Archiwa tagu: Polacy

Wielki Kanion Kolorado i mali my

23 grudnia godzina 21:06

Z naszej pustyni wybraliśmy się znów do Horseshoe bend, ale tym razem nie, żeby łapać stopa, ale dostać się stamtąd do Wielkiego Kanionu 🙂 stwierdziliśmy, że tak będzie łatwiej bo na pewno jest trochę osób, które jadą stamtąd prosto do parku narodowego 🙂 Może i faktycznie jechali w tamtą stronę, ale niekoniecznie chcieli, żebyśmy zostali ich towarzyszami w trakcie drogi 😉 Może też za późno się zebraliśmy bo było już dosyć późno po południu.. w każdym razie staliśmy i machaliśmy i uśmiechaliśmy się.. pomachał nam przyjaźnie pan policjant.. i kilka innych osób.. swoją drogą zawsze nas to zastanawia czemu ludzie do nas się uśmiechają i machają i mając pusty samochód i jadąc w naszą stronę jednak nie chcą nas zabrać 😉 to chyba ta część amerykańskiej kultury zwana fałszywy uśmiech nr któryś tam, żeby nie było aż tak widać, że mam Cię w tyłku 😉 hihi 😛 Ciężko powiedzieć czy lepsze jest polskie nieuśmiechanie się w ogóle lub zrzędliwa mina czy taki uśmiech na niby 😛 Ale na szczęście większość uśmiechów kierowanych do nas jest prawdziwa, a przynajmniej mam taką nadzieję 😉 no może oprócz tych autostopowych jak widać na załączonym obrazku czy tam opisie 😉 Wracając do stania i łapania to przejechała np bardzo sympatycznie wyglądająca para i pomyślałam, że fajnie by było jakby nas chcieli zabrać, ale oni dopiero przyjechali obejrzeć podkowę, więc to jeszcze trochę potrwa.. Staliśmy i czekaliśmy.. i nic.. robiło się już coraz ciemniej i zbliżał się powoli zachód słońca a wraz z nim zimność.. no cóż.. chyba trzeba się pogodzić z porażką i iść szukać jakiegoś spanka zanim będzie całkiem ciemno.. wyruszyliśmy.. ale nie przeszliśmy daleko i okazało się, że wszędzie dookoła jest płot zarówno z prawej jak i lewej strony.. no więc zawróciliśmy z powrotem w stronę Horseshoe bend.. przeszliśmy może kilka kroków i zatrzymał się samochód! 🙂 a w nim.. zgadnijcie kto.. tak 🙂 ta sympatyczna para 🙂 Jack i Emily 🙂 Chcieli nas zabrać gdzieś przed kanionem, ale w końcu postanowili nas podwieźć do samego parku narodowego 🙂 Zawsze tak mówię, że czekamy na odpowiednią osobę 🙂 i jak już się w końcu znajdzie to prawie wszyscy nas podwożą dalej niż zamierzają sami jechać nadrabiając czasami baaardzo dużo drogi 🙂 no i uśmiechają się do nas dużo 🙂 tak naprawdę 🙂 Po drodze sympatycznie sobie rozmawialiśmy i chcieli posłuchać polskiej muzyki, więc zaserwowałam im przegląd muzyki z naszego wesela 😀 Ale jestem Anna Maria Jopek (lubię bardzo) Brzydala Domowych Melodii (też)Jest takie miejsce Bednarka (też) Cykady na cykladach Maanam, nawet była Dumka na dwa serca :P, Hey Angelene (Grzesia najulubieńsze) Jutro jest dziś Nosowska OSTR (lubimy bardzo) Koła czasu ONA (też) Ognia! Dyjak plus Nosowska (też) czyli nie nasze naulubieńsze tylko piosenki, ale taki przegląd polskich dobrych znanych głosów 🙂 a na koniec jak już nie mieli siły słuchać polskiego włączyliśmy Julię Pietruchę (dzięki Zdzichu – lubimy dzięki Tobie :D) Po drodze zatrzymaliśmy się w jednym miejscu widokowym, które zrobiło na nas wszystkich ogromne wrażenie 🙂

Dalej widoki też były wspaniałe, ale niestety coraz ciemniejsze 😉 podziwialiśmy przepiękny zachód słońca, a potem już tylko ciemność ogarnęła świat poza samochodem 😉

Wjeżdżając do parku narodowego zobaczyliśmy.. śnieg.. no to ładnie 😛 i dużo drzew co było dla nas też zaskoczeniem.. i znak drogowy uwaga dzikie koty 😛 Dojechaliśmy do Visitor Center juz całkiem po ciemku i oczywiście było zamknięte 😉 ale byliśmy przeogromnie wdzięczni naszym dobroczyńcom, że dowieźli nas aż tak daleko, bo tutaj jeżdżą już darmowe autobusy 🙂 Przytulenie na koniec 🙂 i maszerujemy szukać spanka.. na szczęście dla nas jest tutaj bardzo dużo drzew, a pomiędzy nimi śnieg 😛 to drugie nie na szczęście, ale jest go mało 😛 odchodzimy kawałek od drogi pomiędzy drzewa i już mamy spanko 🙂 dobrze, że tak dużo tutaj takich jakby trocin z drzew, to jest miękko pod nami 🙂 obsypujemy też namiot dookoła i nie jest tak zimno 🙂 ale następne noce mają być coraz zimniejsze.. Kolejny dzień spędzamy na doprowadzaniu się do porządku.. zaczynamy od prysznica.. idziemy w stronę kempingu.. a tam kartka, że prysznice niedostępne z powodu remontu bojlera.. wyszła jeszcze pani, żeby nam powiedzieć gdzie mamy iść pod prysznic w zastępstwie.. no to nieźle myślimy.. miał być tani prysznic tzn 2$ za 8 minut, a teraz mamy iść do jakiegoś lodge, to tam pewnie z nas nieźle zedrą.. no ale cóż.. już postanowione i wymarzone 🙂 gorący prysznic musi być ;D Pani za kontuarem mówi nam, że dostaniemy kartę do pokoju hotelowego i że w tym pokoju możemy wziąć prysznic ile chcemy tzn 20 minut czy tam godzina.. nie ważne.. zostawiamy dowód Grześka w zamian za kartę hotelową i nie pytając ile taka przyjemność kosztuje idziemy się nacieszyć ciepłą wodą 🙂 która okazuje się tak gorąca, że nawet ja nie jestem w stanie się myć rozkręconą na max gorącą 😉 W kabinie prysznicowo wannowej wisi kartka z wyzwaniem, żeby wykąpać się w krótszym czasie niż 8 minut, co jest podobno średnim czasem prysznica.. o nie.. nie tym razem myślimy 🙂 i delektujemy się kąpielą baardzo długo 🙂 i nawet suszę włosy wyjątkowo suszarką jak jest dostępna 😀

