Archiwa tagu: rowery

Park Narodowy Zion i Anioły kalifornijskie

23. listopada 13:33

Z Yosemite Valley zabrała nas busem para podróżników do Tunnel View, skąd rozpościerała się piękna panorama w kierunku doliny 🙂

Stamtąd zabrała nas przemiła pani w bluzie z Jezusem i dwójką hiszpańskojęzycznych towarzyszy i 3 psami 🙂 Minęliśmy Wawona z wielkimi sekwojami i przekolorowymi jesiennymi drzewami 🙂 a przed wjazdem do Fresno, przejeżdżaliśmy obok przeogromnych łąk z pasącymi się stadami krów, oświetlonymi superksiężycem 🙂

Zostaliśmy dotransportowani już po zmroku do Whole Foodsa, gdzie uzupełniliśmy nasze zapasy jedzenia 🙂 i ku naszej uciesze, odezwał się do nas ktoś z couchsurfingu, że może nas przenocować 😀 jupi!! 🙂 W końcu gorący prysznic 🙂 czekaliśmy więc w markecie na odpowiedź, gdzie nasz wybawiciel mieszka i okazało się to niestety bardzo daleko, a nie wiedzieliśmy czy jakieś autobusy jeżdżą tam o tak późnej porze.. Okazało się że niestety nie.. Było już po 21szej i nijakich szans, żeby zdążyć tam na nogach, ze znów przeładowanymi kreaturkami o jakiejś normalnej porze.. Nasza radość topniała w ekspresowym tempie, ale napisaliśmy czy by Josh po nas nie przyjechał i czekaliśmy godzinę na odpowiedź.. i już prawie mieliśmy iść zrezygnowani szukać jakiegoś miejsca do spania (z myślą.. a już było tak blisko..), kiedy odpisał już po 22giej.. I przyjechał po nas swoim jeepem 🙂 uratowani! 🙂 Pewnie nie zdawał sobie nawet sprawy jak bardzo byliśmy mu wdzięczni 🙂 Gorący prysznic był jak wybawienie 🙂 Ciekawe wieczorne, a raczej nocne rozmowy o zdjęciach i filmach i chyba dopiero po 2giej poszliśmy spać 🙂 Ale pierwszy raz był to prawdziwy couchsurfing, bo spaliśmy na kanapie, a raczej 2 kanapach i pod kocykami 🙂 ja miałam w zeberkę 😀

Następnego dnia korzystając ze słońca i 25°C wybraliśmy się na spacer – bez plecaków! 🙂 do sklepu, po to czego nam jeszcze brakowało, ubrani pierwszy raz w sandałki! krótkie spodenki! a ja w koszulkę na ramiączkach 🙂 Jak tylko zaszło słońce, było znów zimno, ale cieńsze ubranka zaliczone! 🙂 Odwiedziliśmy też Josha w jego przydomowym salonie tatuażu, a w międzyczasie próbowaliśmy wstawić zaległe posty na bloga, ale udało się tylko jeden, bo już więcej nie dałam rady wstrzymywać chęci spania 😛

Rano udaliśmy się wspólnie z Joshem i Bryanem, który z nimi mieszka, na rowerową przejażdżkę po Clovis 🙂 Poranne delikatne słońce, świeże powietrze i to uczucie wiatru na twarzy, które uwielbiam 🙂 czego chcieć więcej? 🙂 do tego zabawne rozmowy i przekolorowe drzewa 🙂 było wspaniale 🙂

Spakowaliśmy się po powrocie, zjedliśmy coś i wyruszyliśmy w trasę.. Po rozmowach z Joshem i analizie pogody, zrezygnowaliśmy z Kings Canyon National Park i Sequoia National Park ze względu na mróz i śnieg, mimo że są tam piękne widoki i świetne szlaki, ale jest tam wyżej niż w Yosemite, bo jest najwyższy szczyt Ameryki Północnej poza Alaską (Mount Whitney – 4421 m n.p.m.) i na pewno jest już tam dużo śniegu, a miało być teraz ochłodzenie i załamanie pogody i napadać jeszcze więcej.. Zrezygnowaliśmy też z Death Valley National Park, ze względu na brak samochodu 😛 bo podobno tam nie ma w ogóle wody, a ciężko byłoby dźwigać jeszcze dodatkowo wodę na kilka dni.. No więc zdecydowaliśmy, że jedziemy w stronę Zion National Park i Grand Canyon.. Od Josha ruszyliśmy autobusem (za 2,5 dolara za 2 osoby) przez miasto, bo jest naprawdę spore i z  kreaturkami chyba cały dzień byśmy przez nie szli, do zjazdu na autostradę.. Stamtąd przemiła młoda meksykanka Suzie wywiozła nas poza miasto i cieszyła się bardzo, że może nam pomóc i porozmawiać i nie myśleć o egzaminie który ją czeka 🙂 Dzięki niej nie mieliśmy problemu ze znalezieniem miejsca do spania, bo przeszliśmy tylko kilkaset metrów i rozłożyliśmy namiot pomiędzy drzewami w sadzie w Selma 🙂

Kolejnego dnia załamała się pogoda i tak bardzo wiało i były chmury, że pół dnia przesiedzieliśmy w Walmarcie i wstawiliśmy zaległy wpis.. Wyszliśmy łapać stopa i bardzo zmarzliśmy przez wiatr, ale nikt nas nie chciał zabrać, tylko jeden chłopak dał nam 3 $ 😛 i pojechał dalej 😛 Zziębnięci poczłapaliśmy z powrotem do Walmarta i za „zarobione” pieniądze kupiliśmy sobie lody 🙂 Ugrzaliśmy się w markecie i poszliśmy spać.. Kolejnego dnia była lepsza pogoda, więc wcześniej zaczęliśmy łapać i udało się.. Kolejny Meksykanin przewiózł nas kawałek do Kingsburg do stacji benzynowej i powiedział, żeby się nie wstydzić i wziąć sobie coś do jedzenia i picia, więc wzięliśmy cztery Clifbary i soczek pomarańczowy i jabłkowy 😀 Stamtąd zabrał nas Armando, który jest azteckim Indianinem 🙂

Przywiózł nas do siebie do domu, dał na pamiątka aztecką piramidę ze świętym olejem, która ma nam przynieść szczęście w podroży i Las Vegas 😉 i zawiózł do.. swojej siostry na ranczo 🙂 Olivia powitała nas jak dawno nie widzianych znajomych i nakarmiła przepysznym meksykańskim burrito z fasolą, tak że prawie pękliśmy 😛 Opowiedziała o swojej rodzinie pokazując zdjęcia, a na koniec oddała nam swoją sypialnię z oddzielną łazienką 🙂

