Archiwa tagu: uważność

Backcountry i szczyt Denali w tle

19 sierpnia godz. 15:00 (USA)

Siedzimy sobie nad Sanctuary River, szumi woda, kołyszą się drzewa, mają już kolorowe jesienne liście 🙂 Dzisiaj spaliśmy na prawie 21 mili drogi Parku Denali, gdzie dotarliśmy już wieczorem, ale zanim było jeszcze ciemno, więc spokojnie znaleźliśmy nocleg na górce między jagodami (pysznymi.. były na śniadanko) i poszliśmy spać w ciepłym i suchym domku, a na zewnątrz zaczęło padać. Trochę było krzywo i spadaliśmy na dół, więc następnym razem trzeba szukać bardziej płaskiego miejsca, ale już byśmy nie zdążyli przed ciemnością iść dalej przez gąszcz. Grześka mata samopompująca dostała bąblownicy i spał na takiej złożonej na pół i z małą ilością powietrza.. Trzeba będzie napisać do producenta (Term-a-rest), co to można z tym zrobić.. Ostatnie dni były takie aktywne, że nawet nie miałam kiedy pisać, więc teraz postaram się wszystko odtworzyć..

17 sierpnia była niesamowicie piękna pogoda i udało nam się zobaczyć z daleka Denali pokryte śniegiem 🙂 Wspaniały widok! 🙂 Według filmu, który puszczają w parku, jest to możliwe tylko przez 62-67 dni w roku! To znaczy, że tylko przez 1/6 roku widać w ogóle szczyt i nie jest zakryty chmurami. A nam się udało już drugiego dnia po wjeździe do parku idąc Alpine Trail 🙂 Praktycznie bezchmurne niebo, wszędzie dokoła góry, żadnych ludzi przez 99% naszej drogi i zwierzęta 🙂 Tak dużo dzikich zwierząt w ich naturalnym środowisku, jak tutaj widzieliśmy przez jeden dzień, to w Polsce chyba przez całe życie 😉 Widzieliśmy pardwy górskie (Ptarmigan), jeżozwierza, alpejskie wiewiórki ziemne, małą słodką szczekuszkę obrożną (Collared Pica), łosie, renifera tundrowego (Caribou), sójkę kanadyjską (Gray Jay), kruka, zająca.. Było naprawdę super! Dokoła góry, cisza.. dużo ciszy.. można medytować 🙂 Dopiero na samym końcu szlaku przy Savage River, zaczęliśmy spotykać ludzi, z których większość wchodziła na najbliższą górkę (około 20 minut z dołu), z której było widać Denali, jadła coś, robiła sobie zdjęcie i schodziła 😉 Trochę jest zachodu z tym, żeby można sobie było spać na dziko gdzie się chce, ale warto 🙂 Najpierw trzeba obejrzeć 40 minutowy film instruktażowy o podróżowaniu poza szlakami (LINK). Między innymi o tym, że od misia trzeba być minimum 300 jardów (czyli 274 metry), a od pozostałych zwierząt (nawet wilków) tylko 25 jardów (23 metry).. Było też o „Leave no trace”, o tym gdzie postawić namioty, gdzie gotować, a gdzie trzymać jedzenie, kosmetyki i śmieci (w puszce misiowej) w swoim obozowisku (trójkąt narysowany na zdjęciu z pozwolenia obozowania), o tym jak przechodzić głęboką rzekę (w najszerszym miejscu, najlepiej trzymając się w kilka osób na raz). Z czarnym niedźwiedziem jak nas zaatakuje należy od razu walczyć, np. użyć gaz misiowy (jest mniejszy i mniej groźny), z brunatnym i grizzly najpierw udawać martwego (zwinąć się w kulkę – kolana pod brodę, plecak na plecach od góry i ręce zaplecione na szyi od tyłu), a jak i tak atakuje to dopiero wtedy próbować walczyć 😛 Najważniejsza zasada – nie uciekać! On zapierdziela nawet 50 km/h, więc nawet najlepszy biegacz nie ma szans 😉 a jak się zacznie uciekać to wywołuje to u misia instynkt łowcy 😛 Jak się go widzi z daleka i zaczyna do nas podchodzić to wtedy podnosimy ręce do góry i spokojnie głośno mówimy, żeby wiedział żeśmy ludzie 🙂 Najlepiej zbić się w grupę, żeby się wydawać większym. Druga najważniejsza zasada to ostrzec