Archiwa tagu: Ukiah

Wśród Tysięcy Buddów

21 października 09:23

Z Ukiah powędrowaliśmy na stopach do Miasta Dziesięciu Tysięcy Buddów w Talmage.. Pierwszy raz byliśmy w tak egzotycznym miejscu 🙂 Kobieta, którą spotkaliśmy przy bramie poinformowała nas od razu, że na tym terenie się nie pali 🙂 i nie je mięsa 🙂 i że możemy iść do Visitor Center po jakieś broszury informacyjne, pochodzić po okolicy, żeby zrobić zdjęcia i odwiedzić świątynię 🙂 Widać, że zwierzątka czują się u nich jak w domu, bo przebiegło nam drogę pełno wiewiórek, a po trawie dostojnie spacerowały kolorowe pawie 🙂

W informacji wisiała tablica, na której było pełno ciekawych plakatów 🙂 Jeden z filmu, który oglądaliśmy i polecamy – „Widelec zamiast noża” 🙂 Jest też fajna książka o tym samym tytule i książka o największym na świecie badaniu dotyczącym odżywiania, jakie kiedykolwiek przeprowadzono i o którym jest mowa w filmie (jego autor doktor T. Colin Campbell przeanalizował dietę 6,5 tysiąca osób w 65 chińskich i tajskich prowincjach, opartą głównie na roślinach i porównał dietę badanych osób z bogatą w mięso i nabiał dietą Zachodu, polski tytuł „China Study – Nowoczesne zasady odżywiania”). Warto na początku obejrzeć film, który zdecydowanie otwiera oczy, a jeśli kogoś zainteresuje sięgnąć po książki 🙂

Był też plakat o tym, że żeby wyprodukować 1 burgera (niewegańskiego oczywiście) zużywa się tyle wody, ile równoważy 32 prysznice!

Poza tym produkcja mięsa na świecie wytwarza 2 razy tyle metanu ile mięsa i przez to tworzy więcej gazów cieplarnianych, niż cały przemysł motoryzacyjny świata! i na przemysł mięsny zużyta zostaje 1/3 powierzchni Ziemi (łącznie z polami z jedzeniem, które zjadają zwierzęta, a które przecież mogliby zjeść ludzie), ponad 1/2 światowych zasobów wody i 1/3 ropy zużywanej w USA. Zwierzęta hodowlane produkują 130 razy więcej ekskrementów, niż cała ludzka populacja, nie mówiąc o antybiotykach, hormonach, pestycydach, środkach chemicznych, paszy modyfikowanej genetycznie (bo nie wiem czy wiecie, ale w Polsce to co jemy musi być oznaczone, że jest modyfikowane genetycznie, ale coraz częściej zwierzęta są karmione paszą modyfikowaną genetycznie, bo tak jest taniej, a przecież substancje typu roundup nie znikają z ich ciał, tylko się kumulują, a w osobie zjadającej zwierzęta tym bardziej). Na uniwersytecie w Chicago badacze udowodnili, że osoba na diecie wegańskiej produkuje 1,5 tony dwutlenku węgla mniej co roku, niż na tradycyjnej diecie. Dla porównania zamiana samochodu na hybrydę zmniejsza tę ilość tylko o 1 tonę! Artykuł, choć krótki dobitnie pokazuje, że jedzenie mięsa nie jest zbyt ekologiczne 😉 a nic nie napisali o mleku i jajach, a więc to tylko czubek góry lodowej 😉

