z moich najulubieńszych 🙂 ), żywicowych szyszek (jest ich tutaj zatrzęsienie!), wiatr na twarzy 🙂 czego chcieć więcej? 🙂

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

Zbliżała się pora na spanie tego dnia, ale nauczeni ubiegłym noclegiem chcieliśmy znaleźć miejsce z dala od rzeki i na podściółce z igieł (jak najgrubszej) 🙂 Udało się znaleźć tak fajne miejsce, że rano już po 8:00 opalaliśmy się w namiocie 🙂 bo akurat świeciło na niego słońce 🙂 zasiedzieliśmy się do południa, więc tego dnia nie przeszliśmy bardzo daleko, tylko 7 km tak jak wczoraj, a i to tylko dlatego aż tak dużo, że znalezienie noclegu nie było łatwe, żeby było ciepło w nocy, bo trafił się akurat spalony las, więc była goła ziemia i nie chciał się skończyć..

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

Nocleg rozkładaliśmy już po ciemku (czyli około 18tej 😛 ) na dosyć grubych igłach, odeszliśmy od rzeki za górkę, żeby nas osłaniała i na wszelki wypadek obłożyliśmy namiot dookoła iglastymi gałązkami znalezionymi na ziemi, żeby osłonić się przed wiatrem 🙂 Noc była ciepła i spokojna 🙂 a rano nawet słońce zaświeciło nam w namiot 🙂

Wstaliśmy tym razem dosyć wcześnie, bo tego dnia mieliśmy ambitny cel – Half Dome 🙂 Chcieliśmy dojść do skrzyżowania pod górą, zostawić tam plecaki i pójść stromo pod górę ostatnie kilometry już na lekko.. ale przy skrzyżowaniu tablica informowała, że lepiej tam nie zostawiać plecaków (czyli nie tylko my wpadliśmy na ten pomysł? 😛 ), bo grasuje tam sporo misiów i są nimi bardzo zainteresowane 😛 Chcąc nie chcąc wdrapywaliśmy się pod górę z pełnym obciążeniem.. żeby odciążyć trochę Grześka plecy tym razem ja niosłam namiot i.. ledwo przeżyłam ;P Nie no oczywiście żartuję.. wiadomo, że jestem dzielna i co mi tam 3 kg w tą czy w tą 😉 Już po drodze widoki były wspaniałe, więc spodziewaliśmy się, że na szczycie będzie przepięknie 🙂

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

Dopiero pod kulminacyjnym wejściem gołą skałą zostawiliśmy plecaki i szliśmy bez niczego, ponieważ były już na zimę zdjęte poręcze ułatwiające wejście, więc lepiej było być bez plecaków, żeby łatwiej było utrzymać równowagę 🙂 Prawie na sam wierzchołek były.. schody 😛 (niedługo pewnie będzie winda 😉 ), tylko ostatnie metry to goła skała z granitu, ale szorstka i tylko miejscami z drobnymi kamyczkami, które można było ominąć.. 🙂 Jak lekko bez plecaków.. jak byśmy latali! 🙂 ani się nie obejrzeliśmy i już wspięliśmy się wyżej niż kiedykolwiek w naszym życiu – 2571 metrów! 🙂

A na szczycie słońce, wspaniałe widoki dookoła i jeszcze wyżej można było wejść po.. drucie zawieszonym wzdłuż prawie pionowej skały.. nawet próbowaliśmy kawałek, ale skała była tak wyślizgana, że + nasze też już baaardzo wyślizgane podeszwy butów = duży poślizg 😛 więc daliśmy spokój.. i siedzieliśmy sobie i medytowaliśmy ciesząc się szczytem, który nam się udało zdobyć i pogodą, która nam na to pozwoliła 🙂

I zgadnijcie kogo spotkaliśmy.. chłopaka z UK jadącego na rowerze 😀 tego z pralni, którego już wcześniej spotykaliśmy.. świat jest mały.. poczuliśmy się jak starzy znajomi 😉 Wróciliśmy po plecaki i dotarliśmy do kempingu Little Yosemite Valley po ciemku..

W nocy znów igły pod namiotem i gałązki dookoła, więc było ciepło 🙂 a w dzień postanowiliśmy odpocząć trochę nad rzeką przy kempingu, wyprać chociaż spodnie, które były całe usmolone spalonym lasem i uklejone żywicą 😛 i umyć włosy 🙂 Wyczyn był to nie lada, bo woda prosto z rzeki była tak lodowata jak ta pod darmowym prysznicem na kempingu w Cisnej 😛 ale tam się nie odważyłam na mycie włosów 😛 a tu nie było innego wyjścia 😉 Głowa mi prawie odpadła – tak bolała jak Grzesiek polewał mi włosy wodą prosto z rzeki 😛 ale na szczęście słońce świeciło tak mocno, że włosy wyschły mi chyba w niecałą godzinę 🙂 i jeszcze ten drobniuteńki piaseczek na plaży przy rzece pod gołymi stopami 😀 warto było! 🙂 Na pewno lepiej niż by nam było na plaży w LA 😉 Można powiedzieć, że plaża w Kalifornii zaliczona ;D Cisza, spokój, szum strumienia.. tylko my.. i.. wilki.. dwa.. które postanowiły podejść pod nasze plecaki.. ze 3 kroki od nas! 🙂 ale nic do jedzenia nie było na wierzchu, więc patrol poszedł dalej w las 😛

Spodnie niestety nie zdążyły wyschnąć, więc założyliśmy mokre i ugrzewaliśmy je przy wieczornym ognisku 🙂 przy którym towarzyszył nam Paweł.. z Czech 🙂 On przeszedł taką trasę, jaką my planowaliśmy i dzięki niemu dowiedzieliśmy się, że dobrze, że tam nie poszliśmy 😛 Śnieg był taki, że ma całe mokre buty (dużo wyższe niż nasze) i skarpetki, a normalnie ludzie chodzili tam na rakietach śnieżnych 😛 A widoków na łące nie widział, bo była noc, a tam nie można było spać, więc szedł dalej 😛 Zmęczony poszedł spać, my jeszcze trochę się pogrzaliśmy, dogasiliśmy ognisko i też spaliśmy 🙂 Kolejnego dnia kiedy schodziliśmy na dół spotkaliśmy baardzo dużo ludzi.. w końcu to popularny szlak, jeśli się go nie idzie po ciemku 😛

Zobaczyliśmy wodospad Nevada, który był naprawdę urodziwy, ale był przy nim taki tłum, mimo że to już nie sezon i jesień i nawet nie weekend, że stwierdziliśmy, że nasza rzeczka z wilkami jednak nam się dużo bardziej podobała 😉 bo wiadomo, że medytować można nawet w środku ruchliwego miasta, ale my jednak wolimy wśród ciszy i dzikości 🙂 Przy Vernal Fall ukazała się nam nawet tęcza 🙂 ale za długo tam nie posiedzieliśmy bo było już zimno i śmigaliśmy na dół, żeby zdążyć do Visitor Center przed 17stą oddać puszki misiowe 🙂