misia – cały czas gadać, śpiewać, klaskać, gwizdać itd., żeby misia nie zaskoczyć swoją obecnością, żeby nie poczuł się zagrożony i nas nie chciał zaatakować. Za to przed łosiem trzeba uciekać (ponieważ nie jest drapieżnikiem) i schować się za jakimś drzewem, krzakiem czy czymś innym, a jeśli nic nie ma to biec zygzakiem często zmieniając kierunek. Pastę do zębów po użyciu trzeba rozpylać jak aerozol, a nie pluć w jedno miejsce. Wszystkie śmieci zabierać ze sobą, łącznie z papierem toaletowym. Bardzo dużo różnych porad – fajny film 🙂 Polecamy. Większość rzeczy już wcześniej gdzieś czytaliśmy np. w książce „Sztuka minimalizmu w podróży” albo „Sztuka wędrowania z plecakiem” – bardzo polecamy! Dużo informacji było też w bezpłatnych gazetkach na terenie parku 🙂 Jest też bezpłatna filtrowana woda tak a propos i są polecane butelki wielokrotnego użytku (bez toksycznego BPA – Bisphenol A) zamiast plastikowych, które można kupić w promocji z pięknymi zdjęciami – skorzystaliśmy 🙂 Po filmie rozmowa z przedstawicielką Park Rangersów, wybór miejsca po którym chcielibyśmy wędrować, wypełnienie karty z naszymi danymi, żeby dostać pozwolenie.. Trochę czasu zajął nam wybór unitu (terenu), w którym chcielibyśmy nocować, ponieważ jest ich 87! wzdłuż parkowej drogi. Niestety autostop jest tam możliwy tylko do Savage River, ponieważ tylko dotąd można dojechać prywatnym samochodem, a dalej już tylko parkowe autobusy. Z jednej strony to dobrze, bo na pewno ekologiczniej, z drugiej strony autobusy są drogie, najtańsza opcja to 33$ za osobę. Przeanalizowując plusy i minusy naszej decyzji, nie zdecydowaliśmy się na autobus – to conajmniej kilka dni podróży gdzie indziej no i nie wiadomo czy nie zapłacimy za bilet, a jak dojedziemy to będzie cały czas lało i i tak nie zobaczymy Denali.. Wybraliśmy opcję po taniości.. czyli nocleg za darmo, mapa za darmo (porządniejsza 10$ i tylko 2 unity na niej), dojazd bezpłatnym autobusem (dojeżdża tylko da Savage River) a potem na nogach 🙂 Po otrzymaniu pozwolenia, złożeniu podpisów, otrzymaliśmy za darmo 2 puszki misiowe (do zwrotu) i w drogę! 🙂 Jest to niesamowita przygoda 🙂 i każdy wielbiciel survivalu powinien spróbować 🙂 Park jest olbrzymi! (24 585,1 km² -największy w USA), jest w nim tylko jedna droga, mająca 92 mile.. a dokoła las, góry, rzeki.. Ogromna przestrzeń, która nam małym ludzikom wydaje się nieskończona 🙂 Dalej za Savage River nie ma już nigdzie wyznaczonych szlaków! Dostajesz mapę i idziesz gdzie chcesz 🙂 (w obrębie unitu, który wybrałeś na dany dzień, żeby nie było za dużo ludzi na jednym terenie na noc – najmniejsze mają długość kilku mil, największy jak 1/4 parku). Sam decydujesz, którędy najlepiej iść, gdzie chcesz rozłożyć namiot (jak najdalej od drogi i tak, żeby nikt Cię nie widział), ile chcesz przejść w ciągu dnia.. Dokoła cisza, naprawdę aż dzwoni w uszach! W Polsce jeszcze chyba nigdzie tak nam się nie przytrafiło.. nawet w Bieszczadach.. zawsze gdzieś słychać jakiś samochód z oddali, jakichś ludzi.. Tutaj jak się odejdzie dalej od drogi – nikogo nie ma! Tylko przyroda 🙂 my, zieleń, zwierzątka 🙂 Trudno opisać jakie to uczucie.. taka wolność 🙂 Przestrzeń.. takie zatrzymanie czasu.. dzień jest dłuższy.. jest taki bardziej pełny 🙂 Bardzo dużo okazji na ćwiczenie mindfulness 🙂 każda chwila, każdy krok to bycie tu i teraz, każdy moment to medytacja 🙂 celebrowanie życia 🙂 delektowanie się byciem żywym.. 🙂 Dziękujemy! 🙂

Hamak, ognisko, relaks..