Jeśli kogoś interesuje ochrona naszego środowiska naturalnego i ekologia, zachęcam do głębszego zastanowienia się nad tą kwestią 🙂 Świat jest w naszych rękach 🙂 to od Ciebie zależy jaką będą miały przyszłość Twoje dzieci i wnuki 🙂 czy będą miały gdzie pooddychać świeżym powietrzem, czy będą zasoby czystej wody, czy będą zdrowe 🙂 To już nie jest kwestia tego, co próbują nam przekazać niektóre proekologiczne organizacje, że gdyby nie było hodowli zwierząt, nie byłoby głodu na świecie, bo byłoby więcej jedzenia dla dzieci w Afryce, a nie krów 😛 Bo to tak nie działa.. jedzenia mamy tyle, że już by wystarczyło.. wystarczy popatrzeć ile ląduje w śmieciach! W USA jest to niestety bardzo częsty widok.. cała kanapka, całe danie.. bo mi nie smakowało?! ale w Polsce też coraz popularniejszy.. U nas chyba po prostu ludzie za dużo kupują i jedzenie się marnuje.. szczególnie widać to w święta.. a przecież liczy się jakość jedzenia, a nie ilość.. w tyłkach się ludziom poprzewracało 😉 Ale nie o tym miałam pisać, bo mam nadzieję, że wy wszyscy o tym wiecie, że jedzenie się szanuje, bo takie dziecko w Afryce cieszy się, jak zje sam ryż! 🙂 Ale nie wiem czy wszyscy zdają sobie sprawę z tego jaki wpływ mają ich codzienne wybory na naszą kochaną planetę 🙂 i że dużo bardziej da się wpłynąć na ochronę przyrody ograniczając choć trochę jedzenie mięsa, niż kąpiąc się krócej (choć to też ważne 😉 ) czy segreguje śmieci 🙂 Pamiętajmy o tym, żeby „każdy nasz krok niósł pokój”.. dla nas, dla innych ludzi, dla naszej planety 🙂 w każdej chwili naszego życia podejmujemy decyzje 🙂 kierujmy się po prostu miłością 🙂 miłością do całego świata 🙂 a nie tylko do naszego ego 😉 które przecież tak lubi mięso ;P Już nie wspominając o kwestii zdrowotnej, o której jest między innymi we wcześniej opisanym filmie i książkach 🙂 Jeśli ktoś chce poczytać coś więcej, zachęcam do książki „Dieta roślina na codzień” 🙂 O tym co jeść, żeby być zdrowym, co lepiej ograniczyć, o powszechnych mitach, jak niedobór białka (raczej prawie wszyscy mają nadmiar, i stąd min. nowotwory), żelaza, wapnia, czy innych substancji, o tym, że nawet kobiety w ciąży i dzieci mogą być zdrowe na diecie wegańskiej, a sportowcy mogą osiągać super wyniki 🙂 i dużo różnych ciekawych rzeczy 🙂 Jeśli ktoś ma jakiekolwiek pytania, zachęcam do zadawania 🙂 A kontynuując temat plakatów, było też o cyrku bez zwierząt, ale to chyba wszyscy już wiedzą, mam nadzieję, że to jest śmieszne tylko dla ludzi i jestem bardzo dumna, że we Wrocławiu już takie cyrki nie są mile widziane 🙂

O tym, żeby nie porzucać zwierząt i adoptować.. bo po cóż hodować nowe, rasowe, skoro tyle bidulek czeka w schroniskach na naszą miłość czasami latami!

I o firmach, które testują swoje produkty na zwierzętach.. Nie wiem czy znacie tę listę? Na forum http://wizaz.pl/forum/showthread.php?t=600483 i stronie http://zielonelove.blogspot.com/2014/01/nie-testowane-na-zwierzetach.html jest lista produktów nietestowanych dostępnych w Polsce. Jeśli to możliwe starajmy się nie wspierać tych korporacji męczących zwierzęta, bo chyba nie muszę pisać jakie okrutne rzeczy ludzie potrafią zrobić zwierzątkom dla swoich korzyści finansowych.. Jest tak dużo alternatyw, że nie można powiedzieć, że się nie da, po prostu się nie chce! A wszyscy, którzy kochają zwierzęta powinni znać tą listę, bo niestety znaczek króliczka nic nie znaczy i każda firma może sobie takiego króliczka wstawić, nawet jeśli testuje swoje produkty.. Jedynie znaczek Vegan Society świadczy o tym, że jakaś rzecz jest wegańska i jednocześnie nietestowana na zwierzętach, ani przez firmę produkującą, ani przez żadną inną firmę, której te testy są zlecane!

Kochajmy zwierzęta i bądźmy odpowiedzialnymi konsumentami 🙂 Nie jest to takie trudne, wystarczy tylko chcieć 🙂

I jak już się tak rozpisałam i ktoś to jeszcze czyta, to napiszę o tym, żeby postarać się jeść tylko olej palmowy z certyfikowanych upraw, żeby nie przyczyniać się do cierpienia i śmierci biednych małpek.. Jest to kolejny sposób na zysk wielkich korporacji, ponieważ jest tani i jest już teraz w ogromnej ilości produktów (też pod nazwą tłuszcz utwardzony) od słodyczy po czipsy 😛 Nie przykładajmy ręki do zabierania małpkom ich środowiska życia przez chęć zjedzenia czipsa albo ciastka 😛 Są oczywiście alternatywy 😛 np kranczipsy są z certyfikowanym olejem, a lejsy testują na zwierzętach 😛 Zawsze jest jakiś wybór, w każdym momencie naszego życia 🙂 Podaż rodzi popyt 🙂 Pokażmy, że życie małpek jest dla nas ważne 🙂 Już na coraz większej ilości produktów są certyfikaty 🙂 To nie jest tak, że jedna osoba nic nie jest w stanie zmienić! Jeśli każdy by kierował się miłością i jego religią byłoby czynienie dobra to świat by się powoli zmienił 🙂 Ja wierzę, że cały czas się zmienia na lepsze, bo coraz więcej ludzi na świecie jest świadomych i kierujących się siłą miłości, a nie miłością do siły! 🙂 Jeśli choć jedna osoba, która to przeczyta zwróci uwagę na olej palmowy, testy na zwierzętach i produkty fair trade – będę przeszczęśliwa 🙂 Ale każdy podejmuje decyzje samodzielnie 🙂 Ja mogę tylko szerzyć wiedzę i miłość 🙂 reszta zależy od Ciebie 🙂

