Archiwa tagu: przyjaciele

Co nam się kojarzy z Alaską?

  1. łosie
  2. szczekający ptaszek
  3. wiewiórki alpejskie, jeżozwierz, ptarmigany, orły, kruki, niedźwiedź czarny, małe myszy 😉
  4. przyjaźni, uśmiechnięci ludzie 🙂
  5. „where are you from”? (skąd jesteście?)
  6. „how are you”? (jak się macie?)
  7. „you are from Holland”? (jesteście z Holandii?)
  8. góry wszędzie dookoła
  9. przestrzeń i cisza
  10. zieloność
  11. rowery i przyczepka
  12. dziury na poboczu
  13. no trespassing
  14. ogromne dzikie róże
  15. samoloty
  16. zapach marihuany
  17. ryk silnika pickupa
  18. gwizd pociągu
  19. close toilet lid
  20. puszka misiowa, specjalne kosze na śmieci i pojemniki na jedzenie
  21. suszarka do prania
  22. leave no trace
  23. wielkie opakowania jedzeniaterazitu.com
  24. Amerykanie chodzący do sklepów w japonkach/klapkach/kaloszach
  25. Clif Bar
  26. lody Ben&Jerry’s i Coconut Bliss
  27. pierwszy lot
  28. zielone i żółte autobusy
  29. rdzenni mieszkańcy Alaski
  30. lodowce
  31. zimno brrr i wiatr
  32. strzelanie
  33. Walmart, Safeway i Fred Mayer
  34. Denali Park
  35. Denali/McKinley
  36. Ptarmigan Lake
  37. jagody
  38. czerwone owocki
  39. Anchorage, Fairbanks, Seward, Wasilla, Healy, North Pole, Delta Junction, Tok
  40. zorza polarna
  41. Kenai Park
  42. kempingi z kibelkiem bez wody i bez prysznica
  43. ryż z soczewicą
  44. mile, stopy itd
  45. dolary, centy, dime
  46. złoto
  47. niebieska lodowcowa rzeka
  48. białe „zielone” światło
  49. wygodne chodniki i ścieżki rowerowe
  50. przyjaźni kierowcy
  51. szerokie, dobre drogi
  52. bardzo szybkie i głośne mówienie
  53. smarkanie w papier toaletowy i ręczniki papierowe (paczka chusteczek w markecie 2 złote a chusteczka po sekundzie do wyrzucenia)
  54. domy z sidingiem, przystrzyżonym trawnikiem i flagą, bez płotu
  55. tryb samolotowy. brak prądu i internetu
  56. poduszki z mchu jak odskocznie
  57. mokre wszystko łącznie z butami
  58. komary
  59. bear spray
  60. magic pants
  61. life is good
  62. „ten plecak jest lepszy niż morele”
  63. „misie pysie kolorowe”
  64. honeymoon
  65. Spenard hostel
  66. backcountry
  67. „nice bikes” i „I like your bikes” (fajne rowery, podobają mi się wasze rowery)
  68. autostop
  69. Alpine trail
  70. Resurrection River
  71. hamak
  72. ognisko
  73. fioletowe tortille
  74. psy jeżdżące obok kierowcy
  75. pęknięta przednia szyba w samochodzie
  76. samochody bez światła, zderzaka, przedniej maski
  77. banany z kropami za darmo/w promocji
  78. puste drogi
  79. ogromna przestrzeń tylko dla nas
  80. Polacy w środku niczego
  81. klucze ptaków lecących na południe
  82. kolorowe liście
  83. ciężarówki over size
  84. duże ilości wojska
  85. drogi internet i ludzie siedzący w marketach z darmowym wi-fi z laptopami
  86. świecące „Open” w oknach

Pan Łoś

13 sierpnia godz. 12:15 (USA)