3 sierpień godz. 11:28 (USA)

Siedzę sobie na hamaku i piszę 🙂 jest fajnie 🙂 Pranie się suszy, ładowarka solarna się ładuje, pyszne śniadanko zjedzone, jak to dobrze, że jest słońce 🙂 I to od samego rana i praktycznie nie ma chmur, nie ma upału jak w Polsce, ale jest tak w sam raz – kocham słońce 🙂 A wczoraj mój kochany mężuś zrobił mi nawet ognisko 😀 Było grilowane na kamieniu tofu przerobione na tofucznicę w sosie pomidorowym z cebulą i czosnkiem zawijane w pełnoziarnistą tortillę podgrzaną nad ogniem.. mmm.. pychota 🙂 Dzień odpoczynku się trochę przeciągnął bo jak zrobiliśmy pranie dopiero o 21:00, to mimo  że widno jest gdzieś do 24:00, to już wtedy słońce aż tak nie grzeje 😉 Przez noc, mimo że był wiatr też za bardzo nie wyschło więc teraz dopiero wysycha na słoneczku. Ze spodni jesteśmy bardzo zadowoleni na razie (wiadomość do Rafała ;)) Nie rozciągają się, łatwo się spiera nawet smar z roweru wodą z rzeki z mydłem Alterra 😉 Więc sprawdzają się super – a przede wszystkim są bardzo wygodne i do chodzenia i na rower 🙂 Wczoraj zaszaleliśmy i kupiliśmy lody czekoladowo-orzechowo włoskie Coconut Bliss organiczne – bardzo dobre, ale jednak dużo lepsze (a tańsze)  były te pierwsze (Ben & Jerry’s). To chyba były najlepsze lody wegańskie jakie jedliśmy i jest to jednogłośna opinia nas obydwojga 🙂 Piękne widoki, ładna pogoda, hamaczek 🙂 tylko wredne muchy dokuczją 😛 ps. pszczoły tak naprawdę wcale nie są wredne, tylko pracowite 😛 i podobno żądlą tylko gniewnych ludzi, a takich co są miłością i radością nie 🙂 co by dobrze o mnie świadczyło, bo już ileś lat mnie żadna nie użądliła 🙂 (a to wiadomość do rodziców :)) pps. i jeszcze wczoraj kupiliśmy pyszne organiczne banany i od razu zjedliśmy a przed chwilą zjedliśmy najpyszniejsza pomarańczę na pół, bo kosztowała chyba z 5zł 😛

Ptarmigan Lake Trail

1 sierpień godz. 11:41 (USA)

   