Chcieliśmy wysłać rodzince info, że żyjemy, ale przemiły pan od puszek nie dał nam hasła do wifi bo jest prywatne.. heh.. i tak życzymy mu wszystkiego dobrego.. i żeby był szczęśliwszy w swoim życiu.. bo za każdym razem jak go widzimy ma skwaszoną minę 😛 Internetu brak.. jest telefon stacjonarny z możliwością zadzwonienia za granicę za 1 $ za 2 minuty! 😛 ale biorąc pod uwagę, że u nas była już 17sta w Polsce była już 26sta 😛 więc żeby nie spowodować zawału rodzicielom stwierdziliśmy, że zadzwonimy rano 🙂 i poszliśmy na zakupy do supermarketu 😛 Banany sztuka za 2 zł, awokado za 8zł, Clifbary za 8zł, czekolada gorzka z malinami (88 gram!) za 15zł, czipsy z fioletowej organicznej kukurydzy za 16zł, masło orzechowe 100% 18zł, a ryż brązowy niecałe pół kilo za 6zł.. więc kupiliśmy kilka paczek bo tak tanio 😛 Nie poszalejemy z naszym weganizmem tutaj 😛 żeby nie zbankrutować trzeba jechać do miasta zrobić zakupy 😛 Noc w dolinie była taka ciepła, że spaliśmy tylko w jednym śpiworze! bez kurtek i spodni przeciwdeszczowych i ja tylko w dwóch parach skarpetek 😀 Rano się okazało, że nie da się zadzwonić z budki.. pewnie można tylko na stacjonarne.. a nie ma zasięgu, żeby wysłać sms.. heh.. dobrze, że po drodze ze sklepu zobaczyliśmy szczegółową mapę, na której było zaznaczone, że darmowe wifi jest przy delikatesach (w remoncie 😛 ) i w bibliotece 🙂 jest nadzieja 😀 Okazało się, że biblioteka jest czynna we wtorek, środę i czwartek ze 4 godziny 😛 a jest piątek.. Kartka na drzwiach, że darmowe wifi, hasła brak.. heh.. na szczęście za budynkiem Grzesiek zdobył hasło od siedzącej tam pary 🙂 Uratowani! 🙂 Wysłane maile do domku, odpowiedzi na bloga.. i zamarznięci na tyle, że idziemy spać w to samo miejsce 🙂 Kemping o dziwo tylko za 6 $ za osobę (oczywiście bez prysznica), ale pełny i.. śmierdzący grillem! i taki hałas, że chyba byśmy nie zasnęli, więc poszliśmy spać tradycyjnie do lasu 🙂 ciepło, miło i przyjemnie 🙂 i cicho 🙂 i świeże powietrze 🙂

A dzisiaj udało się dostać do pralni, gdzie siedzimy większość dnia, bo jest ciepło, zrobiliśmy pranie (spodnie najpierw trzeba było wyszorować mydłem i gąbką bo były czarne a nie zielone 😛 ) i suszenie za 2$, a do tego umyliśmy sobie za darmo włosy 🙂 Niestety dalej tylko kocie mycie w umywalce nam zostało, mimo że udało nam się nawet wypłacić pieniądze w bankomacie (opłata za wypłatę 4$, przez ostatni miesiąc nie udało nam się znaleźć bankomatu, który nie pobiera opłaty), bo prysznic za jedną osobę (a nie da się pójść razem bo oddzielnie damski i męski i jest koło hotelu, więc na pewno jakiś cerber pilnuje 😉 ) kosztuje skromne 5$! ktoś chyba upadł na głowę.. spróbujemy szczęścia znów z CS tym razem we Fresno i może się uda wyszorować porządnie pod gorącym prysznicem 🙂 a narazie zimna woda w umywalce na kempingu, ale przynajmniej za darmo 😉 Jutro wyruszamy dalej uzupełnić zapasy, a potem Kings Canyon i Sequoia National Park jeśli pogoda pozwoli, a jeśli nie to cieplejsze strony czyli Death Valley itd.. zobaczymy co przyniesie nam życie 🙂 Narazie cieszymy się bardzo, że jesteśmy w Yosemite 🙂 jest tu przepięknie i codziennie jest słońce 🙂 a w nocy już nie zamarzamy 🙂 jest czyste powietrze 🙂 czysta woda 🙂 szurające pod nogami, pachnące jesienią żółte liście 🙂 jelenie wylegujące się na łąkach 🙂 najdłuższy w Ameryce Północnej wodospad 🙂 robiące wrażenie góry 🙂 cisza i spokój bo już mało turystów 🙂 czas, żeby odpocząć 🙂 cieszyć się chwilą 🙂 delektować się 🙂 celebrować 🙂 świętować 🙂 medytować 🙂 być tu i teraz 🙂 razem 🙂 dziękujemy! 🙂

Słoneczne Yosemite

3 listopad 14:52

Z Novato zabrała nas na stopa kolejna kobieta Shila (ale te kobiety są tutaj dzielne 😀 ), która nas podwiozła w ogóle nie jadąc do San Francisco bo jak to powiedziała szkoda jej się nas zrobiło, że już się niedługo ściemnia a w dodatku pada 😛 Poczłapaliśmy w deszczu i we mgle i można powiedzieć, że spaliśmy pod mostem 😉 ale nie byle jakim bo Golden Gate Bridge 😀

Jak się kładliśmy spać to go w ogóle nie było widać, ale jak wstaliśmy o 6 rano i było jeszcze ciemno, mgła opadła i poprawiła się widoczność, tak że powitał nas piękny widok oświetlonego mostu, miasta i gwiazd na niebie i dopiero przy takim świetle most wyglądał na złoty, bo w dzień jest ciemnoczerwony..

Kiedy przechodziliśmy przez most, który ma prawie 3 km długości widzieliśmy delfiny 🙂 kilka helikopterów i pływające dookoła wojskowe motorówki z.. karabinami maszynowymi 😛 od razu poczuliśmy się bezpieczniej z taką obstawą 😉 i zastanawialiśmy się nawet czy nie kręcą akurat jakiegoś filmu ;P ale chyba nie..

Alcatraz, które było widać w oddali też już nie pełni swojej dawnej funkcji więzienia, więc raczej nikt nie uciekł 😉 Ileż paliwa zużywają takie motorówki, które pływają tam wkoło tak długo.. ile oni pieniędzy marnują na wojsko.. ręce opadają.. Ale skoro Amerykanie się czują dzięki temu bezpieczniej to niech płacą na to podatki jak chcą 😛

Przez San Francisco przyjechaliśmy darmowym autobusem, żeby pooglądać chociaż przez szybę Downtown 🙂 ale jak to duże miasto nie zrobiło na nas wrażenia 😛

Może byśmy pozwiedzali wegańskie knajpy bo podobno według Happycow są najlepsze na świecie, ale nikt z couchsurfingów nas nie chciał, a noclegi podobno tam są (nawet jak na Amerykę:P) mega drogie.. My spaliśmy za darmo pod mostem i się nie musieliśmy przekonywać jakie są ceny.. Kemping co prawda kosztował 25 $ za miejsce (taniocha 😉 ) i był nawet bez wody pitnej, nie mówiąc o prysznicu 😛 ale przyszliśmy już jak było późno i nie było komu płacić, a wyszliśmy zanim się zrobiło widno.. miejsce było jak na nasze tradycyjne noclegi bardzo równe i w żadną stronę się nie staczaliśmy 😛 ale Grześka budził ocean, bo były wielkie fale i był bardzo głośny, więc jakoś super się nie wyspaliśmy 😛 Spodziewaliśmy się czegoś więcej po tym couchsurfingu, ale niestety jeżdżąc na stopa nie jesteśmy w stanie się zapowiedzieć z tygodniowym wyprzedzeniem 😛 bo nie wiemy nawet gdzie dotrzemy jutro 😛 A jak nam napisał jeden Polak (który tak czy siak nas nie przygarnął, bo miał się zapytać współlokatorów czy może, a w końcu tego nie zrobił) normalnie by nawet nie przeczytał tego co napisaliśmy, bo on czyta tylko pytania ludzi z minimum 5 referencjami.. ale spoko wyglądamy.. hmm.. czyli to, że przez 3 miesiące sobie sami radziliśmy i nie żerowaliśmy na cudzej gościnności i tylko dwa razy u kogoś spaliśmy jest naszym minusem.. no cóż.. nie tak sobie wyobrażaliśmy ideę tego serwisu.. dobrze, że część ludzi nam chociaż odpisuje, że nie mogą bo coś tam.. ale większość albo nic nie pisze albo nas po prostu skreśla bez przyczyny.. Szkoda, że nie zapisaliśmy się przed wyjazdem do Servasu, bo to chyba trochę lepiej działa, ale mieliśmy nadzieję że couchsurfing będzie w porządku.. Grześ nam trochę podpowiedział, więc może dzięki niemu jeszcze uda się jakiś nocleg prze cs, ale ogólnie słabo.. Nie mieliśmy ochoty szukać noclegu w San Francisco na dziko, bo to by było chyba ponad nasze siły, więc po przejechaniu miasta autobusem zaczęliśmy łapać stopa do Oakland.. Kiedy staliśmy przy wyjeździe z miasta z kartką podeszła do nas z pretensjami pewna murzynka, że zabieramy jej miejsce 😛 (miała kartkę jak wszyscy bezdomni w stylu: jestem głodna i biedna.. niech wam Bóg błogosławi..), ale jak zobaczyła, że chcemy tylko wyjechać z miasta to życzyła nam powodzenia 😉 Stamtąd zabrała nas kolejna dziewczyna! z psem i po 10 km trailu przez miasto i przez park dotarliśmy w końcu do kempingu.. który okazał się monitorowanym miejscem z kilkoma drewnianymi domkami, oczywiście bez wody.. prawie się rozłożyliśmy pod samą kamerą 😛 taka była mgła.. Ale w końcu odeszliśmy kawałek i spaliśmy w dosyć spokojnym miejscu, a poszliśmy spać już o 4 rano 😛 tyle czasu nam zajęło chodzenie przez ten park po ciemku, we mgle i stromo pod górę..