A wracając do świątyni buddyjskiej chyba faktycznie było tam z 1000 figurek Buddów 🙂 i co ciekawe oprócz kwiatów przy ołtarzach tak jak u nas w Polsce, było też.. jedzenie! 🙂 Ale byśmy sobie zjedli te pyszne banany, pomarańcze, winogrona itd 🙂 był nawet chleb, soki i tym podobne 🙂 Ale leżały i leżały i Budda nie jadł.. pewnie w nocy 😉

Podobno był tam jakiś polski mnich, ale go nie spotkaliśmy, za to widzieliśmy owocującą magnolię pierwszy raz w życiu 🙂 Jak już zmierzaliśmy z powrotem w kierunku miasta, zostaliśmy podrzuceni przez Anglika, który też mieszka na terenie klasztoru 🙂 A do kolejnego miasta na naszej trasie Santa Rosa zabrała nas Cori 🙂 Druga kobieta w ciągu naszej podróży, a pierwsza zatrzymana normalnie przy drodze 🙂 Ale tu są dzielne kobiety 🙂 Widoki po drodze były przepiękne 🙂 góry, doliny, rzeki i.. słońce 🙂 Przywiozła nas do Safewaya, ale tam brak prądu, więc wpis na bloga znów się opóźni.. ale już mamy zaległości.. Trail przez całe miasto, żeby znaleźć miejsce do spania i dotarliśmy już po ciemku do Tailor Mountain Regional Park 🙂

Bardzo ładny park, spokojny i jak na bliskość miasta dosyć dziki, no i byliśmy sami 🙂 Z ciekawostek w Santa Rosa mieszka 150 000 ludzi i 1,5 tysiąca bezdomnych (to pewnie tylko szacunki) czyli 1% mieszkańców to bezdomni.. i niestety to widać.. pod mostami ,przy drodze, kolejki do noclegowni i na darmowy posiłek.. ale tam gdzie dotarliśmy, nikomu z nich się nie chciało dojść 😛 Grzesiek się śmiał, że jakby był bezdomnym, to by sobie w tym parku wybudował domek 😉 tyle drewna, połamanych gałęzi i taka dzikość, że spokojnie można znaleźć miejsce z dala od wzroku ludzkości 🙂 ale im się nic nie chce.. oni okupują tereny przy marketach.. Poznaliśmy taką prawidłowość, że Walmart = bezdomni w okolicy.. albo nawet przy samym markecie! Porozkładane wózki, śpiwory, zawieszone tarpy, żeby nie padało na głowę.. Widzieliście kiedyś coś takiego w Polsce? A Polska to podobno biedny kraj i tak wszyscy chcą być tacy amerykańscy.. przyjeżdżają realizować swój american dream 😉 Większość ludzi, z którymi rozmawiamy w którymś pokoleniu była Polakami.. Śmiejemy się, że ktoś zainwestował pieniądze, rzucił wszystko i przyjechał pracować do Stanów, a potem zobaczył jak tu jest naprawdę 😛 ale już się wstydził wracać 😉 i opowiadał wszystkim jak tu nie jest cudownie 😛 Jesteśmy w USA ponad 2 miesiące i wiemy już dawno, że nie jest aż tak cudownie 😉 Może jak ktoś przyjeżdża na 2 tygodnie urlopu i widzi tylko hotele i parki (które są faktycznie wspaniałe), a nie widzi zwykłego codziennego życia to myśli, że tutaj jest aż tak kolorowo.. bardziej niż w Polsce.. Ale ludzie nam mówią, że owszem więcej zarabiają, ale też jedzenie jest dużo droższe, ubezpieczenie jest baaardzo drogie, mieszkanie jest drogie, leczenie, edukacja.. no chyba tylko benzyna jest tańsza 😛 I mają naprawdę bardzo duży problem z bezdomnymi i narkotykami.. dużo większy niż w Polsce.. Są bardziej uśmiechnięci i otwarci i pozytywnie nastawieni do życia, ale chyba nie dlatego że mają tak dobrze.. ale bardziej mimo tego, że mają nie do końca idealnie.. i tego możemy się zdecydowanie od nich uczyć 🙂 Bo uśmiech i miłe słowo nic nie kosztuje, a sprawia chyba nawet więcej przyjemności obdarowującemu, niż obdarowywanemu 🙂 Także to czego radzę się zarazić od Amerykanów to właśnie szerzenie radości 🙂 Chociaż szczerze mówiąc tego też bardziej doświadczyliśmy na Alasce i tam częściej się ludzie uśmiechali bez powodu 🙂 ale tutaj i tak jest lepiej niż  w Polsce! 🙂 Także bądźmy zmianą, którą chcemy ujrzeć na świecie i szerzmy miłość i radość 🙂 bo to najważniejsze 🙂

