Archiwa tagu: tu i teraz

Backcountry i szczyt Denali w tle

19 sierpnia godz. 15:00 (USA)

Siedzimy sobie nad Sanctuary River, szumi woda, kołyszą się drzewa, mają już kolorowe jesienne liście 🙂 Dzisiaj spaliśmy na prawie 21 mili drogi Parku Denali, gdzie dotarliśmy już wieczorem, ale zanim było jeszcze ciemno, więc spokojnie znaleźliśmy nocleg na górce między jagodami (pysznymi.. były na śniadanko) i poszliśmy spać w ciepłym i suchym domku, a na zewnątrz zaczęło padać. Trochę było krzywo i spadaliśmy na dół, więc następnym razem trzeba szukać bardziej płaskiego miejsca, ale już byśmy nie zdążyli przed ciemnością iść dalej przez gąszcz. Grześka mata samopompująca dostała bąblownicy i spał na takiej złożonej na pół i z małą ilością powietrza.. Trzeba będzie napisać do producenta (Term-a-rest), co to można z tym zrobić.. Ostatnie dni były takie aktywne, że nawet nie miałam kiedy pisać, więc teraz postaram się wszystko odtworzyć..

17 sierpnia była niesamowicie piękna pogoda i udało nam się zobaczyć z daleka Denali pokryte śniegiem 🙂 Wspaniały widok! 🙂 Według filmu, który puszczają w parku, jest to możliwe tylko przez 62-67 dni w roku! To znaczy, że tylko przez 1/6 roku widać w ogóle szczyt i nie jest zakryty chmurami. A nam się udało już drugiego dnia po wjeździe do parku idąc Alpine Trail 🙂 Praktycznie bezchmurne niebo, wszędzie dokoła góry, żadnych ludzi przez 99% naszej drogi i zwierzęta 🙂 Tak dużo dzikich zwierząt w ich naturalnym środowisku, jak tutaj widzieliśmy przez jeden dzień, to w Polsce chyba przez całe życie 😉 Widzieliśmy pardwy górskie (Ptarmigan), jeżozwierza, alpejskie wiewiórki ziemne, małą słodką szczekuszkę obrożną (Collared Pica), łosie, renifera tundrowego (Caribou), sójkę kanadyjską (Gray Jay), kruka, zająca.. Było naprawdę super! Dokoła góry, cisza.. dużo ciszy.. można medytować 🙂 Dopiero na samym końcu szlaku przy Savage River, zaczęliśmy spotykać ludzi, z których większość wchodziła na najbliższą górkę (około 20 minut z dołu), z której było widać Denali, jadła coś, robiła sobie zdjęcie i schodziła 😉 Trochę jest zachodu z tym, żeby można sobie było spać na dziko gdzie się chce, ale warto 🙂 Najpierw trzeba obejrzeć 40 minutowy film instruktażowy o podróżowaniu poza szlakami (LINK). Między innymi o tym, że od misia trzeba być minimum 300 jardów (czyli 274 metry), a od pozostałych zwierząt (nawet wilków) tylko 25 jardów (23 metry).. Było też o „Leave no trace”, o tym gdzie postawić namioty, gdzie gotować, a gdzie trzymać jedzenie, kosmetyki i śmieci (w puszce misiowej) w swoim obozowisku (trójkąt narysowany na zdjęciu z pozwolenia obozowania), o tym jak przechodzić głęboką rzekę (w najszerszym miejscu, najlepiej trzymając się w kilka osób na raz). Z czarnym niedźwiedziem jak nas zaatakuje należy od razu walczyć, np. użyć gaz misiowy (jest mniejszy i mniej groźny), z brunatnym i grizzly najpierw udawać martwego (zwinąć się w kulkę – kolana pod brodę, plecak na plecach od góry i ręce zaplecione na szyi od tyłu), a jak i tak atakuje to dopiero wtedy próbować walczyć 😛 Najważniejsza zasada – nie uciekać! On zapierdziela nawet 50 km/h, więc nawet najlepszy biegacz nie ma szans 😉 a jak się zacznie uciekać to wywołuje to u misia instynkt łowcy 😛 Jak się go widzi z daleka i zaczyna do nas podchodzić to wtedy podnosimy ręce do góry i spokojnie głośno mówimy, żeby wiedział żeśmy ludzie 🙂 Najlepiej zbić się w grupę, żeby się wydawać większym. Druga najważniejsza