Archiwa tagu: West Coast

Słoneczne Yosemite

3 listopad 14:52

Z Novato zabrała nas na stopa kolejna kobieta Shila (ale te kobiety są tutaj dzielne 😀 ), która nas podwiozła w ogóle nie jadąc do San Francisco bo jak to powiedziała szkoda jej się nas zrobiło, że już się niedługo ściemnia a w dodatku pada 😛 Poczłapaliśmy w deszczu i we mgle i można powiedzieć, że spaliśmy pod mostem 😉 ale nie byle jakim bo Golden Gate Bridge 😀

Jak się kładliśmy spać to go w ogóle nie było widać, ale jak wstaliśmy o 6 rano i było jeszcze ciemno, mgła opadła i poprawiła się widoczność, tak że powitał nas piękny widok oświetlonego mostu, miasta i gwiazd na niebie i dopiero przy takim świetle most wyglądał na złoty, bo w dzień jest ciemnoczerwony..

Kiedy przechodziliśmy przez most, który ma prawie 3 km długości widzieliśmy delfiny 🙂 kilka helikopterów i pływające dookoła wojskowe motorówki z.. karabinami maszynowymi 😛 od razu poczuliśmy się bezpieczniej z taką obstawą 😉 i zastanawialiśmy się nawet czy nie kręcą akurat jakiegoś filmu ;P ale chyba nie..

Alcatraz, które było widać w oddali też już nie pełni swojej dawnej funkcji więzienia, więc raczej nikt nie uciekł 😉 Ileż paliwa zużywają takie motorówki, które pływają tam wkoło tak długo.. ile oni pieniędzy marnują na wojsko.. ręce opadają.. Ale skoro Amerykanie się czują dzięki temu bezpieczniej to niech płacą na to podatki jak chcą 😛

Przez San Francisco przyjechaliśmy darmowym autobusem, żeby pooglądać chociaż przez szybę Downtown 🙂 ale jak to duże miasto nie zrobiło na nas wrażenia 😛

Może byśmy pozwiedzali wegańskie knajpy bo podobno według Happycow są najlepsze na świecie, ale nikt z couchsurfingów nas nie chciał, a noclegi podobno tam są (nawet jak na Amerykę:P) mega drogie.. My spaliśmy za darmo pod mostem i się nie musieliśmy przekonywać jakie są ceny.. Kemping co prawda kosztował 25 $ za miejsce (taniocha 😉 ) i był nawet bez wody pitnej, nie mówiąc o prysznicu 😛 ale przyszliśmy już jak było późno i nie było komu płacić, a wyszliśmy zanim się zrobiło widno.. miejsce było jak na nasze tradycyjne noclegi bardzo równe i w żadną stronę się nie staczaliśmy 😛 ale Grześka budził ocean, bo były wielkie fale i był bardzo głośny, więc jakoś super się nie wyspaliśmy 😛 Spodziewaliśmy się czegoś więcej po tym couchsurfingu, ale niestety jeżdżąc na stopa nie jesteśmy w stanie się zapowiedzieć z tygodniowym wyprzedzeniem 😛 bo nie wiemy nawet gdzie dotrzemy jutro 😛 A jak nam napisał jeden Polak (który tak czy siak nas nie przygarnął, bo miał się zapytać współlokatorów czy może, a w końcu tego nie zrobił) normalnie by nawet nie przeczytał tego co napisaliśmy, bo on czyta tylko pytania ludzi z minimum 5 referencjami.. ale spoko wyglądamy.. hmm.. czyli to, że przez 3 miesiące sobie sami radziliśmy i nie żerowaliśmy na cudzej gościnności i tylko dwa razy u kogoś spaliśmy jest naszym minusem.. no cóż.. nie tak sobie wyobrażaliśmy ideę tego serwisu.. dobrze, że część ludzi nam chociaż odpisuje, że nie mogą bo coś tam.. ale większość albo nic nie pisze albo nas po prostu skreśla bez przyczyny.. Szkoda, że nie zapisaliśmy się przed wyjazdem do Servasu, bo to chyba trochę lepiej działa, ale mieliśmy nadzieję że couchsurfing będzie w porządku.. Grześ nam trochę podpowiedział, więc może dzięki niemu jeszcze uda się jakiś nocleg prze cs, ale ogólnie słabo.. Nie mieliśmy ochoty szukać noclegu w San Francisco na dziko, bo to by było chyba ponad nasze siły, więc po przejechaniu miasta autobusem zaczęliśmy łapać stopa do Oakland.. Kiedy staliśmy przy wyjeździe z miasta z kartką podeszła do nas z pretensjami pewna murzynka, że zabieramy jej miejsce 😛 (miała kartkę jak wszyscy bezdomni w stylu: jestem głodna i biedna.. niech wam Bóg błogosławi..), ale jak zobaczyła, że chcemy tylko wyjechać z miasta to życzyła nam powodzenia 😉 Stamtąd zabrała nas kolejna dziewczyna! z psem i po 10 km trailu przez miasto i przez park dotarliśmy w końcu do kempingu.. który okazał się monitorowanym miejscem z kilkoma drewnianymi domkami, oczywiście bez wody.. prawie się rozłożyliśmy pod samą kamerą 😛 taka była mgła.. Ale w końcu odeszliśmy kawałek i spaliśmy w dosyć spokojnym miejscu, a poszliśmy spać już o 4 rano 😛 tyle czasu nam zajęło chodzenie przez ten park po ciemku, we mgle i stromo pod górę..

Pospaliśmy kilka godzin i ruszyliśmy dalej.. przez Redwood Regional Park (przypominał nam trochę podwrocławską Ślężę 🙂 ) jego niezliczonymi górzystymi ścieżkami 🙂 bardzo fajne miejsce.. ścieżki rowerowe, szlaki piesze, miejsce na piknik, bezpłatne kibelki.. Sporo ludzi korzystało z jego dobrodziejstw, ale był akurat weekend.. i całkiem fajna pogoda 🙂

Kolejnym miejscem, do którego zabrał na starszy Pan, który miał rodzinę w Niemczech, więc nawet kojarzył gdzie jest Polska 😀 było Castro Valley.. Tam szliśmy tylko około 6 km do miejsca na nocleg i poszliśmy spać dużo szybciej 🙂 Odprowadził nas tam bardzo sympatyczny piesek, którego się mocno wystraszyliśmy po ciemku, że do nas biegnie 😛 a on po prostu chciał nam towarzyszyć i żeby go głaskać 🙂 a jak już zrobiliśmy kolację w namiocie, tak bardzo chciał z nami spać, że aż próbował zrobić podkop 😛 ale w końcu poszedł spać i my też 🙂 Przeszliśmy przez miasto do drugiego Safewaya, ale tam też nie było jedzenia na wagę, więc łapaliśmy stopa do Whole Foodsa gdzie zawiozła nas bardzo sympatyczna meksykańska rodzinka 🙂 Siedzieliśmy z tyłu obok małej dziewczynki, która cały czas oglądała jakieś straszne filmy o olbrzymich pająkach 😛 a jak jej się tata zapytał co ogląda powiedziała że Spidermana 😛 ach te dzieci 😉 Whole Foods nas nie zawiódł i uzupełniliśmy zapasy przed wjazdem do kolejnego parku i przesiedzieliśmy Halloween doładowując telefony, komputer itd. 😛 Market oczywiście ustrojony w pajęczyny, pająki, dynie itp. Pełno poprzebieranych ludzi, ale nie widzieliśmy akcji jak dzieci chodziły po domach.. My świętowaliśmy Halloween i 100 dni naszej podróży przy kubku wegańskich, waniliowych, organicznych i bezcukrowych lodów Coconut-Bliss 🙂 Były pyszne, ale na razie nasze ulubione były czekoladowe z orzechami włoskimi i bezglutenowymi ciasteczkami brownie też tej firmy 🙂 Amerykańskie dekoracje na Halloween wyglądają przeróżnie.. co dom to inny pomysł..

Mi się najbardziej podobają te ekologiczne czyli powycinane dynie 🙂 no i czarne koty też są fajne 😀 poza tym pełno kościotrupów, nagrobków itd. co już mi się zdecydowanie mniej podoba 😛 chyba, że jest to szkielet na przykład psa (a zdarzają się 😛 ) to wygląda spoko – jak na anatomii 😉 fajne też są wszelkie światełka, bo ja bardzo lubię 🙂 a najgorsze są poodrywane ręce, głowy itp.. oczywiście wtedy wszystko to plastikowy szmelc z Chin tak jak plastikowe dynie.. jakby zwykłej nie można było kupić.. jeśli ktoś nawet nie umie wycinać to pomalowanie markerem i tak jest bardziej ekologiczne niż plastik.. a tych dekoracji mają tutaj przeogromne ilości.. ciekawe ile średnio każda rodzina traci na to co roku pieniędzy.. i ile niepotrzebnych śmieci przybywa.. O naszym polskim dniu Wszystkich Świętych nie mają pojęcia nawet ci którzy mają polskie korzenie.. ale jak opowiadamy jak to wygląda przyznają, że to bardzo fajny zwyczaj.. Tutaj nie zobaczymy na cmentarzu ani jednego światełka, bo są zakazane przez zagrożenie pożarowe.. Zawsze lubiłam widok cmentarza wieczorem 1 listopada w Polsce (pierwszy raz go nie zobaczę) mówiłam wtedy wszystkim, że dużo światła = dużo miłości.. każdy w końcu przynosi jakąś lampkę temu kogo kocha 🙂 i wspomina jaki to wspaniały człowiek, opowiada dzieciom, wnukom 🙂 Wiadomo, że można to święto obchodzić różnie.. My z Grześkiem zawsze kupowaliśmy szklane znicze z metalową przykrywką (żeby było ekologicznie bo ile ton śmieci ląduje po tym dniu w koszu chyba każdy widział) i wspominaliśmy najlepsze chwilę z tymi, których pamiętamy, a niestety nie ma ich już z nami.. Ale wiadomo że każdego z nas to kiedyś czeka.. śpieszmy się kochać ludzi – tak szybko odchodzą.. i śpieszmy się kochać życie i każdą chwilę, bo nie wiadomo kiedy my odejdziemy.. W Meksyku mają podobno takie święto jak w Polsce, ale oni przynoszą na groby jedzenie i picie, które dana osoba lubiła na przykład tequilę 😛

W Dublin spaliśmy na górce z widokiem na oświetlone całe miasto i wielkie więzienie 😛 nawet nie wiało aż tak jak się spodziewaliśmy, ale błoto było zacne 😛 wyglądaliśmy jakbyśmy już wrócili z Yosemite, a nie dopiero jechali 😛 Na szczęście w mieście była fajna mało uczęszczana łazienka koło boiska, gdzie nawet była gorąca woda! 😀 i można było spokojnie umyć włosy, ogolić się i doprowadzić ogólnie do porządku 😉 Jak już byliśmy znów czyści i piękni odwiedziliśmy muzeum motocykli Arlen Ness. Najbardziej podobały nam się stare maszyny Harley-Davidson – ręcznie robione prawdziwe dzieła sztuki.

