Archiwa tagu: weganizm

12 lat minęło.. jak jeden dzień..

11 sierpnia godz. 16:45 (USA)

Siedzimy sobie przy kominku! W Safeway (taki market :P), oglądamy TV (no dobra – tylko słuchamy ;)), ja piszę, a Grzesiek surfuje w internecie.

7 sierpnia jechaliśmy do Edny i dojechaliśmy do tarasu widokowego przy Bird Creek i tam spaliśmy przy pięknym widoku 🙂 Pogoda tego dnia była zmienna, sporo padało i wiało, ale jak już zaczęliśmy jechać w stronę Edny od zakrętu, gdzie można było skręcić do Whittier – wiatr wiał nam w końcu w plecy i było dużo łatwiej 🙂

8 sierpnia poranek zaczął się brakiem powietrza w mojej przedniej dętce 😛 Grzegorz na szczęście szybko sobie z tym poradził i mogliśmy jechać dalej 🙂 W końcu wyszło troszkę słońca i wyschnął nam namiot i trochę się porozbieraliśmy z naszej grubej skorupy ubrań 🙂 Do Edny dotarliśmy dosyć wcześnie po południu i nie było jej w domu. Stwierdziliśmy, że zostawimy rzeczy pod jej domem i zobaczymy co tam u sąsiadów 🙂 W muzeum poszukiwaczy złota ich nie było, ale pooglądaliśmy sobie tam wszystko, znaleźliśmy w końcu złoty pociąg 😉 (niestety nie wzięliśmy aparatu, ale musicie nam uwierzyć na słowo ;)) i zaczęliśmy wracać po swoje rzeczy, a tutaj.. Edna! Przyjechała akurat z zakupów z Parisem 🙂 Tym razem byliśmy tylko my, Edna i Paris i było jak zwykle  przesympatycznie 🙂 Rozmawialiśmy (jakoś powolutku sobie zaczynamy radzić z tym amerykańskim :P), śmialiśmy się, oglądaliśmy zdjęcia, graliśmy w bilard (a raczej oni grali, a ja się uczyłam podstaw typu trzymanie kija, trafianie w bilę itd ;)). Edna poszła oglądać swoich ulubionych Rangersów, a my zaczęliśmy uzupełniać braki na blogu 🙂 W końcu nasze buty (a szczególnie Grześka, bo jemu przemokły na wylot) były czyste, suche i pachnące 😀 Mieliśmy czyste ciuchy, wygodne łóżko, gorący prysznic 🙂 Człowiek zaczyna doceniać takie wygody jak zwykły kibelek ze spłuczką, gorąca woda pod prysznicem, pralka.. Niby takie to wszystko zwykłe i w Polsce była to codzienność, ale tutaj przez większość naszego wyjazdu nie doświadczamy takich luksusów 😉 mimo, że to Ameryka 😀 Ale w sumie o to nam chodziło, żeby bardziej się cieszyć tym co się ma 🙂 Mimo bardzo wygodnego łóżka do końca się nie wyspaliśmy, bo było sporo bloga do nadrobienia, a i tak wszystkiego nie wpisaliśmy i poszliśmy spać bo byliśmy już tacy zmęczeni 😛