zasada to ostrzec misia – cały czas gadać, śpiewać, klaskać, gwizdać itd., żeby misia nie zaskoczyć swoją obecnością, żeby nie poczuł się zagrożony i nas nie chciał zaatakować. Za to przed łosiem trzeba uciekać (ponieważ nie jest drapieżnikiem) i schować się za jakimś drzewem, krzakiem czy czymś innym, a jeśli nic nie ma to biec zygzakiem często zmieniając kierunek. Pastę do zębów po użyciu trzeba rozpylać jak aerozol, a nie pluć w jedno miejsce. Wszystkie śmieci zabierać ze sobą, łącznie z papierem toaletowym. Bardzo dużo różnych porad – fajny film 🙂 Polecamy. Większość rzeczy już wcześniej gdzieś czytaliśmy np. w książce „Sztuka minimalizmu w podróży” albo „Sztuka wędrowania z plecakiem” – bardzo polecamy! Dużo informacji było też w bezpłatnych gazetkach na terenie parku 🙂 Jest też bezpłatna filtrowana woda tak a propos i są polecane butelki wielokrotnego użytku (bez toksycznego BPA – Bisphenol A) zamiast plastikowych, które można kupić w promocji z pięknymi zdjęciami – skorzystaliśmy 🙂 Po filmie rozmowa z przedstawicielką Park Rangersów, wybór miejsca po którym chcielibyśmy wędrować, wypełnienie karty z naszymi danymi, żeby dostać pozwolenie.. Trochę czasu zajął nam wybór unitu (terenu), w którym chcielibyśmy nocować, ponieważ jest ich 87! wzdłuż parkowej drogi. Niestety autostop jest tam możliwy tylko do Savage River, ponieważ tylko dotąd można dojechać prywatnym samochodem, a dalej już tylko parkowe autobusy. Z jednej strony to dobrze, bo na pewno ekologiczniej, z drugiej strony autobusy są drogie, najtańsza opcja to 33$ za osobę. Przeanalizowując plusy i minusy naszej decyzji, nie zdecydowaliśmy się na autobus – to conajmniej kilka dni podróży gdzie indziej no i nie wiadomo czy nie zapłacimy za bilet, a jak dojedziemy to będzie cały czas lało i i tak nie zobaczymy Denali.. Wybraliśmy opcję po taniości.. czyli nocleg za darmo, mapa za darmo (porządniejsza 10$ i tylko 2 unity na niej), dojazd bezpłatnym autobusem (dojeżdża tylko da Savage River) a potem na nogach 🙂 Po otrzymaniu pozwolenia, złożeniu podpisów, otrzymaliśmy za darmo 2 puszki misiowe (do zwrotu) i w drogę! 🙂 Jest to niesamowita przygoda 🙂 i każdy wielbiciel survivalu powinien spróbować 🙂 Park jest olbrzymi! (24 585,1 km² -największy w USA), jest w nim tylko jedna droga, mająca 92 mile.. a dokoła las, góry, rzeki.. Ogromna przestrzeń, która nam małym ludzikom wydaje się nieskończona 🙂 Dalej za Savage River nie ma już nigdzie wyznaczonych szlaków! Dostajesz mapę i idziesz gdzie chcesz 🙂 (w obrębie unitu, który wybrałeś na dany dzień, żeby nie było za dużo ludzi na jednym terenie na noc – najmniejsze mają długość kilku mil, największy jak 1/4 parku). Sam decydujesz, którędy najlepiej iść, gdzie chcesz rozłożyć namiot (jak najdalej od drogi i tak, żeby nikt Cię nie widział), ile chcesz przejść w ciągu dnia.. Dokoła cisza, naprawdę aż dzwoni w uszach! W Polsce jeszcze chyba nigdzie tak nam się nie przytrafiło.. nawet w Bieszczadach.. zawsze gdzieś słychać jakiś samochód z oddali, jakichś ludzi.. Tutaj jak się odejdzie dalej od drogi – nikogo nie ma! Tylko przyroda 🙂 my, zieleń, zwierzątka 🙂 Trudno opisać jakie to uczucie.. taka wolność 🙂 Przestrzeń.. takie zatrzymanie czasu.. dzień jest dłuższy.. jest taki bardziej pełny 🙂 Bardzo dużo okazji na ćwiczenie mindfulness 🙂 każda chwila, każdy krok to bycie tu i teraz, każdy moment to medytacja 🙂 celebrowanie życia 🙂 delektowanie się byciem żywym.. 🙂 Dziękujemy! 🙂