Wracamy po 2 godzinach myśląc, że ile by nie kosztował ten luksus amerykański to było warto 🙂 i okazuje się, że nic nie płacimy! 🙂 ale super! 🙂 z radości za zaoszczędzone pieniądze postanawiamy się najeść w restauracji 😀 w której o dziwo jest nawet wegańskie jedzenie 😀 wybieramy kanapkę z chleba bezglutenowego z grillowaną cukinią i bakłażanem i pomidorem, sałatą i hummusem 🙂 a do tego zupę chilli z fasolą i warzywami, która była tak gęsta, że bardziej jak leczo niż zupa 🙂 ale się obżarliśmy 🙂 a jakie pyszne to było 🙂 szczególnie ta zupa 🙂 i taka ogrzewająca 🙂

A na koniec jeszcze wypraliśmy sobie wszystko i już całkiem pachnęliśmy jak nowi 😉 Zszedł nam na to cały dzień i nawet nie widzieliśmy jeszcze kanionu 😛 ale nie ucieknie i jutro z rana się do niego wybierzemy 🙂 Mieliśmy wstać na wschód słońca, ale nam nie wyszło i dotarliśmy na punkt widokowy chyba dopiero koło południa.. ale widok był i tak niesamowity 🙂 niby taka po prostu dziura w ziemi, ale naprawdę wyjątkowo piękna 🙂 Co prawda wolimy jednak bardziej tradycyjne góry niż takie pustynne, ale Kanion i tak zrobił na nas ogromne wrażenie 🙂 Nazwa nie oszukuje.. jest faktycznie wielki 🙂 w końcu w najszerszym miejscu ma szerokość 29 km i widać go z kosmosu 🙂 jest największym przełomem rzeki na świecie, ma 446 km długości, ale nie najgłębszym (kanion Colca jest 2 razy głębszy i najgłębszy na Ziemi).

Po nazachwycaniu się kanionem z punktu widokowego poszliśmy na spacer wzdłuż jego brzegu 🙂 i spotkaliśmy.. Polaków! 🙂 pierwszy raz w USA poza Alaską 🙂 Bardzo nam się przyjemnie rozmawiało z Jackiem i Grześkiem, bo nie dość, że po polsku to jeszcze całkiem ciekawie 🙂 w końcu poszli dalej, a my spakowaliśmy się do końca po zrobieniu obiadku 🙂 Widoki z kolejnych punktów widokowych różniły się w sumie tylko dlatego, że pojawiały się coraz to inne chmury i czasem jakieś zagłębienie było oświetlone, a czasem nie 🙂 ale jutro pojedziemy do innego punktu to może tam będzie widać inną stronę kanionu 🙂 Po drodze były różne atrakcje edukacyjne takie jak małe kawałki skał tworzących kanion, które można było sobie podotykać i zobaczyć ile mają lat 🙂 albo zagadki w stylu znajdź rzekę Kolorado patrząc przez rurkę, która jest tak przymocowana, że nie da się jej przestawić w żadne inne miejsce, tylko tam gdzie widać rzekę 😛 takie to skomplikowane zadanie 😉 Dzień już coraz krótszy, więc niedługo zaczęło się ściemniać i robić zimno.. doszliśmy jeszcze do Hopi house i poszliśmy na autobus 🙂 po drodze mijając stary drewniany dworzec kolejowy mający 115 lat 🙂

Kolejnego dnia wybraliśmy się na punkt widokowy Yaki Point, na którym było mało ludzi przez to, że nie można tam dojechać samochodem tylko autobusem.. a jak odeszliśmy kilkaset metrów dalej wzdłuż kanionu nie było już kompletnie nikogo 🙂 Pogoda tego dnia była lepsza niż dzień wcześniej, świeciło tak słońce, że aż sobie siedzieliśmy nad kanionem bez butów i sobie czytaliśmy Teofila 🙂 przepiękny widok, cisza i spokój 🙂 jest cudownie 🙂 ale nie trwało to długo i zerwał się zimny wiatr przez który chmury zasłoniły nam słoneczko 😛 i trzeba się było ewakuować 😉 Pojechaliśmy pougrzewać się przy kominku, który był tak uroczo cieplutki, że aż nie chciało się od niego odchodzić 🙂 ale ponieważ nie można było przy nim spać w końcu się zebraliśmy i poszliśmy spać na naszą miejscówę do dzików i sarenek 🙂

Ostatniego dnia przed planowanym odjazdem pojechaliśmy na Kaibab trail, żeby spróbować zejść wgłąb kanionu 🙂 Trasa na dół była bardzo przyjemna i było całkiem cieplutko, faktycznie dużo cieplej niż na górze i można by tak sobie schodzić coraz niżej, tylko że powstrzymywało nas trochę to, że trzeba potem wejść z powrotem po tej stromiźnie 😉 Spotkaliśmy po drodze muły idące za przewodnikiem i dużo więcej ludzi niż się spodziewaliśmy.. i całkiem ładne widoki 🙂 niby tylko trochę niżej a jednak inne niż patrząc z góry 🙂 Doszliśmy do punktu widokowego Ooh Aah Point (fajna nazwa co?:), który nie ma swojej nazwy bez powodu, bo faktycznie widok stamtąd jest bardzo ładny 🙂 i zeszliśmy jeszcze trochę niżej, żeby odejść od tłumu w spokojniejsze miejsce i poczytać sobie kundelka 🙂 Jakiś czas poczytaliśmy podziwiając widoki i znów pojawił się zimny wiatr, który nas wygonił i zaczęliśmy wracać z powrotem na górę 🙂 Plan, żeby zostać do zachodu słońca porobić zdjęcia nie wypalił, bo było bardzo zimno, ale i tak było bardzo ładnie 🙂 Wieczorem znów ogrzewaliśmy się przy kominku, a potem poszliśmy spać..