Pospaliśmy kilka godzin i ruszyliśmy dalej.. przez Redwood Regional Park (przypominał nam trochę podwrocławską Ślężę 🙂 ) jego niezliczonymi górzystymi ścieżkami 🙂 bardzo fajne miejsce.. ścieżki rowerowe, szlaki piesze, miejsce na piknik, bezpłatne kibelki.. Sporo ludzi korzystało z jego dobrodziejstw, ale był akurat weekend.. i całkiem fajna pogoda 🙂

Kolejnym miejscem, do którego zabrał na starszy Pan, który miał rodzinę w Niemczech, więc nawet kojarzył gdzie jest Polska 😀 było Castro Valley.. Tam szliśmy tylko około 6 km do miejsca na nocleg i poszliśmy spać dużo szybciej 🙂 Odprowadził nas tam bardzo sympatyczny piesek, którego się mocno wystraszyliśmy po ciemku, że do nas biegnie 😛 a on po prostu chciał nam towarzyszyć i żeby go głaskać 🙂 a jak już zrobiliśmy kolację w namiocie, tak bardzo chciał z nami spać, że aż próbował zrobić podkop 😛 ale w końcu poszedł spać i my też 🙂 Przeszliśmy przez miasto do drugiego Safewaya, ale tam też nie było jedzenia na wagę, więc łapaliśmy stopa do Whole Foodsa gdzie zawiozła nas bardzo sympatyczna meksykańska rodzinka 🙂 Siedzieliśmy z tyłu obok małej dziewczynki, która cały czas oglądała jakieś straszne filmy o olbrzymich pająkach 😛 a jak jej się tata zapytał co ogląda powiedziała że Spidermana 😛 ach te dzieci 😉 Whole Foods nas nie zawiódł i uzupełniliśmy zapasy przed wjazdem do kolejnego parku i przesiedzieliśmy Halloween doładowując telefony, komputer itd. 😛 Market oczywiście ustrojony w pajęczyny, pająki, dynie itp. Pełno poprzebieranych ludzi, ale nie widzieliśmy akcji jak dzieci chodziły po domach.. My świętowaliśmy Halloween i 100 dni naszej podróży przy kubku wegańskich, waniliowych, organicznych i bezcukrowych lodów Coconut-Bliss 🙂 Były pyszne, ale na razie nasze ulubione były czekoladowe z orzechami włoskimi i bezglutenowymi ciasteczkami brownie też tej firmy 🙂 Amerykańskie dekoracje na Halloween wyglądają przeróżnie.. co dom to inny pomysł..

Mi się najbardziej podobają te ekologiczne czyli powycinane dynie 🙂 no i czarne koty też są fajne 😀 poza tym pełno kościotrupów, nagrobków itd. co już mi się zdecydowanie mniej podoba 😛 chyba, że jest to szkielet na przykład psa (a zdarzają się 😛 ) to wygląda spoko – jak na anatomii 😉 fajne też są wszelkie światełka, bo ja bardzo lubię 🙂 a najgorsze są poodrywane ręce, głowy itp.. oczywiście wtedy wszystko to plastikowy szmelc z Chin tak jak plastikowe dynie.. jakby zwykłej nie można było kupić.. jeśli ktoś nawet nie umie wycinać to pomalowanie markerem i tak jest bardziej ekologiczne niż plastik.. a tych dekoracji mają tutaj przeogromne ilości.. ciekawe ile średnio każda rodzina traci na to co roku pieniędzy.. i ile niepotrzebnych śmieci przybywa.. O naszym polskim dniu Wszystkich Świętych nie mają pojęcia nawet ci którzy mają polskie korzenie.. ale jak opowiadamy jak to wygląda przyznają, że to bardzo fajny zwyczaj.. Tutaj nie zobaczymy na cmentarzu ani jednego światełka, bo są zakazane przez zagrożenie pożarowe.. Zawsze lubiłam widok cmentarza wieczorem 1 listopada w Polsce (pierwszy raz go nie zobaczę) mówiłam wtedy wszystkim, że dużo światła = dużo miłości.. każdy w końcu przynosi jakąś lampkę temu kogo kocha 🙂 i wspomina jaki to wspaniały człowiek, opowiada dzieciom, wnukom 🙂 Wiadomo, że można to święto obchodzić różnie.. My z Grześkiem zawsze kupowaliśmy szklane znicze z metalową przykrywką (żeby było ekologicznie bo ile ton śmieci ląduje po tym dniu w koszu chyba każdy widział) i wspominaliśmy najlepsze chwilę z tymi, których pamiętamy, a niestety nie ma ich już z nami.. Ale wiadomo że każdego z nas to kiedyś czeka.. śpieszmy się kochać ludzi – tak szybko odchodzą.. i śpieszmy się kochać życie i każdą chwilę, bo nie wiadomo kiedy my odejdziemy.. W Meksyku mają podobno takie święto jak w Polsce, ale oni przynoszą na groby jedzenie i picie, które dana osoba lubiła na przykład tequilę 😛

W Dublin spaliśmy na górce z widokiem na oświetlone całe miasto i wielkie więzienie 😛 nawet nie wiało aż tak jak się spodziewaliśmy, ale błoto było zacne 😛 wyglądaliśmy jakbyśmy już wrócili z Yosemite, a nie dopiero jechali 😛 Na szczęście w mieście była fajna mało uczęszczana łazienka koło boiska, gdzie nawet była gorąca woda! 😀 i można było spokojnie umyć włosy, ogolić się i doprowadzić ogólnie do porządku 😉 Jak już byliśmy znów czyści i piękni odwiedziliśmy muzeum motocykli Arlen Ness. Najbardziej podobały nam się stare maszyny Harley-Davidson – ręcznie robione prawdziwe dzieła sztuki.

Wieczorem udało nam się złapać stopa do Manteca, a naszym wybawicielem był Ali, który pochodzi z Indii, ma czwórkę dzieci i jest przesympatyczny 🙂 Jak to większość ludzi, którzy nas biorą na stopa normalnie nikogo nie bierze, ale my wyglądamy tak sympatycznie 😀 Pytał czy się nie boimy tak jeździć i że to niebezpieczne.. a jak powiedziałam, że dobrzy ludzie spotykają tylko dobrych ludzi ucieszył się, że się z tym zgadza 🙂 Dotarliśmy na miejsce późnym wieczorem, więc nie jechaliśmy już dalej tylko poszliśmy szukać domku, który znaleźliśmy wśród jakichś drzewek.. dobrze, że nic na nich nie rośnie i że spryskiwacze o tej porze roku już nie działają 😛 Na wszelki wypadek zebraliśmy się stamtąd zanim się zrobiło widno i po drodze kupiliśmy w samoobsługowej skrzynce przy plantacji 10 kiwi za 1,5$, całkiem niezła cena 🙂 Po zjedzeniu śniadanka szybko udało się złapać stopa i w kierunku parku podwiózł nas Josh, który jest strażakiem, częściowo Polakiem i ma 5 tygodniową dzidzię.. dojeżdża codziennie 2 godziny do pracy, bo w mieście mieszkania kosztują milion dolarów 😛 a poza tym lepiej mieszkać wśród przyrody 🙂 Zostawił nas przy drodze w stronę parku, którą nic prawie nie jeździło (w końcu środa), ale o dziwo po kilkunastu minutach zatrzymała się para wspinaczy, którzy tak jak my cieszyli się ze świetnej pogody i podwieźli nas do samiutkiego parku 🙂

Na polu namiotowym w Yosemite Valley było bardzo ciepło, ale był też ogromny tłum ludzi.. Ciekawe jak tu jest latem.. W Visitor Center dostaliśmy mapę, załatwiliśmy pozwolenie na spanie na dziko (za darmo) na 7 dni i wypożyczyliśmy za 10$ dwie puszki misiowe, żebyśmy mogli spać gdzie mamy ochotę, a nie tam gdzie są skrzynki.