Czy już pisałam kiedyś jakich cudownych ludzi spotykamy na swojej drodze? 🙂 Życie jest takie wspaniałe i pełne miłości i radości 🙂 jesteśmy tacy wdzięczni! 🙂 A rano pierwszy raz w życiu jeździliśmy konno – na przemiłym koniu o imieniu Gator w wieku 21 lat! 🙂 bo to było prawdziwe rancho 😀 przemilaśny czarny kociamber, trzy psy, dwa kucyki, cztery dorosłe konie i jeden młody świeżo przyprowadzony z okolicznych gór i jeszcze nieoswojony, nad którym teraz właśnie Olivia pracuje 🙂

Po przejażdżce i śniadaniu pojechaliśmy do okolicznej buddyjskiej świątyni Mountain Spirit Center z Olivią i jej dwoma wnuczkami, a potem do Subwaya gdzie nam postawiła wegańską kanapkę, a dzieciaki zjadły obiad i lody 🙂 i podrzuciła nas na rozdroże w kierunku Vegas 🙂

Przytulaliśmy się nawet dwa razy, Olivia zrobiła sobie z nami zdjęcie i odjechała 🙂

A my po niedługim na szczęście czasie, bo bardzo wiało, złapaliśmy stopa prosto do Las Vegas 🙂 Przez całą drogę tylko pustynie i pustynie i.. góry 🙂 nie sam piasek tylko pełno drobnych krzaczków i kaktusów, ale wody to tam nie było nigdzie, a rzeki wszystkie powysychane..

Mojave „boneyard” czyli złomowisko samolotów

Najwyższy termometr na świecie w miasteczku Baker

Jukka krótkolistna zwana także drzewem Jozuego (Joshua Tree)

Największa elektrownia słoneczna Ivanpah Solar Plant

W Vegas wylądowaliśmy we Whole Foodsie gdzie było pełno pysznego wegańskiego jedzenia, między innymi lody Coconut Bliss w promocji 😀 więc spróbowaliśmy nowych smaków : miętowych z czekoladą, które były bardzo dobre, ale lepsze były chyba z korzennymi ciasteczkami bezglutenowymi, a najoryginalniejsze w smaku kawowe z macą i kawałkami surowego kakao 🙂

W Vegas odwiedziliśmy tylko rano znak Welcome, przy którym tylko wtedy nie było kolejki, a potem była bardzo długa, a resztę stwierdziliśmy, że odwiedzimy może później jak będziemy wracać z parków.. bo pogoda coraz zimniejsza, więc lepiej najpierw odwiedzić góry, a potem jak będziemy jechać na południe to znów odwiedzimy Vegas, no i zagramy chociaż raz w jakimś kasynie 😀

Z Vegas wydostaliśmy się dzięki Jeremiah, który uratował nas przed deszczem, zawiózł do Walmarta i nawet dalej niż chcieliśmy 🙂 W markecie kupiliśmy sobie pyszne lody brownie z okazji półrocznicy naszego małżeństwa 😀 i grube ciepłe bluzy i rękawiczki, żeby nie zamarznąć (bluzy niezbyt piękne i dużo za szerokie 😛 ale najważniejsze, że ciepłe 🙂 i z kapturem i z kieszonką kangurką) i do kompletu srebrną grubą folię na podłogę do namiotu, żeby od ziemi było cieplej 🙂 Przygotowani na mrozy i oby nie śnieg 😛 dotarliśmy z naszym kierowcą do Hurricane gdzie wciąż padało, ale już słabiej.. i udało nam się chyba ponad 3 tygodnie przeżyć bez deszczu! 🙂 Rekord ponad rekordy 😀 Spod stacji benzynowej było już niedaleko do parku i po chwili zabrała nas pani jadąca do pracy 🙂 Dotarliśmy już po południu, próbowaliśmy się czegoś dowiedzieć w Visitor Center, ale pani Rangers nie była zbyt rozmowna i wcale nie odwzajemniała naszego uśmiechu 😛 Dowiedzieliśmy się tylko, że nie będzie to nasz ulubiony park, jeśli chodzi o spontaniczną przygodę, ponieważ każdy nocleg musi być wcześniej zarezerwowany (z niemałym wyprzedzeniem), nawet ten backcountry.. i że nie można się rozbijać gdzie się chce (tylko chyba w 2 miejscach można, daleko od tego gdzie trafiliśmy) i nie można robić ognisk.. nigdy! pod żadnym pozorem! 😛 A za pozwolenie na nocleg w dziczy płaci się 15 $ a za kemping 20 $.. i że na górze podobno jest już sporo śniegu i.. nie ma wody.. Chwilę posiedzieliśmy nad mapą i doszliśmy do wniosku, że jednak nie zostaniemy tu 7-10 dni, tak jak planowaliśmy.. i nie odpoczniemy tak jak chcieliśmy.. bo nie zarezerwowaliśmy miesiąc wcześniej noclegu 😛 i nie będziemy dźwigać ze sobą galona wody na każdy dzień 😛 W ostatnim momencie się dowiedzieliśmy, że nam przestawili godzinę w nowej strefie czasowej 😛 więc nawet sobie elektroniki nie zdążyliśmy podładować i zamknęli nam Visitor Center 😛 a my poszliśmy na dwór gotować jedzonko i szukać noclegu 🙂 Na szczęście przestało padać, ale było bardzo zimno.. Spaliśmy na zamkniętym kempingu, ale to oznaczało, że znowu trzeba wstać bardzo wcześnie.. Widno zrobiło się jeszcze przed 7:00..

Zjedliśmy coś, poszliśmy do łazienki się umyć i łapaliśmy stopa, bo autobusy jeżdżą tylko w weekendy.. Po chwili zabrało nas 2 chłopaków busem, którzy też jechali do The Grotto 🙂

Po kilku minutach wchodzenia stromo pod górę, zaczęło świecić na nas słońce i w końcu dogrzani – powoli się rozbieraliśmy z kolejnych cebulkowych warstw, a było ich sporo, mimo że mrozu w nocy nie było, ale bardzo mocny wiatr.. Widoki po drodze były przecudne 🙂 mnóstwo barw, czerwono pomarańczowe skały, żółte liście na drzewach, zielone kaktusy i krzaczki.. Jest to faktycznie wyjątkowy park i widoki jakich w Polsce się nigdzie nie zobaczy.. ale.. na szlaku tłum ludzi.. Spodziewaliśmy się większej dzikości.. ale może to przez to, że Święto Dziękczynienia za 2 dni i pewnie mają długi weekend.. Z naszymi ciężkimi kreaturkami na plecach byliśmy dla niektórych wiekszą atrakcją niż krajobrazy.. Ale cóż się dziwić kiedy większość osób sapała gorzej od nas z malutkimi plecakami albo w ogóle bez 😛 Wszyscy byli pod wrażeniem jacy jesteśmy dzielni 😀 i nie mogli uwierzyć dlaczego idziemy z plecakami skoro nie nocujemy na górze 😛 Trudno im tu w Ameryce uwierzyć, że ktoś może nie mieć samochodu i nie jest bezdomny 😛

Udało nam się jakoś doczłapać do rozdroża, na którym zrobiliśmy sobie piknik podziwiając przecudną panoramę dolinki i czekając aż szlak się troszkę wyludni.. bo teraz dalsza część trasy na Angels Landing wiodła wąską przepaścistą ścieżką, przeważnie z łańcuchami.. Śmialiśmy się, że pełno ludzi, którzy zeszli na dół cieszyli się, że przeżyli i byli tacy z siebie dumni, że ho ho 😛 A okazało się, że to dlatego, iż przy wejściu na łańcuchy była tablica z informacją, że od 2004 roku 6 osób nie przeżyło wycieczki tym szlakiem..