Z Santa Rosa powędrowaliśmy do Rohnert Park skąd złapaliśmy stopa najpierw do Petaluma, a potem do Novato gdzie teraz jesteśmy 🙂 Tutaj przywiozła nas kolejna kobieta 😀 i poczęstowała pyszną marchewką 🙂 Odwiedziliśmy sklep Whole Food Market, który działa na zasadach jak Co-op (i też go bardzo lubię), żeby uzupełnić jedzonko (była nawet Vega, ale prawie 2 razy droższa niż proszek, który mamy obecnie, więc uzupełniliśmy ten sam) i doczłapaliśmy do Deer Island Open Space Preserve, czyli górki z lasem 🙂 gdzie w nocy oglądaliśmy spadające gwiazdy 🙂

Dużo ich widzieliśmy, więc mam nadzieję, że nasze życzenia się spełnią 🙂 A jedno z powtarzanych ostatnio jak mantra już się spełniło, bo w końcu mamy lato! 🙂 przynajmniej na nasze standardy 😉 bo jest z dwadzieścia kilka stopni, nawet się trochę opaliliśmy, chodzimy w krótkim rękawku i spodenkach i jest nam gorąco! 😀 i to już piąty dzień bez deszczu! 🙂 jupi! 🙂 to rekord naszego wyjazdu, bo do tej pory tylko maksymalnie mieliśmy 3 dni słońca pod rząd 😛 wierzymy, że teraz już tak po prostu będzie i bardzo nas to cieszy 🙂 W końcu to Kalifornia 🙂 Tu co prawda niby już jesień, ale dla nas to w końcu wyczekiwane lato 🙂 jesteśmy baaardzo wdzięczni 🙂 kochamy słońce 🙂 kochamy ciepło 🙂 kochamy się opalić 🙂 chodzić w krótkim rękawku i spodenkach 🙂 w cienkich niewodoodpornych butach 🙂 naładowywać się słoneczną energią 🙂 wygrzewać się 🙂 nawet jak długo łapiemy stopa, to i tak jest tak przyjemnie 🙂 nawet jak leziemy przez całe miasto z ciężkimi kreaturkami w poszukiwaniu domku 🙂 nawet jak już chyba w czwartym mieście z kolei nikt nas nie chce z couchsurfingu i nie mamy jak wstawić zaległych wpisów na bloga 😛 to i tak jesteśmy przeszczęśliwi 🙂 może nawet pójdziemy z tej okazji na plażę, kto wie? 🙂 jest wspaniale 🙂 jest słońce 🙂 medytacja 🙂 radość 🙂 celebrowanie każdej chwili 🙂 delektowanie się 🙂 a zaraz pójdziemy przed siebie trzymając się za ręce i będzie tak ciepło 🙂 idealnie 🙂 dziękujemy! 🙂

Wśród najwyższych drzew świata..

15 października 12:50

Z Gold Beach zabrał nas najbardziej świrnięty kierowca w czasie naszej podróży – Mick 🙂 bardzo sympatyczny, ale niezły dziwak 😛 najpierw tradycyjnie trzeba było zagarnąć na boki bałagan, żeby można było gdzieś usiąść i postawić nogi 😛 W sumie to bardzo częste, że pierwsze co ktoś robi jak się zatrzyma, to sprząta w samochodzie, żebyśmy się mieli gdzie zmieścić 😛 i przeprasza za bałagan 😉 i to nie taki jak to u nas czasem w Polsce, że jakieś butelki z piciem, czy tam paczka jedzenia, jakieś buty, ewentualne ubranie.. oni mają w samochodzie czasem pół swojego dobytku 😉 zresztą dookoła domów też czasami mają mega śmietnik 😛 U nas ludzie raczej się z tym kryją i nawet jak są mega „kolekcjonerami” to trzymają raczej swoje skarby w domu, a tutaj się w ogóle nie przejmują takimi drobiazgami 😛 Ale wracając do Micka przyjechał ze wschodniego wybrzeża bo tu bardziej naturalnie z żoną i malutką córeczką, walczy z globalnym ociepleniem próbując być samowystarczalnym – ma wodę ze strumienia, swoją energię itd.. Gadał chyba jeszcze głośniej niż typowy Amerykanin.. a oni mówią naprawdę baaardzo głośno, nawet jak stoją zaraz obok siebie 😛 i pytał kilka razy o to samo 😛 ale ogólnie jechał bezpiecznie i był w porządku 🙂