Trochę to wszystko nam zajęło i na szlak wyruszyliśmy dopiero po godzinie 17tej.. W górach robi się dosyć szybko ciemno, więc większość trasy szliśmy w ciemności.. ale zdążyliśmy zobaczyć jeden wodospad! 🙂 i przepiękne przeogromne góry otaczające nas z każdej strony 🙂

Dodając do tego kolorowe liście i strumienie i rzeki otrzymaliśmy obraz chyba najpiękniejszego parku, który widzieliśmy do tej pory w Ameryce 🙂 Pogoda też była idealna 🙂 no może oprócz tego, że jak już zaszło słońce zrobiło się od razu baardzo zimno, ale piękne gwiazdy na niebie, których było tak dużo starały się wynagradzać nam zimno 🙂 Po drodze spotkaliśmy sporo osób schodzących i jedną wchodzącą jak my i kilka namiotów i ognisk przy nich, żeby się trochę ogrzać.. Na kempingu widzieliśmy jeszcze tylko jeden namiot.. W nocy, tak jak przypuszczaliśmy, było baaaardzo zimno, namiot nam przymarzł, a stopy trzeba było mieć podkulone pod korpusik, żeby nie było zimno 😛 Spaliśmy w kiszkach wewnętrznych, zewnętrznej i w kurtkach 😛 a ja nawet w rękawiczkach, ale przez naleśnikowate matki upału nie było 😉 Tej nocy ubierzemy jeszcze więcej ubrań i złożymy chyba maty na pół, a pod nogi plecaki.. zobaczymy 😛 Pierwszy raz w życiu śpimy tak wysoko.. a w dodatku w namiocie! 🙂 Kemping w Little Yosemite Valley jest na wysokości 1859 metrów! 🙂 Ale widoki jakie widzimy rano i spokój jaki tutaj panuje wynagradzają zimną noc 🙂 Postanawiamy dzisiaj się stąd nigdzie nie ruszać i po prostu odpocząć 🙂 Chociaż jeden dzień bez plecaka na plecach bardzo nam się przyda, bo nawet jak w jakimś mieście siedzieliśmy dłużej to i tak codziennie chodziliśmy z plecakami i od nowa każdego dnia rozbijaliśmy namiot.. Ponad miesiąc nie mieliśmy chociaż jednego dnia bez chodzenia minimum 6 km z plecakami! Nieźle co? 😀 ale nasze organizmy już się dopominają odpoczynku.. boli nas już prawie każdy mięsień – szyi, ramion, pleców, rąk, nóg 😛 także trzeba w końcu odpocząć 🙂 a tutaj jest cisza, spokój, nie trzeba wstawać o 5tej rano 😛 nigdzie chodzić, płacić 25 $ za jedną noc.. więc można powiedzieć, że oprócz zimności w nocy jest to miejsce idealne 🙂

W dzień jak świeciło słońce, było całkiem przyjemnie 🙂 ciepło, cisza, strumień z czystą wodą niedaleko 🙂 wiewiórki i dzięcioły jako towarzysze 🙂 i kilka osób na przeogromnym kempingu, żadnego hałasu, śmierdzącego grila, ani samochodów 😛 Zaraz sobie zrobimy ognisko i się ugrzejemy 🙂 a w nocy też może tym razem będzie cieplej 🙂 zobaczymy.. Jutro może pójdziemy dalej, a może jeszcze tu zostaniemy jeden dzień odpocząć.. Cieszymy się, że tu dotarliśmy i jest taka fajna pogoda, a jeszcze tydzień temu był tu śnieg!.. Mam nadzieję, że trochę ciepło się przeciągnie i przez ten tydzień kiedy tu będziemy słońce nas będzie rozpieszczać 🙂 Cieszymy się, że teraz jest ładna pogoda 🙂 świeci słońce 🙂 ptaszki ćwierkają 🙂 jest spokojnie 🙂 jest odpoczywanie 🙂 relaksowanie się 🙂 regenerowanie 🙂 cieszenie się naturą 🙂 delektowanie chwilą 🙂 świętowanie 🙂 celebrowanie tu i teraz 🙂 dziękujemy! 🙂

Kosmiczne dźwięki w sercu lasu deszczowego

23 września godz. 8:57

Siedzimy sobie w namiocie, gigantyczne krople deszczu bębnią o dach.. mieliśmy dzisiaj wstać wcześnie i jechać dalej na południe.. ale tak leje, że trochę jeszcze poczekamy.. I tak jesteśmy mega szczęśliwi, bo udało się wczoraj iść pod ciepły prysznic i to dużo taniej niż 7 dolarów za osobę 😛 (7$ + dodatkowa opłata – cena prysznica w hotelu, nam się udało 4$ za 2 osoby) i uprać i wysuszyć ubrania i buty 🙂 Wcześniej wstawiliśmy też zaległe posty na bloga, jak udało się dotrzeć do cywilizacji, wifi i prądu po 7 dniach w dziczy 🙂

W lesie deszczowym jest przepięknie, bardzo dziko, bardzo zielono, wszędzie mchy i paprocie (nawet wysoko na drzewach, które są przeogromne).. Szliśmy tak naprawdę 4 dni, a 3 siedzieliśmy i odpoczywaliśmy na kempingu z bambi 🙂 tam widzieliśmy większość ludzi podczas naszej przygody z lasem deszczowym 🙂 ale też nie jakoś dużo, może z 10 osób.. Odpoczęliśmy sobie, poczytaliśmy kundelka Teofilla w hamaku w śpiworkach – raz nawet sarenki przyszły posłuchać 🙂 Zastanawialiśmy się tylko jak będziemy wieszać wysoko między drzewami nasze jedzenie, śmieci, kosmetyki itd., bo dalej miało już nie być skrzynek misiowych.. Ale nie przejmowaliśmy się tym za bardzo i stwierdziliśmy, że jak trzeba będzie, to jakoś sobie poradzimy 🙂 Jak wyszliśmy z kempingu, po kilku minutach spotkaliśmy ludzi.. i to by było na tyle na jakiś czas 😉 Las deszczowy mimo słonecznej pogody był bardzo zacieniony, tak że solara można było schować do plecaka 😛 ponieważ drzewa są tak przeogromne, że aż ciężko zadrzeć głowę tak wysoko z plecakiem na plecach, żeby zobaczyć ich czubki 🙂

Na początku szliśmy cały czas przez las, od czasu do czasu przechodziliśmy przez mostek nad strumieniem zrobiony z pnia drzewa z poręczą – na razie szlak był zadbany 🙂 po jakimś czasie doszliśmy do tabliczki „bear wire” i ku naszej radości między drzewami rozwieszony był metalowy drut, do którego karabinkiem przyczepia się plecak, wciąga na górę  i przypina na dole jednego z drzew 🙂 uff.. chyba nie będzie tak źle z wieszaniem plecaka 😉

Było to mniej więcej 5 km od kempingu, więc mieliśmy nadzieję, że co jakiś cza takie druty będą się pojawiać 🙂 Było tam też kilka miejsc na namioty i nawet kibelek 😀 i to nie taki jak przy Ptarmigan 😛 ale tradycyjny wychodek obity deskami, aczkolwiek bez wyciętego księżyca albo serduszka 😉

Tego dnia przeszliśmy tylko z 10 km, doszliśmy do następnych drutów i stwierdziliśmy, że na pierwszy dzień wędrówki wystarczy. Mimo tego, że szlak był wydeptany bardziej niż niektóre wcześniejsze, to jednak były to góry, my mieliśmy ciężkie plecaki (jeszcze był zapas jedzenia 😛 ) i wyruszliśmy dopiero po 13:00 tego dnia..