9 sierpnia – Jesteśmy razem już 12 lat! 🙂 Żegnamy się z Edną po zjedzeniu pysznego smoothie, owsianki i otrzymaniu w prezencie chleba przez nią upieczonego 🙂 Cały wieczór i noc lało i nie było widać praktycznie gór, a dziś już nawet widać i troszkę prześwieca słońce 🙂 Edna życzy nam suchej drogi 🙂 będzie się za nas modlić 🙂 mamy dawać znać co u nas i jak odwiedzimy Teksas lub Ohio to przyjmie nas jej rodzinka 🙂 W trakcie drogi zbierają się chmury i zaczyna padać tak, że trochę mokniemy, a potem znów wychodzi słoneczko 🙂 Dziś bardzo duży przypływ.. Podobno dużo ludzi wchodzi na zaschnięte błocko, robiąc zdjęcia i nie zdając sobie sprawy z tego, że szybko tu przychodzi przypływ, i ciężko od niego uciec 😛 Po drodze znów pęknięta dętka – tym razem w Grześka tylnim kole 😛 Ale na szczęście świeci słońce 🙂 Jest to boczna droga i po załataniu dziury próbujemy pierwszy raz jak się jeździ na ostrym kole 🙂 Kolejne marzenie Grześka spełnione 😀 Wieczorem robimy zakupy w Walmarcie – kupujemy na rocznicę dwa opakowania wegańskich lodów – ale szaleństwo! 🙂 Obydwa pyszne, ale o dziwo czekoladowe z brownie (z normalnymi kawałkami ciasta! – nie było zmrożone i twarde, ale miękkie i puchate – nie wiem jak oni to robią :P) mniej mi smakowało niż kawowe z kawałkami czekolady i ciągnącym się toffi 🙂 Mmm.. pychota 🙂 Po zakupach jedziemy spać do Chrisa znalezionego na warmshowers 🙂 Bardzo miło i sympatycznie, krótko pogadaliśmy bo była już prawie 22:00 a następnego dnia do pracy. Rano nie za bardzo się dogadaliśmy co do godziny o której mamy wyjść i jak brałam prysznic Chris już biegł do pracy i powiedział Grześkowi jak mamy zamknąć drzwi 😉 Fajnie, że nam tak zaufał 🙂 Jak wyszliśmy z domu, próbowaliśmy znaleźć sobie wodoodporne spodnie, które by się nadawały do biegania i na rower 🙂 Stwierdziliśmy, że jest to priorytet przed wyjazdem do Denali. Momentami było gorąco i nawet nie padało. Zwiedziliśmy centrum Anchorage, Grzesiek znalazł sobie fajne spodnie, dla mnie niestety mimo całego dnia spędzonego na poszukiwaniach – nic nie znaleźliśmy. Chyba nie muszę mówić o rozmiarach w Stanach? 😉 Spodnie w rozmiarze XS były takie, że ze dwie mnie by się pewnie zmieściły 😛 W centrum widzieliśmy najwyższy wieżowiec Philipsa, szklane przejście nad skrzyżowaniem między budynkami, murale, dużo ludzi, samochodów i dużo hałasu.. Chyba już się odzwyczailiśmy od miasta 😛 Byliśmy już zmęczeni, niewyspani (u Chrisa spaliśmy też ze 4 godziny bo zakładaliśmy konto na Couchsurfingu), głodni.. pojechaliśmy do Safewaya.  Nabraliśmy wody, kupiliśmy coś do jedzenia i poszukaliśmy noclegu. Spaliśmy w środku niczego, tzn. pomiędzy młodym lasem, w którym oprócz nas ostatnio były tylko łosie 🙂 Rano odwiedziło nas jakieś małe zwierzątko, które sobie coś chrupało koło namiotu 🙂 Wieczorem i w nocy i rano znów padał deszcz, potem chwila przerwy jak wyszliśmy z domku, a teraz jak to piszę znów pada deszcz 😛 No przydały by mi się też te wodoodporne spodenki na pewno 🙂 Może się uda jutro coś upolować bo dzisiaj to już raczej za późno. Dziś spotkaliśmy bardzo miłego Gottfrieda z Niemiec, który jest fotografem i robi bardzo ładne zdjęcia 🙂 No to już kończę, bo się rozpisałam bardzo i kiedy my to przepiszemy na bloga 😉

Hamak, ognisko, relaks..

3 sierpień godz. 11:28 (USA)