Wieczorem udało nam się złapać stopa do Manteca, a naszym wybawicielem był Ali, który pochodzi z Indii, ma czwórkę dzieci i jest przesympatyczny 🙂 Jak to większość ludzi, którzy nas biorą na stopa normalnie nikogo nie bierze, ale my wyglądamy tak sympatycznie 😀 Pytał czy się nie boimy tak jeździć i że to niebezpieczne.. a jak powiedziałam, że dobrzy ludzie spotykają tylko dobrych ludzi ucieszył się, że się z tym zgadza 🙂 Dotarliśmy na miejsce późnym wieczorem, więc nie jechaliśmy już dalej tylko poszliśmy szukać domku, który znaleźliśmy wśród jakichś drzewek.. dobrze, że nic na nich nie rośnie i że spryskiwacze o tej porze roku już nie działają 😛 Na wszelki wypadek zebraliśmy się stamtąd zanim się zrobiło widno i po drodze kupiliśmy w samoobsługowej skrzynce przy plantacji 10 kiwi za 1,5$, całkiem niezła cena 🙂 Po zjedzeniu śniadanka szybko udało się złapać stopa i w kierunku parku podwiózł nas Josh, który jest strażakiem, częściowo Polakiem i ma 5 tygodniową dzidzię.. dojeżdża codziennie 2 godziny do pracy, bo w mieście mieszkania kosztują milion dolarów 😛 a poza tym lepiej mieszkać wśród przyrody 🙂 Zostawił nas przy drodze w stronę parku, którą nic prawie nie jeździło (w końcu środa), ale o dziwo po kilkunastu minutach zatrzymała się para wspinaczy, którzy tak jak my cieszyli się ze świetnej pogody i podwieźli nas do samiutkiego parku 🙂

Na polu namiotowym w Yosemite Valley było bardzo ciepło, ale był też ogromny tłum ludzi.. Ciekawe jak tu jest latem.. W Visitor Center dostaliśmy mapę, załatwiliśmy pozwolenie na spanie na dziko (za darmo) na 7 dni i wypożyczyliśmy za 10$ dwie puszki misiowe, żebyśmy mogli spać gdzie mamy ochotę, a nie tam gdzie są skrzynki.

Trochę to wszystko nam zajęło i na szlak wyruszyliśmy dopiero po godzinie 17tej.. W górach robi się dosyć szybko ciemno, więc większość trasy szliśmy w ciemności.. ale zdążyliśmy zobaczyć jeden wodospad! 🙂 i przepiękne przeogromne góry otaczające nas z każdej strony 🙂

Dodając do tego kolorowe liście i strumienie i rzeki otrzymaliśmy obraz chyba najpiękniejszego parku, który widzieliśmy do tej pory w Ameryce 🙂 Pogoda też była idealna 🙂 no może oprócz tego, że jak już zaszło słońce zrobiło się od razu baardzo zimno, ale piękne gwiazdy na niebie, których było tak dużo starały się wynagradzać nam zimno 🙂 Po drodze spotkaliśmy sporo osób schodzących i jedną wchodzącą jak my i kilka namiotów i ognisk przy nich, żeby się trochę ogrzać.. Na kempingu widzieliśmy jeszcze tylko jeden namiot.. W nocy, tak jak przypuszczaliśmy, było baaaardzo zimno, namiot nam przymarzł, a stopy trzeba było mieć podkulone pod korpusik, żeby nie było zimno 😛 Spaliśmy w kiszkach wewnętrznych, zewnętrznej i w kurtkach 😛 a ja nawet w rękawiczkach, ale przez naleśnikowate matki upału nie było 😉 Tej nocy ubierzemy jeszcze więcej ubrań i złożymy chyba maty na pół, a pod nogi plecaki.. zobaczymy 😛 Pierwszy raz w życiu śpimy tak wysoko.. a w dodatku w namiocie! 🙂 Kemping w Little Yosemite Valley jest na wysokości 1859 metrów! 🙂 Ale widoki jakie widzimy rano i spokój jaki tutaj panuje wynagradzają zimną noc 🙂 Postanawiamy dzisiaj się stąd nigdzie nie ruszać i po prostu odpocząć 🙂 Chociaż jeden dzień bez plecaka na plecach bardzo nam się przyda, bo nawet jak w jakimś mieście siedzieliśmy dłużej to i tak codziennie chodziliśmy z plecakami i od nowa każdego dnia rozbijaliśmy namiot.. Ponad miesiąc nie mieliśmy chociaż jednego dnia bez chodzenia minimum 6 km z plecakami! Nieźle co? 😀 ale nasze organizmy już się dopominają odpoczynku.. boli nas już prawie każdy mięsień – szyi, ramion, pleców, rąk, nóg 😛 także trzeba w końcu odpocząć 🙂 a tutaj jest cisza, spokój, nie trzeba wstawać o 5tej rano 😛 nigdzie chodzić, płacić 25 $ za jedną noc.. więc można powiedzieć, że oprócz zimności w nocy jest to miejsce idealne 🙂

W dzień jak świeciło słońce, było całkiem przyjemnie 🙂 ciepło, cisza, strumień z czystą wodą niedaleko 🙂 wiewiórki i dzięcioły jako towarzysze 🙂 i kilka osób na przeogromnym kempingu, żadnego hałasu, śmierdzącego grila, ani samochodów 😛 Zaraz sobie zrobimy ognisko i się ugrzejemy 🙂 a w nocy też może tym razem będzie cieplej 🙂 zobaczymy.. Jutro może pójdziemy dalej, a może jeszcze tu zostaniemy jeden dzień odpocząć.. Cieszymy się, że tu dotarliśmy i jest taka fajna pogoda, a jeszcze tydzień temu był tu śnieg!.. Mam nadzieję, że trochę ciepło się przeciągnie i przez ten tydzień kiedy tu będziemy słońce nas będzie rozpieszczać 🙂 Cieszymy się, że teraz jest ładna pogoda 🙂 świeci słońce 🙂 ptaszki ćwierkają 🙂 jest spokojnie 🙂 jest odpoczywanie 🙂 relaksowanie się 🙂 regenerowanie 🙂 cieszenie się naturą 🙂 delektowanie chwilą 🙂 świętowanie 🙂 celebrowanie tu i teraz 🙂 dziękujemy! 🙂

Wśród Tysięcy Buddów

21 października 09:23

Z Ukiah powędrowaliśmy na stopach do Miasta Dziesięciu Tysięcy Buddów w Talmage.. Pierwszy raz byliśmy w tak egzotycznym miejscu 🙂 Kobieta, którą spotkaliśmy przy bramie poinformowała nas od razu, że na tym terenie się nie pali 🙂 i nie je mięsa 🙂 i że możemy iść do Visitor Center po jakieś broszury informacyjne, pochodzić po okolicy, żeby zrobić zdjęcia i odwiedzić świątynię 🙂 Widać, że zwierzątka czują się u nich jak w domu, bo przebiegło nam drogę pełno wiewiórek, a po trawie dostojnie spacerowały kolorowe pawie 🙂

W informacji wisiała tablica, na której było pełno ciekawych plakatów 🙂 Jeden z filmu, który oglądaliśmy i polecamy – „Widelec zamiast noża” 🙂 Jest też fajna książka o tym samym tytule i książka o największym na świecie badaniu dotyczącym odżywiania, jakie kiedykolwiek przeprowadzono i o którym jest mowa w filmie (jego autor doktor T. Colin Campbell przeanalizował dietę 6,5 tysiąca osób w 65 chińskich i tajskich prowincjach, opartą głównie na roślinach i porównał dietę badanych osób z bogatą w mięso i nabiał dietą Zachodu, polski tytuł „China Study – Nowoczesne zasady odżywiania”). Warto na początku obejrzeć film, który zdecydowanie otwiera oczy, a jeśli kogoś zainteresuje sięgnąć po książki 🙂

Był też plakat o tym, że żeby wyprodukować 1 burgera (niewegańskiego oczywiście) zużywa się tyle wody, ile równoważy 32 prysznice!