Właśnie zjedliśmy pyszną organiczną tofucznicę z cebulką, masłem orzechowym crunchy i nanami togarashi 🙂 Dzisiaj się wyspaliśmy, chwilowo nawet nie pada, więc zapowiada się kolejny wspaniały dzień 🙂 Jak wracaliśmy z Safewaya po północy bo nie doczekaliśmy się, żeby przestało padać, ulice były płynącymi rzekami, praktycznie całkowicie opustoszałe.. Gottfried radził nam, żebyśmy zostali tam na noc bo jest czynne całą dobę, ale jakoś pewniej czujemy się pośrodku niczego (w sensie lasu), niż w markecie. Zjeżdżaliśmy szybko z dużej górki, deszcz mocno lał, omijaliśmy slalomem największe rzeki wody, właśnie powiedziałam, że ulice są tak całkowicie puste (mimo, że trzy pasmowe), że nie widać żywej duszy.. i nagle.. Grzesiek zahamował tak, że praktycznie na niego wjechałam (po ciemku jadę z tyłu bo mam czerwone mrugające światełko, a Grzesiek białe :P).. i pokazał mi gigantycznego! łosia (Pana Łosia z wielkim porożem), na którego praktycznie wjechaliśmy bo było tak ciemno, że go zauważyliśmy jak byliśmy kilka metrów od niego.. Nie wiem kto był bardziej zaskoczony tą sytuacją.. Pan Łoś z przerażeniem odskoczył swoim niezgrabnym truchcikiem kilka metrów i stanął swoim okazałym porożem w naszą stronę.. i czekał.. Myślę, że bardzo go wystraszyliśmy bo wzięliśmy go z zaskoczenia.. Pomyślał pewnie – co za świry tu jeżdżą w środku nocy.. nawet w taką pogodę nie można się spokojnie przespacerować.. Postanowiliśmy już nie podjeżdżać bliżej, żeby się przyjrzeć czy ma uszy do góry i jest nami zainteresowany, czy raczej uszy po sobie i szykuje się żeby nas staranować 😛 Podobno na Alasce sporo ludzi zostaje staranowanych przez łosie 😛 Miał zdecydowanie przewagę wielkości i masy, więc oglądając się za siebie, odjechaliśmy jak najszybciej na drugą stronę drogi 😛 Nawet nie zdążyłam zrobić zdjęcia 😉 A propos to jedyny człowiek, który był zjedzony przez niedźwiedzia w Denali robił mu zdjęcia jeszcze wtedy kiedy on już do niego podchodził – było to potem widać na jego aparacie – ale chyba nie dostał pośmiertnie nagrody za najbliższe zdjęcie misia. Jak już ominęliśmy łosia dużym łukiem, tak że aż z wrażenia pojechaliśmy za daleko i musieliśmy się cofać, wróciliśmy na miejsce gdzie dzień wcześniej nocowaliśmy, tylko trochę bliżej drogi bo dalej po całym dniu deszczu na ścieżce było bagienko. Wczorajszy dzień był bardzo męczący i cały poświęcony na poszukiwaniu moich spodni (jak na prawdziwą kobietę przystało nie cierpię zakupów! może dlatego, że mam taki niestandardowy rozmiar, a w USA to już w ogóle, że jak wchodzę do sklepu, to najpierw patrzę czy coś w ogóle jest w moim rozmiarze :P). Już nawet lumpeksy w Anchorage mamy obcykane 😉 ale dopiero w sklepie myśliwskim znaleźliśmy pasujące (w miarę :P) na mnie spodnie w rozmiarze dziecięcym L. Oni naprawdę mają świra na punkcie polowania – body dziecięce w leśnym maskowaniu, kostium kąpielowy w leśnym maskowaniu, kombinezon damski w leśnym maskowaniu z różowym futerkiem od wewnątrz.. no i wszędzie wypchane zwierzątka patrzą się martwymi oczami ze ściany 🙁 i pełno broni! do koloru, do wyboru.. Widzieliśmy tatusiów idących z dziećmi na jagody z bronią za paskiem.. w końcu trzeba dbać o bezpieczeństwo rodziny.. no cóż.. Wracając do jeżdżenia po sklepach trafiliśmy między innymi do sławnego REI, w którym czuliśmy się jak małe dzieci w krainie zabawek 🙂 Co chwilę trafialiśmy na coś fascynującego, czego u nas w Polsce nie ma.. był np. malutki namiocik.. dla psa! 😀 Bardzo mnie cieszy, że mam już w końcu te spodnie i już się wczoraj wieczorem przydały 🙂 i będzie można w końcu wyruszyć do tego Denali 🙂 Mamy zapas jedzenia, zapas gazu, nawet swoją prywatną łopatkę do zakopywania nieczystości, w razie potrzeby 🙂 Trzeba tylko jeszcze sprzedać rowery i przyczepkę, bo jednak przesiadamy się na autostop, żeby trochę ułatwić naszą podróż w wysokie góry i żeby aż tak bardzo nie przedłużać naszego pobytu, bo dziś mijają trzy tygodnie jakie planowo mieliśmy tu spędzić. Widzieliśmy wcześniej, że jest tu trochę miejsc, w których można sprzedać używane rzeczy. Mam nadzieję, że nam się uda bez problemu za jakąś rozsądną cenę. To jest plan na dziś. No i jak się uda, to jakiś couchsurfing a jak nie to znalezienie pralni z suszarnią. Zobaczymy co się dziś uda zrealizować, najważniejsze że na razie nie pada, a wczoraj wieczorem było widać praktycznie całe góry, jak jeszcze w Anchorage wcześniej nie widzieliśmy 🙂 Oby to zapowiadało poprawę pogody przed wyjazdem do Denali 🙂