Siedzę sobie na hamaku i piszę 🙂 jest fajnie 🙂 Pranie się suszy, ładowarka solarna się ładuje, pyszne śniadanko zjedzone, jak to dobrze, że jest słońce 🙂 I to od samego rana i praktycznie nie ma chmur, nie ma upału jak w Polsce, ale jest tak w sam raz – kocham słońce 🙂 A wczoraj mój kochany mężuś zrobił mi nawet ognisko 😀 Było grilowane na kamieniu tofu przerobione na tofucznicę w sosie pomidorowym z cebulą i czosnkiem zawijane w pełnoziarnistą tortillę podgrzaną nad ogniem.. mmm.. pychota 🙂 Dzień odpoczynku się trochę przeciągnął bo jak zrobiliśmy pranie dopiero o 21:00, to mimo  że widno jest gdzieś do 24:00, to już wtedy słońce aż tak nie grzeje 😉 Przez noc, mimo że był wiatr też za bardzo nie wyschło więc teraz dopiero wysycha na słoneczku. Ze spodni jesteśmy bardzo zadowoleni na razie (wiadomość do Rafała ;)) Nie rozciągają się, łatwo się spiera nawet smar z roweru wodą z rzeki z mydłem Alterra 😉 Więc sprawdzają się super – a przede wszystkim są bardzo wygodne i do chodzenia i na rower 🙂 Wczoraj zaszaleliśmy i kupiliśmy lody czekoladowo-orzechowo włoskie Coconut Bliss organiczne – bardzo dobre, ale jednak dużo lepsze (a tańsze)  były te pierwsze (Ben & Jerry’s). To chyba były najlepsze lody wegańskie jakie jedliśmy i jest to jednogłośna opinia nas obydwojga 🙂 Piękne widoki, ładna pogoda, hamaczek 🙂 tylko wredne muchy dokuczją 😛 ps. pszczoły tak naprawdę wcale nie są wredne, tylko pracowite 😛 i podobno żądlą tylko gniewnych ludzi, a takich co są miłością i radością nie 🙂 co by dobrze o mnie świadczyło, bo już ileś lat mnie żadna nie użądliła 🙂 (a to wiadomość do rodziców :)) pps. i jeszcze wczoraj kupiliśmy pyszne organiczne banany i od razu zjedliśmy a przed chwilą zjedliśmy najpyszniejsza pomarańczę na pół, bo kosztowała chyba z 5zł 😛

Ptarmigan Lake Trail

1 sierpień godz. 11:41 (USA)

   

Whittier niestety nie okazało się przyjazne dla rowerzystów i nas nie wpuściło, bo był zakaz przejazdu przez tunel, a już nam zostało tylko z 7 km. No więc zawróciliśmy i pojechaliśmy w stronę Seward, pogoda była ok, w grubszej wersji ubrań było cieplej, ale bardzo górzyście.. Zaczęły się kryzysy przy wjeździe pod bardziej strome góry. Postanowiliśmy pozbyć się jednego bukłaka wody, to w końcu prawie aż 4 litry. A potem też drugiego i zostały nam w sumie 4 butelki po 250 ml. Ale tam co kawałek na kempingach jest woda, gorzej z jedzeniem. Przejechaliśmy niecałe 40 km i postanowiliśmy iść spać jak się nadarzyła okazja na rozbicie namiotu 🙂 Wstaliśmy chwilę po 6:00 (w niedzielę! :P) i już o 8:00 byliśmy na trasie. Wyczekiwany sklep okazał się niestety tylko barem.. Zjedliśmy już tego dnia na śniadanie soczewicę z ryżem, a później na obiad też. Obiad w pięknych okolicznościach przyrody – nad Lower Summit Lake 🙂 Została nam już tylko jedna porcja na kolację, no i ponad 70 km do Seward, gdzie już na pewno ma być sklep. Będąc w takiej sytuacji postanowiliśmy na Upper Summit Lake zjeść coś w tej restauracji, pojechać jak najdalej damy radę, zjeść resztę jedzenia na śniadanie i dojechać w końcu do Seward. Zjedliśmy najdroższą pizzę w naszym życiu za niecałe 22$! Była bardzo dobra – z papryką, pomidorami, czarnymi oliwkami, pieczarkami, bazylią, szpinakiem i sosem marinara no i bez sera oczywiście 🙂 Dała nam faktycznie sporego kopa energetycznego – aż taka duża porcja na jeden raz 😉 Tego dnia przejechaliśmy na rowerze.. 84 km! Jechaliśmy z przerwami na jedzenie ponad 12 godzin (niezła dniówka ;)), jak na teren górski to myślę, że wynik niczego sobie 🙂 Żeby zaoszczędzić kasę, którą wydaliśmy na pizzę postanowiliśmy spać na jakiejś górskiej trasie. Jak się okazało wybraliśmy sobie dość hardcorową – Ptarmigan Lake Trail 🙂 Najpierw próbowaliśmy rowerem z przyczepką, ale dosyć szybko okazało się to niemożliwe. Skończyła się utwardzona żwirowa droga, a zaczęły korzenie. Wróciliśmy do startu zostawić przyczepkę i jak się okazało słusznie też rowery. Trasa zajęła nam ponad 2 godziny! Biorąc pod uwagę to, że wyruszyliśmy dopiero po 21:00, to dotarliśmy już prawie o zmroku 😛 Dobrze, że mieliśmy butelkę do odstraszania niedźwiedzi – oczywiście żartuję 😛 Mieliśmy gaz antymisiowy, a butelka była żeby hałasować. Bo po tylu kilometrach na rowerze, idąc teraz przez chaszcze z ciężkimi plecakami, większość pod górę już nie mieliśmy siły gadać przez cały czas. Ale szczerze mówiąc, myślę, że niedźwiedź by się nie przedarł przez te krzaczory. Bo my mieliśmy bardzo duży problem, mimo że szliśmy cały czas „wydeptaną ścieżką” 😛 Była tak zarośnięta, że nie wiem jak często ktoś nią chodzi. Ale dzięki temu mieliśmy nocleg przy naszym prywatnym pięknym jeziorze 🙂 Tylko My, jezioro, ptaki i reszta przyrody 🙂 Świeże powietrze, brak hałasów, tylko szum wody, śpiew ptaków, no i wycie kojotów w nocy 😉 Jest pięknie, jest dziko, jest tak jak sobie wymarzyliśmy 🙂 To jest taka Alaska jaką chcieliśmy zobaczyć 🙂