Poza tym produkcja mięsa na świecie wytwarza 2 razy tyle metanu ile mięsa i przez to tworzy więcej gazów cieplarnianych, niż cały przemysł motoryzacyjny świata! i na przemysł mięsny zużyta zostaje 1/3 powierzchni Ziemi (łącznie z polami z jedzeniem, które zjadają zwierzęta, a które przecież mogliby zjeść ludzie), ponad 1/2 światowych zasobów wody i 1/3 ropy zużywanej w USA. Zwierzęta hodowlane produkują 130 razy więcej ekskrementów, niż cała ludzka populacja, nie mówiąc o antybiotykach, hormonach, pestycydach, środkach chemicznych, paszy modyfikowanej genetycznie (bo nie wiem czy wiecie, ale w Polsce to co jemy musi być oznaczone, że jest modyfikowane genetycznie, ale coraz częściej zwierzęta są karmione paszą modyfikowaną genetycznie, bo tak jest taniej, a przecież substancje typu roundup nie znikają z ich ciał, tylko się kumulują, a w osobie zjadającej zwierzęta tym bardziej). Na uniwersytecie w Chicago badacze udowodnili, że osoba na diecie wegańskiej produkuje 1,5 tony dwutlenku węgla mniej co roku, niż na tradycyjnej diecie. Dla porównania zamiana samochodu na hybrydę zmniejsza tę ilość tylko o 1 tonę! Artykuł, choć krótki dobitnie pokazuje, że jedzenie mięsa nie jest zbyt ekologiczne 😉 a nic nie napisali o mleku i jajach, a więc to tylko czubek góry lodowej 😉

Jeśli kogoś interesuje ochrona naszego środowiska naturalnego i ekologia, zachęcam do głębszego zastanowienia się nad tą kwestią 🙂 Świat jest w naszych rękach 🙂 to od Ciebie zależy jaką będą miały przyszłość Twoje dzieci i wnuki 🙂 czy będą miały gdzie pooddychać świeżym powietrzem, czy będą zasoby czystej wody, czy będą zdrowe 🙂 To już nie jest kwestia tego, co próbują nam przekazać niektóre proekologiczne organizacje, że gdyby nie było hodowli zwierząt, nie byłoby głodu na świecie, bo byłoby więcej jedzenia dla dzieci w Afryce, a nie krów 😛 Bo to tak nie działa.. jedzenia mamy tyle, że już by wystarczyło.. wystarczy popatrzeć ile ląduje w śmieciach! W USA jest to niestety bardzo częsty widok.. cała kanapka, całe danie.. bo mi nie smakowało?! ale w Polsce też coraz popularniejszy.. U nas chyba po prostu ludzie za dużo kupują i jedzenie się marnuje.. szczególnie widać to w święta.. a przecież liczy się jakość jedzenia, a nie ilość.. w tyłkach się ludziom poprzewracało 😉 Ale nie o tym miałam pisać, bo mam nadzieję, że wy wszyscy o tym wiecie, że jedzenie się szanuje, bo takie dziecko w Afryce cieszy się, jak zje sam ryż! 🙂 Ale nie wiem czy wszyscy zdają sobie sprawę z tego jaki wpływ mają ich codzienne wybory na naszą kochaną planetę 🙂 i że dużo bardziej da się wpłynąć na ochronę przyrody ograniczając choć trochę jedzenie mięsa, niż kąpiąc się krócej (choć to też ważne 😉 ) czy segreguje śmieci 🙂 Pamiętajmy o tym, żeby „każdy nasz krok niósł pokój”.. dla nas, dla innych ludzi, dla naszej planety 🙂 w każdej chwili naszego życia podejmujemy decyzje 🙂 kierujmy się po prostu miłością 🙂 miłością do całego świata 🙂 a nie tylko do naszego ego 😉 które przecież tak lubi mięso ;P Już nie wspominając o kwestii zdrowotnej, o której jest między innymi we wcześniej opisanym filmie i książkach 🙂 Jeśli ktoś chce poczytać coś więcej, zachęcam do książki „Dieta roślina na codzień” 🙂 O tym co jeść, żeby być zdrowym, co lepiej ograniczyć, o powszechnych mitach, jak niedobór białka (raczej prawie wszyscy mają nadmiar, i stąd min. nowotwory), żelaza, wapnia, czy innych substancji, o tym, że nawet kobiety w ciąży i dzieci mogą być zdrowe na diecie wegańskiej, a sportowcy mogą osiągać super wyniki 🙂 i dużo różnych ciekawych rzeczy 🙂 Jeśli ktoś ma jakiekolwiek pytania, zachęcam do zadawania 🙂 A kontynuując temat plakatów, było też o cyrku bez zwierząt, ale to chyba wszyscy już wiedzą, mam nadzieję, że to jest śmieszne tylko dla ludzi i jestem bardzo dumna, że we Wrocławiu już takie cyrki nie są mile widziane 🙂

O tym, żeby nie porzucać zwierząt i adoptować.. bo po cóż hodować nowe, rasowe, skoro tyle bidulek czeka w schroniskach na naszą miłość czasami latami!

I o firmach, które testują swoje produkty na zwierzętach.. Nie wiem czy znacie tę listę? Na forum http://wizaz.pl/forum/showthread.php?t=600483 i stronie http://zielonelove.blogspot.com/2014/01/nie-testowane-na-zwierzetach.html jest lista produktów nietestowanych dostępnych w Polsce. Jeśli to możliwe starajmy się nie wspierać tych korporacji męczących zwierzęta, bo chyba nie muszę pisać jakie okrutne rzeczy ludzie potrafią zrobić zwierzątkom dla swoich korzyści finansowych.. Jest tak dużo alternatyw, że nie można powiedzieć, że się nie da, po prostu się nie chce! A wszyscy, którzy kochają zwierzęta powinni znać tą listę, bo niestety znaczek króliczka nic nie znaczy i każda firma może sobie takiego króliczka wstawić, nawet jeśli testuje swoje produkty.. Jedynie znaczek Vegan Society świadczy o tym, że jakaś rzecz jest wegańska i jednocześnie nietestowana na zwierzętach, ani przez firmę produkującą, ani przez żadną inną firmę, której te testy są zlecane!

Kochajmy zwierzęta i bądźmy odpowiedzialnymi konsumentami 🙂 Nie jest to takie trudne, wystarczy tylko chcieć 🙂

I jak już się tak rozpisałam i ktoś to jeszcze czyta, to napiszę o tym, żeby postarać się jeść tylko olej palmowy z certyfikowanych upraw, żeby nie przyczyniać się do cierpienia i śmierci biednych małpek.. Jest to kolejny sposób na zysk wielkich korporacji, ponieważ jest tani i jest już teraz w ogromnej ilości produktów (też pod nazwą tłuszcz utwardzony) od słodyczy po czipsy 😛 Nie przykładajmy ręki do zabierania małpkom ich środowiska życia przez chęć zjedzenia czipsa albo ciastka 😛 Są oczywiście alternatywy 😛 np kranczipsy są z certyfikowanym olejem, a lejsy testują na zwierzętach 😛 Zawsze jest jakiś wybór, w każdym momencie naszego życia 🙂 Podaż rodzi popyt 🙂 Pokażmy, że życie małpek jest dla nas ważne 🙂 Już na coraz większej ilości produktów są certyfikaty 🙂 To nie jest tak, że jedna osoba nic nie jest w stanie zmienić! Jeśli każdy by kierował się miłością i jego religią byłoby czynienie dobra to świat by się powoli zmienił 🙂 Ja wierzę, że cały czas się zmienia na lepsze, bo coraz więcej ludzi na świecie jest świadomych i kierujących się siłą miłości, a nie miłością do siły! 🙂 Jeśli choć jedna osoba, która to przeczyta zwróci uwagę na olej palmowy, testy na zwierzętach i produkty fair trade – będę przeszczęśliwa 🙂 Ale każdy podejmuje decyzje samodzielnie 🙂 Ja mogę tylko szerzyć wiedzę i miłość 🙂 reszta zależy od Ciebie 🙂

A wracając do świątyni buddyjskiej chyba faktycznie było tam z 1000 figurek Buddów 🙂 i co ciekawe oprócz kwiatów przy ołtarzach tak jak u nas w Polsce, było też.. jedzenie! 🙂 Ale byśmy sobie zjedli te pyszne banany, pomarańcze, winogrona itd 🙂 był nawet chleb, soki i tym podobne 🙂 Ale leżały i leżały i Budda nie jadł.. pewnie w nocy 😉

Podobno był tam jakiś polski mnich, ale go nie spotkaliśmy, za to widzieliśmy owocującą magnolię pierwszy raz w życiu 🙂 Jak już zmierzaliśmy z powrotem w kierunku miasta, zostaliśmy podrzuceni przez Anglika, który też mieszka na terenie klasztoru 🙂 A do kolejnego miasta na naszej trasie Santa Rosa zabrała nas Cori 🙂 Druga kobieta w ciągu naszej podróży, a pierwsza zatrzymana normalnie przy drodze 🙂 Ale tu są dzielne kobiety 🙂 Widoki po drodze były przepiękne 🙂 góry, doliny, rzeki i.. słońce 🙂 Przywiozła nas do Safewaya, ale tam brak prądu, więc wpis na bloga znów się opóźni.. ale już mamy zaległości.. Trail przez całe miasto, żeby znaleźć miejsce do spania i dotarliśmy już po ciemku do Tailor Mountain Regional Park 🙂