12 lat minęło.. jak jeden dzień..

11 sierpnia godz. 16:45 (USA)

Siedzimy sobie przy kominku! W Safeway (taki market :P), oglądamy TV (no dobra – tylko słuchamy ;)), ja piszę, a Grzesiek surfuje w internecie.

7 sierpnia jechaliśmy do Edny i dojechaliśmy do tarasu widokowego przy Bird Creek i tam spaliśmy przy pięknym widoku 🙂 Pogoda tego dnia była zmienna, sporo padało i wiało, ale jak już zaczęliśmy jechać w stronę Edny od zakrętu, gdzie można było skręcić do Whittier – wiatr wiał nam w końcu w plecy i było dużo łatwiej 🙂

8 sierpnia poranek zaczął się brakiem powietrza w mojej przedniej dętce 😛 Grzegorz na szczęście szybko sobie z tym poradził i mogliśmy jechać dalej 🙂 W końcu wyszło troszkę słońca i wyschnął nam namiot i trochę się porozbieraliśmy z naszej grubej skorupy ubrań 🙂 Do Edny dotarliśmy dosyć wcześnie po południu i nie było jej w domu. Stwierdziliśmy, że zostawimy rzeczy pod jej domem i zobaczymy co tam u sąsiadów 🙂 W muzeum poszukiwaczy złota ich nie było, ale pooglądaliśmy sobie tam wszystko, znaleźliśmy w końcu złoty pociąg 😉 (niestety nie wzięliśmy aparatu, ale musicie nam uwierzyć na słowo ;)) i zaczęliśmy wracać po swoje rzeczy, a tutaj.. Edna! Przyjechała akurat z zakupów z Parisem 🙂 Tym razem byliśmy tylko my, Edna i Paris i było jak zwykle  przesympatycznie 🙂 Rozmawialiśmy (jakoś powolutku sobie zaczynamy radzić z tym amerykańskim :P), śmialiśmy się, oglądaliśmy zdjęcia, graliśmy w bilard (a raczej oni grali, a ja się uczyłam podstaw typu trzymanie kija, trafianie w bilę itd ;)). Edna poszła oglądać swoich ulubionych Rangersów, a my zaczęliśmy uzupełniać braki na blogu 🙂 W końcu nasze buty (a szczególnie Grześka, bo jemu przemokły na wylot) były czyste, suche i pachnące 😀 Mieliśmy czyste ciuchy, wygodne łóżko, gorący prysznic 🙂 Człowiek zaczyna doceniać takie wygody jak zwykły kibelek ze spłuczką, gorąca woda pod prysznicem, pralka.. Niby takie to wszystko zwykłe i w Polsce była to codzienność, ale tutaj przez większość naszego wyjazdu nie doświadczamy takich luksusów 😉 mimo, że to Ameryka 😀 Ale w sumie o to nam chodziło, żeby bardziej się cieszyć tym co się ma 🙂 Mimo bardzo wygodnego łóżka do końca się nie wyspaliśmy, bo było sporo bloga do nadrobienia, a i tak wszystkiego nie wpisaliśmy i poszliśmy spać bo byliśmy już tacy zmęczeni 😛