W sumie na wejściu na Orlą Perć też powinni coś takiego ustawić, to może część osób wchodząca tam w japonkach albo z malutkimi dziećmi albo lękiem wysokości by się zastanowiła przed wejściem.. bo tablica,  że szlak jest niebezpieczny, powoduje tylko typowo polską reakcję: „Co ja nie wejdę?!” 😛

W końcu na łańcuchach się troszkę przerzedziło, więc ruszyliśmy w kierunku anielskiego lądowiska 🙂 Widoki wspaniałe 🙂 Szlak bardzo ciekawy i miejscami mocno eksponowany i podobny troszkę do Orlej Perci 🙂 ale ogólnie dużo łatwiejszy, tyle że bez takiego wielkiego plecaczora 😛 a z kreaturką przyznaję, że momentami było mi bardzo ciężko, nawet jak podciągałam się za łańcuch albo jak nie było łańcucha i Grzesiek mnie popychał 😛 Jednak 20 kg na plecach robi sporą różnicę 😛 od innego punktu ciężkości, przez trudniejsze utrzymanie równowagi, do ciężkości dźwigania plecaka pod górę po prostu 😛

 

Ale dla widoków na górze warto było 😀 Oprócz przepięknej panoramy na dolinę i rzekę wijącą się dookoła i wysokie kolorowe góry gdzie okiem sięgnąć, zaszczyciły nas swoją obecnością jeszcze.. kondory kalifornijskie 🙂 które przeleciały sobie zaraz obok nas szybując na wietrze 🙂 Tak ogromnych ptaków jeszcze w życiu nie widzieliśmy 🙂 Są większe niż orły i budzą respekt przez ogromne pazury i dzioby 🙂 Są największymi ptakami w Ameryce Północnej, rozpiętość ich skrzydeł dochodzi do 320 cm! 🙂 a waga do 14 kg! 🙂 Składają tylko jedno jajo co dwa lata, które wysiaduje oboje rodziców przez około 50 dni i opiekują się pisklakiem do 8 miesięcy, a żyją do 50 lat! 🙂 Ale są też najrzadszymi ptakami na świecie, a w latach 1987-92 na wolności było tylko 8 sztuk, które wyłapono, żeby je oznaczyć i reintrodukować i teraz jest ich na wolności 156, czyli dalej bardzo mało i niezły mieliśmy fart, że udało nam się je zobaczyć 🙂

Z ciekawostek przez swoją wielkość kondory potrzebują sprzyjających warunków atmosferycznych, żeby w ogóle się wznieść w powietrze i podczas deszczu i pogody bezwietrznej w ogóle nie latają 😛 a poza tym są padlinożerne 😛 Kondory pokrążyły dookoła nas, żeby każdy mógł zrobić zdjęcie i nacieszyć oczy i.. odleciały 🙂 takie troszkę dziwne mają tu te anioły 😉 ale bardzo ładne 🙂 Posiedzieliśmy chwilę na górze, pomedytowaliśmy, nacieszyliśmy oczy, pobyliśmy tu i teraz i schodziliśmy.. a nie było to wcale łatwiejsze niż wchodzenie 😛 ale przynajmniej tłum ludzi był już mniejszy 🙂

Na rozdrożu znów sobie zjedliśmy jedzonko i część trasy schodziliśmy już po ciemku, ale za rozdrożem już był praktycznie wszędzie wybetonowany chodnik, więc spoko 😛 Spaliśmy w dolince niedaleko rzeki, więc mimo skał z jednej strony nas osłaniających było dosyć zimno.. i dzisiaj wejdę jeszcze jednak w kiszkę wewnętrzną 😛 Tam było ciszej niż poprzedniej nocy i mieliśmy znów hotel 1 000 000 gwiazdkowy, dzięki bezchmurnemu niebu i ciemności dookoła 🙂 A rano spotkaliśmy rodzinę mulaków 🙂 5 małych, 5 mam, 4 rogatych tatusiów, z których jeden miał rogi przeogromne 🙂

Dzisiaj zaplanowaliśmy sobie wędrówkę w stronę East Rim, miał być punkt widokowy, ale okazało się, że była by to powtórka z wczoraj, więc poszliśmy do Hidden Canyon, bo czegoś takiego jeszcze nie widzieliśmy 🙂 Droga znów stromo pod górę i niestety tym razem cały czas w cieniu, a w połowie trasy o dziwo znów łańcuchy.. Fajna trasa przy urwisku nad przepaścią 😀 tzn. z jednej strony pięknie rzeźbione skały i przy nich łańcuchy, pod nogami wąska skalista ścieżka i.. przepaść 😉 jak byśmy szli do jakiejś ukrytej buddyjskiej świątyni, a nie do ukrytego kanionu 😉

Widoki na dolinkę znów bardzo ładne i formacje skalne też, do tego ten niesamowity czerwony kolor 🙂 Ukryty kanion był tak dobrze ukryty, że niektórzy ludzie nie wiedzieli w ogóle którędy mają iść 😛 Przez chwilę na rozdrożu poświeciło na nas pierwsze tego dnia słońce, ale schowało się za skalnymi ścianami otaczającymi nas z dwóch stron.. Szliśmy przepięknym tunelem.. po prawej cudnie wyrzeźbiona piaskowcowa ściana w takie wzory, że najlepszy architekt by się nie powstydził, a po lewej omszona zielona skała..

Bardzo fajny kanion, taki różnorodny, wspaniałe kolory i kształty.. a pod stopami.. plaża 😀 i co jakiś czas resztki strumyczka.. Przejścia były momentami takie wąskie, że przed jednym trzeba było zostawić plecaki w skalnej jaskini, bo byśmy się z nimi nie przecisnęli 😛 Było to trochę jak trasa z przeszkodami i kilkoma możliwymi opcjami do wyboru 🙂 a na końcu nawet jeden skalny łuk, jakich już raczej nie zobaczymy więcej przez zimno w Arches National Park..