Przywiózł nas do Brookings, gdzie spędziliśmy noc na łące niedaleko rzeki i od rana łapaliśmy stopa z nadzieję dotarcia chociaż do Kalifornii, a może i do Redwood 🙂

Utrudnieniem była stojącą nieopodal na sygnale policja, która przyjechała do jakiegoś wypadku samochodowego, więc jakiś czas postaliśmy i poszliśmy dalej.. Tam zatrzymała nam się para jadąca busem, który był w wieku Grześka 😀 Bus był z Niemiec i jeździł nawet po Polsce 😀 Nasi kierowcy jechali do domu do San Francisco, gdzie zapraszali 🙂 Ale my woleliśmy nasz wyczekiwany Redwood 🙂 Podwieźli nas pod Visitor Center, załatwiliśmy darmowe pozwolenie na nocleg, co prawda dostaliśmy tylko na jedną noc, bo potem miało być urwanie chmury 😛 ale stwierdziliśmy, że zobaczymy jaka będzie pogoda 🙂

A jeszcze nie napisałam wcześniej o Olympic National Park, że tam nie mieliśmy żadnego pozwolenia na spanie, mimo że dostaliśmy mapę w Visitor Center, bo jak to my szliśmy pod prąd, a nie od tej strony gdzie była chatka Rangersów, bo była dopiero nad jeziorem Quinault, czyli tam gdzie dotarliśmy po przejściu całego szlaku.. to znaczy było po drodze ich kilka domków, ale wszystkie nieczynne, może latem tam ktoś siedzi w środku dziczy, ale nie w taką pogodę 😛 i tam nas nikt nie ostrzegał, że będzie lało.. Ale w sumie jakie to ma znaczenie.. i tak byśmy poszli 😛 bo pogoda już raczej może być tylko bardziej zimowa z biegiem czasu, a na wiosnę nie będziemy czekać 😛

A wsiadając do tego wana w Brookings znów widzieliśmy tych chłopaków na rowerach ! 🙂 kurcze.. jak miło 🙂 jak starzy znajomi 🙂 Z Visitor Center poszliśmy na nogach na szlak i doszliśmy do pierwszego „kempingu”, to w sumie zajęło nam cały dzień do wieczora 🙂 „Kemping” był miejscem na może ze trzy namioty, gdzie były dwie skrzynki misiowe i tak w ogóle to był dla ludzi jeżdżących konno.. hmm.. co by nam nie przeszkadzało w rozłożeniu się tam, ale stał już jakiś namiot, więc poszliśmy tam gdzie nam Pan Rangers przykazał, czyli na kamolkowatą plażę nad rzekę, żeby było spokojniej 🙂

Ogólnie było ciepło, bo nawet słońce momentami świeciło 😀 w końcu 🙂 ale w nocy było chłodno i.. twardo.. bo niestety kilka dni wcześniej zaczęło mi schodzić powietrze z mojej ulubionej matki do spania i po niecałych 2 godzinach była już płaskim naleśnikiem.. a kamolki twarde i zimne.. układanie wewnętrznych śpiworków i chustki trochę pomagało, ale dobrze, że była rzeka to w końcu się udało zlokalizować miejsce ucieczki komfortowego powietrza spankowego.. Pewnie jakaś jeżyna, w którymś lesie po drodze.. one tu są wszędzie, a czasem się rozkładamy jak jest już ciemno.. Niestety łatki naprawcze z zestawu Term-a-Rest są do dupeczki 😛 i powietrze dalej schodzi.. troszkę wolniej 😛 na ich usprawiedliwienie napiszę tylko, że dziura jest przy samym składaniu maty na pół.. być może dlatego..  A zastanawialiśmy się nad zestawem z klejem.. Ale stwierdziliśmy, że jeszcze nam się przedziurawi albo wyleje, jak go będziemy po raz tysięczny wciskać do plecaka.. no cóż.. trzeba będzie kupić łatki rowerowe jak się gdzieś uda.. może one pomogą.. Niestety Term-a-Rest nas zawiódł w trakcie tej podróży.. Na plus jest to, że po ponad miesiącu! odpisali Grześkowi na maila i chyba przyślą mu nową matę.. się okaże 😛 Dobrze, że jednak coraz cieplejsze miejsca przed nami – mam nadzieję 🙂 Ponieważ pogoda była super i wciąż nie padało! już ponad dzień 🙂 wow! 🙂 postanowiliśmy pójść dalej przez park do drugiego kempingu, tym bardziej, że jak spotkaliśmy trzech chłopaków mówili, że Tall Trees trail jest super 🙂 Późnym wieczorem po przejściu.. na boso.. przez rzekę.. na szczęście tylko do kolan i okrągłe kamienie, a woda tylko przez chwilę była lodowata 😉 dotarliśmy do wielkich drzew 🙂