9 sierpnia – Jesteśmy razem już 12 lat! 🙂 Żegnamy się z Edną po zjedzeniu pysznego smoothie, owsianki i otrzymaniu w prezencie chleba przez nią upieczonego 🙂 Cały wieczór i noc lało i nie było widać praktycznie gór, a dziś już nawet widać i troszkę prześwieca słońce 🙂 Edna życzy nam suchej drogi 🙂 będzie się za nas modlić 🙂 mamy dawać znać co u nas i jak odwiedzimy Teksas lub Ohio to przyjmie nas jej rodzinka 🙂 W trakcie drogi zbierają się chmury i zaczyna padać tak, że trochę mokniemy, a potem znów wychodzi słoneczko 🙂 Dziś bardzo duży przypływ.. Podobno dużo ludzi wchodzi na zaschnięte błocko, robiąc zdjęcia i nie zdając sobie sprawy z tego, że szybko tu przychodzi przypływ, i ciężko od niego uciec 😛 Po drodze znów pęknięta dętka – tym razem w Grześka tylnim kole 😛 Ale na szczęście świeci słońce 🙂 Jest to boczna droga i po załataniu dziury próbujemy pierwszy raz jak się jeździ na ostrym kole 🙂 Kolejne marzenie Grześka spełnione 😀 Wieczorem robimy zakupy w Walmarcie – kupujemy na rocznicę dwa opakowania wegańskich lodów – ale szaleństwo! 🙂 Obydwa pyszne, ale o dziwo czekoladowe z brownie (z normalnymi kawałkami ciasta! – nie było zmrożone i twarde, ale miękkie i puchate – nie wiem jak oni to robią :P) mniej mi smakowało niż kawowe z kawałkami czekolady i ciągnącym się toffi 🙂 Mmm.. pychota 🙂 Po zakupach jedziemy spać do Chrisa znalezionego na warmshowers 🙂 Bardzo miło i sympatycznie, krótko pogadaliśmy bo była już prawie 22:00 a następnego dnia do pracy. Rano nie za bardzo się dogadaliśmy co do godziny o której mamy wyjść i jak brałam prysznic Chris już biegł do pracy i powiedział Grześkowi jak mamy zamknąć drzwi 😉 Fajnie, że nam tak zaufał 🙂 Jak wyszliśmy z domu, próbowaliśmy znaleźć sobie wodoodporne spodnie, które by się nadawały do biegania i na rower 🙂 Stwierdziliśmy, że jest to priorytet przed wyjazdem do Denali. Momentami było gorąco i nawet nie padało. Zwiedziliśmy centrum Anchorage, Grzesiek znalazł sobie fajne spodnie, dla mnie niestety mimo całego dnia spędzonego na poszukiwaniach – nic nie znaleźliśmy. Chyba nie muszę mówić o rozmiarach w Stanach? 😉 Spodnie w rozmiarze XS były takie, że ze dwie mnie by się pewnie zmieściły 😛 W centrum widzieliśmy najwyższy wieżowiec Philipsa, szklane przejście nad skrzyżowaniem między budynkami, murale, dużo ludzi, samochodów i dużo hałasu.. Chyba już się odzwyczailiśmy od miasta 😛 Byliśmy już zmęczeni, niewyspani (u Chrisa spaliśmy też ze 4 godziny bo zakładaliśmy konto na Couchsurfingu), głodni.. pojechaliśmy do Safewaya.  Nabraliśmy wody, kupiliśmy coś do jedzenia i poszukaliśmy noclegu. Spaliśmy w środku niczego, tzn. pomiędzy młodym lasem, w którym oprócz nas ostatnio były tylko łosie 🙂 Rano odwiedziło nas jakieś małe zwierzątko, które sobie coś chrupało koło namiotu 🙂 Wieczorem i w nocy i rano znów padał deszcz, potem chwila przerwy jak wyszliśmy z domku, a teraz jak to piszę znów pada deszcz 😛 No przydały by mi się też te wodoodporne spodenki na pewno 🙂 Może się uda jutro coś upolować bo dzisiaj to już raczej za późno. Dziś spotkaliśmy bardzo miłego Gottfrieda z Niemiec, który jest fotografem i robi bardzo ładne zdjęcia 🙂 No to już kończę, bo się rozpisałam bardzo i kiedy my to przepiszemy na bloga 😉