Bardzo nam się podobało i w porównaniu do wczorajszego szlaku tym szło mało ludzi..  a jak wyszliśmy sobie na górę z widokiem na dolinę, przez większość czasu siedzieliśmy sami 🙂 świetne miejsce 🙂 cisza, piękny widok znad przepaści, tylko słońca brakowało.. ja sobie pisałam, Grzesiek się wspinał, trochę po prostu siedzieliśmy i patrzyliśmy 🙂

Jak to dobrze, że tu jesteśmy 🙂 że jesteśmy 🙂 że mamy zdrowe oczy i widzimy te cudowności 🙂 że możemy tutaj chodzić naszymi nóżkami 🙂 że jesteśmy zdrowi 🙂  że świeci słońce 🙂 ..w sensie nie pada 🙂 że mamy siebie 🙂 że mamy medytację i cieszenie się chwilą 🙂 że mamy miłość i radość 🙂 w każdym naszym kroku 🙂 teraz i tu 🙂 dziękujemy! 🙂

Co nam się kojarzy z Alaską?

  1. łosie
  2. szczekający ptaszek
  3. wiewiórki alpejskie, jeżozwierz, ptarmigany, orły, kruki, niedźwiedź czarny, małe myszy 😉
  4. przyjaźni, uśmiechnięci ludzie 🙂
  5. „where are you from”? (skąd jesteście?)
  6. „how are you”? (jak się macie?)
  7. „you are from Holland”? (jesteście z Holandii?)
  8. góry wszędzie dookoła
  9. przestrzeń i cisza
  10. zieloność
  11. rowery i przyczepka
  12. dziury na poboczu
  13. no trespassing
  14. ogromne dzikie róże
  15. samoloty
  16. zapach marihuany
  17. ryk silnika pickupa
  18. gwizd pociągu
  19. close toilet lid
  20. puszka misiowa, specjalne kosze na śmieci i pojemniki na jedzenie
  21. suszarka do prania
  22. leave no trace
  23. wielkie opakowania jedzeniaterazitu.com
  24. Amerykanie chodzący do sklepów w japonkach/klapkach/kaloszach
  25. Clif Bar
  26. lody Ben&Jerry’s i Coconut Bliss
  27. pierwszy lot
  28. zielone i żółte autobusy
  29. rdzenni mieszkańcy Alaski
  30. lodowce
  31. zimno brrr i wiatr
  32. strzelanie
  33. Walmart, Safeway i Fred Mayer
  34. Denali Park
  35. Denali/McKinley
  36. Ptarmigan Lake
  37. jagody
  38. czerwone owocki
  39. Anchorage, Fairbanks, Seward, Wasilla, Healy, North Pole, Delta Junction, Tok
  40. zorza polarna
  41. Kenai Park
  42. kempingi z kibelkiem bez wody i bez prysznica
  43. ryż z soczewicą
  44. mile, stopy itd
  45. dolary, centy, dime
  46. złoto
  47. niebieska lodowcowa rzeka
  48. białe „zielone” światło
  49. wygodne chodniki i ścieżki rowerowe
  50. przyjaźni kierowcy
  51. szerokie, dobre drogi
  52. bardzo szybkie i głośne mówienie
  53. smarkanie w papier toaletowy i ręczniki papierowe (paczka chusteczek w markecie 2 złote a chusteczka po sekundzie do wyrzucenia)
  54. domy z sidingiem, przystrzyżonym trawnikiem i flagą, bez płotu
  55. tryb samolotowy. brak prądu i internetu
  56. poduszki z mchu jak odskocznie
  57. mokre wszystko łącznie z butami
  58. komary
  59. bear spray
  60. magic pants
  61. life is good
  62. „ten plecak jest lepszy niż morele”
  63. „misie pysie kolorowe”
  64. honeymoon
  65. Spenard hostel
  66. backcountry
  67. „nice bikes” i „I like your bikes” (fajne rowery, podobają mi się wasze rowery)
  68. autostop
  69. Alpine trail
  70. Resurrection River
  71. hamak
  72. ognisko
  73. fioletowe tortille
  74. psy jeżdżące obok kierowcy
  75. pęknięta przednia szyba w samochodzie
  76. samochody bez światła, zderzaka, przedniej maski
  77. banany z kropami za darmo/w promocji
  78. puste drogi
  79. ogromna przestrzeń tylko dla nas
  80. Polacy w środku niczego
  81. klucze ptaków lecących na południe
  82. kolorowe liście
  83. ciężarówki over size
  84. duże ilości wojska
  85. drogi internet i ludzie siedzący w marketach z darmowym wi-fi z laptopami
  86. świecące „Open” w oknach

Pan Łoś

13 sierpnia godz. 12:15 (USA)