Następnego dnia wyruszyliśmy z samego rana o 11:00 😉 Na początku trochę słońce przeświecało przez chmury, ale nie trwało to zbyt długo.. jak się rozpadało, tak już padało do ostatniego dnia.. Szlak też zaczął się robić coraz cięższy.. mniej wydeptany, co chwilę wielkie drzewo zwalone na ścieżkę.. albo trzeba było przecisnąć się pod spodem (raczej bez plecaka i na kolanach) lub bardzo okrężnie obchodzić nad drzewem dookoła..

Zaczęły się też hardkorowe przeprawy przez rzekę.. Czasem kilka minut zajęło nam zastanawianie się, którędy wiedzie szlak dalej po drugiej stronie rzeki.. Co my byśmy zrobili bez gps.. Przeprawa przez rzekę nie była już mostem ani pniem (chyba, że bardzo wysoko nad rzeką – było kilka mostów) była.. zagadką do rozwiązania 😉

Na przykład kilka zwalonych bezładnie pni, przez które trzeba było przejść.. potem jakiś kawałek deski.. trochę kamieni.. a potem znów pień.. taki survival race 😉 tyle, że z ciężkimi plecakami i na śliskim mokrym pniu jest troszkę trudniej 😉 Trzeba było często wykorzystywać pokłady odwagi 😉 ale jak udało się przejść na drugą stronę – jaka satysfakcja 😀 bezcenna 😀

Była to przeprawa przez las deszczowy godna Beara Gryllsa, mimo że szliśmy teoretycznie cały czas szlakiem 😀 ale nie wiem ile lat temu jakiś rangers tędy przechodził 😛 Szlak był taki, jaki las chciał, żeby był 🙂 taki.. spontaniczny 😉

Szliśmy wśród zieloności i było bardzo pięknie, ale deszcz wciąż padał i nie dawał za wygraną.. czasem ciut mniej, ale drzewa i tak były tak mokre, że z nich co jakiś czas spadały wielkie krople.. no cóż.. las deszczowy..

Na początku omijaliśmy kałuże, nie wchodziliśmy w większe błoto.. ale jak już zaczęło się ściemniać, a było to już około 19:00.. to już było nam praktycznie wszystko jedno bo i tak mieliśmy już całe buty i skarpetki mokre 😛 chyba tylko kalosze by to wytrzymały 😛 W którymś momencie podnosząc głowę do góry zobaczyłam.. wielkiego jelenia! 🙂 Stał sobie dostojnie pomiędzy drzewami, niedaleko nas 🙂 Popatrzył.. popatrzył i poszedł w swoją stronę.. Niestety było już zbyt ciemno, żeby zrobić zdjęcie.. Założyliśmy czołówki po kolejnym ślizgu na tyłku po błocie, podczas obchodzenia kolejnego drzewa.. Plecy bolały już chyba wszędzie 😛 ale szliśmy jak najszybciej do kempingu oznaczonego na gps, żeby były jakieś druty.. Było już całkiem ciemno, obok ścieżki zaświeciła para oczu.. to sarna uciekła jak nas usłyszała, a za chwilę całe stado.. weszliśmy na łąkę.. widocznie postanowiły sobie tu spać spokojnie, dopóki im nie przeszkodziliśmy.. Sorry sarny, my też już byśmy chętnie spali 😛 ale trzeba znaleźć miejsce na domek.. ciap.. ciap.. plask.. ciap.. plask.. środkiem ścieżki, która jest już teraz płynącą rzeką.. jeszcze tylko 500 metrów.. i nagle po lewej.. druty! uff.. uratowani 🙂 Ale poszliśmy jeszcze kawałek dalej sprawdzić czy nie będzie lepiej.. może by tak taki schron z kominkiem? 😀 ..po prawej kibelek.. a kawałek dalej.. wielki dom! Nie mogłam uwierzyć własnym oczom.. chyba halucynacje ze zmęczenia 😉 Idziemy 2 dni nie spotykając nikogo, w środku szlaku zapomnianego nawet przez rangersów, a tu taka chałupa? Aż się trochę dziwnie, surrealistycznie poczułam.. co to u licha? 😛 Okazało się to opuszczoną bazą rangersów pozabijaną dechami.. ciekawe kiedy ostatnio ktoś tutaj rezydował.. chyba dawno 😛 sam domek miał już prawie sto lat.. i miał kominek 😉 ale był zamknięty na kłódkę niestety 😛 Taki dom się marnuje, a my byśmy się tam chętnie ugrzali i wysuszyli.. no cóż.. Poszliśmy się rozbić niedaleko drutów, porozwieszaliśmy mokre skarpetki, założyliśmy suche do spania, opatuliliśmy się i szybko zasnęliśmy 🙂 Zrobiliśmy tego dnia 21 km! po górach.. byliśmy wykończeni..

Rano usłyszeliśmy dziwny dźwięk.. radio? ludzie? jakiś rangers idzie z krótkofalówką? nie słychać ludzkich głosów.. hmm.. za chwilę bliżej.. dźwięk jak z kosmosu.. bardzo piękny.. taki.. tajemniczy.. wyszliśmy z namiotu zobaczyć o co chodzi.. a to.. stado jeleni kanadyjskich (elków) i największy samiec (przewodnik stada) wydaje ten nieziemski dźwięk, a gdzieś z oddali przychodzi trochę inna odpowiedź.. Dla tej chwili warto było przeleźć te kilometry w deszczu i błocie 🙂 Jelenie są takie dostojne 🙂 piękne 🙂 spokojne 🙂 Udało się nawet Grześkowi zrobić im zdjęcia całkiem z bliska, a potem po prostu odeszły.. nie jakieś tam uciekanie.. o nie.. to byłoby niegodne elka.. dostojnie się.. oddaliły 😉 Byliśmy zachwyceni 🙂 To chyba najfajniejsze doświadczenie z tego parku i na pewno je zapamiętamy na całe życie 🙂

Niestety nie zanosiło się na poprawę pogody, nic nam oczywiście nie wyschło 😛 więc najpierw nowe suche skarpetki, potem reklamówki 😛 i dopiero buty.. chociaż na jakiś czas będzie wrażenie suchości 😉

Jak założyliśmy plecaki, woda nam ciekła po plecach, bo już nie wytrzymywały deszczowego przeciążenia.. dobrze, że w środku mamy wszystko w torebkach strunowych/kompresyjnych 😀 Na pocieszenie mgła się troszkę uniosła i zobaczyliśmy piękne wodospady i góry, które wczoraj już spały jak przyszliśmy po ciemku 🙂

No to w drogę.. nie ma co czekać na poprawę pogody.. jedzenia nie przybywa 😛 plecy i nogi też coraz bardziej bolą 😛 Momentami mimo deszczu były piękne widoki – mega kolorowe góry przez jesienne liście, śnieg na szczytach, kolorowe łąki z jagodami.. normalnie misiowa kraina, ale w taką pogodę to nawet misiek woli siedzieć w domu przed tv 😉

Za to jagody były bardzo dobre, a na jednej z nasłonecznionych polanek, gdzie miały już czerwone liście – były przepyszne 🙂 Chyba najlepsze jakie jedliśmy w życiu 🙂 słodkie jak z cukrem i aromatyczne jak jakiś aromat jagodowy 😀 ale się najedliśmy 🙂 Grzesiek wcześniej wchodził na górę, żeby nazrywać takich wielkich, a dalej było pełno krzaków takich mniejszych, ale dużo smaczniejszych 🙂 bo rosły sobie w słoneczku 🙂

Na łące Honeymoon też było pięknie i jagodowo, ale nie zatrzymaliśmy się bo oczywiście padało 😉 hihi 🙂 Jak szliśmy szybko – było bardzo ciepło, mimo mokrości nawet majtek 😛 gorzej jak stawaliśmy zrobić coś do jedzenia, ale wtedy ciepła herbata i jedzenie rozgrzewały nas od środka 🙂