Kolejnego ranka obudził nas deszcz.. i nie chciał przestać padać, a trzeba się już było zebrać, bo było całkiem widno w naszym schowanku, więc bardzo niechętnie wyszliśmy z domku na deszcz.. szybko poskładaliśmy namiocik, ale i tak zdążyliśmy już mocno zmoknąć.. i biegusiem do.. kominka oczywiście 😀 Przyjemne ciepełko wysuszyło nasze ubranka i nawet buty też 🙂 ale deszcz się uparł i nie chciał przestać padać i o łapaniu stopa w taką pogodę mogliśmy zapomnieć.. więc większość dnia przesiedzieliśmy przy kominku 🙂 ale już nie było kaski na zupkę, a przelewu nie dało rady zrobić na dolary, bo nie było zasięgu.. Głodni czegoś innego niż codzienny ryż pojechaliśmy w poszukiwaniu internetu i jednocześnie zasięgu w telefonie do biblioteki 🙂 internet tam był taki szybki, że strona banku wczytywała się dosłownie 10 minut! (ah ten amerykański szybki internet;), ale jak się już nawet wczytała to sms i tak nie chciał przyjść mimo tego, że nawet zasięg się pojawił.. no cóż 😛 taki los 😛 za ostatnie dolary zakupiliśmy sobie 5 bananów 😀 i wykorzystując okazję, że nie padało poszliśmy spać oczekując bardzo zimnej nocy przed którą mieliśmy uciec, ale niestety nie udało się to nam przez całodzienny deszcz..

W nocy było dosyć zimno, ale daliśmy jakoś radę się w miarę wyspać, a rano zauważyliśmy dookoła namiotu.. śnieg! 🙂 świeżutki, czyściutki, przez nikogo nie podeptany 🙂 taki świąteczny 🙂 nie było go za dużo, ale wystarczająco, żeby się zrobiło biało dookoła 🙂 Trochę to nam się wydawało dziwne, że w pustynnym kanionie pojawia się śnieg, ale jest on w sumie na wysokości ponad 2100 metrów, więc wyżej niż nasza Śnieżka na przykład..

Tradycyjnie się ugrzaliśmy przy kominku i poszliśmy się pożegnać z ośnieżonym kanionem, który był tylko delikatnie pobielony, ale i tak był ładny 🙂 i poszliśmy łapać stopa 🙂

Dosyć szybko nam się udało i zabrali nas Jonathan i Luis 🙂 Zawieźli nas do Williams do sklepu, żebyśmy mogli uzupełnić zapasy jedzonkowe 🙂 Miało być tam już cieplej niż w Wielkim Kanionie, w którym tej nocy miało być minus 14!.. ale niestety aż tak bardzo ciepło nie było.. Nasza najzimniejsza do tej pory noc w namiocie jaką przeżyliśmy mogła się poszczycić mrozem 8 stopniowym!.. no ciężko się spało i co jakiś czas się budziliśmy i chyba ze 4 razy w nocy sikaliśmy z zimna 😛 ale jakoś przetrwaliśmy tą noc i w sumie to zimno było najbardziej w stopy.. mimo 4 par skarpetek u mnie, w tym 2 grubych zimowych alaskańskich 😉 Kolejna noc, nawet jakby się nie udało dalej pojechać miała być już cieplejsza na szczęście 🙂 i faktycznie była lepsza i nawet się za bardzo w nocy nie budziliśmy 🙂

Plan był ambitny, żeby na moje urodziny dojechać do jeziora Mead i tam sobie odpocząć już w cieplejszej atmosferze, ale nie za bardzo nam wychodziło stopowanie i z Williams udało nam się wydostać zaledwie do pobliskiej miejscowości Ash Fork, w której.. nie było niczego ciekawego 😛 Po bezskutecznym stopowaniu dalej poszliśmy szukać miejsca do spania na bezpańskim by się wydawało polu, na którym jak się okazało pasły się normalnie krowy 🙂 ale na szczęście teraz ich nie było i nie miały jak sobie zrobić czochradła z naszego namiotu 😉 Obejrzeliśmy sobie piękny zachód słońca na tle gór, Grzesiek jeszcze trochę pomarzł robiąc nocne zdjęcia, zjedliśmy sobie zupę z puree z dyni i poszliśmy spać 🙂

30 urodziny jak to okrągłe urodziny były bardzo wyjątkowe 🙂 pierwsze urodziny poza Polską, poza domem, poza rodziną.. bardzo mi się tęskniło.. ale też pierwsze urodziny w które jadłam truskawki (organiczne kalifornijskie :D) i były na prawdę pyszne, dojrzałe i słodziutkie 🙂

Od Grześka dostałam wyjątkowy tort zrobiony z puree z dyni, melasy, nasionek konopii i proszku green and fruits 😀 a do tego świeczka 😀 jak na prawdziwy tort przystało 😀

Poszliśmy łapać stopa, ale nic nam z tego nie wychodziło taki był tam ruch na wjeździe na autostradę, więc żeby się trochę ruszyć poszliśmy na spacer wzdłuż autostrady.. Przeszliśmy przez drut kolczasty na kolejne pole, na którym kiedyś mieszkały krowy i sobie wędrowaliśmy.. mieliśmy do przejścia może z 10 km do kolejnego zjazdu z autostrady na Route 66, ale szło nam to bardzo powoli przez nierówności kamienistej łąki.. w końcu doszliśmy do miejsca, które nam się wydało całkiem dobre, żeby tam pójść spać.. zostawiliśmy plecaki i wdrapywaliśmy się na górkę, żeby zobaczyć jak to wygląda z góry, kiedy nagle z naprzeciwka rozległo się donośne.. muczenie 😛 no to my w tył zwrot po plecaki, a z daleka patrzyło na nas stado byczków 😛

Miejsce spalone na nocleg, więc chcąc czy nie chcąc poszliśmy dalej.. ale tym razem wzdłuż autostrady, żeby nie iść po polu z krowami i żeby było szybciej.. Szliśmy i szliśmy.. plecy były już bardzo zmęczone, słońce coraz niżej na niebie.. a tu jeszcze kawał drogi..