Właśnie zjedliśmy pyszną organiczną tofucznicę z cebulką, masłem orzechowym crunchy i nanami togarashi 🙂 Dzisiaj się wyspaliśmy, chwilowo nawet nie pada, więc zapowiada się kolejny wspaniały dzień 🙂 Jak wracaliśmy z Safewaya po północy bo nie doczekaliśmy się, żeby przestało padać, ulice były płynącymi rzekami, praktycznie całkowicie opustoszałe.. Gottfried radził nam, żebyśmy zostali tam na noc bo jest czynne całą dobę, ale jakoś pewniej czujemy się pośrodku niczego (w sensie lasu), niż w markecie. Zjeżdżaliśmy szybko z dużej górki, deszcz mocno lał, omijaliśmy slalomem największe rzeki wody, właśnie powiedziałam, że ulice są tak całkowicie puste (mimo, że trzy pasmowe), że nie widać żywej duszy.. i nagle.. Grzesiek zahamował tak, że praktycznie na niego wjechałam (po ciemku jadę z tyłu bo mam czerwone mrugające światełko, a Grzesiek białe :P).. i pokazał mi gigantycznego! łosia (Pana Łosia z wielkim porożem), na którego praktycznie wjechaliśmy bo było tak ciemno, że go zauważyliśmy jak byliśmy kilka metrów od niego.. Nie wiem kto był bardziej zaskoczony tą sytuacją.. Pan Łoś z przerażeniem odskoczył swoim niezgrabnym truchcikiem kilka metrów i stanął swoim okazałym porożem w naszą stronę.. i czekał.. Myślę, że bardzo go wystraszyliśmy bo wzięliśmy go z zaskoczenia.. Pomyślał pewnie – co za świry tu jeżdżą w środku nocy.. nawet w taką pogodę nie można się spokojnie przespacerować.. Postanowiliśmy już nie podjeżdżać bliżej, żeby się przyjrzeć czy ma uszy do góry i jest nami zainteresowany, czy raczej uszy po sobie i szykuje się żeby nas staranować 😛 Podobno na Alasce sporo ludzi zostaje staranowanych przez łosie 😛 Miał zdecydowanie przewagę wielkości i masy, więc oglądając się za siebie, odjechaliśmy jak najszybciej na drugą stronę drogi 😛 Nawet nie zdążyłam zrobić zdjęcia 😉 A propos to jedyny człowiek, który był zjedzony przez niedźwiedzia w Denali robił mu zdjęcia jeszcze wtedy kiedy on już do niego podchodził – było to potem widać na jego aparacie – ale chyba nie dostał pośmiertnie nagrody za najbliższe zdjęcie misia. Jak już ominęliśmy łosia dużym łukiem, tak że aż z wrażenia pojechaliśmy za daleko i musieliśmy się cofać, wróciliśmy na miejsce gdzie dzień wcześniej nocowaliśmy, tylko trochę bliżej drogi bo dalej po całym dniu deszczu na ścieżce było bagienko. Wczorajszy dzień był bardzo męczący i cały poświęcony na poszukiwaniu moich spodni (jak na prawdziwą kobietę przystało nie cierpię zakupów! może dlatego, że mam taki niestandardowy rozmiar, a w USA to już w ogóle, że jak wchodzę do sklepu, to najpierw patrzę czy coś w ogóle jest w moim rozmiarze :P). Już nawet lumpeksy w Anchorage mamy obcykane 😉 ale dopiero w sklepie myśliwskim znaleźliśmy pasujące (w miarę :P) na mnie spodnie w rozmiarze dziecięcym L. Oni naprawdę mają świra na punkcie polowania – body dziecięce w leśnym maskowaniu, kostium kąpielowy w leśnym maskowaniu, kombinezon damski w leśnym maskowaniu z różowym futerkiem od wewnątrz.. no i wszędzie wypchane zwierzątka patrzą się martwymi oczami ze ściany 🙁 i pełno broni! do koloru, do wyboru.. Widzieliśmy tatusiów idących z dziećmi na jagody z bronią za paskiem.. w końcu trzeba dbać o bezpieczeństwo rodziny.. no cóż.. Wracając do jeżdżenia po sklepach trafiliśmy między innymi do sławnego REI, w którym czuliśmy się jak małe dzieci w krainie zabawek 🙂 Co chwilę trafialiśmy na coś fascynującego, czego u nas w Polsce nie ma.. był np. malutki namiocik.. dla psa! 😀 Bardzo mnie cieszy, że mam już w końcu te spodnie i już się wczoraj wieczorem przydały 🙂 i będzie można w końcu wyruszyć do tego Denali 🙂 Mamy zapas jedzenia, zapas gazu, nawet swoją prywatną łopatkę do zakopywania nieczystości, w razie potrzeby 🙂 Trzeba tylko jeszcze sprzedać rowery i przyczepkę, bo jednak przesiadamy się na autostop, żeby trochę ułatwić naszą podróż w wysokie góry i żeby aż tak bardzo nie przedłużać naszego pobytu, bo dziś mijają trzy tygodnie jakie planowo mieliśmy tu spędzić. Widzieliśmy wcześniej, że jest tu trochę miejsc, w których można sprzedać używane rzeczy. Mam nadzieję, że nam się uda bez problemu za jakąś rozsądną cenę. To jest plan na dziś. No i jak się uda, to jakiś couchsurfing a jak nie to znalezienie pralni z suszarnią. Zobaczymy co się dziś uda zrealizować, najważniejsze że na razie nie pada, a wczoraj wieczorem było widać praktycznie całe góry, jak jeszcze w Anchorage wcześniej nie widzieliśmy 🙂 Oby to zapowiadało poprawę pogody przed wyjazdem do Denali 🙂

12 lat minęło.. jak jeden dzień..

11 sierpnia godz. 16:45 (USA)

Siedzimy sobie przy kominku! W Safeway (taki market :P), oglądamy TV (no dobra – tylko słuchamy ;)), ja piszę, a Grzesiek surfuje w internecie.

7 sierpnia jechaliśmy do Edny i dojechaliśmy do tarasu widokowego przy Bird Creek i tam spaliśmy przy pięknym widoku 🙂 Pogoda tego dnia była zmienna, sporo padało i wiało, ale jak już zaczęliśmy jechać w stronę Edny od zakrętu, gdzie można było skręcić do Whittier – wiatr wiał nam w końcu w plecy i było dużo łatwiej 🙂

8 sierpnia poranek zaczął się brakiem powietrza w mojej przedniej dętce 😛 Grzegorz na szczęście szybko sobie z tym poradził i mogliśmy jechać dalej 🙂 W końcu wyszło troszkę słońca i wyschnął nam namiot i trochę się porozbieraliśmy z naszej grubej skorupy ubrań 🙂 Do Edny dotarliśmy dosyć wcześnie po południu i nie było jej w domu. Stwierdziliśmy, że zostawimy rzeczy pod jej domem i zobaczymy co tam u sąsiadów 🙂 W muzeum poszukiwaczy złota ich nie było, ale pooglądaliśmy sobie tam wszystko, znaleźliśmy w końcu złoty pociąg 😉 (niestety nie wzięliśmy aparatu, ale musicie nam uwierzyć na słowo ;)) i zaczęliśmy wracać po swoje rzeczy, a tutaj.. Edna! Przyjechała akurat z zakupów z Parisem 🙂 Tym razem byliśmy tylko my, Edna i Paris i było jak zwykle  przesympatycznie 🙂 Rozmawialiśmy (jakoś powolutku sobie zaczynamy radzić z tym amerykańskim :P), śmialiśmy się, oglądaliśmy zdjęcia, graliśmy w bilard (a raczej oni grali, a ja się uczyłam podstaw typu trzymanie kija, trafianie w bilę itd ;)). Edna poszła oglądać swoich ulubionych Rangersów, a my zaczęliśmy uzupełniać braki na blogu 🙂 W końcu nasze buty (a szczególnie Grześka, bo jemu przemokły na wylot) były czyste, suche i pachnące 😀 Mieliśmy czyste ciuchy, wygodne łóżko, gorący prysznic 🙂 Człowiek zaczyna doceniać takie wygody jak zwykły kibelek ze spłuczką, gorąca woda pod prysznicem, pralka.. Niby takie to wszystko zwykłe i w Polsce była to codzienność, ale tutaj przez większość naszego wyjazdu nie doświadczamy takich luksusów 😉 mimo, że to Ameryka 😀 Ale w sumie o to nam chodziło, żeby bardziej się cieszyć tym co się ma 🙂 Mimo bardzo wygodnego łóżka do końca się nie wyspaliśmy, bo było sporo bloga do nadrobienia, a i tak wszystkiego nie wpisaliśmy i poszliśmy spać bo byliśmy już tacy zmęczeni 😛