Wcześniej po drodze też od czasu do czasu zdarzały się spore okazy, ale te, które zobaczyliśmy tutaj były.. prze-o-gro-mne! 🙂 Jak to mówią „nie do opisania – do zobaczenia” 😉 hihi 🙂 Tego nawet na zdjęciu nie da się pokazać, jak wysokie są te drzewa.. Jak malutki się przy nich wydaje człowiek.. Zdecydowanie skłania do refleksji..

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

W tym Parku Narodowym żyje najwyższe drzewo na świecie Hyperion, które ma ponad 115 m wysokości i jego dokładna lokalizacja jest objęta tajemnicą.. i dobrze! 🙂 i jeszcze 2 inne drzewa z listy 10 najwyższych drzew na świecie.. są to sekwoje wieczniezielone, są najwyższe, ale nie największe i najstarsze.. mają tylko niecałe 7 m średnicy i ponad 2000 lat! 🙂 a sekwoje olbrzymie są największe objętościowo – General Sherman ma 1200-2000 ton ( jest to największy na świecie żywy organizm! 🙂 ), ale ma tylko 84 m wysokości i ponad 3200 lat 🙂 może też zobaczymy tego szanownego jegomościa 🙂 Spacerowanie wśród tak sędziwych istot to jest dopiero medytacja 🙂 Jesteśmy w porównaniu do nich tacy malutcy.. tak krótko żyjemy.. Nawet żyjąc 100 lat przeżyjemy tylko 1/20 życia tych drzew.. A mało kto tak długo żyje.. Ale drzewa też nie zawsze dożywają tak długo i większość tego lasu wycięli jego „wspaniali” odkrywcy, a Park Narodowy utworzono dopiero w 1968 r., żeby zachować chociaż część tych niezwykłych drzew 🙂 One i tak występują tylko na West Coast, a widać jak mały jest ten park.. jak mało drzew zostało.. A nigdy nie wiadomo czy jakiś gigant nie wywróci się przez wiatr albo nie spłonie.. Życie jest kruche i cenne, więc cieszmy się że jesteśmy! 🙂 Redwood dał nam wspaniałą lekcję naszej „małości”.. i tego, żeby cieszyć się każdą chwilą, która jest nam dana 🙂 bo choćbyśmy żyli 100 lat, to i tak nie ma tych chwil w naszym życiu aż tak bardzo dużo, żeby którąkolwiek z nich zmarnować.. bo najważniejsza jest ta właśnie chwila, która trwa.. tylko w tej możemy naprawdę żyć 🙂 cieszyć się 🙂 kochać 🙂 przytulić się 🙂 uśmiechnąć 🙂 złapać za rękę 🙂 popatrzeć w oczy 🙂 oddychać 🙂 życie ma nam tyle do zaoferowania 🙂 delektujmy się każdą chwilą, celebrujmy każdy moment 🙂 jesteśmy 🙂 tu i teraz 🙂 wystarczy być 🙂 i już jest idealnie 🙂 takie drzewa sobie stoją tutaj tyle lat i po prostu są.. są sobą.. i cieszą się życiem 🙂 to czuć jak się jest w ich otoczeniu 🙂 Poprzytulaliśmy się do nich i do siebie nawzajem 🙂 i poczłapaliśmy dalej z naszymi ciężkimi kreaturkami na plecach.. i jak rozstawialiśmy namiot cały czas nie padało! 🙂 taki prezent nam Redwood zrobił 🙂 a już rano przywitał nas deszcz 😛 i całe szczęście, że większość drogi powrotnej do miejscowości Orick podwiozła nas Amanda i Jimmi – to udało się aż tak nie zmoknąć 🙂 Wysłaliśmy konkursowe kartki i łapaliśmy stopa do kolejnego parku 🙂