Oprócz elków, saren i ptaków, co jakiś czas spotykaliśmy malutkie wiewióreczki 🙂 ale latającej nie widzieliśmy niestety.. ani pumy, ani niedźwiedzia.. ale na pewno spały smacznie w jakiejś ciepłej i suchej kryjówce, bo kto normalny by w taką pogodę chodził po lesie.. chyba nikt.. my to wiadomo, że do normalnych nie należymy 😛 Największe wrażenie robiły na nas przeogromne klony z jesiennymi liśćmi, jednocześnie ubrane calutkie w zielone gloniaste ubranko 🙂

..i wodospady.. 🙂

..i góry, jeśli łaskawie pokazały się zza mgły lub chmur

Momentami nawet świeciło słońce 🙂 i jednocześnie.. padało.. no jakże by inaczej.. w końcu to las deszczowy.. ale tęczy nie widzieliśmy 😛 Tego dnia też ruszyliśmy skoro świt o 11:00 i przeszliśmy 20 kilometrów, ale tak szybko maszerowaliśmy, że nawet udało się rozbić namiot przed samym schowaniem się słonka 🙂 A po drodze po niecałych trzech dniach spotkaliśmy.. 2 ludzi! 🙂 wow! 🙂 W tym dniu szlak był już trochę łatwiejszy, widać było, że ta część parku jest bardziej uczęszczana, poprzecinane piłą tarasujące drogę pnie, mostki (choćby z pnia), nawet jeden całkiem nowy kawałek szlaku na miejsce starego, który był pewnie labiryntem zwalonych pni 😉

Spaliśmy w pięknym miejscu, koło mostu i rzeki z głęboką błękitną wodą, gdzie być może nawet latem ktoś się kąpie 🙂

Przed nami jeszcze tylko kilka kilometrów do drogi i kempingu.. być może będzie tam jakiś samochód i ktoś nas weźmie, bo jedzenia skromnie – jeszcze tylko na jeden dzień..

Doszliśmy do kempingu, parkingu i stacji rangersów – nie było nikogo 😛 Ale za to Grzesiek zrobił mi ognisko, mimo że wszystko było bardzo mokre – brawo! 😀 żeby się trochę wysuszyć 🙂 Rękawiczki suche 🙂 sukces! 🙂

Tego dnia czasami nawet świeciło słońce, a czasami padało, trochę wyschły nam dzięki temu ubrania i plecaki, także już się nie lało po plecach, ale buty oczywiście dalej mokre i kończył się zapas suchych skarpetek 😛 Wypadałoby dotrzeć do cywilizacji 😉 Okazało się, że nie było żadnego auta, bo droga się zawaliła i jest zamknięta – tylko koparki.. Grzesiek nawet otworzył jedną, bo nie była zamknięta – a kluczyki w stacyjce 😛 i zapozował do zdjęcia 🙂

No to jeszcze pewnie ze 2 dni drogi przed nami 😛 ale pod koniec dnia, jak już było prawie ciemno i szukaliśmy miejsca na nocleg, spotkaliśmy ni stąd, ni zowąd dwóch panów jak sobie spacerowali z lornetką..

Szliśmy i szliśmy, aż w końcu doszliśmy do ich samochodu na rozstaju dróg, zrobiliśmy jedzenie i postanowiliśmy na nich poczekać 🙂 i opłacało się – bo wzięli nas na pace nad jezioro Quinault do kempingu i sklepu, który już był niestety zamknięty, ale od rana czynny 😀 Jak się dowiedzieli, że przyjechaliśmy tutaj na stopa z Alaski to pan, który był strażakiem, powiedział że jesteśmy dzielniejsi od niego – hihi 🙂 No więc udało się kupić coś do jedzenia, umyć i wyprać i wypadało by jechać dalej.

Tu w sklepie drogo i mały wybór, więc dobrze by było dotrzeć do Aberdeen do jakiegoś supermarketu i uzupełnić zapasy, bo już nam się nawet przyprawy prawie pokończyły i koper na herbatę 😛 Dokupiliśmy sobie za to melasy, bo nam posmakowała – a jest bardzo zdrowa i daje trochę kalorii i do tego ryż, żeby nam starczyło dopóki nie dotrzemy do sklepu. Siedzimy cały czas w namiocie i wciąż pada, ale może już troszkę mniej i się uda ruszyć dalej – spróbujemy 🙂

Super była przygoda z lasem deszczowym 🙂 przez całą drogę mogliśmy sobie medytować, nacieszać się przyrodą i być tu i teraz.. co było szczególnie trudne, jak byliśmy cali mokrzy i zmęczeni.. ale trening czyni mistrza 🙂 Byliśmy wtedy wdzięczni za to, że żyjemy 🙂 możemy chodzić 🙂 widzimy te wszystkie cudowności 🙂 mamy co jeść 🙂 świeże powietrze do oddychania i czystą wodę do picia 🙂 No i mamy siebie 🙂 i miłość i radość 🙂 Dziękujemy! 🙂

Bambi na prywatnym kempingu

15 września godz. 11:19 (USA)

Mike wczoraj po nas nie przyjechał, czekaliśmy na niego do 9:30 i zaczęliśmy łapać stopa z powrotem do drogi 101.. może zaspał, może zapomniał, ale nic się nie dzieje przez przypadek..

Dzięki temu poznaliśmy native American (rdzennego Amerykanina), milionera, a przy tym bardzo sympatycznego i interesującego człowieka – Eda.

Do drogi 101 było 7 km i na szczęście dojechaliśmy tam na pace z Polakiem z pochodzenia, ale po polsku nic nie gadał 😛 Stanęliśmy na skrzyżowaniu i czekaliśmy.. najpierw zatrzymał się koleś, który powiedział, że nie jedzie tam gdzie chcemy, ale za kilkadziesiąt dolarów nas zabierze.. nie dzięki 😛 czekał na kogoś.. i tym kimś okazał się jego szef.. Ed, który od razu jak nas zobaczył powiedział, że nas podrzuci i że widział nas wczoraj koło Walmarta 🙂 Co chwilę ktoś nam mówi, że nas gdzieś widział, więc chyba jesteśmy dość rozpoznawalni – przez nasze spodnie zapewne 😉 Zaczął opowiadać iloma różnymi rzeczami się zajmował w życiu.. budował canoe z wielkich drzew, łowił ryby, jest przewodnikiem i opowiada o rybach, a jego głównym zajęciem jest chyba konstruowanie domów.. mówił że ma szczęście w życiu, mieszka w pięknym miejscu i zna tajemnice Indian i jedną nam nawet zdradził.. zatrzymał się na środku drogi, wyrwał chwasta, powąchał i przyniósł, żebyśmy my też powąchali, że to dzika marchewka i to się je, a wszyscy prawie myślą, że to takie białe kwiatki sobie rosną przy drodze 😛 i że w lesie jest pełno jedzenia, tylko trzeba wiedzieć co można jeść 🙂 Pokazał nam orła nad jego gniazdem przy drodze, zawiózł do Visitor Center, gdzie dostaliśmy fajną mapę i powiedział, że przeszedł wszystkie szlaki w Olympic National Park i że najładniejszy jest z Brinnon do Lake Quinault.

Szlak ma około 50 mil, wiedzie piękną doliną wśród dzikości, zieloności i wielkich drzew jak jego samochód (a był spory ;)). Zdaliśmy się więc na opinię Indianina i postanowiliśmy nie jechać już dalej do Port Angeles, bo tam więcej ludzi i cywilizacja. Zanim nas wysadził u wejścia na szlak zatrzymaliśmy się w sklepie przy drodze, żeby zrobić zakupy i dał nam 100$! żebyśmy sobie kupili co potrzebujemy 🙂

Czy już pisałam jakie mamy szczęście do ludzi, których spotykamy? 🙂 Jesteśmy mega wdzięczni 🙂 bardzo dziękujemy! 🙂 Kupiliśmy banany (z kropami oczywiście), jabłka, marchewki, wodę (nic od rana nie piliśmy) i Clifbary 🙂 Byliśmy gotowi na podbój szlaku 🙂 W ciągu drogi spotkaliśmy z 10 osób. Zrobiliśmy postój przy rzece na pierwszym kempingu, a raczej tym co z niego zostało 😉

Usiedliśmy na ławce, żeby się uziemić, poopalać i coś zjeść 🙂 Szum rzeki, śpiew ptaków, słodka wiewiórka nas odwiedziła, ale oczywiście nic nie dostała i sobie sama poradziła ze zdobyciem jedzonka 🙂 W końcu jest cieplutko, uwielbiam zapach gorących igieł 🙂 Jest bardzo zielono, słychać tylko dźwięki natury 🙂 Tak sobie wędrujemy z naszymi ciężkimi kreaturkami i medytujemy 🙂 „Każdy krok niesie pokój”, „mamy wszystko czego nam potrzeba” 🙂 promieniujemy naszą miłością i radością dookoła 🙂 czerpiemy pozytywną energię z natury i emanujemy nią 🙂 Po drodze minęliśmy wielkie skały, piękny wodospad, dużo zwalonych na drogę starych drzew, pełno ptaków.. doszliśmy do drugiego kempingu – naszego celu 🙂 Nie wiem ile ma lat, ale lata świetności ma już dawno za sobą.. ławki zarośnięte mchem, zalane mułem z rzeki, tak samo grille.. natura odbiera to co kiedyś do niej należało..