9 sierpnia – Jesteśmy razem już 12 lat! 🙂 Żegnamy się z Edną po zjedzeniu pysznego smoothie, owsianki i otrzymaniu w prezencie chleba przez nią upieczonego 🙂 Cały wieczór i noc lało i nie było widać praktycznie gór, a dziś już nawet widać i troszkę prześwieca słońce 🙂 Edna życzy nam suchej drogi 🙂 będzie się za nas modlić 🙂 mamy dawać znać co u nas i jak odwiedzimy Teksas lub Ohio to przyjmie nas jej rodzinka 🙂 W trakcie drogi zbierają się chmury i zaczyna padać tak, że trochę mokniemy, a potem znów wychodzi słoneczko 🙂 Dziś bardzo duży przypływ.. Podobno dużo ludzi wchodzi na zaschnięte błocko, robiąc zdjęcia i nie zdając sobie sprawy z tego, że szybko tu przychodzi przypływ, i ciężko od niego uciec 😛 Po drodze znów pęknięta dętka – tym razem w Grześka tylnim kole 😛 Ale na szczęście świeci słońce 🙂 Jest to boczna droga i po załataniu dziury próbujemy pierwszy raz jak się jeździ na ostrym kole 🙂 Kolejne marzenie Grześka spełnione 😀 Wieczorem robimy zakupy w Walmarcie – kupujemy na rocznicę dwa opakowania wegańskich lodów – ale szaleństwo! 🙂 Obydwa pyszne, ale o dziwo czekoladowe z brownie (z normalnymi kawałkami ciasta! – nie było zmrożone i twarde, ale miękkie i puchate – nie wiem jak oni to robią :P) mniej mi smakowało niż kawowe z kawałkami czekolady i ciągnącym się toffi 🙂 Mmm.. pychota 🙂 Po zakupach jedziemy spać do Chrisa znalezionego na warmshowers 🙂 Bardzo miło i sympatycznie, krótko pogadaliśmy bo była już prawie 22:00 a następnego dnia do pracy. Rano nie za bardzo się dogadaliśmy co do godziny o której mamy wyjść i jak brałam prysznic Chris już biegł do pracy i powiedział Grześkowi jak mamy zamknąć drzwi 😉 Fajnie, że nam tak zaufał 🙂 Jak wyszliśmy z domu, próbowaliśmy znaleźć sobie wodoodporne spodnie, które by się nadawały do biegania i na rower 🙂 Stwierdziliśmy, że jest to priorytet przed wyjazdem do Denali. Momentami było gorąco i nawet nie padało. Zwiedziliśmy centrum Anchorage, Grzesiek znalazł sobie fajne spodnie, dla mnie niestety mimo całego dnia spędzonego na poszukiwaniach – nic nie znaleźliśmy. Chyba nie muszę mówić o rozmiarach w Stanach? 😉 Spodnie w rozmiarze XS były takie, że ze dwie mnie by się pewnie zmieściły 😛 W centrum widzieliśmy najwyższy wieżowiec Philipsa, szklane przejście nad skrzyżowaniem między budynkami, murale, dużo ludzi, samochodów i dużo hałasu.. Chyba już się odzwyczailiśmy od miasta 😛 Byliśmy już zmęczeni, niewyspani (u Chrisa spaliśmy też ze 4 godziny bo zakładaliśmy konto na Couchsurfingu), głodni.. pojechaliśmy do Safewaya.  Nabraliśmy wody, kupiliśmy coś do jedzenia i poszukaliśmy noclegu. Spaliśmy w środku niczego, tzn. pomiędzy młodym lasem, w którym oprócz nas ostatnio były tylko łosie 🙂 Rano odwiedziło nas jakieś małe zwierzątko, które sobie coś chrupało koło namiotu 🙂 Wieczorem i w nocy i rano znów padał deszcz, potem chwila przerwy jak wyszliśmy z domku, a teraz jak to piszę znów pada deszcz 😛 No przydały by mi się też te wodoodporne spodenki na pewno 🙂 Może się uda jutro coś upolować bo dzisiaj to już raczej za późno. Dziś spotkaliśmy bardzo miłego Gottfrieda z Niemiec, który jest fotografem i robi bardzo ładne zdjęcia 🙂 No to już kończę, bo się rozpisałam bardzo i kiedy my to przepiszemy na bloga 😉

Wiatr we włosach

6 sierpień godz. 21:40 (USA)

Siedzimy w domku i robimy kolację. Dziś znów dzień pełen wrażeń 🙂 Nie było za bardzo słońca ale chociaż nie padało, czyli jak na Alaskę – bardzo dobra pogoda 😉 Wczoraj przejechaliśmy 70 km i dojechaliśmy do Devil’s Creek Trail. Przejeżdżaliśmy obok bardzo dużej ilości jezior: Upper i Lower Trail Lake, Kenai Lake (największe), Tern Lake 🙂 Gór za bardzo nie było widać, ale jeziora były bardzo ładne 🙂 Doszliśmy (a raczej dojechaliśmy z przyczepką!) do miejsca na namiot po 2,3 mili, a potem przy głównej trasie przyczepiliśmy rowery i przyczepkę i jeszcze przeszliśmy kawałek z plecakami. Zrobiliśmy kolację na skrytce misiowej, schowaliśmy tam resztę jedzenia i poszliśmy spać z nadzieją, że rano nie będzie padać, wstaniemy wcześnie i wyruszymy dalej. Rano obudził nas deszcz oczywiście 😛 Więc spaliśmy dalej i wstaliśmy w końcu o 11:00 i nie padało 😀 Nawet było widać kawałki błękitnego nieba. Pomyślałam sobie, że jak w piosence „Oprócz błękitnego nieba, nic nam dzisiaj nie potrzeba” 😉 Bardzo fajne miejsce na kemping, niedaleko mały staw i rzeczka, kilka miejsc na namioty, miejsce na ognisko ze stelażem na grila, no i skrytka misiowa z dyżurną łopatką do zakopywania swoich nieczystości 😛 W końcu najważniejsza zasada biwakowania to „leave no trace” 🙂 Bardzo nam się podoba, że przy wejściu na szlak jest księga gości, w której wpisuje się imię i nazwisko, planowany cel i długość pobytu, czy się idzie, jedzie na rowerze (tzn. sposób dotarcia do celu), a jak się wraca to uwagi po przejściu szlaku. Jest też mapa z opisem, po ilu milach jest miejsce na kemping, ewentualnie kibelek, szacowany czas przejścia, przewyższenia itp. No i bardzo fajne plastikowe zawieszki o tym jak się przygotować na biwak, żeby być jak najbardziej ekologicznym, etycznym, szanować przyrodę, no i nie zostawiać śladów (leave no trace). Jak skończyliśmy śniadanko i spakowaliśmy się usłyszeliśmy jakby zawodzącego – wołającego mamę małego misia w oddali.. Powtórzyło się to wiele razy.. Nawet nagrałam na dyktafon. Ciekawe czy to faktycznie niedźwiadek. Kiedy w końcu około 14:00 dowlekliśmy się do naszych rowerów, ze zdziwieniem zobaczyliśmy chłopaka jadącego na rowerze. Powiedział, że za niecałą godzinę startuje tym szlakiem rajd rowerowy, pojechał jeszcze kawałek dalej na patrol i wrócił. Stwierdziliśmy, że z naszą przyczepką zrobimy im niezłą zaporę, więc trzeba szybko wracać. Przejechaliśmy trasę powrotną ekspresowo i wywarliśmy niezłe wrażenie na uczestnikach bike maratonu naszą przyczepką i rowerami bez przerzutek. Pewnie sobie pomyśleli, że my to dopiero jesteśmy świrnięci na maksa 😛 Myślę, że jest wysoce prawdopodobne, że tylko my przejechaliśmy ten szlak takimi rowerami, a z przyczepką to prawie na pewno 😉 Po przejechaniu pierwszego naszego górskiego wyścigu rowerowego byliśmy jednak trochę zmęczeni, więc dziś przejechaliśmy tylko około 44 km. Widoki były przepiękne 🙂 Alaska jest jeszcze taka dzika i ma tak dużo gór! Praktycznie same góry 🙂 Osiągnęliśmy swój rekord życiowy w zjeździe z góry (1,33 min/km)! i to z przyczepką! A ja się tak wzruszyłam, że aż uroniłam łezkę, tak sobie zjeżdżając z góry 🙂 Wiatr we włosach, ośnieżone szczyty w oddali, zielone góry dookoła, wąwozy, strumienie i zieleń, zieleń, zieleń 🙂 Jest tutaj naprawdę przepięknie, właśnie tak jak sobie wyobrażaliśmy 🙂 Jak to Grzesiek powiedział „takie gigantyczne Bieszczady, ale chyba jeszcze bardziej dziko” 😉 A przed nami jeszcze Denali.. Jeszcze wyższe góry i mam nadzieję, że jeszcze piękniejsze 🙂 Oby pogoda dopisała 🙂