Brr.. Lodowce

30 lipiec godz. 14:22 (USA)

Edna pożegnała nas czule, dała wizytówkę, powiedziała, że za podziękowanie wystarczy uśmiech i że jak będziemy wracać to, że koniecznie też musimy wstąpić 🙂 Dała nam jeszcze wodę na drogę i pojechaliśmy w siną dal 😉 Przejechaliśmy tego dnia 45 km. Pogoda była różna, ale na szczęście nie padało 🙂 Wiał bardzo mocny wiatr i przewiewało nawet kurtkę, więc Grzesiek dał mi swoją koszulkę termiczną 🙂 W końcu zbliżaliśmy się coraz bardziej do lodowców. Widoki były przepiękne, ale zmęczenie dawało coraz bardziej znać o sobie przez ten wiatr, więc dojechaliśmy do Portage Valley – kempingu za  30$ za noc. Na szczęście z gorącym prysznicem i jak się rano okazało z internetem. Tu aż tak nie wieje, ale ubrałam drugie spodnie pod spód na wszelki wypadek i zimową czapkę. Mam nadzieję, że sklep w Whittier nie będzie tylko stacją benzynową, bo fajnie by było coś kupić do jedzenia, bo nasze zapasy się kończą. No i miło by było zjeść coś innego niż ryż z soczewicą 😛 A najtańsza wege-pizza kosztowała 60 zł a kanapka w Subway’u 30zł. A nie jest to nasze ulubione jedzenie, żeby aż tyle za to płacić, więc raczej będziemy sami gotować. No to jedziemy dalej zobaczyć widoczki 🙂 Do kolejnego napisania..

Jak w domu

29 lipca godz. 12:06 (USA)

Wyspaliśmy się super, rano jak wstaliśmy Edna zapytała się nas czy chcemy zrobić pranie 🙂 Tego nam było trzeba, bo przez ten deszcz nie mieliśmy jak go wysuszyć, więc praliśmy na razie tylko bieliznę. Zjedliśmy pyszne śniadanko, na które składała się owsianka z owocami, orzechami i syropem klonowym, do tego jabłka, banany, grzanki z dżemem winogronowym, herbata owocowa i kawa 🙂 Po śniadaniu chwilę rozmawialiśmy o naszych rodzinach. Dzisiaj jest już trochę gorsza pogoda ale na razie nie pada więc spróbujemy za chwilę się ruszyć dalej. Jesteśmy bardzo wdzięczni za tę gościnę i nie za bardzo mamy jak się odwdzięczyć. Nie mamy jak zrobić czegoś polskiego do jedzenia bo jedyne co teraz mamy to ryż, soczewicę i fasolkę. Ale staramy się jak umiemy: uśmiech, dobre słowo, ciekawa rozmowa 🙂 (to chyba uniwersalna zapłata). Cały czas trudno nam uwierzyć, że tak nam się trafiło 🙂 Szczytem naszych marzeń był prysznic (nawet nie ciepły), coś do jedzenia i  możliwość przeprania w rękach naszych rzeczy i wysuszenia. A tutaj super łazienka, ręczniki, wielkie łóżko, świeża pościel, pokój tylko dla nas, pralka i suszarka no i pełno pysznego jedzenia! Naprawdę pysznego i naprawdę dużo 🙂 Musieliśmy odmawiać bo już by nam się nie mieściło 😉 Cóż więcej mogę napisać – life is good 🙂