Whittier niestety nie okazało się przyjazne dla rowerzystów i nas nie wpuściło, bo był zakaz przejazdu przez tunel, a już nam zostało tylko z 7 km. No więc zawróciliśmy i pojechaliśmy w stronę Seward, pogoda była ok, w grubszej wersji ubrań było cieplej, ale bardzo górzyście.. Zaczęły się kryzysy przy wjeździe pod bardziej strome góry. Postanowiliśmy pozbyć się jednego bukłaka wody, to w końcu prawie aż 4 litry. A potem też drugiego i zostały nam w sumie 4 butelki po 250 ml. Ale tam co kawałek na kempingach jest woda, gorzej z jedzeniem. Przejechaliśmy niecałe 40 km i postanowiliśmy iść spać jak się nadarzyła okazja na rozbicie namiotu 🙂 Wstaliśmy chwilę po 6:00 (w niedzielę! :P) i już o 8:00 byliśmy na trasie. Wyczekiwany sklep okazał się niestety tylko barem.. Zjedliśmy już tego dnia na śniadanie soczewicę z ryżem, a później na obiad też. Obiad w pięknych okolicznościach przyrody – nad Lower Summit Lake 🙂 Została nam już tylko jedna porcja na kolację, no i ponad 70 km do Seward, gdzie już na pewno ma być sklep. Będąc w takiej sytuacji postanowiliśmy na Upper Summit Lake zjeść coś w tej restauracji, pojechać jak najdalej damy radę, zjeść resztę jedzenia na śniadanie i dojechać w końcu do Seward. Zjedliśmy najdroższą pizzę w naszym życiu za niecałe 22$! Była bardzo dobra – z papryką, pomidorami, czarnymi oliwkami, pieczarkami, bazylią, szpinakiem i sosem marinara no i bez sera oczywiście 🙂 Dała nam faktycznie sporego kopa energetycznego – aż taka duża porcja na jeden raz 😉 Tego dnia przejechaliśmy na rowerze.. 84 km! Jechaliśmy z przerwami na jedzenie ponad 12 godzin (niezła dniówka ;)), jak na teren górski to myślę, że wynik niczego sobie 🙂 Żeby zaoszczędzić kasę, którą wydaliśmy na pizzę postanowiliśmy spać na jakiejś górskiej trasie. Jak się okazało wybraliśmy sobie dość hardcorową – Ptarmigan Lake Trail 🙂 Najpierw próbowaliśmy rowerem z przyczepką, ale dosyć szybko okazało się to niemożliwe. Skończyła się utwardzona żwirowa droga, a zaczęły korzenie. Wróciliśmy do startu zostawić przyczepkę i jak się okazało słusznie też rowery. Trasa zajęła nam ponad 2 godziny! Biorąc pod uwagę to, że wyruszyliśmy dopiero po 21:00, to dotarliśmy już prawie o zmroku 😛 Dobrze, że mieliśmy butelkę do odstraszania niedźwiedzi – oczywiście żartuję 😛 Mieliśmy gaz antymisiowy, a butelka była żeby hałasować. Bo po tylu kilometrach na rowerze, idąc teraz przez chaszcze z ciężkimi plecakami, większość pod górę już nie mieliśmy siły gadać przez cały czas. Ale szczerze mówiąc, myślę, że niedźwiedź by się nie przedarł przez te krzaczory. Bo my mieliśmy bardzo duży problem, mimo że szliśmy cały czas „wydeptaną ścieżką” 😛 Była tak zarośnięta, że nie wiem jak często ktoś nią chodzi. Ale dzięki temu mieliśmy nocleg przy naszym prywatnym pięknym jeziorze 🙂 Tylko My, jezioro, ptaki i reszta przyrody 🙂 Świeże powietrze, brak hałasów, tylko szum wody, śpiew ptaków, no i wycie kojotów w nocy 😉 Jest pięknie, jest dziko, jest tak jak sobie wymarzyliśmy 🙂 To jest taka Alaska jaką chcieliśmy zobaczyć 🙂

Jak w domu

29 lipca godz. 12:06 (USA)

Wyspaliśmy się super, rano jak wstaliśmy Edna zapytała się nas czy chcemy zrobić pranie 🙂 Tego nam było trzeba, bo przez ten deszcz nie mieliśmy jak go wysuszyć, więc praliśmy na razie tylko bieliznę. Zjedliśmy pyszne śniadanko, na które składała się owsianka z owocami, orzechami i syropem klonowym, do tego jabłka, banany, grzanki z dżemem winogronowym, herbata owocowa i kawa 🙂 Po śniadaniu chwilę rozmawialiśmy o naszych rodzinach. Dzisiaj jest już trochę gorsza pogoda ale na razie nie pada więc spróbujemy za chwilę się ruszyć dalej. Jesteśmy bardzo wdzięczni za tę gościnę i nie za bardzo mamy jak się odwdzięczyć. Nie mamy jak zrobić czegoś polskiego do jedzenia bo jedyne co teraz mamy to ryż, soczewicę i fasolkę. Ale staramy się jak umiemy: uśmiech, dobre słowo, ciekawa rozmowa 🙂 (to chyba uniwersalna zapłata). Cały czas trudno nam uwierzyć, że tak nam się trafiło 🙂 Szczytem naszych marzeń był prysznic (nawet nie ciepły), coś do jedzenia i  możliwość przeprania w rękach naszych rzeczy i wysuszenia. A tutaj super łazienka, ręczniki, wielkie łóżko, świeża pościel, pokój tylko dla nas, pralka i suszarka no i pełno pysznego jedzenia! Naprawdę pysznego i naprawdę dużo 🙂 Musieliśmy odmawiać bo już by nam się nie mieściło 😉 Cóż więcej mogę napisać – life is good 🙂

Life is good

28 lipiec godz. 23:22 (USA)

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

 