Widać, że nie jest to zbyt często wykorzystywane miejsce w dzisiejszych czasach.. tyle kilometrów dojść na nogach z plecakiem, bez auta/kampera? Oprócz nas wieczorem było dwóch panów i.. trzy sarenki.. dwie malutkie przesłodkie i ich mama 🙂 w ogóle się nas nie bały, podeszły do nas same bardzo blisko 🙂 są takie piękne 🙂 maluchy dokładnie jak Bambi 🙂

Na szczęście są skrzynki misiowe i nie trzeba wieszać wszystkiego na drzewie i jest nawet kibelek.. wow! 🙂 Rozłożyliśmy się na drugim końcu kempingu.. kiedyś było tu naprawdę pełno miejsc.. ze 30? Takie stanowiska dla maksymalnie 8 osób: ławka lub dwie, miejsce na ognisko i grilla i miejsce na namiot.. i co jakiś czas skrzynka misiowa. Grzesiek zrobił mi nawet ognisko 🙂 Jak ja uwielbiam ogniska i patrzenie się w ogień i mieniący się żar 🙂 Chyba prawie wszyscy to lubią bo kojarzy się nam być może z jakąś naszą pradawną naturą i historią? 🙂

Wieczory i poranki są bardzo chłodne, ale na szczęście namiot nie zamarza 😛 a w śpiworku jest ciepło w jednym długim rękawie 🙂 W końcu się porządnie wyspaliśmy 🙂 Nie pamiętam już kiedy wstaliśmy po 8:00.. Nawet jak spaliśmy u kogoś w domu to wstawaliśmy wcześnie, nie mówiąc już o spaniu w lesie gdzieś w okolicy miasta.. A jak wstaliśmy okazało się, że mamy cały wielki kemping tylko dla siebie i swoje małe Bambi 🙂

Jak tylko wyszliśmy z namiotu chodziły sobie dookoła nas 🙂 Jest tutaj tak fajnie, że dzisiaj tu zostajemy, żeby odpocząć, polenić się, poczytać, umyć włosy 🙂 rozłożymy sobie nawet hamak.. a co? 🙂

Na razie mimo, że świeci słońce jest jeszcze dosyć chłodno, bo wieje mocny wiatr od rzeki, ale mam nadzieję, że po 13:00 będzie już cieplej 🙂 zobaczymy 🙂 Ciekawe jak długo będziemy nacieszać się swoim prywatnym kempingiem dzisiaj 🙂 Super jest takie miejsce w środku niczego, a za towarzystwo tylko dzika przyroda 🙂 no i my dla siebie nawzajem 😉 czyli najlepsze towarzystwo oczywiście 🙂 Dziś będzie dzień uważności, medytowanie, bycie tu i teraz, nacieszanie się wszystkim 🙂 Bo wiadomo, że najlepsza medytacja to taka kiedy robi się wszystko uważnie i z miłością i radością 🙂 myje zęby, pije, je, chodzi.. 🙂 Bo właśnie ta chwila jest jedyną, którą mamy 🙂 jedyną, w której naprawdę żyjemy 🙂 jedyną, którą możemy celebrować, którą możemy się nacieszać 🙂 Chcemy wykorzystać każdą cenną chwilę naszego życia, bo nigdy nie wiadomo ile ich zostało.. Dziękujemy! 🙂

Miały być ciepłe kraje – a wyszło jak zwykle

3 września godz. 14:26 (Kanada)

Ależ się wczoraj dużo działo.. Grzesiek prowadził pierwszy raz Jeep’a (Grand Cherokee) z automatyczną skrzynią biegów.. i podobało mu się 🙂 (niezłego kopa ma to autko), kolejne życiowe doświadczenie 🙂 Ponieważ bezustannie padało i było zimno postanowiliśmy się.. wykąpać 😛 oczywiście w strojach kąpielowych 🙂 i wyobraźcie sobie, że było bardzo cieplutko 🙂 bo uczyniliśmy to w gorących źródłach 🙂 Naprawdę były w niektórych miejscach tak gorące, że aż trudno było ustać.. tego nam było trzeba 🙂 Wygrzani, trochę popływaliśmy, pomasowaliśmy plecy, posiedzieliśmy, pomedytowaliśmy 🙂

Było super, ale jeszcze trochę zaplanowanej drogi przed nami, więc ruszyliśmy dalej. Po drodze oprócz niekończących się lasów, rzek, jezior i gór spotkaliśmy też całe rodzinki bizonów amerykańskich (buffalo) pasące się spokojnie przy drodze i jak to na krowy przystało mające wszystko gdzieś i w ogóle się nie przejmujące, że jacyś turyści czy tam podróżnicy znów sobie robią z nimi zdjęcia 😉

Zatrzymaliśmy się też przy przepięknym, błękitnym jeziorze, żeby zrobić zdjęcie.. a tam.. sami zobaczcie co..

Trzy niedźwiadki zaczęły zwiewać czym prędzej jak nas usłyszały.. chyba też im się widoczek spodobał 🙂 Był naprawdę wspaniały 🙂 Jadąc dalej nasz kolejny plan dał w łeb 😛 Najpierw w oddali zobaczyliśmy ośnieżone szczyty, mimo że góry wcale nie były aż tak wysokie.. a potem coraz więcej śniegu dookoła nas i na poboczu.. aż w końcu śnieg walący wielkimi płatami, tak że czułam się jakbyśmy byli postaciami ze Star Wars w jakimś statku kosmicznym..

To by było na tyle naszych planów ucieczki do cieplejszych krajów 😉 Nie wiem czy to tutaj normalne na początku września, ale na pewno to pierwszy śnieg w naszym życiu na początku września 😛 To już w maju się zdarzał nawet, ale we wrześniu nigdy 😛 Nawet jak byliśmy w Tatrach wtedy to nam się jakoś zawsze upiekło 🙂 Całe szczęście, że w środku w samochodzie nie pada i jest ciepło 🙂 ale kiedyś wypadało by pójść spać 😉 Jak tylko znaleźliśmy jakąś pustą boczną drogę, zatrzymaliśmy się tam i wsród padającego śniegu w ekspresowym tempie rozbijaliśmy namiot – jesteśmy już w tym ekspertami 😀 Spaliśmy we wszystkich ciuchach łącznie z przeciwdeszczowymi, plus we wszystkich kiszkach 😛 Ale było mi naprawdę bardzo ciepło i przyjemnie po wypiciu ciepłej herbaty, szybko zasnęłam i spałam dobrze i obudził mnie tylko na chwilę tradycyjnie szczekający ptaszek, żeby powiadomić, że to już nowy dzień 🙂 Tym razem umówiliśmy się godzinę później – na 9:00 i zbierając wszystko zastanawialiśmy się jak tam Jared.. On niestety nie spał zbyt dobrze i dopiero przed chwilą porządnie zasnął.. W nocy było słychać zanim zasnęliśmy, że jeździł samochodem, żeby się ugrzał w środku, a rano zobaczyliśmy, że próbował zrobić też ognisko, ale średnio wyszło 😛

