Archiwa tagu: Olympia

Pierwszy nocleg w hotelu

13 września godz. 12:23 (USA)

Dzisiaj w końcu dzień odpoczynku 🙂 Siedzimy sobie nad rzeczką Vance Creek, cisza, spokój, ptaszki tylko ćwierkają i świerszcze grają i woda szumi 🙂 Jaka odmiana od hałasu miasta 🙂 Przywiózł nas tutaj Mike, pokazał fajne miejsce nad rzeką gdzie można rozbić namiot (drobnokamolkowa plaża), gdzie jest jezioro z miejscem do kąpania i gdzie są świeże warzywka (jak już wiedział żeśmy weganie po pytaniu czy lubimy ryby) i pojechał łowić ryby, a jutro po nas przyjedzie o 9:00, żeby nas zabrać dalej 🙂 Przez ostatnie dni sporo się nachodziliśmy z naszymi ciężkimi kreaturkami, więc przyda nam się bardzo jeden dzień przerwy 🙂 Robimy tyle kilometrów po mieście, że mamy wydatek energetyczny jak po maratonie wg endomondo 😉 i tak też się czujemy wieczorem 😛 Bolą nas plecy i nogi już prawie we wszystkich możliwych miejscach 😉 a że śpimy krótko, nie zdążają się zregenerować do końca.. Ostatnie noce spędzaliśmy w mieście (między drzewami co prawda, ale jednak blisko ludzkości), więc wcześnie rano wstawaliśmy, żeby się zebrać z namiotem, zanim ktoś pójdzie z psem na spacer 😛 Wczoraj rekordowo wstaliśmy o 5:00 😀 Dziś na szczęście trochę później 🙂

Z parku Larabee zabrał nas chyba już dwudziesty z kolei kierowca, który przewiózł nas kawałek poza miasto do parkingu koło restauracji skąd zabrało nas małżeństwo jadące do Burlington 🙂 Przy restauracji był piknik z widokiem na ocean i z jeżynami 🙂 Tutaj jest ich pełno, zresztą w Kanadzie też, ogromne krzaki mega kłujące, wypełniające wolne przestrzenie – schronienie dla zwierzaczków i.. bezdomnych w mieście 😛

W Burlington usiedliśmy na zewnątrz McDonalda bo było ciepło i internet i sikanie 😛 ale jak się okazało nie zdążyliśmy opublikować posta bo w środku nie było nigdzie gniazdek! i nie mieliśmy gdzie doładować komputera.. Nie był to wyjątek, bo w żadnym markecie, który od czasu wjazdu do USA odwiedziliśmy nie było gniazdek! Stany Zjednoczone by się wydawało, że dobrobyt itd. 😛 ale jednak chyba tylko na Alasce mieliśmy tak dobrze 😉 Chyba, że to wyjątek w stanie Waszyngton i gdzie indziej będzie lepiej.. okaże się 🙂   Utrudnia to jednak jeszcze bardziej wstawianie postów.. w dzikości wiadomo – brak neta i prądu, w mieście jest wifi gdzieniegdzie, ale nie ma gdzie podładować elektroniki.. no chyba, że przy elektrycznym wózku w przedsionku do marketu 😉 to jest jedyne miejsce, ale nie jesteśmy aż tak zdesperowani, żeby tam siedzieć kilka godzin 😛 Dobrze, że się pogoda poprawiła, to będziemy solara używać jak najczęściej 🙂 ale niestety nie możemy tak podładować komputera.. jakoś sobie będziemy radzić 🙂

No więc po zawodzie, że nie udało się wstawić posta, zaczęliśmy szukać miejsca do spania i okazało się, że w miarę zielone i odludne miejsce jest co najmniej 10 km drogi od Mc’a 😛 Kolejnym wstrząsem było to jak szybko robi się ciemno!, podczas naszej wędrówki przez miejską dżunglę o godzinie 20:00 było już całkiem ciemno.. byliśmy w szoku 😛