Denali.. szykuj się.. nadciągamy

15 sierpnia godz. 19:31 (USA)

Jedziemy właśnie z Markiem jego kamperem 🙂 Sam podszedł do nas na stacji benzynowej, żeby zapytać czy nie potrzebujemy podwiezienia 🙂 To już tego dnia piąty stop, a w tej podróży szósty 🙂 Wczoraj podwiózł nas Andrew do Wasilla (40 mil dalej niż planował jechać), a cieszylibyśmy się gdyby tylko nam udało się wyjechać z Anchorage 🙂 Z okazji, że nas podwiózł pod Freda Meyera (a są tu najtańsze wegańskie jedzonka), kupiliśmy sobie Tofurky wędlinę z pieprzem, była też kiełbasa Polka 🙂 ale woleliśmy wędlinkę. Rowery zostawiliśmy w komisie i miejmy nadzieję, że szybko znajdą nowych właścicieli 🙂 Ciężko było się przedrzeć przez miasto z plecaczorami na plecach bez przyczepki 😛 Dobrze, że mnie mężuś tak odciążył i dostał mi się tylko taki plecak, jaki jestem w stanie jakiś czas ponieść 🙂 Poszukiwanie noclegu zajęło nam jakiś czas, przeszliśmy kilka kilometrów i było już całkiem ciemno, zanim znaleźliśmy miejsce na domek w lesie pełnym grzybów. Kolejny raz mnie zdziwiło czemu oni nie zbierają tych grzybów 😛 tylko ślimaki je zjadają albo ze starości się psują.. W domku było bardzo fajnie, ale krótko spaliśmy i zebraliśmy się na dalszą wyprawę 🙂 Najpierw zabrał nas pan, który zajmuje się budowaniem, potem dwóch wyluzowanych chłopaków z psem, z których na szczęście tylko jeden (nie kierowca ;)) palił jointa po drodze i mówił, że Alaska to nowy Amsterdam 😉 i gdzie można kupić legalnie zioło 😛 Ogólnie na Alasce co chwilę czuć zapach konopny, więc chyba sporo ludzi używa tego poprawiacza humoru 😉 My grzecznie podziękowaliśmy i za chwilę byliśmy już przy sklepie z podobno pysznymi lodami (ale nie wegańskimi, więc zrobiliśmy sobie makaron z soczewicą i łapaliśmy stopa dalej). Zatrzymał się rybak, który pływa na statku potrafiącym złowić za jednym razem 50 tyś. funtów ryb – na zdjęciu było ich bardzo dużo.. Opowiadał też jakie dobre jest mięso z łosia i niedźwiedzia, ale po info o tym, że my weganie, powiedział, że jagody też są pyszne 🙂 Jedliśmy już nie raz na szlaku, więc potwierdziliśmy, że są smakowite 🙂 W ogóle jagody są tu gigantyczne! takie jak u nas borówki, mają wielkie krzaki, niektóre większe niż ja i wielkie owoce 🙂 Myślałam szczerze mówiąc, że przez to, że tu tak zimno, nic prawie tu nie rośnie albo jakieś małe roślinki, ale nie pomyślałam o tym, że latem jest tu dzień polarny i rośliny mają w ciągu dnia bardzo długo światło i możliwość wzrostu. Przez to są naprawdę duże.. i mocniej pachną niż u nas.. no bo mają większe kwiaty 🙂 Jest tu pełno krzaków dzikich róż (tych różowych), które uwielbiam, a tu pachną jeszcze mocniej i mają wielkie kwiaty 🙂 Ale wracając do stopa, pogoda dziś była taka, że łapiąc stopa aż się rozebrałam do krótkiego rękawka (Ci co mnie znają wiedzą jaki ze mnie zmarzluch) co mi się na tej wyprawie zdarzyło pierwszy raz 🙂 Jadąc dalej zaczął padać, a następnie lać deszcz, tak że wycieraczki nie nadążały zbierać wody.. Mieliśmy być podwiezieni tylko kawałek, ale nasz wybawiciel nie miał sumienia nas zostawić w taki deszcz, więc znów kolejna osoba nas podwiozła dużo dalej niż planowała 🙂 i jeszcze dostaliśmy wodę 🙂 Jak my się odwdzięczymy temu światu? chyba miłością i radością 😉 Jak uciekliśmy na chwilę od deszczu, szybko ubraliśmy kurtki i spodnie i buty przeciwdeszczowe (chwilę byliśmy nawet w sandałach :D) i już za chwilę padało, a my dalej łapaliśmy.. Staliśmy 15 minut w deszczu i nic, więc stwierdziliśmy, że idziemy szukać noclegu.. i wtedy widząc nadjeżdżający samochód, machnęłam kartką od niechcenia.. i.. zatrzymał się 🙂 Podwiózł nas niedaleko na stację benzynową, ale znów uciekliśmy od deszczu.. zjedliśmy makaron.. i podszedł do nas Mark 🙂 A teraz w międzyczasie jak to piszę, byliśmy na tarasie widokowym i widzieliśmy szczyt Denali od strony południowej 🙂 Wielka szpiczasta góra, ale nawet nie przykryta chmurami, ale się nam udało 🙂 Jeszcze widzieliśmy trzy łosie przy drodze, w tym dwa malutkie i gigantyczną tęczę (dużo większą niż w Polsce – to chyba dobry znak :)). Chyba nam się uda już dziś uciec od deszczu i jutro się wybrać na szlak. Właśnie wyjechaliśmy z Denali Park i jedziemy obok niego, ale jutro znów do niego wejdziemy albo wjedziemy 🙂 Zobaczymy 🙂

Pan Łoś

13 sierpnia godz. 12:15 (USA)