Bardzo ładny park, spokojny i jak na bliskość miasta dosyć dziki, no i byliśmy sami 🙂 Z ciekawostek w Santa Rosa mieszka 150 000 ludzi i 1,5 tysiąca bezdomnych (to pewnie tylko szacunki) czyli 1% mieszkańców to bezdomni.. i niestety to widać.. pod mostami ,przy drodze, kolejki do noclegowni i na darmowy posiłek.. ale tam gdzie dotarliśmy, nikomu z nich się nie chciało dojść 😛 Grzesiek się śmiał, że jakby był bezdomnym, to by sobie w tym parku wybudował domek 😉 tyle drewna, połamanych gałęzi i taka dzikość, że spokojnie można znaleźć miejsce z dala od wzroku ludzkości 🙂 ale im się nic nie chce.. oni okupują tereny przy marketach.. Poznaliśmy taką prawidłowość, że Walmart = bezdomni w okolicy.. albo nawet przy samym markecie! Porozkładane wózki, śpiwory, zawieszone tarpy, żeby nie padało na głowę.. Widzieliście kiedyś coś takiego w Polsce? A Polska to podobno biedny kraj i tak wszyscy chcą być tacy amerykańscy.. przyjeżdżają realizować swój american dream 😉 Większość ludzi, z którymi rozmawiamy w którymś pokoleniu była Polakami.. Śmiejemy się, że ktoś zainwestował pieniądze, rzucił wszystko i przyjechał pracować do Stanów, a potem zobaczył jak tu jest naprawdę 😛 ale już się wstydził wracać 😉 i opowiadał wszystkim jak tu nie jest cudownie 😛 Jesteśmy w USA ponad 2 miesiące i wiemy już dawno, że nie jest aż tak cudownie 😉 Może jak ktoś przyjeżdża na 2 tygodnie urlopu i widzi tylko hotele i parki (które są faktycznie wspaniałe), a nie widzi zwykłego codziennego życia to myśli, że tutaj jest aż tak kolorowo.. bardziej niż w Polsce.. Ale ludzie nam mówią, że owszem więcej zarabiają, ale też jedzenie jest dużo droższe, ubezpieczenie jest baaardzo drogie, mieszkanie jest drogie, leczenie, edukacja.. no chyba tylko benzyna jest tańsza 😛 I mają naprawdę bardzo duży problem z bezdomnymi i narkotykami.. dużo większy niż w Polsce.. Są bardziej uśmiechnięci i otwarci i pozytywnie nastawieni do życia, ale chyba nie dlatego że mają tak dobrze.. ale bardziej mimo tego, że mają nie do końca idealnie.. i tego możemy się zdecydowanie od nich uczyć 🙂 Bo uśmiech i miłe słowo nic nie kosztuje, a sprawia chyba nawet więcej przyjemności obdarowującemu, niż obdarowywanemu 🙂 Także to czego radzę się zarazić od Amerykanów to właśnie szerzenie radości 🙂 Chociaż szczerze mówiąc tego też bardziej doświadczyliśmy na Alasce i tam częściej się ludzie uśmiechali bez powodu 🙂 ale tutaj i tak jest lepiej niż  w Polsce! 🙂 Także bądźmy zmianą, którą chcemy ujrzeć na świecie i szerzmy miłość i radość 🙂 bo to najważniejsze 🙂

Z Santa Rosa powędrowaliśmy do Rohnert Park skąd złapaliśmy stopa najpierw do Petaluma, a potem do Novato gdzie teraz jesteśmy 🙂 Tutaj przywiozła nas kolejna kobieta 😀 i poczęstowała pyszną marchewką 🙂 Odwiedziliśmy sklep Whole Food Market, który działa na zasadach jak Co-op (i też go bardzo lubię), żeby uzupełnić jedzonko (była nawet Vega, ale prawie 2 razy droższa niż proszek, który mamy obecnie, więc uzupełniliśmy ten sam) i doczłapaliśmy do Deer Island Open Space Preserve, czyli górki z lasem 🙂 gdzie w nocy oglądaliśmy spadające gwiazdy 🙂

Dużo ich widzieliśmy, więc mam nadzieję, że nasze życzenia się spełnią 🙂 A jedno z powtarzanych ostatnio jak mantra już się spełniło, bo w końcu mamy lato! 🙂 przynajmniej na nasze standardy 😉 bo jest z dwadzieścia kilka stopni, nawet się trochę opaliliśmy, chodzimy w krótkim rękawku i spodenkach i jest nam gorąco! 😀 i to już piąty dzień bez deszczu! 🙂 jupi! 🙂 to rekord naszego wyjazdu, bo do tej pory tylko maksymalnie mieliśmy 3 dni słońca pod rząd 😛 wierzymy, że teraz już tak po prostu będzie i bardzo nas to cieszy 🙂 W końcu to Kalifornia 🙂 Tu co prawda niby już jesień, ale dla nas to w końcu wyczekiwane lato 🙂 jesteśmy baaardzo wdzięczni 🙂 kochamy słońce 🙂 kochamy ciepło 🙂 kochamy się opalić 🙂 chodzić w krótkim rękawku i spodenkach 🙂 w cienkich niewodoodpornych butach 🙂 naładowywać się słoneczną energią 🙂 wygrzewać się 🙂 nawet jak długo łapiemy stopa, to i tak jest tak przyjemnie 🙂 nawet jak leziemy przez całe miasto z ciężkimi kreaturkami w poszukiwaniu domku 🙂 nawet jak już chyba w czwartym mieście z kolei nikt nas nie chce z couchsurfingu i nie mamy jak wstawić zaległych wpisów na bloga 😛 to i tak jesteśmy przeszczęśliwi 🙂 może nawet pójdziemy z tej okazji na plażę, kto wie? 🙂 jest wspaniale 🙂 jest słońce 🙂 medytacja 🙂 radość 🙂 celebrowanie każdej chwili 🙂 delektowanie się 🙂 a zaraz pójdziemy przed siebie trzymając się za ręce i będzie tak ciepło 🙂 idealnie 🙂 dziękujemy! 🙂

Wśród najwyższych drzew świata..

15 października 12:50

Z Gold Beach zabrał nas najbardziej świrnięty kierowca w czasie naszej podróży – Mick 🙂 bardzo sympatyczny, ale niezły dziwak 😛 najpierw tradycyjnie trzeba było zagarnąć na boki bałagan, żeby można było gdzieś usiąść i postawić nogi 😛 W sumie to bardzo częste, że pierwsze co ktoś robi jak się zatrzyma, to sprząta w samochodzie, żebyśmy się mieli gdzie zmieścić 😛 i przeprasza za bałagan 😉 i to nie taki jak to u nas czasem w Polsce, że jakieś butelki z piciem, czy tam paczka jedzenia, jakieś buty, ewentualne ubranie.. oni mają w samochodzie czasem pół swojego dobytku 😉 zresztą dookoła domów też czasami mają mega śmietnik 😛 U nas ludzie raczej się z tym kryją i nawet jak są mega „kolekcjonerami” to trzymają raczej swoje skarby w domu, a tutaj się w ogóle nie przejmują takimi drobiazgami 😛 Ale wracając do Micka przyjechał ze wschodniego wybrzeża bo tu bardziej naturalnie z żoną i malutką córeczką, walczy z globalnym ociepleniem próbując być samowystarczalnym – ma wodę ze strumienia, swoją energię itd.. Gadał chyba jeszcze głośniej niż typowy Amerykanin.. a oni mówią naprawdę baaardzo głośno, nawet jak stoją zaraz obok siebie 😛 i pytał kilka razy o to samo 😛 ale ogólnie jechał bezpiecznie i był w porządku 🙂

Przywiózł nas do Brookings, gdzie spędziliśmy noc na łące niedaleko rzeki i od rana łapaliśmy stopa z nadzieję dotarcia chociaż do Kalifornii, a może i do Redwood 🙂

Utrudnieniem była stojącą nieopodal na sygnale policja, która przyjechała do jakiegoś wypadku samochodowego, więc jakiś czas postaliśmy i poszliśmy dalej.. Tam zatrzymała nam się para jadąca busem, który był w wieku Grześka 😀 Bus był z Niemiec i jeździł nawet po Polsce 😀 Nasi kierowcy jechali do domu do San Francisco, gdzie zapraszali 🙂 Ale my woleliśmy nasz wyczekiwany Redwood 🙂 Podwieźli nas pod Visitor Center, załatwiliśmy darmowe pozwolenie na nocleg, co prawda dostaliśmy tylko na jedną noc, bo potem miało być urwanie chmury 😛 ale stwierdziliśmy, że zobaczymy jaka będzie pogoda 🙂

A jeszcze nie napisałam wcześniej o Olympic National Park, że tam nie mieliśmy żadnego pozwolenia na spanie, mimo że dostaliśmy mapę w Visitor Center, bo jak to my szliśmy pod prąd, a nie od tej strony gdzie była chatka Rangersów, bo była dopiero nad jeziorem Quinault, czyli tam gdzie dotarliśmy po przejściu całego szlaku.. to znaczy było po drodze ich kilka domków, ale wszystkie nieczynne, może latem tam ktoś siedzi w środku dziczy, ale nie w taką pogodę 😛 i tam nas nikt nie ostrzegał, że będzie lało.. Ale w sumie jakie to ma znaczenie.. i tak byśmy poszli 😛 bo pogoda już raczej może być tylko bardziej zimowa z biegiem czasu, a na wiosnę nie będziemy czekać 😛

A wsiadając do tego wana w Brookings znów widzieliśmy tych chłopaków na rowerach ! 🙂 kurcze.. jak miło 🙂 jak starzy znajomi 🙂 Z Visitor Center poszliśmy na nogach na szlak i doszliśmy do pierwszego „kempingu”, to w sumie zajęło nam cały dzień do wieczora 🙂 „Kemping” był miejscem na może ze trzy namioty, gdzie były dwie skrzynki misiowe i tak w ogóle to był dla ludzi jeżdżących konno.. hmm.. co by nam nie przeszkadzało w rozłożeniu się tam, ale stał już jakiś namiot, więc poszliśmy tam gdzie nam Pan Rangers przykazał, czyli na kamolkowatą plażę nad rzekę, żeby było spokojniej 🙂

Ogólnie było ciepło, bo nawet słońce momentami świeciło 😀 w końcu 🙂 ale w nocy było chłodno i.. twardo.. bo niestety kilka dni wcześniej zaczęło mi schodzić powietrze z mojej ulubionej matki do spania i po niecałych 2 godzinach była już płaskim naleśnikiem.. a kamolki twarde i zimne.. układanie wewnętrznych śpiworków i chustki trochę pomagało, ale dobrze, że była rzeka to w końcu się udało zlokalizować miejsce ucieczki komfortowego powietrza spankowego.. Pewnie jakaś jeżyna, w którymś lesie po drodze.. one tu są wszędzie, a czasem się rozkładamy jak jest już ciemno.. Niestety łatki naprawcze z zestawu Term-a-Rest są do dupeczki 😛 i powietrze dalej schodzi.. troszkę wolniej 😛 na ich usprawiedliwienie napiszę tylko, że dziura jest przy samym składaniu maty na pół.. być może dlatego..  A zastanawialiśmy się nad zestawem z klejem.. Ale stwierdziliśmy, że jeszcze nam się przedziurawi albo wyleje, jak go będziemy po raz tysięczny wciskać do plecaka.. no cóż.. trzeba będzie kupić łatki rowerowe jak się gdzieś uda.. może one pomogą.. Niestety Term-a-Rest nas zawiódł w trakcie tej podróży.. Na plus jest to, że po ponad miesiącu! odpisali Grześkowi na maila i chyba przyślą mu nową matę.. się okaże 😛 Dobrze, że jednak coraz cieplejsze miejsca przed nami – mam nadzieję 🙂 Ponieważ pogoda była super i wciąż nie padało! już ponad dzień 🙂 wow! 🙂 postanowiliśmy pójść dalej przez park do drugiego kempingu, tym bardziej, że jak spotkaliśmy trzech chłopaków mówili, że Tall Trees trail jest super 🙂 Późnym wieczorem po przejściu.. na boso.. przez rzekę.. na szczęście tylko do kolan i okrągłe kamienie, a woda tylko przez chwilę była lodowata 😉 dotarliśmy do wielkich drzew 🙂

Wcześniej po drodze też od czasu do czasu zdarzały się spore okazy, ale te, które zobaczyliśmy tutaj były.. prze-o-gro-mne! 🙂 Jak to mówią „nie do opisania – do zobaczenia” 😉 hihi 🙂 Tego nawet na zdjęciu nie da się pokazać, jak wysokie są te drzewa.. Jak malutki się przy nich wydaje człowiek.. Zdecydowanie skłania do refleksji..