Chyba nie był przygotowany na taką zimę w lecie 😉 Zostawiliśmy nasze plecaki i wybraliśmy się na spacer wzdłuż zagadkowej drogi przy której spaliśmy. Przeszliśmy tak prawie 10 kilometrów, bo do końca drogi było niecałe 5, wiał mocno wiatr, ale na szczęście nie padało i jak wracaliśmy to nawet przebłyskiwało słońce przez chmury – jest nadzieja 🙂 Jak tak sobie szliśmy to rozmawialiśmy, że jak by tu nagle teleportować jakiegoś Polaka, to by sobie pomyślał, że to Bieszczady 🙂 Zielono, cicho, spokojnie, niskie góry dookoła, kupy wilków 😉 tylko gigantyczna koniczyna sięgająca mi do pępka mogłaby wzbudzić podejrzenia, że coś tu nie gra 😉

Kanada jest prze-o-grom-na, w całej jej wielkiej przestrzeni rozrzucone są małe miasteczka, średnio co kilkaset kilometrów (przynajmniej tak jest w prowincji Yukon i Kolumbii Brytyjskiej) a pomiędzy nimi każda dziura, żeby nie było pustych przestrzeni pozapychana jest.. lasem.. pod którym rosną sobie większe lub mniejsze góry 🙂 Tego lasu jest tak dużo, mimo że widać dużo spalonych drzew, że aż normalnie się zieleni w oczach.. tak pozytywnie oczywiście 🙂 Super uczucie patrzeć na ciągnący się setkami kilometrów las i tylko od czasu do czasu jakieś budynki 🙂 Nawet jak słońce znów nas nie rozpieszcza i się schowało gdzieś za chmury – jest idealnie 🙂 Jest tak jak widocznie miało być skoro tak jest 🙂

A jak jest?

  • zielono, żółto pomarańczowo, błękitnie i szaro
  • pięknie
  • dziko
  • przestrzeń
  • spokój
  • czas
  • a może już wtedy nie ma czasu – jak jest tu i teraz? kto wie 😉
  • medytacja
  • cieszenie się
  • miłość i radość
  • bycie
  • życie
  • wdzięczność

Dziękujemy! 🙂

Co nam się kojarzy z Alaską?

  1. łosie
  2. szczekający ptaszek
  3. wiewiórki alpejskie, jeżozwierz, ptarmigany, orły, kruki, niedźwiedź czarny, małe myszy 😉
  4. przyjaźni, uśmiechnięci ludzie 🙂
  5. „where are you from”? (skąd jesteście?)
  6. „how are you”? (jak się macie?)
  7. „you are from Holland”? (jesteście z Holandii?)
  8. góry wszędzie dookoła
  9. przestrzeń i cisza
  10. zieloność
  11. rowery i przyczepka
  12. dziury na poboczu
  13. no trespassing
  14. ogromne dzikie róże
  15. samoloty
  16. zapach marihuany
  17. ryk silnika pickupa
  18. gwizd pociągu
  19. close toilet lid
  20. puszka misiowa, specjalne kosze na śmieci i pojemniki na jedzenie
  21. suszarka do prania
  22. leave no trace
  23. wielkie opakowania jedzeniaterazitu.com
  24. Amerykanie chodzący do sklepów w japonkach/klapkach/kaloszach
  25. Clif Bar
  26. lody Ben&Jerry’s i Coconut Bliss
  27. pierwszy lot
  28. zielone i żółte autobusy
  29. rdzenni mieszkańcy Alaski
  30. lodowce
  31. zimno brrr i wiatr
  32. strzelanie
  33. Walmart, Safeway i Fred Mayer
  34. Denali Park
  35. Denali/McKinley
  36. Ptarmigan Lake
  37. jagody
  38. czerwone owocki
  39. Anchorage, Fairbanks, Seward, Wasilla, Healy, North Pole, Delta Junction, Tok
  40. zorza polarna
  41. Kenai Park
  42. kempingi z kibelkiem bez wody i bez prysznica
  43. ryż z soczewicą
  44. mile, stopy itd
  45. dolary, centy, dime
  46. złoto
  47. niebieska lodowcowa rzeka
  48. białe „zielone” światło
  49. wygodne chodniki i ścieżki rowerowe
  50. przyjaźni kierowcy
  51. szerokie, dobre drogi
  52. bardzo szybkie i głośne mówienie
  53. smarkanie w papier toaletowy i ręczniki papierowe (paczka chusteczek w markecie 2 złote a chusteczka po sekundzie do wyrzucenia)
  54. domy z sidingiem, przystrzyżonym trawnikiem i flagą, bez płotu
  55. tryb samolotowy. brak prądu i internetu
  56. poduszki z mchu jak odskocznie
  57. mokre wszystko łącznie z butami
  58. komary
  59. bear spray
  60. magic pants
  61. life is good
  62. „ten plecak jest lepszy niż morele”
  63. „misie pysie kolorowe”
  64. honeymoon
  65. Spenard hostel
  66. backcountry
  67. „nice bikes” i „I like your bikes” (fajne rowery, podobają mi się wasze rowery)
  68. autostop
  69. Alpine trail
  70. Resurrection River
  71. hamak
  72. ognisko
  73. fioletowe tortille
  74. psy jeżdżące obok kierowcy
  75. pęknięta przednia szyba w samochodzie
  76. samochody bez światła, zderzaka, przedniej maski
  77. banany z kropami za darmo/w promocji
  78. puste drogi
  79. ogromna przestrzeń tylko dla nas
  80. Polacy w środku niczego
  81. klucze ptaków lecących na południe
  82. kolorowe liście
  83. ciężarówki over size
  84. duże ilości wojska
  85. drogi internet i ludzie siedzący w marketach z darmowym wi-fi z laptopami
  86. świecące „Open” w oknach

Hamak, ognisko, relaks..

3 sierpień godz. 11:28 (USA)

Siedzę sobie na hamaku i piszę 🙂 jest fajnie 🙂 Pranie się suszy, ładowarka solarna się ładuje, pyszne śniadanko zjedzone, jak to dobrze, że jest słońce 🙂 I to od samego rana i praktycznie nie ma chmur, nie ma upału jak w Polsce, ale jest tak w sam raz – kocham słońce 🙂 A wczoraj mój kochany mężuś zrobił mi nawet ognisko 😀 Było grilowane na kamieniu tofu przerobione na tofucznicę w sosie pomidorowym z cebulą i czosnkiem zawijane w pełnoziarnistą tortillę podgrzaną nad ogniem.. mmm.. pychota 🙂 Dzień odpoczynku się trochę przeciągnął bo jak zrobiliśmy pranie dopiero o 21:00, to mimo  że widno jest gdzieś do 24:00, to już wtedy słońce aż tak nie grzeje 😉 Przez noc, mimo że był wiatr też za bardzo nie wyschło więc teraz dopiero wysycha na słoneczku. Ze spodni jesteśmy bardzo zadowoleni na razie (wiadomość do Rafała ;)) Nie rozciągają się, łatwo się spiera nawet smar z roweru wodą z rzeki z mydłem Alterra 😉 Więc sprawdzają się super – a przede wszystkim są bardzo wygodne i do chodzenia i na rower 🙂 Wczoraj zaszaleliśmy i kupiliśmy lody czekoladowo-orzechowo włoskie Coconut Bliss organiczne – bardzo dobre, ale jednak dużo lepsze (a tańsze)  były te pierwsze (Ben & Jerry’s). To chyba były najlepsze lody wegańskie jakie jedliśmy i jest to jednogłośna opinia nas obydwojga 🙂 Piękne widoki, ładna pogoda, hamaczek 🙂 tylko wredne muchy dokuczją 😛 ps. pszczoły tak naprawdę wcale nie są wredne, tylko pracowite 😛 i podobno żądlą tylko gniewnych ludzi, a takich co są miłością i radością nie 🙂 co by dobrze o mnie świadczyło, bo już ileś lat mnie żadna nie użądliła 🙂 (a to wiadomość do rodziców :)) pps. i jeszcze wczoraj kupiliśmy pyszne organiczne banany i od razu zjedliśmy a przed chwilą zjedliśmy najpyszniejsza pomarańczę na pół, bo kosztowała chyba z 5zł 😛