Właśnie zjedliśmy pyszną organiczną tofucznicę z cebulką, masłem orzechowym crunchy i nanami togarashi 🙂 Dzisiaj się wyspaliśmy, chwilowo nawet nie pada, więc zapowiada się kolejny wspaniały dzień 🙂 Jak wracaliśmy z Safewaya po północy bo nie doczekaliśmy się, żeby przestało padać, ulice były płynącymi rzekami, praktycznie całkowicie opustoszałe.. Gottfried radził nam, żebyśmy zostali tam na noc bo jest czynne całą dobę, ale jakoś pewniej czujemy się pośrodku niczego (w sensie lasu), niż w markecie. Zjeżdżaliśmy szybko z dużej górki, deszcz mocno lał, omijaliśmy slalomem największe rzeki wody, właśnie powiedziałam, że ulice są tak całkowicie puste (mimo, że trzy pasmowe), że nie widać żywej duszy.. i nagle.. Grzesiek zahamował tak, że praktycznie na niego wjechałam (po ciemku jadę z tyłu bo mam czerwone mrugające światełko, a Grzesiek białe :P).. i pokazał mi gigantycznego! łosia (Pana Łosia z wielkim porożem), na którego praktycznie wjechaliśmy bo było tak ciemno, że go zauważyliśmy jak byliśmy kilka metrów od niego.. Nie wiem kto był bardziej zaskoczony tą sytuacją.. Pan Łoś z przerażeniem odskoczył swoim niezgrabnym truchcikiem kilka metrów i stanął swoim okazałym porożem w naszą stronę.. i czekał.. Myślę, że bardzo go wystraszyliśmy bo wzięliśmy go z zaskoczenia.. Pomyślał pewnie – co za świry tu jeżdżą w środku nocy.. nawet w taką pogodę nie można się spokojnie przespacerować.. Postanowiliśmy już nie podjeżdżać bliżej, żeby się przyjrzeć czy ma uszy do góry i jest nami zainteresowany, czy raczej uszy po sobie i szykuje się żeby nas staranować 😛 Podobno na Alasce sporo ludzi zostaje staranowanych przez łosie 😛 Miał zdecydowanie przewagę wielkości i masy, więc oglądając się za siebie, odjechaliśmy jak najszybciej na drugą stronę drogi 😛 Nawet nie zdążyłam zrobić zdjęcia 😉 A propos to jedyny człowiek, który był zjedzony przez niedźwiedzia w Denali robił mu zdjęcia jeszcze wtedy kiedy on już do niego podchodził – było to potem widać na jego aparacie – ale chyba nie dostał pośmiertnie nagrody za najbliższe zdjęcie misia. Jak już ominęliśmy łosia dużym łukiem, tak że aż z wrażenia pojechaliśmy za daleko i musieliśmy się cofać, wróciliśmy na miejsce gdzie dzień wcześniej nocowaliśmy, tylko trochę bliżej drogi bo dalej po całym dniu deszczu na ścieżce było bagienko. Wczorajszy dzień był bardzo męczący i cały poświęcony na poszukiwaniu moich spodni (jak na prawdziwą kobietę przystało nie cierpię zakupów! może dlatego, że mam taki niestandardowy rozmiar, a w USA to już w ogóle, że jak wchodzę do sklepu, to najpierw patrzę czy coś w ogóle jest w moim rozmiarze :P). Już nawet lumpeksy w Anchorage mamy obcykane 😉 ale dopiero w sklepie myśliwskim znaleźliśmy pasujące (w miarę :P) na mnie spodnie w rozmiarze dziecięcym L. Oni naprawdę mają świra na punkcie polowania – body dziecięce w leśnym maskowaniu, kostium kąpielowy w leśnym maskowaniu, kombinezon damski w leśnym maskowaniu z różowym futerkiem od wewnątrz.. no i wszędzie wypchane zwierzątka patrzą się martwymi oczami ze ściany 🙁 i pełno broni! do koloru, do wyboru.. Widzieliśmy tatusiów idących z dziećmi na jagody z bronią za paskiem.. w końcu trzeba dbać o bezpieczeństwo rodziny.. no cóż.. Wracając do jeżdżenia po sklepach trafiliśmy między innymi do sławnego REI, w którym czuliśmy się jak małe dzieci w krainie zabawek 🙂 Co chwilę trafialiśmy na coś fascynującego, czego u nas w Polsce nie ma.. był np. malutki namiocik.. dla psa! 😀 Bardzo mnie cieszy, że mam już w końcu te spodnie i już się wczoraj wieczorem przydały 🙂 i będzie można w końcu wyruszyć do tego Denali 🙂 Mamy zapas jedzenia, zapas gazu, nawet swoją prywatną łopatkę do zakopywania nieczystości, w razie potrzeby 🙂 Trzeba tylko jeszcze sprzedać rowery i przyczepkę, bo jednak przesiadamy się na autostop, żeby trochę ułatwić naszą podróż w wysokie góry i żeby aż tak bardzo nie przedłużać naszego pobytu, bo dziś mijają trzy tygodnie jakie planowo mieliśmy tu spędzić. Widzieliśmy wcześniej, że jest tu trochę miejsc, w których można sprzedać używane rzeczy. Mam nadzieję, że nam się uda bez problemu za jakąś rozsądną cenę. To jest plan na dziś. No i jak się uda, to jakiś couchsurfing a jak nie to znalezienie pralni z suszarnią. Zobaczymy co się dziś uda zrealizować, najważniejsze że na razie nie pada, a wczoraj wieczorem było widać praktycznie całe góry, jak jeszcze w Anchorage wcześniej nie widzieliśmy 🙂 Oby to zapowiadało poprawę pogody przed wyjazdem do Denali 🙂

12 lat minęło.. jak jeden dzień..

11 sierpnia godz. 16:45 (USA)

Siedzimy sobie przy kominku! W Safeway (taki market :P), oglądamy TV (no dobra – tylko słuchamy ;)), ja piszę, a Grzesiek surfuje w internecie.

7 sierpnia jechaliśmy do Edny i dojechaliśmy do tarasu widokowego przy Bird Creek i tam spaliśmy przy pięknym widoku 🙂 Pogoda tego dnia była zmienna, sporo padało i wiało, ale jak już zaczęliśmy jechać w stronę Edny od zakrętu, gdzie można było skręcić do Whittier – wiatr wiał nam w końcu w plecy i było dużo łatwiej 🙂

8 sierpnia poranek zaczął się brakiem powietrza w mojej przedniej dętce 😛 Grzegorz na szczęście szybko sobie z tym poradził i mogliśmy jechać dalej 🙂 W końcu wyszło troszkę słońca i wyschnął nam namiot i trochę się porozbieraliśmy z naszej grubej skorupy ubrań 🙂 Do Edny dotarliśmy dosyć wcześnie po południu i nie było jej w domu. Stwierdziliśmy, że zostawimy rzeczy pod jej domem i zobaczymy co tam u sąsiadów 🙂 W muzeum poszukiwaczy złota ich nie było, ale pooglądaliśmy sobie tam wszystko, znaleźliśmy w końcu złoty pociąg 😉 (niestety nie wzięliśmy aparatu, ale musicie nam uwierzyć na słowo ;)) i zaczęliśmy wracać po swoje rzeczy, a tutaj.. Edna! Przyjechała akurat z zakupów z Parisem 🙂 Tym razem byliśmy tylko my, Edna i Paris i było jak zwykle  przesympatycznie 🙂 Rozmawialiśmy (jakoś powolutku sobie zaczynamy radzić z tym amerykańskim :P), śmialiśmy się, oglądaliśmy zdjęcia, graliśmy w bilard (a raczej oni grali, a ja się uczyłam podstaw typu trzymanie kija, trafianie w bilę itd ;)). Edna poszła oglądać swoich ulubionych Rangersów, a my zaczęliśmy uzupełniać braki na blogu 🙂 W końcu nasze buty (a szczególnie Grześka, bo jemu przemokły na wylot) były czyste, suche i pachnące 😀 Mieliśmy czyste ciuchy, wygodne łóżko, gorący prysznic 🙂 Człowiek zaczyna doceniać takie wygody jak zwykły kibelek ze spłuczką, gorąca woda pod prysznicem, pralka.. Niby takie to wszystko zwykłe i w Polsce była to codzienność, ale tutaj przez większość naszego wyjazdu nie doświadczamy takich luksusów 😉 mimo, że to Ameryka 😀 Ale w sumie o to nam chodziło, żeby bardziej się cieszyć tym co się ma 🙂 Mimo bardzo wygodnego łóżka do końca się nie wyspaliśmy, bo było sporo bloga do nadrobienia, a i tak wszystkiego nie wpisaliśmy i poszliśmy spać bo byliśmy już tacy zmęczeni 😛