Chcemy słońce.. !

5 sierpień godz. 9:35 (USA)

Ciągle pada a nawet leje.. Nie chce się w ogóle wyjść ze śpiwora a co dopiero z namiotu a co dopiero wsiąść na rowery i pojechać. Wiadomo, że będzie zimno i mokro, że będzie katar, że nie będzie widoków na pokrzepienie. No ale nie ma wyjścia.. Nie można zapaść w sen zimowy w Seward, ani wejść do przezroczystej bańki, która można otworzyć i zamknąć na zamek błyskawiczny. Jedyne wyjście to być dzielnymi stworzonkami i dojechać jak najszybciej na północ i mieć nadzieję, że tam nie będzie padać. Może Edna nas znów ugości, a może się uda w końcu odwiedzić jakiegoś „warmshowersa” 🙂 Zobaczymy.. Oby tylko przestało padać i żeby chociaż w Denali Park się udało coś zobaczyć, bo w Kenai niestety nie widzieliśmy ani fiordów ani lodowca. Nawet „naszej” góry z drugiej strony rzeki nie widać, a tych po drugiej stronie Seward to już w ogóle. No niestety to lato na Alasce jakieś bardzo deszczowe, jesteśmy już prawie 2 tygodnie i przez ten czas był jeden! dzień kiedy od rana do wieczora świeciło słońce. Damy jeszcze szansę Alasce na zrehabilitowanie się 🙂 Nie może tak być, że jedyny słoneczny dzień wykorzystaliśmy na suszenie prania i to już koniec słońca. Chcemy słońce, żeby było widać ładne widoczki, żeby można chodzić po szlakach, żeby było widać jakieś zwierzątka, żeby można było usiąść na trawie i coś zjeść, żeby mieć suche siodełko na rowerze i suche ubrania i żeby się ugrzać, żeby się może nawet trochę spocić 😉 Bo w końcu jest lato, a jak jest lato to jest słonecznie, koniec, kropka. Nie ma dyskusji! Chcemy słońce i ma być słońce 🙂 Już wystarczy deszczu roślinkom, już się chyba aż podtapiają i my już trochę też. My kochamy słońce i jesteśmy ciepłolubni, Ci co nie narzekają na upał, bo wtedy można się schować w cień jak jest za gorąco, a nam prawie nigdy nie jest za gorąco 🙂 także słońce masz pole do popisu.. Śmiało 🙂 Poużywaj sobie 🙂 Bo jak żyć jak ciągle pada i pada? Jak się przemieszczać dalej? Jak oglądać widoki jak zniknęły w szarości? Nawet nie wiadomo by było, że tam jakieś góry są, jak byśmy tu teraz pierwszy raz przyjechali.. Dobrze, że widzieliśmy i wiemy, że tam są 🙂 No i że jeszcze nie jedne widoki nam się ukażą po drodze naszej wędrówki 🙂

Before I die..

4 sierpień godz. 14:16 (USA)

Dzisiaj znów mocno pada, zaczęło w nocy i nie chce przestać 😛 Wczoraj był moment kiedy siedzieliśmy na hamaku, że było aż gorąco 🙂 Pojechaliśmy na sam koniec drogi, gdzie można było dojechać, ale wróciliśmy spać do naszego starego miejsca nad rzeką. Tam dotarliśmy zbyt późno, żeby jeszcze iść z plecakami po drodze nad klifem, więc stwierdziliśmy, że może się tam wybierzemy jak będziemy wracać. Ale jednak dziś się nie uda wybrać na lodowiec przez ten deszcz i pewnie wybierzemy się tylko do łazienki 😛 Dobrze, że jest niedaleko (6 km w jedną stronę :P), za darmo i jest ciepła woda 🙂 Nie ma prysznica, ale i tak się da umyć w umywalce nawet moje długie włosy. Kto wie, może jutro się rozpogodzi i dotrzemy w końcu do tego lodowca, a może się wybierzemy zobaczyć fiordy 🙂 Wielorybów pewnie nie będzie łatwo wypatrzyć, ale za to wczoraj widzieliśmy dwa razy jak leciał nad nami gigantyczny biało-brązowy amerykański orzeł – ładny 🙂

Hamak, ognisko, relaks..

3 sierpień godz. 11:28 (USA)

Siedzę sobie na hamaku i piszę 🙂 jest fajnie 🙂 Pranie się suszy, ładowarka solarna się ładuje, pyszne śniadanko zjedzone, jak to dobrze, że jest słońce 🙂 I to od samego rana i praktycznie nie ma chmur, nie ma upału jak w Polsce, ale jest tak w sam raz – kocham słońce 🙂 A wczoraj mój kochany mężuś zrobił mi nawet ognisko 😀 Było grilowane na kamieniu tofu przerobione na tofucznicę w sosie pomidorowym z cebulą i czosnkiem zawijane w pełnoziarnistą tortillę podgrzaną nad ogniem.. mmm.. pychota 🙂 Dzień odpoczynku się trochę przeciągnął bo jak zrobiliśmy pranie dopiero o 21:00, to mimo  że widno jest gdzieś do 24:00, to już wtedy słońce aż tak nie grzeje 😉 Przez noc, mimo że był wiatr też za bardzo nie wyschło więc teraz dopiero wysycha na słoneczku. Ze spodni jesteśmy bardzo zadowoleni na razie (wiadomość do Rafała ;)) Nie rozciągają się, łatwo się spiera nawet smar z roweru wodą z rzeki z mydłem Alterra 😉 Więc sprawdzają się super – a przede wszystkim są bardzo wygodne i do chodzenia i na rower 🙂 Wczoraj zaszaleliśmy i kupiliśmy lody czekoladowo-orzechowo włoskie Coconut Bliss organiczne – bardzo dobre, ale jednak dużo lepsze (a tańsze)  były te pierwsze (Ben & Jerry’s). To chyba były najlepsze lody wegańskie jakie jedliśmy i jest to jednogłośna opinia nas obydwojga 🙂 Piękne widoki, ładna pogoda, hamaczek 🙂 tylko wredne muchy dokuczją 😛 ps. pszczoły tak naprawdę wcale nie są wredne, tylko pracowite 😛 i podobno żądlą tylko gniewnych ludzi, a takich co są miłością i radością nie 🙂 co by dobrze o mnie świadczyło, bo już ileś lat mnie żadna nie użądliła 🙂 (a to wiadomość do rodziców :)) pps. i jeszcze wczoraj kupiliśmy pyszne organiczne banany i od razu zjedliśmy a przed chwilą zjedliśmy najpyszniejsza pomarańczę na pół, bo kosztowała chyba z 5zł 😛