Pomyślałam sobie, że może nawet by było dobrze jakby jakiś policjant nas zgarnął z tej autostrady to już by nie trzeba dalej iść 😛 i za chwilę zatrzymał się za nami samochód.. i nie był to ktoś kto chciał nas zabrać na stopa tylko właśnie.. policjant.. na sygnale.. Jak się do niego odwróciliśmy to nam pomachał 🙂 i wtedy już się przestaliśmy przejmować, że pójdziemy do „jail” za nielegalne chodzenie po autostradzie 😛 Pan policjant powiedział nam, że dla naszego bezpieczeństwa lepiej nie iść obok autostrady, bo jakiś kierowca może zasnąć czy coś i zapytał gdzie idziemy.. Zawiózł nas do następnego miasta czyli Seligman, a my oglądaliśmy sobie przepiękny zachód na Route 66 zza krat z tylnych siedzeń policyjnego radiowozu 😉 co prawda trochę było niewygodnie bo siedzenia były plastikowe, ale o wiele szybciej nam się udało dotrzeć do naszego celu 🙂 Taki to oryginalny autostop złapaliśmy w moje urodziny 🙂

W miasteczku na stacji benzynowej zjedliśmy jeszcze po ciastku urodzinowym i posiedzieliśmy chwilkę przy internecie 🙂 Dostałam pełno kochanych życzeń od rodzinki i znajomych jak już miałam w końcu zasięg i internet 🙂 jestem bardzo wdzięczna 🙂 dziękuję jeszcze raz 🙂 troszkę mniej tęskniłam jak czytałam te wszystkie kochane rzeczy 🙂 a pani ze stacji sama zaproponowała, żebyśmy sobie posiedzieli i się ugrzali 🙂 i takie to były wyjątkowe urodziny oryginalne, a po nich byliśmy tacy zmęczeni, że nawet zaplanowanego filmu w namiocie nie obejrzeliśmy, tylko poszliśmy spać na kolejną łąkę..

A rano kiedy wstaliśmy nie tak znowu ze wschodem słońca i Grzesiek wyszedł z namiotu poinformował mnie „o w d*pę – krowy przyszły” poważnym głosem z nutką konspiracji 😛 a ja na to wybuchłam takim śmiechem, że aż się popłakałam.. a Grzesiek.. „ale naprawdę.. takie czarne :P” Pakowałam się chyba najszybciej w naszej karierze, ale krowy i tak do nas nie przyszły.. tylko powędrowały w inną zupełnie stronę pastwiska, a nas nikt tradycyjnie nie zauważył.. nadajemy się na nielegalnych imigrantów 😉 albo włamywaczy hihi ;P Z mocnym postanowieniem, że teraz to już dojedziemy do jeziora, żeby chociaż trochę je pooglądać i zdążyć do Las Vegas na święta staliśmy uśmiechnięci i machaliśmy przejeżdżającym kierowcom.. ale nie było ich tak znowu dużo.. Staliśmy.. czekaliśmy.. nawet sobie zatańczyliśmy.. ale nie na bosaka jak na naszej pustyni.. zjedliśmy sobie nawet obiadek.. i czas najwyższy jechać.. bo jak nie to jakimś chyba pociągiem by trzeba.. i zatrzymała się siwiutka pani.. Indianka.. o imieniu Ti 🙂 Bardzo nas ucieszyło, że w końcu się stąd wydostaniemy i nie trzeba znów będzie łapać policjanta na stopa 😉

Nasza wybawicielka dowiozła nad do wyjazdu z Kingman w kierunku Las Vegas, gdzie po zjedzeniu 2 klifbarów i wypiciu zielonego butelkowego smuta łapaliśmy dalej.. i nawet po niedługim czasie na szczęście, bo zaczynało padać, zatrzymał się Mike, który jechał do Las Vegas, ale specjalnie dla nas zjechał z drogi w kierunku Zapory Hoovera 🙂 Pożegnał się z nami i odjechał i się zaczęło.. Znów policja na sygnale.. ale tym razem pan nie był ani trochę uśmiechnięty i kazał nam się do siebie nie zbliżać.. zasypał nas gradem pytań.. kto to był.. czemu nas tu zostawił itd.. Mówimy, że nie wiemy i że jechaliśmy autostopem.. tu nie można łapać stopa.. ale nie chcemy tu łapać stopa, tylko pójść obejrzeć zaporę.. Mamy mu pokazać swoje paszporty.. i powiedzieć swoje nazwisko, imię, drugie imię.. i datę urodzenia.. normalnie jak jacyś nielegalni imigranci.. a i jeszcze zanim wziął nasze paszporty, żeby sobie nie pobrudzić rąk to założył ostentacyjnie rękawiczki.. normalnie zeżarło go już jego ego chyba dawno i nie ma dla niego nadziei.. 😉 Zadzwonił nawet po posiłki! 😛 przyjechał drugi radiowóz, bo pan policjant nie wiedział co też z nami począć (to chyba pierwszy przypadek od kiedy otwarto zaporę, że ktoś próbował do niej dojść pieszo, a nie samochodem ;P) i musiał zadzwonić do jakiegoś przełożonego, a nie chciał nas samych zostawić, żebyśmy nie uciekli wysadzić zapory 😉 Dwóch kolejnych policjantów wyglądało na trochę zażenowanych zachowaniem kolegi.. jak na ich pytanie powiedzieliśmy, że jechaliśmy na stopa tylko się uśmiechnęli i pokiwali ze zrozumieniem głowami.. W międzyczasie wyrocznia obwieściła chyba panu policjantowi, że jednak nie musi nas zastrzelić, ani zabrać do „jail”.. oddał nam paszporty.. powiedział, że nie możemy tu łapać stopa, więc mamy wrócić taksówką (taa.. jasne 😉 i że nie możemy używać naszej kartki itd.. i że możemy łaskawie przejść obok bramki kontroli bezpieczeństwa i pójść bokiem drogi do skrótu na trail.. No cóż.. czy już kiedyś pisałam jacy Amerykanie są świrnięci? 😛 Niezłe zagrożenie stwarzamy dla nich my prehistoryczni ludzie poruszający się na złowieszczych nogach.. uuuuuu.. powiało grozą co? 😛 Śmialiśmy się jak słuchaliśmy, że Maxa Kolonko w pierwszy dzień policja zatrzymała jak sobie na nogach chodził po Nju Jorku, a tu my też takie przestępstwo popełniliśmy.. przestępstwo braku samochodu 😛 Mam nadzieję, że pan policjant kiedyś stanie się trochę bardziej świadomym i empatycznym człowiekiem.. a jak nie to trudno.. jego strata.. my i tak już mu wybaczyliśmy jego miłe i kulturalne zachowanie 😛 A tak swoją drogą to i tak mi się nie podobała ta tama 😛 ot kawał betonu.. i pełno drutów elektrycznych dookoła, że aż mózg się może usmażyć jak się tam dłużej pobędzie, a do tego jeszcze kartki obwieszczające, że w użyciu są promienie X, żeby wykryć wszelkie noże, broń itd.. i nawet jedzenia nie można mieć.. dobrze, że nas nie przeszukali bo za butlę gazową i nóż do krojenia to jak nic by było dożywocie 😉 Z ciekawostek to tylko tyle, że po jednej stronie tamy jest inny czas niż po drugiej, bo akurat na rzece Kolorado jest zmiana strefy czasowej i można się przenosić w czasie 😉 a tak to pełno ludzi, hałas i nic co Gosio-Grzesie lubią najbardziej 😉