Kiedy doczłapaliśmy się ledwo podnosząc nogi do Little Mountain Park okazało się (mimo, że na nawigacji park miał pełno ścieżek i wydawał się taki.. zadbany?), że jest to las deszczowy jak z jakiegoś filmu 😛 Wielkie paprotki, zwalone drzewa, zielone porosty na drzewach.. jak by nikt nigdy tam nie sprzątał (oprócz zrobienia ścieżek).. w takim miejscu widać jak wszystko przemija i że takie drzewo np. które wydaje się całkiem martwe tak naprawdę jest już nowym drzewem, a nawet kilkoma.. nie widać granicy między tym co martwe a co żywe.. wszystko jest ze sobą połączone.. takie to życiowe.. Ale wracając do wyglądu lasu i do tego, że było już całkowicie ciemno i włączyliśmy czołówki, żeby cokolwiek było widać – ciężko było znaleźć jakiekolwiek miejsce do spania.. Po kolejnych kilometrach ku naszemu zdziwieniu znaleźliśmy idealnie płaskie miejsce, blisko ścieżki, ale zarośnięte i w takim miejscu, że pewnie dużo ludzi tędy nie chodzi..

Zasypiało się dziwnie – taka całkowita cisza.. zero wiatru, zero ptaków, tak ciemno że czy się otworzyło oczy czy zamknęło nie było różnicy – tylko czarność 😛 ale spało się bardzo dobrze 🙂 Aż do momentu kiedy po 7:00 rano obudziły Grześka (o dziwo :P) głosy jakichś dziewczyn.. chyba nas zauważyły, ale nic nie powiedziały.. Ale jak za chwilę szły kolejne osoby i jedna z nich stwierdziła „very nice place to camp” stwierdziliśmy, że czas się zbierać 😛 bo i tak już nie pośpimy..

Kolejny trail z powrotem przez miasto zajął nam większość dnia z postojami na jedzenie itd. i kiedy pod wieczór dotarliśmy na zakupy do Freda, zaczęliśmy już obmyślać gdzie tym razem pójdziemy spać, bo tamta miejscówa już spalona 😉 Wtedy podszedł do mnie Tim i zapytał czy czegoś nie potrzebujemy do jedzenia albo coś, czy autostopowicze i gdzie jedziemy.. powiedziałam, że nie dziękuję i że do Olympic National Park, on na to, że tam jest super i powodzenia 🙂 Bardzo sympatycznie 🙂 Za chwilę wrócił zapytać czy chcemy z nim jechać bo jedzie na południe Seattle – no to mamy stopa! 🙂 Tylko dopiero co pisaliśmy ludziom z couchsurfingu, że od jutra byśmy chcieli spać u nich, więc znów by trzeba chodzić i szukać noclegu w lesie 😛 Ale zgodnie z zasadą, żeby mówić życiu TAK (oglądaliście „Jestem na tak” (Yes man) z Jimem Carreyem – świetny film – polecamy :)) stwierdziliśmy, że jakoś to będzie i że bardzo chętnie się z nim zabierzemy 🙂 Tim okazał się przewodnikiem wycieczek po parkach narodowych w USA i dzięki niemu jechaliśmy pierwszy raz na stopa busem.. z przyczepką 🙂 Dowiedzieliśmy się też trochę o różnych parkach i że wszędzie jest super 🙂 widać, że lubi to co robi 🙂

Miał jechać stopem na Alaskę, kiedy znalazł tę pracę 🙂 zresztą stopem też zwiedził pełno miejsc 🙂 Kiedy przejeżdżaliśmy obok Seattle widzieliśmy wieżowce, sławną wieżę widokową i.. pełno namiotów bezdomnych pod autostradami. Naprawdę całe osiedle.. wielkie miasto, a do tego przez cały rok temperatura pewnie powyżej zera.. no cóż.. sami sobie zgotowali ten los.. Dziwne to dla nas, że ktoś wybrał takie życie, trudno nam to zrozumieć, ale kto wie jak byśmy postąpili żyjąc jego życiem.. Jakoś zawsze wierzę, że jak tylko ktoś chce to potrafi wybrnąć ze wszystkich życiowych trudności.. ale może nie chce? może tak woli.. tzn. chce, ale właśnie tak żyć.. tak czy siak jakiś taki smutek wywołuje ten widok.. Na szczęście okazało się, że nie musimy szukać noclegu w tej ogromnej konkurencji namiotowej 😉 bo Timothy się nad nami zlitował i zaproponował nocleg w swoim pokoju.. w hotelu! 🙂 Tym sposobem pierwszy raz na tym wyjeździe spaliśmy w hotelu 😀 na podłodze co prawda, ale jakże wygodnie 🙂 i gorący prysznic i pranie i elektryczność! 🙂 nawet dwa posty się udało wrzucić, ale za to nie za długo się spało 😉

Dostaliśmy nawet butelkę czerwonego wina żeby godnie uczcić pierwszą noc w hotelu 🙂