Po krótkiej chwili z deszczu wybawili nas Natascha i Michael jadący kamperem ze swoim czteromiesięcznym synkiem Maksymilianem 🙂 da się? da się! 🙂 oni są świetnym przykładem 🙂 Wykorzystują dwumiesięczny urlop rodzicielski taty i roczny mamy aby podróżować po Ameryce i poznawać swojego malucha 🙂 I wcale nie uważają, że jest to trudne i skomplikowane.. wręcz przeciwnie.. mówią, że jest to powolna podróż z częstymi postojami, ale cieszą się bardziej każdą chwilą i odwiedzanym miejscem, a maluszek daje tyle radości 🙂 I faktycznie widać, że cieszy się tym, że rodzice są szczęśliwi i wypoczęci i praktycznie w ogóle nie płacze ( nawet na rękach u nowego wujka i cioci 😉 ) tylko jak jest głodny albo wszyscy wychodzą z kampera robić zdjęcia elkom przy drodze 😛

Po drodze odwiedzamy z nimi aleję gigantów (Avenue of the Giants), wzdłuż której też wszędzie rosną sekwoje wieczniezielone 🙂

..i sklep z pamiątkami z Redwood i Wielką Stopą 🙂

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

Michael i Natascha są dla nas bardzo mili i proponują wspólny nocleg na kempingu na jednym miejscu, żebyśmy nie musieli już łapać stopa tak późno 🙂 Okazuje się, że nic dodatkowo nie trzeba płacić za namiot, więc mamy darmowy nocleg 🙂 plus prysznic.. ale mamy już taką wprawę, że wydajemy tylko po 1 $ na osobę i łącznie z myciem włosów prysznic zajmuje każdemu z nas 4 minuty 😀 A po prysznicu zapraszają nas do siebie na kolację 🙂

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

Michael super wybrnął z wyzwania jakie mu postawiliśmy i zjedliśmy pyszny makaron w sosie pomidorowym i świeżym szpinakiem 🙂 Miła odmiana dla ryżu i kaszy codziennie 🙂 Świetnie nam się z nimi rozmawiało i nawet Maksymilian był tak podekscytowany nowymi ludziami, że nie chciał iść spać 😛 ale tak już tarł oczy, że poszliśmy do swojego namiotowego domku 🙂 A kolejnego dnia jeszcze sporo kilometrów z nimi przejechaliśmy 🙂 Zdobyliśmy kolejnych wspaniałych przyjaciół, z którymi spędziliśmy wspólnie trochę czasu i troszkę się przez ten czas poznaliśmy 🙂 Mam nadzieję, że jeszcze kiedyś się spotkamy, ponieważ są z Berlina 🙂 więc nie aż tak daleko od naszego domu 🙂 Dowieźli nas do Willits gdzie chcieliśmy coś kupić w sklepie, ale udało się tylko melasę 😛 więc łapaliśmy dalej..

Michael podsunął nam pomysł, żeby napisać na kartce Honeymoon trip, ponieważ Amerykanie kochają historie.. i pewnie będzie tak łatwiej coś złapać, nawet jak pogoda nie byłaby za dobra.. Spróbowaliśmy, a co nam szkodzi.. i po kilkunastu minutach zatrzymała się.. taksówka 🙂 i pierwsze pytanie jakie zadał nam Mike to.. honeymoon.. really? ( miesiąc miodowy.. naprawdę? ) hihi 🙂 chyba zadziałało 🙂 Pierwszy raz jechaliśmy taksówką na stopa, a ja to w ogóle może ze trzeci raz w życiu 😛 Poopowiadał nam o elkach duchach, które są białe i dlatego wyglądają w nocy jak duchy i którędy najlepiej jechać do Yosemite National Park 🙂 Okolica była przepiękna 🙂 dookoła wszędzie wzgórza, pełno kolorów, ładne chmury.. i nie padało 🙂 Bardzo nam się podobało 🙂

Z Mikiem dotarliśmy do Ukiah i stąd właśnie dzisiaj piszę 🙂 W końcu nam się udało zrobić zakupy tego co potrzebujemy, bo były różne rzeczy na wagę i odwiedziliśmy mój ulubiony amerykański sklep, czyli Co-op 🙂

Naprawdę jest moim najulubieńszym sklepem chyba oprócz Urban Vegan (http://www.urbanvegan.pl) 😉 Bo co prawda nie jest wegański, ale ma organiczne warzywa i owoce, pełno wegańskich jedzonek, których nie ma nigdzie indziej i pełno świetnych ekologicznych, wegańskich i organicznych kosmetyków 🙂 Mogłabym tutaj chodzić całymi dniami i to wszystko.. oglądać 😀 bo takie drogie, że w sumie kupiliśmy tylko (albo aż) jarmuż, awokado, banany, kaszę, rodzynki, spirulinę, macę i koper włoski na wagę, świeżo zmielone masło migdałowe i nowy proszek waniliowy (bo Vegi chyba już nie uświadczymy w USA), no i uniwersalny eko biodegradowalny płyn do prania i mycia włosów 🙂 i z ciekawostek bułki z kiełkowanej pszenicy! 🙂 dużo lepiej strawne niż takie normalne i wszystkie mikro i makro elementy bardziej przyswajalne 🙂