Poszliśmy więc w kierunku jeziora, ale na trail weszliśmy już po ciemku i widoków nie było, a szlak jak na amerykańskie standardy był naprawdę ciężki.. krzaki na środku rosnące, osuwające się kamienie spod nóg.. trochę nam zajęło zanim doszliśmy nad brzeg jeziora.. Odeszliśmy kawałek i rozbiliśmy namiot, stwierdziliśmy, że lepsze miejsce poszukamy kolejnego dnia po widoku, a teraz zmęczeni emocjonującym dniem chcieliśmy już koniecznie spać..

Rano przywitał nas znów deszcz.. samochody za bardzo nie jeździły drogą nieopodal, więc postanowiliśmy, że przeczekamy.. podczas chwilowej przerwy złożyliśmy biedny mokry cały namiocik i poszliśmy oglądać jezioro.. za jakiś czas znów zaczęło padać, więc stwierdziliśmy, że dobrze byłoby się gdzieś schować i poszliśmy do Visitor Center 🙂 tam było ciepło i przyjemnie i sucho 🙂 i był internet i prąd i różne fajne filmy do oglądania 🙂 Np taki o jeziorze, w którym informowali nas, że tutaj praktycznie nigdy nie pada deszcz.. ale mamy fart co? 😉 Szybko zamykali, więc poczekaliśmy chwilę pod dachem aż trochę przestanie padać i poszliśmy szukać miejsca na spanko.. znaleźliśmy takie, że spokojnie mogliśmy się wyspać 🙂 i było cieplutko 🙂

A rano po odwiedzeniu łazienki wyszliśmy na drogę wyjazdową na autostradę łapać stopa.. ruch był mały, więc nie spodziewaliśmy się wielkich i szybkich sukcesów.. ale może po 10 minutach zatrzymał się Bob, który najpierw chciał nas podwieźć na najbliższą stację benzynową, ale po chwili rozmowy z nami postanowił nas zawieźć do samiuśkiego Vegas do domu Huntera 🙂 a jak już nas nawet przywiózł to powiedział, że gdyby coś było nie tak to, że zaprasza do siebie do domu 🙂 Ale my miłych ludzi spotykamy na swojej drodze co? 🙂

Poszliśmy jeszcze do sklepu zrobić zakupy na wigilijną kolację.. planujemy zupę grzybową i łazanki 🙂 i zakupiliśmy truskawki i lody truskawkowe za pieniądze od Mikołaja (dziękujemy :*) i kierowaliśmy się w stronę naszego świątecznego domku 🙂

Hunter powitał nas miło 🙂 oprowadził po swoim domu z wieloma sypialniami.. ma nawet basen, ale trochę za zimno teraz 😉 powiedział, żebyśmy czuli się jak u siebie i korzystali ze wszystkiego 🙂 Trochę pogadaliśmy i poszliśmy pod nasz wymarzony gorący prysznic, a teraz siedzę i piszę.. i trochę mi zeszło.. bo już 1:41.. ale chcę, żeby udało się rano wstawić post na bloga jak już dopasujemy zdjęcia i żebyście mieli co poczytać w świąteczny czas 🙂

Chcieliśmy Wam wszystkim życzyć najwspanialszych świąt 🙂 oczywiście wypełnionych miłością 🙂 i radością 🙂 spędzonych w rodzinnym gronie 🙂 na odpoczywaniu.. rozmowach.. okazywaniu sobie czułości przez przytulanie i patrzenie w oczy 🙂 Żebyście się za bardzo nie przejedli tymi wszystkimi pysznościami i wyszli na jakiś spacer na świeżym powietrzu albo pobiegać 🙂 zamiast siedzieć przed telewizorem 😉 albo tylko jeść i jeść i jeść 😉 i żebyście naładowali bateryjki tymi wszystkimi cudownymi uczuciami i mieli potem siłę wrócić do normalnego codziennego życia wnosząc do niego jak najwięcej miłości i radości 🙂 bo o to chodzi w życiu, żeby świętować codziennie! 🙂 żeby celebrować każdą chwilę 🙂 żeby delektować się każdym momentem swojego życia 🙂 żeby żyć.. w każdej godzinie, minucie i sekundzie swojego wspaniałego życia 🙂 bo mamy tylko jedno, jedyne i niepowtarzalne i doceniajmy je po prostu 🙂 Będziemy bardzo tęsknić spędzając pierwsze nasze święta bez rodzinki poza domem, ale przesyłamy wam wszystkim ogrom naszej miłości i radości, żeby była z wami jak najczęściej, szczególnie kiedy będzie najbardziej potrzebna 🙂i jesteśmy wdzięczni, że mimo, że tak daleko to jesteście z nami cały czas 🙂 Dziękujemy! 🙂 przesyłamy mnóstwo buziaków i przytulaństwa i tęsknimy mocno 🙂