Life is good

28 lipiec godz. 23:22 (USA)

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

 

Kolejny dzień pełen wrażeń 🙂 Jaki wspaniały dzień 🙂 zaczął się od zjedzenia śniadania (makaron, fasolka, buraczki) i odwiedzin w naszych skromnych progach.. policji 😛 Po usłyszeniu „Małgorzato – policja do nas idzie” aż wylałam na śpiwór wodę z kuchenki, którą mieliśmy podgrzać na ryż z soczewicą. Rozmowa była bardzo miła i uprzejma 🙂 Panowie po prostu martwili się o to, że mamy rozłożony namiot niedaleko linii wysokiego napięcia i że nie powinniśmy tu być zbyt długo. Zapytali gdzie jedziemy dalej, ile już tu jesteśmy (nie za bardzo chyba uwierzyli, że jedną noc) i po zapewnieniu, że za 2 godziny nas już tam nie będzie i weźmiemy śmieci ze sobą  – Panowie nas opuścili. Zastanawialiśmy się czy wrócą sprawdzić 🙂 i skąd wiedzieli, że tam jesteśmy, czy nas wypatrzyli czy ktoś zauważył. Tak czy siak stwierdziliśmy, że dłużej niż jedną noc nie rozbijamy się nigdzie już więcej na dziko i że trzeba szybciej rano się zbierać i wieczorem później rozkładać. Jest to jednak trochę utrudnione tym, że noc trwa może ze 4 godziny 😛 coś wymyślimy 🙂 No więc skończyliśmy robić tą soczewicę z ryżem, które stwierdziliśmy, że zjemy po drodze, zebraliśmy się i pojechaliśmy. No i w końcu wyszło słońce 🙂 to pierwszy dzień od przylotu kiedy poczuliśmy jego ciepło na sobie 🙂 Świat wydaje się od razu taki optymistyczny 🙂 W związku z tym, że to dzień przygód i żebyśmy za szybko  nie dotarli do Pani, która nas zaprosiła – po drodze tylne koło Grześka roweru złapało gumę (dobrze, że mamy łatki 🙂 myśleliśmy, że trochę później nam się to przytrafi 😉 ale widoki po drodze wynagradzały nam tą sytuację z nawiązką 🙂 dobrze, że jechaliśmy cały czas wzdłuż oceanu bo dopiero po zanurzeniu dętki w wodzie udało się zlokalizować dziurę. Byliśmy w miejscu gdzie mniej więcej Grzesiek miał zaznaczone na mapie gdzie mieliśmy dziś dotrzeć wczesnym popołudniem . Stwierdziliśmy, że to za wcześnie jeśli Pani pracuje. Pojechaliśmy więc zrobić zakupy do sklepu spożywczego, który okazał się stacją benzynową. Zakupy Grześka skończyły się na kupieniu najdroższych i najgorszych czipsów jakie jedliśmy 😛 Albo były tak mocno tłuste, albo my już się odzwyczailiśmy. Po drodze przejeżdżaliśmy przez kemping. Kosztował 20$ za miejsce/noc. Stwierdziliśmy, że jeśli nie znajdziemy naszego dzisiejszego celu to tu wrócimy. Były skrzynki na jedzenie, żeby misie nie mogły go zjeść, były miejsca na ognisko, były toalety, ale niestety bez wody, no i nie było w ogóle prysznica! Nie, że ciepłego, tylko w ogóle. Była tylko taka jedna pompa, jakby hydrant z zimną wodą na środku kempingu. Trochę drogo za nocleg bez prysznica, ale jak nie będzie wyjścia no to trudno. Kawałek dalej zobaczyliśmy łatwe zejście do rzeki i