9 sierpnia – Jesteśmy razem już 12 lat! 🙂 Żegnamy się z Edną po zjedzeniu pysznego smoothie, owsianki i otrzymaniu w prezencie chleba przez nią upieczonego 🙂 Cały wieczór i noc lało i nie było widać praktycznie gór, a dziś już nawet widać i troszkę prześwieca słońce 🙂 Edna życzy nam suchej drogi 🙂 będzie się za nas modlić 🙂 mamy dawać znać co u nas i jak odwiedzimy Teksas lub Ohio to przyjmie nas jej rodzinka 🙂 W trakcie drogi zbierają się chmury i zaczyna padać tak, że trochę mokniemy, a potem znów wychodzi słoneczko 🙂 Dziś bardzo duży przypływ.. Podobno dużo ludzi wchodzi na zaschnięte błocko, robiąc zdjęcia i nie zdając sobie sprawy z tego, że szybko tu przychodzi przypływ, i ciężko od niego uciec 😛 Po drodze znów pęknięta dętka – tym razem w Grześka tylnim kole 😛 Ale na szczęście świeci słońce 🙂 Jest to boczna droga i po załataniu dziury próbujemy pierwszy raz jak się jeździ na ostrym kole 🙂 Kolejne marzenie Grześka spełnione 😀 Wieczorem robimy zakupy w Walmarcie – kupujemy na rocznicę dwa opakowania wegańskich lodów – ale szaleństwo! 🙂 Obydwa pyszne, ale o dziwo czekoladowe z brownie (z normalnymi kawałkami ciasta! – nie było zmrożone i twarde, ale miękkie i puchate – nie wiem jak oni to robią :P) mniej mi smakowało niż kawowe z kawałkami czekolady i ciągnącym się toffi 🙂 Mmm.. pychota 🙂 Po zakupach jedziemy spać do Chrisa znalezionego na warmshowers 🙂 Bardzo miło i sympatycznie, krótko pogadaliśmy bo była już prawie 22:00 a następnego dnia do pracy. Rano nie za bardzo się dogadaliśmy co do godziny o której mamy wyjść i jak brałam prysznic Chris już biegł do pracy i powiedział Grześkowi jak mamy zamknąć drzwi 😉 Fajnie, że nam tak zaufał 🙂 Jak wyszliśmy z domu, próbowaliśmy znaleźć sobie wodoodporne spodnie, które by się nadawały do biegania i na rower 🙂 Stwierdziliśmy, że jest to priorytet przed wyjazdem do Denali. Momentami było gorąco i nawet nie padało. Zwiedziliśmy centrum Anchorage, Grzesiek znalazł sobie fajne spodnie, dla mnie niestety mimo całego dnia spędzonego na poszukiwaniach – nic nie znaleźliśmy. Chyba nie muszę mówić o rozmiarach w Stanach? 😉 Spodnie w rozmiarze XS były takie, że ze dwie mnie by się pewnie zmieściły 😛 W centrum widzieliśmy najwyższy wieżowiec Philipsa, szklane przejście nad skrzyżowaniem między budynkami, murale, dużo ludzi, samochodów i dużo hałasu.. Chyba już się odzwyczailiśmy od miasta 😛 Byliśmy już zmęczeni, niewyspani (u Chrisa spaliśmy też ze 4 godziny bo zakładaliśmy konto na Couchsurfingu), głodni.. pojechaliśmy do Safewaya.  Nabraliśmy wody, kupiliśmy coś do jedzenia i poszukaliśmy noclegu. Spaliśmy w środku niczego, tzn. pomiędzy młodym lasem, w którym oprócz nas ostatnio były tylko łosie 🙂 Rano odwiedziło nas jakieś małe zwierzątko, które sobie coś chrupało koło namiotu 🙂 Wieczorem i w nocy i rano znów padał deszcz, potem chwila przerwy jak wyszliśmy z domku, a teraz jak to piszę znów pada deszcz 😛 No przydały by mi się też te wodoodporne spodenki na pewno 🙂 Może się uda jutro coś upolować bo dzisiaj to już raczej za późno. Dziś spotkaliśmy bardzo miłego Gottfrieda z Niemiec, który jest fotografem i robi bardzo ładne zdjęcia 🙂 No to już kończę, bo się rozpisałam bardzo i kiedy my to przepiszemy na bloga 😉

Wiatr we włosach

6 sierpień godz. 21:40 (USA)