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

W tym Parku Narodowym żyje najwyższe drzewo na świecie Hyperion, które ma ponad 115 m wysokości i jego dokładna lokalizacja jest objęta tajemnicą.. i dobrze! 🙂 i jeszcze 2 inne drzewa z listy 10 najwyższych drzew na świecie.. są to sekwoje wieczniezielone, są najwyższe, ale nie największe i najstarsze.. mają tylko niecałe 7 m średnicy i ponad 2000 lat! 🙂 a sekwoje olbrzymie są największe objętościowo – General Sherman ma 1200-2000 ton ( jest to największy na świecie żywy organizm! 🙂 ), ale ma tylko 84 m wysokości i ponad 3200 lat 🙂 może też zobaczymy tego szanownego jegomościa 🙂 Spacerowanie wśród tak sędziwych istot to jest dopiero medytacja 🙂 Jesteśmy w porównaniu do nich tacy malutcy.. tak krótko żyjemy.. Nawet żyjąc 100 lat przeżyjemy tylko 1/20 życia tych drzew.. A mało kto tak długo żyje.. Ale drzewa też nie zawsze dożywają tak długo i większość tego lasu wycięli jego „wspaniali” odkrywcy, a Park Narodowy utworzono dopiero w 1968 r., żeby zachować chociaż część tych niezwykłych drzew 🙂 One i tak występują tylko na West Coast, a widać jak mały jest ten park.. jak mało drzew zostało.. A nigdy nie wiadomo czy jakiś gigant nie wywróci się przez wiatr albo nie spłonie.. Życie jest kruche i cenne, więc cieszmy się że jesteśmy! 🙂 Redwood dał nam wspaniałą lekcję naszej „małości”.. i tego, żeby cieszyć się każdą chwilą, która jest nam dana 🙂 bo choćbyśmy żyli 100 lat, to i tak nie ma tych chwil w naszym życiu aż tak bardzo dużo, żeby którąkolwiek z nich zmarnować.. bo najważniejsza jest ta właśnie chwila, która trwa.. tylko w tej możemy naprawdę żyć 🙂 cieszyć się 🙂 kochać 🙂 przytulić się 🙂 uśmiechnąć 🙂 złapać za rękę 🙂 popatrzeć w oczy 🙂 oddychać 🙂 życie ma nam tyle do zaoferowania 🙂 delektujmy się każdą chwilą, celebrujmy każdy moment 🙂 jesteśmy 🙂 tu i teraz 🙂 wystarczy być 🙂 i już jest idealnie 🙂 takie drzewa sobie stoją tutaj tyle lat i po prostu są.. są sobą.. i cieszą się życiem 🙂 to czuć jak się jest w ich otoczeniu 🙂 Poprzytulaliśmy się do nich i do siebie nawzajem 🙂 i poczłapaliśmy dalej z naszymi ciężkimi kreaturkami na plecach.. i jak rozstawialiśmy namiot cały czas nie padało! 🙂 taki prezent nam Redwood zrobił 🙂 a już rano przywitał nas deszcz 😛 i całe szczęście, że większość drogi powrotnej do miejscowości Orick podwiozła nas Amanda i Jimmi – to udało się aż tak nie zmoknąć 🙂 Wysłaliśmy konkursowe kartki i łapaliśmy stopa do kolejnego parku 🙂

Po krótkiej chwili z deszczu wybawili nas Natascha i Michael jadący kamperem ze swoim czteromiesięcznym synkiem Maksymilianem 🙂 da się? da się! 🙂 oni są świetnym przykładem 🙂 Wykorzystują dwumiesięczny urlop rodzicielski taty i roczny mamy aby podróżować po Ameryce i poznawać swojego malucha 🙂 I wcale nie uważają, że jest to trudne i skomplikowane.. wręcz przeciwnie.. mówią, że jest to powolna podróż z częstymi postojami, ale cieszą się bardziej każdą chwilą i odwiedzanym miejscem, a maluszek daje tyle radości 🙂 I faktycznie widać, że cieszy się tym, że rodzice są szczęśliwi i wypoczęci i praktycznie w ogóle nie płacze ( nawet na rękach u nowego wujka i cioci 😉 ) tylko jak jest głodny albo wszyscy wychodzą z kampera robić zdjęcia elkom przy drodze 😛

Po drodze odwiedzamy z nimi aleję gigantów (Avenue of the Giants), wzdłuż której też wszędzie rosną sekwoje wieczniezielone 🙂

..i sklep z pamiątkami z Redwood i Wielką Stopą 🙂

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

Michael i Natascha są dla nas bardzo mili i proponują wspólny nocleg na kempingu na jednym miejscu, żebyśmy nie musieli już łapać stopa tak późno 🙂 Okazuje się, że nic dodatkowo nie trzeba płacić za namiot, więc mamy darmowy nocleg 🙂 plus prysznic.. ale mamy już taką wprawę, że wydajemy tylko po 1 $ na osobę i łącznie z myciem włosów prysznic zajmuje każdemu z nas 4 minuty 😀 A po prysznicu zapraszają nas do siebie na kolację 🙂

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

Michael super wybrnął z wyzwania jakie mu postawiliśmy i zjedliśmy pyszny makaron w sosie pomidorowym i świeżym szpinakiem 🙂 Miła odmiana dla ryżu i kaszy codziennie 🙂 Świetnie nam się z nimi rozmawiało i nawet Maksymilian był tak podekscytowany nowymi ludziami, że nie chciał iść spać 😛 ale tak już tarł oczy, że poszliśmy do swojego namiotowego domku 🙂 A kolejnego dnia jeszcze sporo kilometrów z nimi przejechaliśmy 🙂 Zdobyliśmy kolejnych wspaniałych przyjaciół, z którymi spędziliśmy wspólnie trochę czasu i troszkę się przez ten czas poznaliśmy 🙂 Mam nadzieję, że jeszcze kiedyś się spotkamy, ponieważ są z Berlina 🙂 więc nie aż tak daleko od naszego domu 🙂 Dowieźli nas do Willits gdzie chcieliśmy coś kupić w sklepie, ale udało się tylko melasę 😛 więc łapaliśmy dalej..

Michael podsunął nam pomysł, żeby napisać na kartce Honeymoon trip, ponieważ Amerykanie kochają historie.. i pewnie będzie tak łatwiej coś złapać, nawet jak pogoda nie byłaby za dobra.. Spróbowaliśmy, a co nam szkodzi.. i po kilkunastu minutach zatrzymała się.. taksówka 🙂 i pierwsze pytanie jakie zadał nam Mike to.. honeymoon.. really? ( miesiąc miodowy.. naprawdę? ) hihi 🙂 chyba zadziałało 🙂 Pierwszy raz jechaliśmy taksówką na stopa, a ja to w ogóle może ze trzeci raz w życiu 😛 Poopowiadał nam o elkach duchach, które są białe i dlatego wyglądają w nocy jak duchy i którędy najlepiej jechać do Yosemite National Park 🙂 Okolica była przepiękna 🙂 dookoła wszędzie wzgórza, pełno kolorów, ładne chmury.. i nie padało 🙂 Bardzo nam się podobało 🙂

Z Mikiem dotarliśmy do Ukiah i stąd właśnie dzisiaj piszę 🙂 W końcu nam się udało zrobić zakupy tego co potrzebujemy, bo były różne rzeczy na wagę i odwiedziliśmy mój ulubiony amerykański sklep, czyli Co-op 🙂

Naprawdę jest moim najulubieńszym sklepem chyba oprócz Urban Vegan (http://www.urbanvegan.pl) 😉 Bo co prawda nie jest wegański, ale ma organiczne warzywa i owoce, pełno wegańskich jedzonek, których nie ma nigdzie indziej i pełno świetnych ekologicznych, wegańskich i organicznych kosmetyków 🙂 Mogłabym tutaj chodzić całymi dniami i to wszystko.. oglądać 😀 bo takie drogie, że w sumie kupiliśmy tylko (albo aż) jarmuż, awokado, banany, kaszę, rodzynki, spirulinę, macę i koper włoski na wagę, świeżo zmielone masło migdałowe i nowy proszek waniliowy (bo Vegi chyba już nie uświadczymy w USA), no i uniwersalny eko biodegradowalny płyn do prania i mycia włosów 🙂 i z ciekawostek bułki z kiełkowanej pszenicy! 🙂 dużo lepiej strawne niż takie normalne i wszystkie mikro i makro elementy bardziej przyswajalne 🙂