3200 km w 3 dni i pierwsza przygoda z couchsurfingiem

9 września godz. 9:36 (Kanada/USA)

 

Dzięki Jaredowi przejechaliśmy 3200 km! 🙂 Przywiózł nas do miejscowości Abbotsford, niedaleko Vancouver i pojechał do Seattle. Jesteśmy mu przeogromnie wdzięczni za to jak dużo nam pomógł 🙂 Przez tyle czasu razem można już się trochę poznać i zaprzyjaźnić 🙂 Przytuliliśmy się na pożegnanie, wymieniliśmy kontaktami i.. pojechał.. ale czuję że się jeszcze kiedyś zobaczymy.. może w Kolorado.. i aż tak nie tęsknię 😉

W Abbotsford widać pierwsze różnice między USA a Kanadą:

  • mniejsze samochody i mniejsi ludzie, ale też mniej uśmiechnięci
  • bardzo dużo klonów i pełno czerwonych jesiennych liści
  • gorsze drogi
  • bardzo dużo ludzi ze wschodu: Chiny, Japonia, Indie itd.. co chwilę widać kogoś w turbanie, za to bardzo mało osób ciemnoskórych
  • drogi internet i słaby zasięg w telefonie – taki sam 😉

Szukając noclegu zauważyliśmy też bardzo dużo osób bezdomnych.. w parku miejskim, mimo zakazu biwakowania normalnie na widoku rozstawione kilka wielkich namiotów, pranie się suszy.. Żeby znaleźć miejsce do spania musieliśmy zejść na obrzeża miasta, dalej od supermarketów, bo tam dopiero nie mieliśmy konkurencji 😉 Ceny są trochę niższe niż na Alasce, ale co ciekawe na półce jest jedna cena, a na paragonie inna – bo dopiero po zakupie doliczają podatek i każda prowincja ma inny, np. w Kolumbii Brytyjskiej gdzie byliśmy było to 12%. Grzesiek był trochę zrezygnowany, że napisaliśmy do 9 osób na couchsurfingu i nikt nam nie odpisał, a w dodatku ludzie się na nas za przyjaźnie nie patrzyli 😛 Ale na następny dzień Marek się odezwał, a potem sporo osób podchodziło i zagadywało skąd jesteśmy, gdzie jedziemy i nawet jeden starszy pan dał nam po 5 C$  na coś dobrego 😉 więc dzień wydawał się dużo lepszy 🙂 Kolejny pan nas nawet zaprosił do siebie do samochodu na piwo! i pogaduchy 🙂 A jakiś czas później ten sam pan nas podwiózł połowę drogi do Vancouver, jak staliśmy przy drodze i łapaliśmy stopa 🙂 Potem czekaliśmy i czekaliśmy w Surrey, aż w końcu zabrał nas swoim sportowym samochodem chłopak z Singapuru z jamnikiem Zeus 🙂 Dowiózł nas do stacji podniebnego pociągu (SkyTrain) i dzięki niemu pierwszy raz takim jechaliśmy 🙂

 

Jeszcze się nie dowiedzieliśmy gdzie dokładnie Marek mieszka, ale stwierdziliśmy, że pojedziemy do Downtown i jak wysiedliśmy i napisaliśmy do niego, okazało się, że był parę minut drogi od nas. Trafiliśmy akurat na długi weekend bo 5 września było Święto Pracy i ludzie mieli wolne, więc na ulicach tłumy. Zamieszkaliśmy na 25 piętrze w przytulnym mieszkanku 🙂 Wyprani, wykąpani – mogliśmy ruszyć na podbój miasta (Grzesiek mi nawet obciął grzywkę :D)

Super mieć takiego przewodnika jak Marek, który mieszka już tutaj kilka lat i wie co jest warte zobaczenia 🙂 Miasto w nocy wyglądało naprawdę bardzo ładnie, światełka na drzewach (jak to Marek powiedział „dla turystów”) bardzo mi się podobały, bo wiadomo, że ja lubię światełka 🙂 Ogólnie całe miasto się bardzo świeciło i powiedziałam, że sporo prądu musi na to iść, ale nasz przewodnik powiedział, że w Kolumbii Brytyjskiej praktycznie cały prąd jest z elektrowni wodnej! Vancouver przez ogromne wieżowce robi wrażenie wielkiego miasta, a w rzeczywistości ma tylu mieszkańców co Wrocław, ale powierzchnię dwa razy mniejszą, i stąd te wieżowce.

Dwa najwyższe wieżowce to Shangri-La 201m (59 pięter) i Trump Tower 188m (63 piętra). Dla porównania Sky Tower 206m (51 pięter) – czyli jest wyższy 🙂

Zostaliśmy zaproszeni do najlepszej (wg HappyCow) wegańskiej knajpy w mieście – Meet, chłopaki zjedli burgera z frytkami i surówką, ja miskę z brązowym ryżem, tofu, jarmużem, papryką i surową marchewką, sosem migdałowym 🙂 Mi bardzo smakowało 🙂 Oni mówili, że frytki za tłuste i przypieczone, ale za to piwo bardzo Grześkowi smakowało, mimo że jasne 🙂

Zobaczyliśmy jeden z największych portów w Ameryce Północnej, grający zegar, nocną panoramę miasta, znicz olimpijski, bramę Chinatown i pięknie oświetlone stare miasto. Chinatown jest już teraz dosyć opustoszałe, najprawdopodobniej Chińczycy wyprowadzili się stamtąd, bo zbliżyła się do tego miejsca „dzielnica biedy” (Chinatown ma o sto lat więcej niż Grzegorz).