Siedzimy w domku i robimy kolację. Dziś znów dzień pełen wrażeń 🙂 Nie było za bardzo słońca ale chociaż nie padało, czyli jak na Alaskę – bardzo dobra pogoda 😉 Wczoraj przejechaliśmy 70 km i dojechaliśmy do Devil’s Creek Trail. Przejeżdżaliśmy obok bardzo dużej ilości jezior: Upper i Lower Trail Lake, Kenai Lake (największe), Tern Lake 🙂 Gór za bardzo nie było widać, ale jeziora były bardzo ładne 🙂 Doszliśmy (a raczej dojechaliśmy z przyczepką!) do miejsca na namiot po 2,3 mili, a potem przy głównej trasie przyczepiliśmy rowery i przyczepkę i jeszcze przeszliśmy kawałek z plecakami. Zrobiliśmy kolację na skrytce misiowej, schowaliśmy tam resztę jedzenia i poszliśmy spać z nadzieją, że rano nie będzie padać, wstaniemy wcześnie i wyruszymy dalej. Rano obudził nas deszcz oczywiście 😛 Więc spaliśmy dalej i wstaliśmy w końcu o 11:00 i nie padało 😀 Nawet było widać kawałki błękitnego nieba. Pomyślałam sobie, że jak w piosence „Oprócz błękitnego nieba, nic nam dzisiaj nie potrzeba” 😉 Bardzo fajne miejsce na kemping, niedaleko mały staw i rzeczka, kilka miejsc na namioty, miejsce na ognisko ze stelażem na grila, no i skrytka misiowa z dyżurną łopatką do zakopywania swoich nieczystości 😛 W końcu najważniejsza zasada biwakowania to „leave no trace” 🙂 Bardzo nam się podoba, że przy wejściu na szlak jest księga gości, w której wpisuje się imię i nazwisko, planowany cel i długość pobytu, czy się idzie, jedzie na rowerze (tzn. sposób dotarcia do celu), a jak się wraca to uwagi po przejściu szlaku. Jest też mapa z opisem, po ilu milach jest miejsce na kemping, ewentualnie kibelek, szacowany czas przejścia, przewyższenia itp. No i bardzo fajne plastikowe zawieszki o tym jak się przygotować na biwak, żeby być jak najbardziej ekologicznym, etycznym, szanować przyrodę, no i nie zostawiać śladów (leave no trace). Jak skończyliśmy śniadanko i spakowaliśmy się usłyszeliśmy jakby zawodzącego – wołającego mamę małego misia w oddali.. Powtórzyło się to wiele razy.. Nawet nagrałam na dyktafon. Ciekawe czy to faktycznie niedźwiadek. Kiedy w końcu około 14:00 dowlekliśmy się do naszych rowerów, ze zdziwieniem zobaczyliśmy chłopaka jadącego na rowerze. Powiedział, że za niecałą godzinę startuje tym szlakiem rajd rowerowy, pojechał jeszcze kawałek dalej na patrol i wrócił. Stwierdziliśmy, że z naszą przyczepką zrobimy im niezłą zaporę, więc trzeba szybko wracać. Przejechaliśmy trasę powrotną ekspresowo i wywarliśmy niezłe wrażenie na uczestnikach bike maratonu naszą przyczepką i rowerami bez przerzutek. Pewnie sobie pomyśleli, że my to dopiero jesteśmy świrnięci na maksa 😛 Myślę, że jest wysoce prawdopodobne, że tylko my przejechaliśmy ten szlak takimi rowerami, a z przyczepką to prawie na pewno 😉 Po przejechaniu pierwszego naszego górskiego wyścigu rowerowego byliśmy jednak trochę zmęczeni, więc dziś przejechaliśmy tylko około 44 km. Widoki były przepiękne 🙂 Alaska jest jeszcze taka dzika i ma tak dużo gór! Praktycznie same góry 🙂 Osiągnęliśmy swój rekord życiowy w zjeździe z góry (1,33 min/km)! i to z przyczepką! A ja się tak wzruszyłam, że aż uroniłam łezkę, tak sobie zjeżdżając z góry 🙂 Wiatr we włosach, ośnieżone szczyty w oddali, zielone góry dookoła, wąwozy, strumienie i zieleń, zieleń, zieleń 🙂 Jest tutaj naprawdę przepięknie, właśnie tak jak sobie wyobrażaliśmy 🙂 Jak to Grzesiek powiedział „takie gigantyczne Bieszczady, ale chyba jeszcze bardziej dziko” 😉 A przed nami jeszcze Denali.. Jeszcze wyższe góry i mam nadzieję, że jeszcze piękniejsze 🙂 Oby pogoda dopisała 🙂

Chcemy słońce.. !

5 sierpień godz. 9:35 (USA)