Life is good

28 lipiec godz. 23:22 (USA)

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

 

Kolejny dzień pełen wrażeń 🙂 Jaki wspaniały dzień 🙂 zaczął się od zjedzenia śniadania (makaron, fasolka, buraczki) i odwiedzin w naszych skromnych progach.. policji 😛 Po usłyszeniu „Małgorzato – policja do nas idzie” aż wylałam na śpiwór wodę z kuchenki, którą mieliśmy podgrzać na ryż z soczewicą. Rozmowa była bardzo miła i uprzejma 🙂 Panowie po prostu martwili się o to, że mamy rozłożony namiot niedaleko linii wysokiego napięcia i że nie powinniśmy tu być zbyt długo. Zapytali gdzie jedziemy dalej, ile już tu jesteśmy (nie za bardzo chyba uwierzyli, że jedną noc) i po zapewnieniu, że za 2 godziny nas już tam nie będzie i weźmiemy śmieci ze sobą  – Panowie nas opuścili. Zastanawialiśmy się czy wrócą sprawdzić 🙂 i skąd wiedzieli, że tam jesteśmy, czy nas wypatrzyli czy ktoś zauważył. Tak czy siak stwierdziliśmy, że dłużej niż jedną noc nie rozbijamy się nigdzie już więcej na dziko i że trzeba szybciej rano się zbierać i wieczorem później rozkładać. Jest to jednak trochę utrudnione tym, że noc trwa może ze 4 godziny 😛 coś wymyślimy 🙂 No więc skończyliśmy robić tą soczewicę z ryżem, które stwierdziliśmy, że zjemy po drodze, zebraliśmy się i pojechaliśmy. No i w końcu wyszło słońce 🙂 to pierwszy dzień od przylotu kiedy poczuliśmy jego ciepło na sobie 🙂 Świat wydaje się od razu taki optymistyczny 🙂 W związku z tym, że to dzień przygód i żebyśmy za szybko  nie dotarli do Pani, która nas zaprosiła – po drodze tylne koło Grześka roweru złapało gumę (dobrze, że mamy łatki 🙂 myśleliśmy, że trochę później nam się to przytrafi 😉 ale widoki po drodze wynagradzały nam tą sytuację z nawiązką 🙂 dobrze, że jechaliśmy cały czas wzdłuż oceanu bo dopiero po zanurzeniu dętki w wodzie udało się zlokalizować dziurę. Byliśmy w miejscu gdzie mniej więcej Grzesiek miał zaznaczone na mapie gdzie mieliśmy dziś dotrzeć wczesnym popołudniem . Stwierdziliśmy, że to za wcześnie jeśli Pani pracuje. Pojechaliśmy więc zrobić zakupy do sklepu spożywczego, który okazał się stacją benzynową. Zakupy Grześka skończyły się na kupieniu najdroższych i najgorszych czipsów jakie jedliśmy 😛 Albo były tak mocno tłuste, albo my już się odzwyczailiśmy. Po drodze przejeżdżaliśmy przez kemping. Kosztował 20$ za miejsce/noc. Stwierdziliśmy, że jeśli nie znajdziemy naszego dzisiejszego celu to tu wrócimy. Były skrzynki na jedzenie, żeby misie nie mogły go zjeść, były miejsca na ognisko, były toalety, ale niestety bez wody, no i nie było w ogóle prysznica! Nie, że ciepłego, tylko w ogóle. Była tylko taka jedna pompa, jakby hydrant z zimną wodą na środku kempingu. Trochę drogo za nocleg bez prysznica, ale jak nie będzie wyjścia no to trudno. Kawałek dalej zobaczyliśmy łatwe zejście do rzeki i