Jak my się poświęcamy dla Was, żebyście się dowiedzieli co u nas ;D Zjedliśmy sobie też razem kolację i śniadanie z zapasów Tima z poprzedniej wyprawy: mix sałat, awokado, świeża marchewka plus kasza jaglana na kolację (całkiem zdrowo) a bułki z dżemem truskawkowym (pyszny i mało słodki) i masłem orzechowym na śniadanie (normalnie tak nie jemy, ale można zaszaleć 😉 ), a w międzyczasie banany i mieszanka orzeszków 🙂

Super nam się gadało, dużo się dowiedzieliśmy, zrobiliśmy zdjęcia map parków 🙂 Kolejny raz jestem pod wrażeniem jakie mamy szczęście w życiu i jakich wspaniałych ludzi spotykamy na swojej drodze 🙂 Jesteśmy mega wdzięczni! 🙂

Rano Tim zawiózł nas na wyjazd w kierunku Tacoma, gdzie zawiózł nas starszy pan, który też oczywiście kiedyś jeździł stopem 🙂 10000 mil przejechał – wow! 🙂

W Tacoma znów trail przez miasto, tym razem do REI bo stwierdziliśmy, że przyda nam się nowa butla, a obok był wyjazd na autostradę 🙂

Stamtąd zabrał nas kolejny starszy pan, który nam powiedział, że dzięki Polsce i Wałęsie nastąpił przełom i im też się dzięki temu lepiej żyło 🙂 Zawiózł nas do Olympii, gdzie przeszliśmy trochę kilometrów przez park Olympia Woodland Trail, żeby znaleźć miejsce do spania i rozbiliśmy się niedaleko czyjegoś domu i dlatego wstaliśmy o 5:00 rano. Zmęczeni zrobiliśmy trail po kolejnym mieście – Olympia okazała się całkiem całkiem i łapaliśmy stopa dalej 🙂

Znów jechaliśmy na pace pickupa, ale trochę szybciej niż przez Denali Park 😉 Wiatr we włosach, słońce świeci, jest super 🙂 Dotarliśmy do Shelton i znów trail przez kolejne miasto, żeby znaleźć miejsce do spania..

Zrobiliśmy zakupy i wyszliśmy ze sklepu jak już było ciemno, więc poszliśmy do najbliższego lasu, gdzie nie byliśmy pewni czy ktoś nie mieszka.. ale wychodząc stamtąd spotkaliśmy pana, który zapytał czy szukamy miejsca na namiot.. powiedzieliśmy, że tak.. on na to, że mieszka niedaleko nad jeziorem i że tutaj mieszkali wcześniej bezdomni, ale się wyprowadzili w kwietniu i że teraz jest tutaj cicho i bezpiecznie i że może nam pokazać gdzie jest dobre miejsce na namiot. Pan wydał nam się bardzo miły i godny zaufania (w końcu tylko dobrych ludzi spotykamy na swojej drodze :)), więc zgodziliśmy się, żeby nas oprowadził 🙂 z nim nie baliśmy się nawet jak byśmy kogoś spotkali, ale faktycznie nie było nikogo.. tylko śmieci 😛 przynajmniej w pierwszym miejscu, które nam pokazał, więc tam nie chcieliśmy, ale drugie było całkiem OK 🙂 Całkiem cicho, brak ludzi i nie słychać było drogi, dobre miejsce żeby iść spać (najpierw przeszliśmy jeszcze sami kawałek dalej, ale tam była już jakaś firma, więc wróciliśmy w miejsce polecane ;)) Podziękowaliśmy za pomoc i pan poszedł w swoją stronę, a my stwierdziliśmy, że znów trzeba rano wstać wcześnie i się zbierać 😛 Spało nam się bardzo dobrze tylko krótko, ale mam nadzieję, że dziś nadrobimy zaległości 🙂 A dzisiaj po śniadanku i odwiedzinach Walmarta sam zagadał Grześka Mike i nas tutaj przywiózł 🙂

Mamy mega szczęście w życiu i spotykamy samych wspaniałych, pomocnych ludzi 🙂 Jesteśmy wszystkim bardzo wdzięczni 🙂 Mam nadzieję, że któryś z nich to przeczyta 🙂 Bardzo dziękujemy! 🙂 Będziemy dalej przekazywać pozytywną energię, którą otrzymaliśmy 🙂 szerzyć miłość i radość 🙂 teraz i tu 🙂