Kolejny dzień pełen wrażeń 🙂 Jaki wspaniały dzień 🙂 zaczął się od zjedzenia śniadania (makaron, fasolka, buraczki) i odwiedzin w naszych skromnych progach.. policji 😛 Po usłyszeniu „Małgorzato – policja do nas idzie” aż wylałam na śpiwór wodę z kuchenki, którą mieliśmy podgrzać na ryż z soczewicą. Rozmowa była bardzo miła i uprzejma 🙂 Panowie po prostu martwili się o to, że mamy rozłożony namiot niedaleko linii wysokiego napięcia i że nie powinniśmy tu być zbyt długo. Zapytali gdzie jedziemy dalej, ile już tu jesteśmy (nie za bardzo chyba uwierzyli, że jedną noc) i po zapewnieniu, że za 2 godziny nas już tam nie będzie i weźmiemy śmieci ze sobą  – Panowie nas opuścili. Zastanawialiśmy się czy wrócą sprawdzić 🙂 i skąd wiedzieli, że tam jesteśmy, czy nas wypatrzyli czy ktoś zauważył. Tak czy siak stwierdziliśmy, że dłużej niż jedną noc nie rozbijamy się nigdzie już więcej na dziko i że trzeba szybciej rano się zbierać i wieczorem później rozkładać. Jest to jednak trochę utrudnione tym, że noc trwa może ze 4 godziny 😛 coś wymyślimy 🙂 No więc skończyliśmy robić tą soczewicę z ryżem, które stwierdziliśmy, że zjemy po drodze, zebraliśmy się i pojechaliśmy. No i w końcu wyszło słońce 🙂 to pierwszy dzień od przylotu kiedy poczuliśmy jego ciepło na sobie 🙂 Świat wydaje się od razu taki optymistyczny 🙂 W związku z tym, że to dzień przygód i żebyśmy za szybko  nie dotarli do Pani, która nas zaprosiła – po drodze tylne koło Grześka roweru złapało gumę (dobrze, że mamy łatki 🙂 myśleliśmy, że trochę później nam się to przytrafi 😉 ale widoki po drodze wynagradzały nam tą sytuację z nawiązką 🙂 dobrze, że jechaliśmy cały czas wzdłuż oceanu bo dopiero po zanurzeniu dętki w wodzie udało się zlokalizować dziurę. Byliśmy w miejscu gdzie mniej więcej Grzesiek miał zaznaczone na mapie gdzie mieliśmy dziś dotrzeć wczesnym popołudniem . Stwierdziliśmy, że to za wcześnie jeśli Pani pracuje. Pojechaliśmy więc zrobić zakupy do sklepu spożywczego, który okazał się stacją benzynową. Zakupy Grześka skończyły się na kupieniu najdroższych i najgorszych czipsów jakie jedliśmy 😛 Albo były tak mocno tłuste, albo my już się odzwyczailiśmy. Po drodze przejeżdżaliśmy przez kemping. Kosztował 20$ za miejsce/noc. Stwierdziliśmy, że jeśli nie znajdziemy naszego dzisiejszego celu to tu wrócimy. Były skrzynki na jedzenie, żeby misie nie mogły go zjeść, były miejsca na ognisko, były toalety, ale niestety bez wody, no i nie było w ogóle prysznica! Nie, że ciepłego, tylko w ogóle. Była tylko taka jedna pompa, jakby hydrant z zimną wodą na środku kempingu. Trochę drogo za nocleg bez prysznica, ale jak nie będzie wyjścia no to trudno. Kawałek dalej zobaczyliśmy łatwe zejście do rzeki i stwierdziliśmy, że to byłby dobry „prysznic” jak by co. Wróciliśmy na miejsce poszukiwań i chyba ze 2 godziny zajęło nam jeżdżenie dookoła i szukanie gdzie by to mogło być. Nigdzie nie było takiego adresu, w końcu zaczęliśmy się zastanawiać czy to w ogóle adres, czy nie np kilometr głównej drogi 😛 Spotkaliśmy wiele psów, które dzielnie pilnowały domów, podjechaliśmy i podeszliśmy pod wiele gór i byliśmy już bardzo zrezygnowani. Kolejna lekcja na ten dzień – następnym razem prosić o napisanie swojego imienia i nazwiska i dokładnego adresu. Nawet nie mieliśmy się jak zapytać kogokolwiek bo nie znaliśmy imienia tej Pani.. Wróciliśmy do skrzynki na listy, tam gdzie nam się wydawało, że jest większa szansa zauważenia nas przez kogoś. Pani miała w końcu powiedzieć swoim sąsiadom o nas. Postaliśmy tam chwilę i już mieliśmy jechać na kemping, ale Grzesiek popatrzył na mapę, że jest jeszcze jedna krótka dróżka z kilkoma domami. Podjechaliśmy tam – znak, że droga prywatna i tylko jeden numer domu (nie taki, ale podobny!). Staliśmy obok muzeum gorączki złota – takiego jakby baru. Już mieliśmy się zapytać kogoś, nawet nie wiem jak, chyba o numer domu, kiedy nagle pomachała nam jakaś Pani z góry. Weszliśmy na schody, powiedzieliśmy, że szukamy nr 27395 a Pani na to: „Aaaa – rowerzyści z Polski, Edna nam mówiła o Was” 🙂 Uff.. Kamień z serca 🙂 Ale nam się udało! Pan nam narysował gdzie mamy jechać – bardzo blisko i powiedział, że do zobaczenia na kolacji 🙂 Trafiliśmy do tak wielkiego domu, w jakim jeszcze nie byliśmy 🙂 Z pięknym widokiem na ocean i góry, z własnym wielkim łóżkiem, gorącym prysznicem, bilardem.. i przede wszystkim fantastycznymi ludźmi 🙂 Edna jak nas zobaczyła, to nas przytuliła, w końcu widzieliśmy się już drugi raz 😀 Zapytała co chcemy zjeść, powiedzieliśmy, że jesteśmy weganami, a ona na to, że rozumie, nie ma problemu i że mają pełno warzyw i w ogóle mają pełno jedzenia 🙂 No i tak faktycznie było 🙂 Oprócz nas na kolacji było jeszcze 11 osób! Przed kolacją wszyscy stanęliśmy w kole, złapaliśmy się za ręce i oni wszyscy zmówili modlitwę dziękczynną, a na koniec zaklaskali 🙂 Było to bardzo pozytywne, taka spontaniczna radość 🙂 Zjedliśmy tortillę z pastą fasolową, cukinię, fasolkę szparagową z kukurydzą, surówkę z buraczków i jabłka, guacamole, sałatkę z jarmużu, botwiny, sałaty, orzechów włoskich i pinii z winogronami i kalarepą. Wszystko było pyszne, zjedliśmy nawet dokładkę 🙂 Edna powiedziała po jedzeniu „life is good” i tak też ma napisane w kuchni i też My tak myślimy 🙂 Chyba faktycznie tak jest, że to co dajesz to dostajesz, staramy się być miłością i radością 🙂 a w zamian takie cuda nas spotykają 🙂 Miłe rozmowy, uśmiech, pyszne jedzenie, piękne widoki, ciepło, nie pada na głowę 🙂 Czy można chcieć czegoś więcej? Czy życie nie jest piękne? 🙂