 

Dzielnicę biedy też poszliśmy zobaczyć.. wygląda przerażająco.. pełno ludzi siedzących przy ulicy.. na dywanach itp.. i jest ich naprawdę bardzo dużo.. i sporo młodych osób z niewidzącym wzrokiem i jakąś kartką, że są biedni, głodni, zimno itd. Jak można upaść aż tak nisko w takim młodym wieku? Bardzo to smutne.. mają ręce i nogi.. mogą wszystko.. a wpadli w szpony narkotyków i już nic nie mogą.. We Wrocławiu nigdy czegoś takiego nie widzieliśmy, ale nie widzieliśmy też tylu chłopaków chodzących za rękę 😉 Vancouver jest bardzo tolerancyjnym miastem dla par niemieszanych i mają tutaj swoją specjalną dzielnicę i co roku wielką imprezę i nawet wtedy zamykają ulicę na jeden dzień.

Jest tutaj podobno najlepsza marihuana, bo taka do celów medycznych, więc co jakiś czas czuć było w okolicy jakąś osobę, którą bolały plecy 😉

Następnego dnia była piękna pogoda, więc poszliśmy zwiedzać Stanley Park – piękny widok na miasto był stamtąd, bardzo dużo ludzi biegało i jeździło na rowerze, dzikie gęsi się pasły jak we Wrocławiu gołębie 😛

 

Wieczorem po drugiej, bardziej dzikiej stronie parku na trzeciej plaży była impreza z bębnami w roli głównej 🙂 Bardzo fajnie i klimatycznie, ocean, światła miasta w oddali, nawet chwilkę się uziemiałam na plaży na boso, bo po zachodzie słońca piasek był już trochę zimny.. widzieliśmy nawet szopa.. no i gigantyczne liście na drzewach, paprotki i kilka wiewiórek.

Vancouver jak na miasto jest naprawdę ładne 🙂 ale może też nasza ocena wzrosła jak zwiedzaliśmy je bez ciężkich plecaków i mieliśmy zapewniony nocleg – kto wie 😉 Po dwóch nocach na zregenerowanie sił opuściliśmy Marka i stwierdziliśmy, że nie będziemy już dalej zwiedzać Kanady bo jest za zimno i wolimy ruszyć na południe 🙂 Fajnie, że spotykamy takich miłych ludzi na swojej drodze 🙂 jak przyjemnie było dla odmiany porozmawiać po polsku 🙂 dowiedzieć się trochę o okolicy bliższej i dalszej (bo Marek też jest podróżnikiem), miło spędzić razem czas i po prostu  odpocząć 🙂 Jesteśmy bardzo wdzięczni i dziękujemy za wszystko! Może się jeszcze kiedyś spotkamy 🙂

Ponieważ ciężko by było się wydostać z Vancouver na stopa, a na nogach chyba nie można było przejść tego przejścia granicznego, postanowiliśmy zainwestować w pociąg – kolejna nowa przygoda 🙂 Pociąg z Vancouver do Bellingham dla dwóch osób z bagażem kosztował nas 32$ (sporo), ale za to komfort psychiczny bezcenny 🙂 Bardzo miła rozmowa z panem z kontroli imigracyjnej, starał się mówić wyraźnie i powoli, zapytał tylko czy w ciągu tej podróży byliśmy w Stanach, czy zaczęliśmy 24 lipca (nie umiał się rozczytać po wcześniejszym kontrolerze ;)) i gdzie jedziemy 🙂 Potem miała być kontrola celna, ale w pociągu na granicy tylko nam zabrali wypełnioną karteczkę, popatrzyli na zdjęcie i zapytali gdzie jedziemy – szybko i bezstresowo 🙂 Zjedliśmy nawet w pociągu wegańskiego, organicznego burgera! i pestki dyni w ostrej salsie – za pieniądze od pana 😉

Z ciekawostek to w Kanadzie mają plastikowe banknoty!, ale my mieliśmy tylko do czynienia z pięciodolarówkami, a za resztę płaciliśmy kartą.

Zainspirowani Markiem kupiliśmy sobie jeszcze Vega One (all in one) i sobie dosypujemy do kaszy i ryżu, zamiast porcji warzyw i owoców, plus dodatkowo antyoksydanty, omega-3 i probiotyki! 🙂 Jesteśmy pod wrażeniem ile można upchnąć do łyżki tego proszku i jaki jest zdrowy. Ale to super receptura opatentowana przez Brendana Braziera – wegańskiego sportowca, Ironmana i dietetyka 🙂 W jednej sipce (45g) są 3 kubki zieleniny: brokuły, jarmuż, spirulina, chlorella, 50% dziennej porcji witamin i minerałów, 27% błonnika, 1,5g omega-3 z siemienia, konopii i saviseed (sacha inchi), jest też mega zdrowa maca, marchew, buraki, pomidory, jabłka, żurawina, pomarańcze, jagody, borówki, truskawki, grzyby shitake, ekstrakt z papai, ekstrakt z pestek winogron, organiczny granat, acai, mangostan, goji, maqui.. a do słodzenia.. stewia! Skład jest naprawdę mega, tak że już żadnych suplementów nie trzeba dodatkowo, a co najważniejsze to jest przepyszne 🙂

Ja piszę, a Grzesiek się właśnie zajada z kaszą jaglaną – bo udało nam się w Kanadzie kupić w końcu paczkowaną, a tutaj wczoraj kupiliśmy organiczną na wagę i gryczaną niepaloną! Wow 🙂 Byłam taka podjarana jak ją zobaczyłam, że aż pani co stała obok i coś sobie ważyła się śmiała ze mnie 🙂 No i ceny warzyw i owoców też już są na szczęście niższe niż na Alasce – banany z kropami były wczoraj za 0,39$/lb! Tak tanio nam się jeszcze nie udało 🙂  Narazie tańsze niż w Polsce były tylko Clifbary (w promocyjnym opakowaniu 1 szt za 1$) i wczoraj woda kokosowa 100%  (pyszna :)), puszka 520 ml za 1$! Wczorajszy dzień upłynął nam na uzupełnianiu zapasów i wędrówce przez miasteczko w tą i z powrotem do noclegu w parku Larabee – około 14 km z ciężkimi plecakami, więc nie było łatwo.. Dzisiaj postaramy się pojechać dalej na południe – kolejny nasz cel to Olympic National Park, a potem odbijemy od wybrzeża w kierunku kolejnych parków narodowych 🙂 Na razie pogoda jest super! W nocy śpimy tylko w jednym śpiworze i koszulce termicznej 🙂 a w dzień chodzimy w krótkim rękawku! 🙂 Chyba w końcu kierujemy się w stronę lata, chociaż tutaj na razie jesienne liście opadają.. Jak my kochamy słońce 🙂 jest tak optymistycznie 🙂 jest ciepło 🙂 błękitne niebo 🙂 wielkie drzewa i paprotki 🙂 zieloność 🙂 pełno ptaków 🙂 tu i teraz 🙂 jest cudownie 🙂 Dziękujemy! 🙂

Co nam się kojarzy z Alaską?