stwierdziliśmy, że to byłby dobry „prysznic” jak by co. Wróciliśmy na miejsce poszukiwań i chyba ze 2 godziny zajęło nam jeżdżenie dookoła i szukanie gdzie by to mogło być. Nigdzie nie było takiego adresu, w końcu zaczęliśmy się zastanawiać czy to w ogóle adres, czy nie np kilometr głównej drogi 😛 Spotkaliśmy wiele psów, które dzielnie pilnowały domów, podjechaliśmy i podeszliśmy pod wiele gór i byliśmy już bardzo zrezygnowani. Kolejna lekcja na ten dzień – następnym razem prosić o napisanie swojego imienia i nazwiska i dokładnego adresu. Nawet nie mieliśmy się jak zapytać kogokolwiek bo nie znaliśmy imienia tej Pani.. Wróciliśmy do skrzynki na listy, tam gdzie nam się wydawało, że jest większa szansa zauważenia nas przez kogoś. Pani miała w końcu powiedzieć swoim sąsiadom o nas. Postaliśmy tam chwilę i już mieliśmy jechać na kemping, ale Grzesiek popatrzył na mapę, że jest jeszcze jedna krótka dróżka z kilkoma domami. Podjechaliśmy tam – znak, że droga prywatna i tylko jeden numer domu (nie taki, ale podobny!). Staliśmy obok muzeum gorączki złota – takiego jakby baru. Już mieliśmy się zapytać kogoś, nawet nie wiem jak, chyba o numer domu, kiedy nagle pomachała nam jakaś Pani z góry. Weszliśmy na schody, powiedzieliśmy, że szukamy nr 27395 a Pani na to: „Aaaa – rowerzyści z Polski, Edna nam mówiła o Was” 🙂 Uff.. Kamień z serca 🙂 Ale nam się udało! Pan nam narysował gdzie mamy jechać – bardzo blisko i powiedział, że do zobaczenia na kolacji 🙂 Trafiliśmy do tak wielkiego domu, w jakim jeszcze nie byliśmy 🙂 Z pięknym widokiem na ocean i góry, z własnym wielkim łóżkiem, gorącym prysznicem, bilardem.. i przede wszystkim fantastycznymi ludźmi 🙂 Edna jak nas zobaczyła, to nas przytuliła, w końcu widzieliśmy się już drugi raz 😀 Zapytała co chcemy zjeść, powiedzieliśmy, że jesteśmy weganami, a ona na to, że rozumie, nie ma problemu i że mają pełno warzyw i w ogóle mają pełno jedzenia 🙂 No i tak faktycznie było 🙂 Oprócz nas na kolacji było jeszcze 11 osób! Przed kolacją wszyscy stanęliśmy w kole, złapaliśmy się za ręce i oni wszyscy zmówili modlitwę dziękczynną, a na koniec zaklaskali 🙂 Było to bardzo pozytywne, taka spontaniczna radość 🙂 Zjedliśmy tortillę z pastą fasolową, cukinię, fasolkę szparagową z kukurydzą, surówkę z buraczków i jabłka, guacamole, sałatkę z jarmużu, botwiny, sałaty, orzechów włoskich i pinii z winogronami i kalarepą. Wszystko było pyszne, zjedliśmy nawet dokładkę 🙂 Edna powiedziała po jedzeniu „life is good” i tak też ma napisane w kuchni i też My tak myślimy 🙂 Chyba faktycznie tak jest, że to co dajesz to dostajesz, staramy się być miłością i radością 🙂 a w zamian takie cuda nas spotykają 🙂 Miłe rozmowy, uśmiech, pyszne jedzenie, piękne widoki, ciepło, nie pada na głowę 🙂 Czy można chcieć czegoś więcej? Czy życie nie jest piękne? 🙂