No i polecieliśmy..

24 lipiec 2016 godz. 13:33

terazitu.com

terazitu.com

terazitu.com

terazitu.com

terazitu.com

terazitu.com

terazitu.com

terazitu.com

terazitu.com

terazitu.com

terazitu.com

terazitu.com

Lecimy 😀 Skończyły się ostatnie domy i teraz już tylko błękit nieba, wody i białe chmurki. -43*C, na szczęście na zewnątrz 😉 Pod nami Morze Północne, 9755 m n.p.m., 865 km/h. Na początku trochę strachu przy wznoszeniu się do góry, a teraz już jest fajnie. Przygoda się zaczęła, ciekawe jak długo potrwa, co nas czeka na kontroli imigracyjnej, gdzie będziemy spać i co jeść. Wszyscy się o nas martwią, tata boi się, że sobie nie poradzimy 😉 ale mamy 2 ręce i 2 nogi, więc myślę, że damy jakoś radę 🙂 wi-fi nie działa i nie da się napisać co powiedzieć panu na lotnisku, ale i tak nigdy nie wiadomo o co zapyta. Bilet powrotny mamy na 14 listopada z Los Angeles do Londynu. Miejmy nadzieję, że nie będziemy musieli z niego skorzystać 😛 że uda nam się dotrzeć do Ameryki Południowej, a może jeszcze dalej, kto wie. Zobaczymy.. postaramy się nie spieszyć, cieszyć każdą chwilą, być teraz i tu 🙂 bo gdziekolwiek jesteś – bądź , po prostu bądź, całym sobą, żyj.. celebruj chwile, które daje Ci los, kolekcjonuj wspomnienia, nie bój się żyć. Jak to mówią podróżnicy: „Za dwadzieścia lat bardziej będziesz żałował tego, czego nie zrobiłeś, niż tego, co zrobiłeś. Więc odwiąż liny, opuść bezpieczną przystań. Złap w żagle pomyślne wiatry. Podróżuj, śnij, odkrywaj.”