Nie wiem czy jest takie coś w Polsce.. ja nie widziałam 😛 W smaku za bardzo nie czuć różnicy.. ja już się trochę odzwyczaiłam, bo jemy teraz bez gluta tzn. ryż i różne kasze, ale od czasu do czasu można zaszaleć 🙂 Sklep jest świetną inicjatywą, bo nie dość, że wszystko jest organiczne, to jeszcze lokalne 🙂 Bo fajnie, że np. w Lidlu są organiczne jabłka (bo innych lepiej nie jeść  dla dobra swojego zdrowia), tylko szkoda, że nie z Polski! Bo to niezbyt ekologiczne wozić je tyle kilometrów skoro u nas jest ich pełno.. Takie banany u nas nie wyrosną, ale na brak jabłek nie możemy narzekać 😛 A i tak najlepsze są malinówki z Krzyworzeki 😀 Jest też tam bar, w którym serwują świeżo wyciskane organiczne soki i smoothie, albo kawę, herbatę i czekoladę – oczywiście organiczną i pochodzącą ze Sprawiedliwego Handlu (Fair trade). Bo choć to droga inwestycja – takie produkty Fair trade, to ich cena nie jest wysoka bez powodu.. Myślę, że lepiej wypić kawę lub wypić kakao, czy zjeść czekoladę od święta, zamiast codziennie, ale z czystym sumieniem 🙂 że nie przykładamy ręki do cierpienia dzieci 🙂 Bo nie wiem czy wiecie, ale symbol Fair trade oznacza między innymi, że do pracy przy zbiorach kawy, czy kakao w Ameryce Środkowej i Południowej, Afryce czy Azji nie są nieludzko wykorzystywane dzieci, którym zabiera się dzieciństwo, możliwość edukacji i spełnienia marzeń w przyszłości.. Pomyślmy o tych dzieciach i przyczyńmy się nie tylko do naszego szczęścia poprzez łyka kawy, czy gryza czekolady 🙂 Taki mały gest ,a tyle szerzenia miłości i radości na świecie 🙂

No więc znów obładowani jak wielbłądziki możemy ruszać do kolejnego parku.. Może się uda jeszcze zrobić pranie po drodze 🙂 tylko że znów.. pada.. Wiadomo.. ja to akceptuję.. i wcale się nie złoszczę.. bo i tak nie mogę tego zmienić 😛 ale ta nasza ucieczka od deszczu trwa już ponad 2 miesiące 😛 i dłużej niż na 3 dni to chyba nam się jeszcze nie udało 😛 i w sumie wcale mi nie szkoda tych kalifornijskich plaż, które teraz omijamy jadąc bardziej na wschód bo ciężko by było pływać w tym sztormie 😛 i słabo się opalać w ubraniach wodoodpornych 😛 ale może jeszcze tam dotrzemy jakby przypadkiem wróciło lato 🙂 kto wie 😛 A tutaj się cieszymy naszą podróżą nawet jak pada, jak wieje, jak jest ciężko, jak jest twardo w nocy, jak jest zimno, jak jest mgła i nic nie widać, jak stoimy przy drodze, że aż nogi ścierpną i nic, jak trzeba przejść przez miasto 10 km, żeby znaleźć miejsce do spania, jak jest pełno pysznego jedzenia, które jest takie drogie, że i tak go nie kupimy, jak jeszcze ani raz się nie opalaliśmy na plaży, ani nie chodziliśmy w krótkich spodenkach, ani nie pływaliśmy (nawet nie zanurzyliśmy stopy przez sztorm) w oceanie, ani nie leżeliśmy na plaży w hamaku z drinkiem z palemką (w ogóle nie piliśmy alkoholu oprócz 2 piw i wina, którymi nas ktoś poczęstował), nawet jak Grzesiek nie pije praktycznie w ogóle kawy, a ja owocowych smoothie.. Nie robimy dużej ilości rzeczy, które byśmy chcieli i zupełnie inaczej sobie wyobrażaliśmy tę podróż, a głównie pogodę 😛 Ale i tak jest idealnie! 🙂 bo mamy siebie! 🙂 mamy swoją najbardziej świrniętą na świecie podróż poślubną 🙂 mamy dużo czasu na niemyślenie 🙂 na cieszenie się 🙂 na bycie 🙂 na delektowanie się chwilą 🙂 na medytację 🙂 na uważność 🙂 na życie 🙂 bo najważniejszy w naszym życiu jest ten krok, który właśnie teraz stawiamy 🙂 taki jaki jest 🙂 dziękujemy! 🙂

Pierwszy stop z kobietą i wegańska zupa :)

10 października 10:52

Wydawało mi się to niemożliwe a jednak w końcu u nas jest cieplej niż W Polsce 😀 W nocy było tak ciepło, że spałam w samych majtkach i koszulce 😀 no i śpiworku 😛 normalnie jest jak jakieś lato 😉 w dzień, jak świeci słońce jest całkiem ciepło 🙂 a jak przychodzi nagle ni stąd ni zowąd mgła (to jest moment 😛 ) robi się kilkanaście stopni przez wilgotność i wiatr.. Ale najważniejsze że nie pada! 🙂 a padało codziennie non-stop przez cały tydzień, przez który większość czasu przesiedzielibyśmy, żeby całkowicie się nie przemoczyć u Freda Meyera ;P jak to dobrze, że jest tam w miarę ciepło (jest co prawda klima i trzeba siedzieć w kurtce, ale i tak dużo cieplej niż jak człowiek jest całkowicie mokry i wieje wiatr 😛 ), jest internet, jest prąd, jest jedzenie 🙂 cóż nam więcej trzeba? 😉 hmm.. może ruszyć się w końcu w kierunku Redwood?!? a nie wyczekiwać moment kiedy.. mniej pada, a nie leje, żeby móc przejść z Freda 2 km do naszego miejsca na domek.. Ale przyroda na szczęście zrozumiała naszą potrzebę ucieczki z Freda, gdzie już chyba wszyscy nas znali 😉 i w końcu.. przestało lać.. Dalej była mżawka, mgła i chmury.. ale przecież to idealna pogoda by podróżować ;D Tak więc bez żalu opuściliśmy Freda i zaczęliśmy łapać stopa dalej 🙂 Z wcześniej opisywanego Tillamook udało się nam dotrzeć po 3 dniach (bo też padało) 2 stopami do Newport w przerwach między deszczem 🙂 I tam właśnie utknęliśmy na 5 dni 😛 Ale nam się spodobało 😉 Na szczęście zabrali nas stamtąd bardzo sympatyczni ludzie mniej więcej w naszym wieku, którzy poznali się w 2 dni wcześniej no couchsurfingu i postanowili sobie razem podróżować wzdłuż wybrzeża 🙂

Byliśmy im bardzo wdzięczni, że w końcu dzięki nim udało nam się uciec z Newport 🙂 Przewieźli nas ze 30 km do kempingu, gdzie zostawali na noc, a my dalej łapaliśmy i po chwili zatrzymał się jeden z mieszkańców Yachats wracający do domu i wziął nas ze sobą 🙂 Próbowaliśmy jeszcze chwilę łapać, ale niedługo się miało ściemniać, więc zaczęliśmy szukać miejsca do spania.. Przez chwilę nawet zastanawialiśmy się nad kempingiem, ale był jak zwykle bez prysznica, a kosztował.. 26 $ ! więc zrezygnowaliśmy i poszukaliśmy sobie miejsca niedaleko drogi, ale trzeba było wstać o 5 rano i się zbierać dalej.. Poszliśmy zobaczyć wschód słońca, bo noc była gwieździsta, ale nic nie zobaczyliśmy oprócz mgły i chmur i kawałka oceanu 😉 ale chociaż nie padało 😀

Jak to się zmieniają człowiekowi priorytety pogody w podróży 😉 Nie leje = super pogoda 😀 a że nie widać prawie żadnych widoków – no cóż.. może za jakiś czas będzie widać.. albo jak dotrzemy gdzieś dalej 🙂 Zrobiliśmy sobie jedzonko i zaczęliśmy łapać stopa dalej, a że nie szło nam za bardzo obserwowaliśmy Japończyków (chyba) ze sprzętem fotograficznym próbujących ponad godzinę ustrzelić dobre zdjęcie.. stali tak i czekali na dobry moment.. a on się nie pojawiał.. cóż za cierpliwość ! Była tam bowiem dziura między skałami, do której wpływała woda, wypełniała krater, a potem powinna wystrzelić w górę.. powinna, ale jakoś nie miała ochoty 😛 Chyba po prostu był odpływ albo za małe fale, bo dziura się tylko malutko wypełniała wodą, a inna która według zdjęć miała być „gejzerem” w ogóle się nie wypełniała.. ale nigdy nie wiadomo 😉 Jak już przyjechali tutaj specjalnie dla tej dziury między skałami to nie dadzą tak łatwo za wygraną 😉 Polak już by dawno stracił cierpliwość 😛 Ale wracając do łapania stopa.. miejsce bardzo dobre bo przy tej właśnie atrakcji turystycznej gdzie był duży parking, żeby się zatrzymać, ograniczenia prędkości, więc wszyscy jechali w miarę wolno, dobra pogoda bo nie padało nawet, a my czekaliśmy, czekaliśmy i nic.. Nawet już zdjęcia skończyli robić i pojechali.. a my dalej staliśmy.. Zaczęliśmy się zastanawiać o co chodzi w tym Oregonie? Czy tu mają jakiś zakaz brania autostopowiczów? Czy tu jacyś autostopowicze mordercy grasowali i to nagłośnili w tv 😉 prawda jest taka, że w tym stanie idzie nam bardzo kiepsko bez względu na pogodę, miejsce stopowania i to czy trzymamy kartkę, czy łapiemy tylko na kciuk.. w sumie zabierali nas tylko przyjezdni.. Zagadka ta rozwiązała się w końcu, ale o tym w dalszej części wpisu.. A tutaj nawet w końcu nas ktoś zabrał.. na pakę 🙂 i zawiózł do następnego Freda do Florence 😛 a tam za marketem wielkie wydmy z piachu! 🙂 trochę sobie po nich pospacerowaliśmy – były bardzo ładne 🙂 ciekawe skąd się tam wzięły bo do oceanu było daleko, a dookoła nich był las..