Spotkanie z Polakami w środku dziczy

2 sierpień godz. 11:58 (USA)

Siedzimy w namiocie koło Resurrection River i zaczynamy robić śniadanie. W nocy bardzo mocno padało, że aż ciężko było zasnąć, mimo że w ciepłym i suchym domku namiotowym. Grzegorz był dzielny i mimo deszczu poszedł ściągnąć nasze jedzenie z drzewa schowane przed misiem 😉 Wczorajsze zakupy – udane! 🙂 Zrobiliśmy dużo zapasów na później. Niestety tylko suchy prowiant i puszki bez owoców i warzyw bo możliwości przyczepki i Grzegorza są ograniczone. Z ciekawostek kupiliśmy Oreo z nadzieniem o smaku masła orzechowego 🙂 Dobre, ale oczywiście na maksa słodkie 😛 Przy okazji chodziliśmy po sklepie jak najdłużej oglądając wszystkie półki, żeby się wysuszyć. Pogoda niestety nas nie rozpieszczała tego dnia, tzn. wczoraj, a nie mogliśmy sobie pozwolić na luksus dnia odpoczynku bo rano zjedliśmy ostatnie zapasy. Wracając wczoraj ze szlaku spotkaliśmy Polaków! W dodatku z Wrocławia, z Biskupina, dwoje z AWFu i profesora Monkiewicza, z którym miałam zajęcia na studiach. Fajne takie spotkanie i to w środku niczego by się wydawało 🙂 Mieli płynąć na Resurrection Bay, ale pogoda pokrzyżowała im plany i dzięki temu udało nam się spotkać (już po tygodniu na Alasce pierwsi Polacy). Chwila miłej rozmowy, zrobiło się tak troszkę domowo 😉 Zaprosili nas do siebie do Wisconsin, ale to za bardzo nie po drodze West Coast 😉 i pocieszyli, że w Seward jest sklep 🙂 Tego nam było trzeba 🙂

Ptarmigan Lake Trail

1 sierpień godz. 11:41 (USA)

   

Whittier niestety nie okazało się przyjazne dla rowerzystów i nas nie wpuściło, bo był zakaz przejazdu przez tunel, a już nam zostało tylko z 7 km. No więc zawróciliśmy i pojechaliśmy w stronę Seward, pogoda była ok, w grubszej wersji ubrań było cieplej, ale bardzo górzyście.. Zaczęły się kryzysy przy wjeździe pod bardziej strome góry. Postanowiliśmy pozbyć się jednego bukłaka wody, to w końcu prawie aż 4 litry. A potem też drugiego i zostały nam w sumie 4 butelki po 250 ml. Ale tam co kawałek na kempingach jest woda, gorzej z jedzeniem. Przejechaliśmy niecałe 40 km i postanowiliśmy iść spać jak się nadarzyła okazja na rozbicie namiotu 🙂 Wstaliśmy chwilę po 6:00 (w niedzielę! :P) i już o 8:00 byliśmy na trasie. Wyczekiwany sklep okazał się niestety tylko barem.. Zjedliśmy już tego dnia na śniadanie soczewicę z ryżem, a później na obiad też. Obiad w pięknych okolicznościach przyrody – nad Lower Summit Lake 🙂 Została nam już tylko jedna porcja na kolację, no i ponad 70 km do Seward, gdzie już na pewno ma być sklep. Będąc w takiej sytuacji postanowiliśmy na Upper Summit Lake zjeść coś w tej restauracji, pojechać jak najdalej damy radę, zjeść resztę jedzenia na śniadanie i dojechać w końcu do Seward. Zjedliśmy najdroższą pizzę w naszym życiu za niecałe 22$! Była bardzo dobra – z papryką, pomidorami, czarnymi oliwkami, pieczarkami, bazylią, szpinakiem i sosem marinara no i bez sera oczywiście 🙂 Dała nam faktycznie sporego kopa energetycznego – aż taka duża porcja na jeden raz 😉 Tego dnia przejechaliśmy na rowerze.. 84 km! Jechaliśmy z przerwami na jedzenie ponad 12 godzin (niezła dniówka ;)), jak na teren górski to myślę, że wynik niczego sobie 🙂 Żeby zaoszczędzić kasę, którą wydaliśmy na pizzę postanowiliśmy spać na jakiejś górskiej trasie. Jak się okazało wybraliśmy sobie dość hardcorową – Ptarmigan Lake Trail 🙂 Najpierw próbowaliśmy rowerem z przyczepką, ale dosyć szybko okazało się to niemożliwe. Skończyła się utwardzona żwirowa droga, a zaczęły korzenie. Wróciliśmy do startu zostawić przyczepkę i jak się okazało słusznie też rowery. Trasa zajęła nam ponad 2 godziny! Biorąc pod uwagę to, że wyruszyliśmy dopiero po 21:00, to dotarliśmy już prawie o zmroku 😛 Dobrze, że mieliśmy butelkę do odstraszania niedźwiedzi – oczywiście żartuję 😛 Mieliśmy gaz antymisiowy, a butelka była żeby hałasować. Bo po tylu kilometrach na rowerze, idąc teraz przez chaszcze z ciężkimi plecakami, większość pod górę już nie mieliśmy siły gadać przez cały czas. Ale szczerze mówiąc, myślę, że niedźwiedź by się nie przedarł przez te krzaczory. Bo my mieliśmy bardzo duży problem, mimo że szliśmy cały czas „wydeptaną ścieżką” 😛 Była tak zarośnięta, że nie wiem jak często ktoś nią chodzi. Ale dzięki temu mieliśmy nocleg przy naszym prywatnym pięknym jeziorze 🙂 Tylko My, jezioro, ptaki i reszta przyrody 🙂 Świeże powietrze, brak hałasów, tylko szum wody, śpiew ptaków, no i wycie kojotów w nocy 😉 Jest pięknie, jest dziko, jest tak jak sobie wymarzyliśmy 🙂 To jest taka Alaska jaką chcieliśmy zobaczyć 🙂