Ciągle pada a nawet leje.. Nie chce się w ogóle wyjść ze śpiwora a co dopiero z namiotu a co dopiero wsiąść na rowery i pojechać. Wiadomo, że będzie zimno i mokro, że będzie katar, że nie będzie widoków na pokrzepienie. No ale nie ma wyjścia.. Nie można zapaść w sen zimowy w Seward, ani wejść do przezroczystej bańki, która można otworzyć i zamknąć na zamek błyskawiczny. Jedyne wyjście to być dzielnymi stworzonkami i dojechać jak najszybciej na północ i mieć nadzieję, że tam nie będzie padać. Może Edna nas znów ugości, a może się uda w końcu odwiedzić jakiegoś „warmshowersa” 🙂 Zobaczymy.. Oby tylko przestało padać i żeby chociaż w Denali Park się udało coś zobaczyć, bo w Kenai niestety nie widzieliśmy ani fiordów ani lodowca. Nawet „naszej” góry z drugiej strony rzeki nie widać, a tych po drugiej stronie Seward to już w ogóle. No niestety to lato na Alasce jakieś bardzo deszczowe, jesteśmy już prawie 2 tygodnie i przez ten czas był jeden! dzień kiedy od rana do wieczora świeciło słońce. Damy jeszcze szansę Alasce na zrehabilitowanie się 🙂 Nie może tak być, że jedyny słoneczny dzień wykorzystaliśmy na suszenie prania i to już koniec słońca. Chcemy słońce, żeby było widać ładne widoczki, żeby można chodzić po szlakach, żeby było widać jakieś zwierzątka, żeby można było usiąść na trawie i coś zjeść, żeby mieć suche siodełko na rowerze i suche ubrania i żeby się ugrzać, żeby się może nawet trochę spocić 😉 Bo w końcu jest lato, a jak jest lato to jest słonecznie, koniec, kropka. Nie ma dyskusji! Chcemy słońce i ma być słońce 🙂 Już wystarczy deszczu roślinkom, już się chyba aż podtapiają i my już trochę też. My kochamy słońce i jesteśmy ciepłolubni, Ci co nie narzekają na upał, bo wtedy można się schować w cień jak jest za gorąco, a nam prawie nigdy nie jest za gorąco 🙂 także słońce masz pole do popisu.. Śmiało 🙂 Poużywaj sobie 🙂 Bo jak żyć jak ciągle pada i pada? Jak się przemieszczać dalej? Jak oglądać widoki jak zniknęły w szarości? Nawet nie wiadomo by było, że tam jakieś góry są, jak byśmy tu teraz pierwszy raz przyjechali.. Dobrze, że widzieliśmy i wiemy, że tam są 🙂 No i że jeszcze nie jedne widoki nam się ukażą po drodze naszej wędrówki 🙂

Before I die..

4 sierpień godz. 14:16 (USA)

Dzisiaj znów mocno pada, zaczęło w nocy i nie chce przestać 😛 Wczoraj był moment kiedy siedzieliśmy na hamaku, że było aż gorąco 🙂 Pojechaliśmy na sam koniec drogi, gdzie można było dojechać, ale wróciliśmy spać do naszego starego miejsca nad rzeką. Tam dotarliśmy zbyt późno, żeby jeszcze iść z plecakami po drodze nad klifem, więc stwierdziliśmy, że może się tam wybierzemy jak będziemy wracać. Ale jednak dziś się nie uda wybrać na lodowiec przez ten deszcz i pewnie wybierzemy się tylko do łazienki 😛 Dobrze, że jest niedaleko (6 km w jedną stronę :P), za darmo i jest ciepła woda 🙂 Nie ma prysznica, ale i tak się da umyć w umywalce nawet moje długie włosy. Kto wie, może jutro się rozpogodzi i dotrzemy w końcu do tego lodowca, a może się wybierzemy zobaczyć fiordy 🙂 Wielorybów pewnie nie będzie łatwo wypatrzyć, ale za to wczoraj widzieliśmy dwa razy jak leciał nad nami gigantyczny biało-brązowy amerykański orzeł – ładny 🙂

Hamak, ognisko, relaks..

3 sierpień godz. 11:28 (USA)

Siedzę sobie na hamaku i piszę 🙂 jest fajnie 🙂 Pranie się suszy, ładowarka solarna się ładuje, pyszne śniadanko zjedzone, jak to dobrze, że jest słońce 🙂 I to od samego rana i praktycznie nie ma chmur, nie ma upału jak w Polsce, ale jest tak w sam raz – kocham słońce 🙂 A wczoraj mój kochany mężuś zrobił mi nawet ognisko 😀 Było grilowane na kamieniu tofu przerobione na tofucznicę w sosie pomidorowym z cebulą i czosnkiem zawijane w pełnoziarnistą tortillę podgrzaną nad ogniem.. mmm.. pychota 🙂 Dzień odpoczynku się trochę przeciągnął bo jak zrobiliśmy pranie dopiero o 21:00, to mimo  że widno jest gdzieś do 24:00, to już wtedy słońce aż tak nie grzeje 😉 Przez noc, mimo że był wiatr też za bardzo nie wyschło więc teraz dopiero wysycha na słoneczku. Ze spodni jesteśmy bardzo zadowoleni na razie (wiadomość do Rafała ;)) Nie rozciągają się, łatwo się spiera nawet smar z roweru wodą z rzeki z mydłem Alterra 😉 Więc sprawdzają się super – a przede wszystkim są bardzo wygodne i do chodzenia i na rower 🙂 Wczoraj zaszaleliśmy i kupiliśmy lody czekoladowo-orzechowo włoskie Coconut Bliss organiczne – bardzo dobre, ale jednak dużo lepsze (a tańsze)  były te pierwsze (Ben & Jerry’s). To chyba były najlepsze lody wegańskie jakie jedliśmy i jest to jednogłośna opinia nas obydwojga 🙂 Piękne widoki, ładna pogoda, hamaczek 🙂 tylko wredne muchy dokuczją 😛 ps. pszczoły tak naprawdę wcale nie są wredne, tylko pracowite 😛 i podobno żądlą tylko gniewnych ludzi, a takich co są miłością i radością nie 🙂 co by dobrze o mnie świadczyło, bo już ileś lat mnie żadna nie użądliła 🙂 (a to wiadomość do rodziców :)) pps. i jeszcze wczoraj kupiliśmy pyszne organiczne banany i od razu zjedliśmy a przed chwilą zjedliśmy najpyszniejsza pomarańczę na pół, bo kosztowała chyba z 5zł 😛

Spotkanie z Polakami w środku dziczy

2 sierpień godz. 11:58 (USA)