Poszliśmy zrobić zakupy i robiliśmy sobie jedzonko na dworze, kiedy podszedł do nas starszy pan, trochę jak Bob Marley i zaprosił do siebie na wegetariańską zupę 🙂 więc jak skończyliśmy gotować to poszliśmy 🙂 i dostaliśmy wegańską 😀 zupę z czarnego ryżu i fasoli z kukurydzą w puszce po jakiejś konserwie 🙂 i do tego surówkę z sałaty, kiełków, jabłek, marchewki i pysznym octowym sosem 🙂

Fajna idea takiego autobusu, który przyjeżdża tam w każdą sobotę i niedzielę, ale widać że mają też tutaj dużo takich osób potrzebujący w takim razie..

Po zjedzeniu obiadku zszywaliśmy Grześka kurtkę i wtedy podeszła do nas pani, która tam kosiła trawę i dała nam 20 $ na obiad 🙂 chyba wyglądaliśmy na całkiem przyzwoitych bezdomnych – hihi 😉 Tego dnia udało nam się złapać stopa do Coos Bay ze starszym panem, który się bardzo przejmował gdzie będziemy spać i czemu akurat tam chcemy jechać.. a to dlatego, że okazało się to całkiem sporym miastem.. większym niż się spodziewaliśmy.. po drodze pogoda zmieniała się jak w kalejdoskopie, ponieważ cały czas jechaliśmy drogą 101 wzdłuż wybrzeża.. świeciło słońce i schodziło coraz niżej nad ocean, a za chwilę pojawiała się nieprzenikniona mgła, tak że nie było prawie widać samochodu zaraz przed nami, nie mówiąc o widoku na ocean 😉 Jakoś mimo strachu naszego kierowcy udało nam się znaleźć spokojne miejsce do spania bez niedźwiedzi i innych złych sworzeń 😉 tylko hałas samochodów się niósł znad rzeki na naszą górkę, jak samochody przejeżdżały przez kratkowaną podłogę mostu, który kiedyś się chyba podnosił 😉

Wieczorem zjedliśmy za pieniądze od Pani przepyszny organiczny czerwony winogron – bo winogron jest na liście parszywej 12 (znacie tą listę? jest to lista produktów, które muszą być koniecznie jedzone organiczne/z własnego ogródka, żeby nie bolał po nich brzuszek, ponieważ kumulują w sobie najwięcej pestycydów, tzn wśród roślin, bo w mięsie jest ich jeszcze więcej, bo zwierzęta hodowlane jak wiadomo jedzą rośliny ;P )

1. jabłko
2. seler
3. truskawka
4. brzoskwinia
5. szpinak
6. importowana nektarynka
7. winogrona
8. papryka
9. ziemniak
10. jagoda/borówka amerykańska
11. sałata
12. zielony jarmuż czy też kapusta włoska taka marmurkowata

Lista ze strony http://www.pepsieliot.com/jestes-z-polski-nie-masz-wyjscia-musisz-zostac-wegetarianinem/ którą serdecznie polecamy 🙂 i można ją też znaleźć w książce „Dieta roślinna na co dzień” Hever Julieanna, która jest najlepszą książką dla początkujących wegan/pasjonatów kuchni roślinnej 🙂

Wracając do winogronu jest tutaj bardzo drogi, więc jedliśmy go pierwszy raz 😀

A na śniadanko najpyszniejsza na świecie surówka z organicznego jarmużu, papryki czerwonej i pomidorka malinowego, plus nieorganiczne awokado – z listy szczęśliwej piętnastki 😀 na której są produkty właściwie odporne na pestycydy:

1. cebula
2. słodka kukurydza (uwaga musi być nie GMO)
3. ananas
4. awokado
5. asparagus
6. słodki zielony groszek
7. mango
8. oberżyna/bakłażan
9. melon
10. kiwi
11. kapusta
12. arbuz
13. bataty (słodkie ziemniaki)
14. grejpfrut
15. grzyby

Uwielbiamy takie sałatki 🙂 i jarmuż, który nie jest pryskany jest bardzo smaczny, nawet całkiem na surowo, bez gotowania na parze choćby kilka minut, bo nie jest w ogóle gorzki! a jest najzdrowszym pokarmem na świecie, bo ma największą gęstość energetyczną według skali ANDI (znacie? 😀 można o niej poczytać na stronie http://www.akademiawitalnosci.pl/jak-oszczedzac-na-jedzeniu-czyli-optymalizacja-eksploatacji/ którą też polecamy 🙂 lub w wyżej wymienionej książce 🙂 ) i polecamy każdemu, dla dobra swojego zdrowia, żeby się z nim zaprzyjaźnił 🙂

Po śniadanku dalej łapaliśmy stopa rozmawiając jak to ciężko w Oregonie i że kobieta nas jeszcze żadna nie wzięła na stopa (oprócz jednej w Słowenii, do której podeszliśmy na stacji benzynowej i okazała się być.. Polką 😀 ) i jakie to ludzie robią śmieszne miny jak nas nie chcą zabrać, albo jakie dziwne rzeczy nam pokazują 😛 ale o tym to by chyba lepiej film nakręcić.. 😉 kiedy nagle na stacji benzynowej niedaleko której łapaliśmy zatrzymuje się samochód i na nas trąbi.. ja stoję dalej koło plecaków, a Grzesiek idzie pogadać 🙂 Pierwszą kobietą nie zagadaną przez nas wcześniej, która chce nas zabrać na stopa jest Amanda 🙂 zawiezie nas do Port Orford, ale najpierw jeszcze wjedzie na chwilę coś załatwić do domu.. A może by tak zapytać o prysznic.. rozmawiamy sobie między sobą, kiedy po chwili rozmowy skąd jedziemy, dokąd, jak długo itd. sama proponuje, żebyśmy wzięli prysznic i zrobili pranie jeśli chcemy 🙂 bo wie jak to jest kiedy człowiek śpi pod namiotem na amerykańskich kempingach bez ciepłego prysznica.. szczególnie jak się jest kobietą.. Zgadzam się z Tobą Amando całkowicie 🙂 Po chwili odwiedzamy naszą wybawicielkę w jej domu, stajemy się bardziej ludzcy i dużo ładniejsi 😉 Po prysznicu i  ogoleniu pijemy soczek pomarańczowy i jesteśmy gotowi ruszyć dalej 🙂 Przywiozła nas do siebie do domu i nie dość, że nie wycięła nerki (a zna anatomię bo jest pielęgniarką i ma dużo medycznych książek 😉 ) to jeszcze poratowała prysznicem, dała pełno suchych ręczników, napoiła i nakarmiła – jest naszą ulubioną kobietą, która nas wzięła na stopa 😀 Jak to kobieta bardzo dużo nam opowiedziała i dzięki temu wiemy jak drogie są tu studia, bo właśnie studiuje na uczelni wyższej kolejny stopień pielęgniarskiego wtajemniczenia i płaci 25 000 $ rocznie! Czyli u nas można powiedzieć, że faktycznie na dziennych studiach edukacja jest praktycznie za darmo 😛 Wiadomo, że książki, jedzenie, mieszkanie, ale za same studia się nie płaci tyle na szczęście, bo jak czytałam ostatnio np. o weterynarzach w USA to po skończeniu studiów mają średnio 300 000 $ długu! Wyobrażacie sobie to? Jeszcze najczęściej mieszkanie na kredyt, samochód (oczywiście jak największy) na kredyt.. jak oni muszą być bardzo zadłużonym narodem.. Faktycznie chyba całe pieniądze w Ameryce przez american dream są z długu.. Jeśli nie oglądaliście Zeitgeist to gorąco polecamy, aby zapoznać się jak działa system monetarny.. Niestety w Polsce też zaczyna to wyglądać bardzo podobnie.. Ale wracając do Amandy jest rozwiedziona, ale jak to stwierdziła to u nich normalne.. jakie to smutne, że u nas w Polsce też coraz częściej.. Traktuje swoje 2 psy jak swoje dzieci i pytała czy w Polsce też tak jest 🙂 Ale najbardziej się skupiła na naszym bezpieczeństwie w podroży – czy mamy gaz pieprzowy itd. Ona ma zawsze przy sobie gaz pieprzowy, nóż i jeszcze pistolet! I że normalnie nigdy nie bierze autostopowiczów, ale my tak przyjaźnie wyglądaliśmy 🙂 I powiedziała czemu tutaj prawie nikt nie bierze na stopa.. Ponieważ mają ogromny problem z narkotykami, a że tacy ludzie najczęściej łapią stopa, no bo wiadomo nie mają pieniędzy i samochodu. I że jej osobiście się przydarzyło, że jak stała na czerwonym, a kawałek dalej stał ktoś i łapał stopa, podbiegł do jej samochodu i zaczął szarpać za klamkę (ale u nich automatycznie po włączeniu silnika zamykają się drzwi) i jakiś koleś trzy samochody dalej powalił go na ziemię i zadzwonił po policję.. i że podobno tutaj często się takie rzeczy zdarzają.. i czy u nas też taki mamy problem? W sumie my z dużego miasta, ale szczerze mówiąc nie widzieliśmy aż tylu bezdomnych i naćpanych ludzi we Wrocławiu jak tutaj w większych miastach.. U nas chyba raczej ludzie piją, jak sobie nie radzą ze światem.. chociaż dopalacze też coraz popularniejsze.. Ale bezdomnych jest dużo mniej.. może pogoda nie sprzyja.. a może mniej dla nich pomocy niż tutaj.. ciężko powiedzieć.. Opowiedziała nam też trochę o przyrodzie i okolicy i dojechaliśmy do Port Orford 🙂

Stamtąd zabrał nas młody chłopak, który nie wiedział jeszcze gdzie jedzie (chyba po prostu na przejażdżkę) i przywiózł nas do Gold Beach 🙂 Poszlibyśmy na zachód słońca, ale znów wielka mgła przykryła ocean i okolice, więc poszliśmy szukać miejsca na domek 🙂