  1. łosie
  2. szczekający ptaszek
  3. wiewiórki alpejskie, jeżozwierz, ptarmigany, orły, kruki, niedźwiedź czarny, małe myszy 😉
  4. przyjaźni, uśmiechnięci ludzie 🙂
  5. „where are you from”? (skąd jesteście?)
  6. „how are you”? (jak się macie?)
  7. „you are from Holland”? (jesteście z Holandii?)
  8. góry wszędzie dookoła
  9. przestrzeń i cisza
  10. zieloność
  11. rowery i przyczepka
  12. dziury na poboczu
  13. no trespassing
  14. ogromne dzikie róże
  15. samoloty
  16. zapach marihuany
  17. ryk silnika pickupa
  18. gwizd pociągu
  19. close toilet lid
  20. puszka misiowa, specjalne kosze na śmieci i pojemniki na jedzenie
  21. suszarka do prania
  22. leave no trace
  23. wielkie opakowania jedzeniaterazitu.com
  24. Amerykanie chodzący do sklepów w japonkach/klapkach/kaloszach
  25. Clif Bar
  26. lody Ben&Jerry’s i Coconut Bliss
  27. pierwszy lot
  28. zielone i żółte autobusy
  29. rdzenni mieszkańcy Alaski
  30. lodowce
  31. zimno brrr i wiatr
  32. strzelanie
  33. Walmart, Safeway i Fred Mayer
  34. Denali Park
  35. Denali/McKinley
  36. Ptarmigan Lake
  37. jagody
  38. czerwone owocki
  39. Anchorage, Fairbanks, Seward, Wasilla, Healy, North Pole, Delta Junction, Tok
  40. zorza polarna
  41. Kenai Park
  42. kempingi z kibelkiem bez wody i bez prysznica
  43. ryż z soczewicą
  44. mile, stopy itd
  45. dolary, centy, dime
  46. złoto
  47. niebieska lodowcowa rzeka
  48. białe „zielone” światło
  49. wygodne chodniki i ścieżki rowerowe
  50. przyjaźni kierowcy
  51. szerokie, dobre drogi
  52. bardzo szybkie i głośne mówienie
  53. smarkanie w papier toaletowy i ręczniki papierowe (paczka chusteczek w markecie 2 złote a chusteczka po sekundzie do wyrzucenia)
  54. domy z sidingiem, przystrzyżonym trawnikiem i flagą, bez płotu
  55. tryb samolotowy. brak prądu i internetu
  56. poduszki z mchu jak odskocznie
  57. mokre wszystko łącznie z butami
  58. komary
  59. bear spray
  60. magic pants
  61. life is good
  62. „ten plecak jest lepszy niż morele”
  63. „misie pysie kolorowe”
  64. honeymoon
  65. Spenard hostel
  66. backcountry
  67. „nice bikes” i „I like your bikes” (fajne rowery, podobają mi się wasze rowery)
  68. autostop
  69. Alpine trail
  70. Resurrection River
  71. hamak
  72. ognisko
  73. fioletowe tortille
  74. psy jeżdżące obok kierowcy
  75. pęknięta przednia szyba w samochodzie
  76. samochody bez światła, zderzaka, przedniej maski
  77. banany z kropami za darmo/w promocji
  78. puste drogi
  79. ogromna przestrzeń tylko dla nas
  80. Polacy w środku niczego
  81. klucze ptaków lecących na południe
  82. kolorowe liście
  83. ciężarówki over size
  84. duże ilości wojska
  85. drogi internet i ludzie siedzący w marketach z darmowym wi-fi z laptopami
  86. świecące „Open” w oknach

Spotkanie z Polakami w środku dziczy

2 sierpień godz. 11:58 (USA)

Siedzimy w namiocie koło Resurrection River i zaczynamy robić śniadanie. W nocy bardzo mocno padało, że aż ciężko było zasnąć, mimo że w ciepłym i suchym domku namiotowym. Grzegorz był dzielny i mimo deszczu poszedł ściągnąć nasze jedzenie z drzewa schowane przed misiem 😉 Wczorajsze zakupy – udane! 🙂 Zrobiliśmy dużo zapasów na później. Niestety tylko suchy prowiant i puszki bez owoców i warzyw bo możliwości przyczepki i Grzegorza są ograniczone. Z ciekawostek kupiliśmy Oreo z nadzieniem o smaku masła orzechowego 🙂 Dobre, ale oczywiście na maksa słodkie 😛 Przy okazji chodziliśmy po sklepie jak najdłużej oglądając wszystkie półki, żeby się wysuszyć. Pogoda niestety nas nie rozpieszczała tego dnia, tzn. wczoraj, a nie mogliśmy sobie pozwolić na luksus dnia odpoczynku bo rano zjedliśmy ostatnie zapasy. Wracając wczoraj ze szlaku spotkaliśmy Polaków! W dodatku z Wrocławia, z Biskupina, dwoje z AWFu i profesora Monkiewicza, z którym miałam zajęcia na studiach. Fajne takie spotkanie i to w środku niczego by się wydawało 🙂 Mieli płynąć na Resurrection Bay, ale pogoda pokrzyżowała im plany i dzięki temu udało nam się spotkać (już po tygodniu na Alasce pierwsi Polacy). Chwila miłej rozmowy, zrobiło się tak troszkę domowo 😉 Zaprosili nas do siebie do Wisconsin, ale to za bardzo nie po drodze West Coast 😉 i pocieszyli, że w Seward jest sklep 🙂 Tego nam było trzeba 🙂