stwierdziliśmy, że to byłby dobry „prysznic” jak by co. Wróciliśmy na miejsce poszukiwań i chyba ze 2 godziny zajęło nam jeżdżenie dookoła i szukanie gdzie by to mogło być. Nigdzie nie było takiego adresu, w końcu zaczęliśmy się zastanawiać czy to w ogóle adres, czy nie np kilometr głównej drogi 😛 Spotkaliśmy wiele psów, które dzielnie pilnowały domów, podjechaliśmy i podeszliśmy pod wiele gór i byliśmy już bardzo zrezygnowani. Kolejna lekcja na ten dzień – następnym razem prosić o napisanie swojego imienia i nazwiska i dokładnego adresu. Nawet nie mieliśmy się jak zapytać kogokolwiek bo nie znaliśmy imienia tej Pani.. Wróciliśmy do skrzynki na listy, tam gdzie nam się wydawało, że jest większa szansa zauważenia nas przez kogoś. Pani miała w końcu powiedzieć swoim sąsiadom o nas. Postaliśmy tam chwilę i już mieliśmy jechać na kemping, ale Grzesiek popatrzył na mapę, że jest jeszcze jedna krótka dróżka z kilkoma domami. Podjechaliśmy tam – znak, że droga prywatna i tylko jeden numer domu (nie taki, ale podobny!). Staliśmy obok muzeum gorączki złota – takiego jakby baru. Już mieliśmy się zapytać kogoś, nawet nie wiem jak, chyba o numer domu, kiedy nagle pomachała nam jakaś Pani z góry. Weszliśmy na schody, powiedzieliśmy, że szukamy nr 27395 a Pani na to: „Aaaa – rowerzyści z Polski, Edna nam mówiła o Was” 🙂 Uff.. Kamień z serca 🙂 Ale nam się udało! Pan nam narysował gdzie mamy jechać – bardzo blisko i powiedział, że do zobaczenia na kolacji 🙂 Trafiliśmy do tak wielkiego domu, w jakim jeszcze nie byliśmy 🙂 Z pięknym widokiem na ocean i góry, z własnym wielkim łóżkiem, gorącym prysznicem, bilardem.. i przede wszystkim fantastycznymi ludźmi 🙂 Edna jak nas zobaczyła, to nas przytuliła, w końcu widzieliśmy się już drugi raz 😀 Zapytała co chcemy zjeść, powiedzieliśmy, że jesteśmy weganami, a ona na to, że rozumie, nie ma problemu i że mają pełno warzyw i w ogóle mają pełno jedzenia 🙂 No i tak faktycznie było 🙂 Oprócz nas na kolacji było jeszcze 11 osób! Przed kolacją wszyscy stanęliśmy w kole, złapaliśmy się za ręce i oni wszyscy zmówili modlitwę dziękczynną, a na koniec zaklaskali 🙂 Było to bardzo pozytywne, taka spontaniczna radość 🙂 Zjedliśmy tortillę z pastą fasolową, cukinię, fasolkę szparagową z kukurydzą, surówkę z buraczków i jabłka, guacamole, sałatkę z jarmużu, botwiny, sałaty, orzechów włoskich i pinii z winogronami i kalarepą. Wszystko było pyszne, zjedliśmy nawet dokładkę 🙂 Edna powiedziała po jedzeniu „life is good” i tak też ma napisane w kuchni i też My tak myślimy 🙂 Chyba faktycznie tak jest, że to co dajesz to dostajesz, staramy się być miłością i radością 🙂 a w zamian takie cuda nas spotykają 🙂 Miłe rozmowy, uśmiech, pyszne jedzenie, piękne widoki, ciepło, nie pada na głowę 🙂 Czy można chcieć czegoś więcej? Czy życie nie jest piękne? 🙂