Nie wiem czy jest takie coś w Polsce.. ja nie widziałam 😛 W smaku za bardzo nie czuć różnicy.. ja już się trochę odzwyczaiłam, bo jemy teraz bez gluta tzn. ryż i różne kasze, ale od czasu do czasu można zaszaleć 🙂 Sklep jest świetną inicjatywą, bo nie dość, że wszystko jest organiczne, to jeszcze lokalne 🙂 Bo fajnie, że np. w Lidlu są organiczne jabłka (bo innych lepiej nie jeść  dla dobra swojego zdrowia), tylko szkoda, że nie z Polski! Bo to niezbyt ekologiczne wozić je tyle kilometrów skoro u nas jest ich pełno.. Takie banany u nas nie wyrosną, ale na brak jabłek nie możemy narzekać 😛 A i tak najlepsze są malinówki z Krzyworzeki 😀 Jest też tam bar, w którym serwują świeżo wyciskane organiczne soki i smoothie, albo kawę, herbatę i czekoladę – oczywiście organiczną i pochodzącą ze Sprawiedliwego Handlu (Fair trade). Bo choć to droga inwestycja – takie produkty Fair trade, to ich cena nie jest wysoka bez powodu.. Myślę, że lepiej wypić kawę lub wypić kakao, czy zjeść czekoladę od święta, zamiast codziennie, ale z czystym sumieniem 🙂 że nie przykładamy ręki do cierpienia dzieci 🙂 Bo nie wiem czy wiecie, ale symbol Fair trade oznacza między innymi, że do pracy przy zbiorach kawy, czy kakao w Ameryce Środkowej i Południowej, Afryce czy Azji nie są nieludzko wykorzystywane dzieci, którym zabiera się dzieciństwo, możliwość edukacji i spełnienia marzeń w przyszłości.. Pomyślmy o tych dzieciach i przyczyńmy się nie tylko do naszego szczęścia poprzez łyka kawy, czy gryza czekolady 🙂 Taki mały gest ,a tyle szerzenia miłości i radości na świecie 🙂

No więc znów obładowani jak wielbłądziki możemy ruszać do kolejnego parku.. Może się uda jeszcze zrobić pranie po drodze 🙂 tylko że znów.. pada.. Wiadomo.. ja to akceptuję.. i wcale się nie złoszczę.. bo i tak nie mogę tego zmienić 😛 ale ta nasza ucieczka od deszczu trwa już ponad 2 miesiące 😛 i dłużej niż na 3 dni to chyba nam się jeszcze nie udało 😛 i w sumie wcale mi nie szkoda tych kalifornijskich plaż, które teraz omijamy jadąc bardziej na wschód bo ciężko by było pływać w tym sztormie 😛 i słabo się opalać w ubraniach wodoodpornych 😛 ale może jeszcze tam dotrzemy jakby przypadkiem wróciło lato 🙂 kto wie 😛 A tutaj się cieszymy naszą podróżą nawet jak pada, jak wieje, jak jest ciężko, jak jest twardo w nocy, jak jest zimno, jak jest mgła i nic nie widać, jak stoimy przy drodze, że aż nogi ścierpną i nic, jak trzeba przejść przez miasto 10 km, żeby znaleźć miejsce do spania, jak jest pełno pysznego jedzenia, które jest takie drogie, że i tak go nie kupimy, jak jeszcze ani raz się nie opalaliśmy na plaży, ani nie chodziliśmy w krótkich spodenkach, ani nie pływaliśmy (nawet nie zanurzyliśmy stopy przez sztorm) w oceanie, ani nie leżeliśmy na plaży w hamaku z drinkiem z palemką (w ogóle nie piliśmy alkoholu oprócz 2 piw i wina, którymi nas ktoś poczęstował), nawet jak Grzesiek nie pije praktycznie w ogóle kawy, a ja owocowych smoothie.. Nie robimy dużej ilości rzeczy, które byśmy chcieli i zupełnie inaczej sobie wyobrażaliśmy tę podróż, a głównie pogodę 😛 Ale i tak jest idealnie! 🙂 bo mamy siebie! 🙂 mamy swoją najbardziej świrniętą na świecie podróż poślubną 🙂 mamy dużo czasu na niemyślenie 🙂 na cieszenie się 🙂 na bycie 🙂 na delektowanie się chwilą 🙂 na medytację 🙂 na uważność 🙂 na życie 🙂 bo najważniejszy w naszym życiu jest ten krok, który właśnie teraz stawiamy 🙂 taki jaki jest 🙂 dziękujemy! 🙂