Siedzimy w namiocie koło Resurrection River i zaczynamy robić śniadanie. W nocy bardzo mocno padało, że aż ciężko było zasnąć, mimo że w ciepłym i suchym domku namiotowym. Grzegorz był dzielny i mimo deszczu poszedł ściągnąć nasze jedzenie z drzewa schowane przed misiem 😉 Wczorajsze zakupy – udane! 🙂 Zrobiliśmy dużo zapasów na później. Niestety tylko suchy prowiant i puszki bez owoców i warzyw bo możliwości przyczepki i Grzegorza są ograniczone. Z ciekawostek kupiliśmy Oreo z nadzieniem o smaku masła orzechowego 🙂 Dobre, ale oczywiście na maksa słodkie 😛 Przy okazji chodziliśmy po sklepie jak najdłużej oglądając wszystkie półki, żeby się wysuszyć. Pogoda niestety nas nie rozpieszczała tego dnia, tzn. wczoraj, a nie mogliśmy sobie pozwolić na luksus dnia odpoczynku bo rano zjedliśmy ostatnie zapasy. Wracając wczoraj ze szlaku spotkaliśmy Polaków! W dodatku z Wrocławia, z Biskupina, dwoje z AWFu i profesora Monkiewicza, z którym miałam zajęcia na studiach. Fajne takie spotkanie i to w środku niczego by się wydawało 🙂 Mieli płynąć na Resurrection Bay, ale pogoda pokrzyżowała im plany i dzięki temu udało nam się spotkać (już po tygodniu na Alasce pierwsi Polacy). Chwila miłej rozmowy, zrobiło się tak troszkę domowo 😉 Zaprosili nas do siebie do Wisconsin, ale to za bardzo nie po drodze West Coast 😉 i pocieszyli, że w Seward jest sklep 🙂 Tego nam było trzeba 🙂

Ptarmigan Lake Trail

1 sierpień godz. 11:41 (USA)

   

Whittier niestety nie okazało się przyjazne dla rowerzystów i nas nie wpuściło, bo był zakaz przejazdu przez tunel, a już nam zostało tylko z 7 km. No więc zawróciliśmy i pojechaliśmy w stronę Seward, pogoda była ok, w grubszej wersji ubrań było cieplej, ale bardzo górzyście.. Zaczęły się kryzysy przy wjeździe pod bardziej strome góry. Postanowiliśmy pozbyć się jednego bukłaka wody, to w końcu prawie aż 4 litry. A potem też drugiego i zostały nam w sumie 4 butelki po 250 ml. Ale tam co kawałek na kempingach jest woda, gorzej z jedzeniem. Przejechaliśmy niecałe 40 km i postanowiliśmy iść spać jak się nadarzyła okazja na rozbicie namiotu 🙂 Wstaliśmy chwilę po 6:00 (w niedzielę! :P) i już o 8:00 byliśmy na trasie. Wyczekiwany sklep okazał się niestety tylko barem.. Zjedliśmy już tego dnia na śniadanie soczewicę z ryżem, a później na obiad też. Obiad w pięknych okolicznościach przyrody – nad Lower Summit Lake 🙂 Została nam już tylko jedna porcja na kolację, no i ponad 70 km do Seward, gdzie już na pewno ma być sklep. Będąc w takiej sytuacji postanowiliśmy na Upper Summit Lake zjeść coś w tej restauracji, pojechać jak najdalej damy radę, zjeść resztę jedzenia na śniadanie i dojechać w końcu do Seward. Zjedliśmy najdroższą pizzę w naszym życiu za niecałe 22$! Była bardzo dobra – z papryką, pomidorami, czarnymi oliwkami, pieczarkami, bazylią, szpinakiem i sosem marinara no i bez sera oczywiście 🙂 Dała nam faktycznie sporego kopa energetycznego – aż taka duża porcja na jeden raz 😉 Tego dnia przejechaliśmy na rowerze.. 84 km! Jechaliśmy z przerwami na jedzenie ponad 12 godzin (niezła dniówka ;)), jak na teren górski to myślę, że wynik niczego sobie 🙂 Żeby zaoszczędzić kasę, którą wydaliśmy na pizzę postanowiliśmy spać na jakiejś górskiej trasie. Jak się okazało wybraliśmy sobie dość hardcorową – Ptarmigan Lake Trail 🙂 Najpierw próbowaliśmy rowerem z przyczepką, ale dosyć szybko okazało się to niemożliwe. Skończyła się utwardzona żwirowa droga, a zaczęły korzenie. Wróciliśmy do startu zostawić przyczepkę i jak się okazało słusznie też rowery. Trasa zajęła nam ponad 2 godziny! Biorąc pod uwagę to, że wyruszyliśmy dopiero po 21:00, to dotarliśmy już prawie o zmroku 😛 Dobrze, że mieliśmy butelkę do odstraszania niedźwiedzi – oczywiście żartuję 😛 Mieliśmy gaz antymisiowy, a butelka była żeby hałasować. Bo po tylu kilometrach na rowerze, idąc teraz przez chaszcze z ciężkimi plecakami, większość pod górę już nie mieliśmy siły gadać przez cały czas. Ale szczerze mówiąc, myślę, że niedźwiedź by się nie przedarł przez te krzaczory. Bo my mieliśmy bardzo duży problem, mimo że szliśmy cały czas „wydeptaną ścieżką” 😛 Była tak zarośnięta, że nie wiem jak często ktoś nią chodzi. Ale dzięki temu mieliśmy nocleg przy naszym prywatnym pięknym jeziorze 🙂 Tylko My, jezioro, ptaki i reszta przyrody 🙂 Świeże powietrze, brak hałasów, tylko szum wody, śpiew ptaków, no i wycie kojotów w nocy 😉 Jest pięknie, jest dziko, jest tak jak sobie wymarzyliśmy 🙂 To jest taka Alaska jaką chcieliśmy zobaczyć 🙂