Udało się całkiem nieźle tak, że nie trzeba było w końcu wstawać wcześnie rano, więc zmęczeni zasnęliśmy już po 20:00 i spaliśmy 12 godzin! 🙂 Ale chyba się zregenerowaliśmy i czujemy się wyspani 🙂 Z ciekawostek – przez deszczowy tydzień spotkaliśmy w pralni 2 chłopaków na rowerze, jeden z Kanady drugi z UK, którzy też jadą na południe i potem znów spotkaliśmy tego z Kanady we Fredzie we Florence i wczoraj znowu go spotkaliśmy w Port Orford 😀 a myśleliśmy, że nam już zwiał daleko 🙂 fajnie się tak spotykamy 🙂 jak starzy znajomi 😉 I jeszcze bardzo fajne jaszczurki spotykaliśmy w lesie jak wędrowaliśmy i w ogóle przed nami nie uciekały tylko sobie beztrosko spacerowały 🙂 a duża dorosła jaszczura zastygła w bezruchu i tylko się na nas patrzyła 🙂 Były przeurocze 🙂 Mają piękne oczy i słodziutkie łapeczki 🙂 sami zobaczcie 🙂

Jak takie malutkie smoki 🙂 A teraz namiot złożony i ruszamy dalej w naszą przygodę 🙂

Oby się dalej udało w miarę sucho 🙂 cieszymy się, że jest słońce 🙂 jest ciepło 🙂 mamy suche ubranka 🙂 jemy sobie pyszne jedzonko 🙂 oglądamy fajne widoki 🙂 albo tajemniczą mgłę 😉 jeździmy sobie na stopa 🙂 albo medytujemy przy drodze łapiąc stopa 🙂 spotykamy samych świetnych ludzi 🙂 uczymy się o Ameryce 🙂 obserwujemy świat dookoła nas 🙂 cieszymy się każdą chwilą 🙂 że możemy sobie spacerować 🙂 oddychać świeżym powietrzem 🙂 oglądać zwierzątka 🙂 przyglądać się ludziom 🙂 rozmawiać sobie z nimi 🙂 uśmiechać się do nich 🙂 no i cieszymy się, że jesteśmy razem 🙂 już 146 miesięcy 😀 i możemy sobie wspólnie podróżować i nacieszać się sobą i tym co nam się przydarza 🙂 i być tu i teraz 🙂 miłością i radością 🙂 dziękujemy! 🙂

Pyszne curry i botwinka.. i zabawy z Kaleesi :)

1 października godz. 09:26

Siedzimy sobie w sklepie w Tillamook, gdzie jakimś cudem jest gniazdko elektryczne i wi-fi jednocześnie 😀

Browarek dla biegaczy za skromne 7$ 😛 Nie próbowaliśmy 😉

Mimo, że z parku Olympic wyruszyliśmy dosyć późno, udało się nam złapać stopa prosto do planowanego Aberdeen i to chyba w minutę 😛

Zabrał nas Roy, który tworzy artystyczne meble z wielkich poskręcanych pni 😀 Pokazał nam nawet gazetę, w której był na pierwszej stronie i mówił, że to nie on tworzy, ale natura jest twórcą i pozwala mu się odkrywać 🙂

W Aberdeen zrobiliśmy zakupy i nawet pozwiedzaliśmy trochę to miasteczko, które jednak nie miało zbyt dużo do zaoferowania, więc nic dziwnego, że Kurt Cobain stamtąd uciekł 😉 ale odwiedziliśmy jego pomnik w okolicy, w której się urodził. W końcu Nirvana to mój pierwszy młodzieńczy ulubiony zespół 🙂

Jak na niezbyt urodziwe miasteczko przystało, w wielu miejscach próbuje w nim rozkwitać sztuka, żeby troszkę podkolorować jego szarość 😉 bardzo nam się podobały rzeźby i murale 🙂 była nawet cała uliczka, gdzie można było namalować jakiś swój obraz na ścianie 🙂 fajna akcja 🙂

Jest nawet Polska. Kto znajdzie? 😛

Plusem Aberdeen był też rynek, na którym kupiliśmy sobie pyszne słodkie dojrzałe melony kantalupa po 0,99 $ za sztukę i banany z kropami za.. 0,19$! 🙂

W końcu się najedliśmy owoców 🙂 W końcu ceny zaczęły być bardziej przystępne 😉 W końcu też zrobiło się.. gorąco! 🙂 krótki rękawek i podwinięte nogawki w spodniach 🙂 Czyżby udało się w końcu dotrzeć do lata? 🙂 Ale czeka na nas Redwood, więc powoli kilkoma stopami, najpierw dotarliśmy do Raymond, gdzie za to wszystko było mega drogie 😛 a stamtąd superszybkim sportowym autem – nasz kierowca aż dostał mandat 😉 ale pan władza był bardzo miły i tylko straszył z 10 razy więzieniem 😛 a nasz driver przez 10 lat jak jeździł samochodem (od 16. roku życia!) dostał dopiero pierwszy mandat 😉 za bardzo chyba się z nami rozgadał i nie zauważył ograniczenia prędkości 😉 Trzeba przyznać, że amerykańscy kierowcy, przynajmniej ci, z którymi my jeździmy jeżdżą bardzo dobrze i bezpiecznie.. często też bardzo szybko, ale nie.. głupio.. tzn. nie wyprzedzają na górce, zakręcie, jak nic nie widzą.. Polakom niestety zdarza się to za często.. Dotarliśmy do Warrenton i mieliśmy nadzieję że w Walgreens będzie Vega One, ale pozostało nam tylko testowanie nowego zastępnika warzywno-owocowego Garden of Life RAW Organic Meal.. niestety nie ma aż takiego super składu i.. smaku 🙂

Odezwało się do nas kilka osób, że nie mogą nas przenocować lub nie mają pralki 😛 i Lydia, że jutro możemy przyjechać 🙂 i nawet zapytała czy po nas przyjechać, bo do Astorii było kilka mil.. ale ponieważ miała być w domu po 14:00 stwierdziliśmy że do 15:00 powinniśmy spokojnie zajść na nogach, nawet z ciężkimi plecakami 🙂 Tutaj już nie było tak gorąco mimo, że świeciło słońce, ponieważ było bardzo wietrznie.. Dookoła Astorii są trzy mosty, w tym jeden, którym przyjechaliśmy z Waszyngtonu i wjechaliśmy do Oregonu ma aż 6 km! 🙂 bardzo fajnie to wygląda, szczególnie z góry 🙂

U Lydii, Jamesa i Kaleesi spędziliśmy 2 noce 🙂 Czuliśmy się u nich prawie jak w domu 🙂 znów gorący prysznic i pranie sprawiły, że staliśmy się bardziej cywilizowani 🙂 Ale najfajniejsze były rozmowy z nimi 🙂 Pierwszego wieczoru pojechaliśmy samochodem na wybrzeże obejrzeć zachód słońca, statki, centrum miasteczka i.. lwy morskie 🙂 Pierwszy raz je widzieliśmy na żywo 🙂

Jak wróciliśmy do mieszkania, gospodarze poczęstowali nas przepysznym wegańskim curry! 🙂 Już dawno nie jedliśmy czegoś tak dobrego 🙂 i z ziemniakami, które się Grześkowi już tak dawno marzyły ;D graliśmy też w bardzo fajną grę planszową Pente, która nieźle angażuje mózg 😛 .. chyba sobie taką kupimy, jakbyśmy się nudzili 😉 hihi 🙂 oczywiście się nie nudzimy tutaj w ogóle i mamy jeszcze pełno książek do przeczytania 😉

Chcieli nam dać materac dmuchany, pościel itd, ale przecież mamy swoje matki samo-pompujące i śpiworki 🙂 Lydia pracuje w college’u i dzięki temu, że jeździ do pracy na 11:00, mogliśmy się porządnie wyspać 🙂 Rano wypiliśmy wymarzone zielone smoothie (banany, jarmuż, ananas, mleko migdałowe).

Po śniadanku wybraliśmy się na wieżę widokową (Astoria Column – 38m wysokości, 164 schody) bo była piękna pogoda 🙂 Widoki były wspaniałe 🙂 dookoła góry, długie mosty, ocean, statki 🙂 i mało ludzi o tej porze dnia 🙂 no i bez plecaków! 🙂 to chyba było najfajniejsze 🙂

 

Mój znaleziony samolocik niestety za długo nie poleciał z góry, ale znalazł go znów ktoś na dole i poskładał od nowa, więc będzie przynajmniej wielokrotnego użytku 😉 samolocik zrzucany z wieży, też może być recyklingowany 😛

Wieża w tym roku była odrestaurowana i miała odnowione obrazy, które były na niej już 90 lat temu 🙂 Była to cała historia Astorii, od czasów kiedy przybyli tu Europejczycy, żeby stworzyć Indianom „nowy wspaniały świat”..  No cóż.. zdecydowanie nie ma z czego być dumnym 😛 wystarczy spojrzeć jak pięknie i dziko wyglądała ta kraina zanim przybyli stwarzać cywilizację 😛 aż mi się zachciało obejrzeć Pocahontas (ale dawno nie widziałam) albo Avatara 😉

Posiedzieliśmy sobie trochę na łące obok wieży i przepisywaliśmy wspomnienia z Olympic 🙂 a w międzyczasie znów zaczęło mocno wiać i się robić zimno 😛

Wymyśliliśmy, że zrobimy dla Lydii i Jamesa jakieś tradycyjne polskie danie w ramach wdzięczności 🙂 i żeby pochwalić się trochę naszą kulturą i pysznym polskim jedzeniem 🙂 Wybór padł na botwinkę – oczywiście w wersji wegańskiej 😀 Za lekko nam było bez plecaków to sobie wymyśliliśmy dźwiganie zakupów przez całe miasteczko o niezliczonej ilości wzgórz – hihi 😉 Oczywiście wszystkie składniki musiały być organiczne – więc była to niezła inwestycja 😉 szczególnie koperek, który nie jest tutaj tak powszechny jak u nas 😛 ale wiadomo, że jest to najważniejszy składnik botwinki dodający aromatu, ważniejszy nawet niż buraki 😛 Była trochę trema, tym bardziej że nigdy wcześniej nie robiliśmy botwinki 😛 i oczywiście jak to my – nie mogliśmy zrobić w całości z jednego przepisu, tylko jak zwykle stworzyliśmy swój własny 😉

Ale kiedy już w trakcie tworzenia naszego dzieła kulinarnego Lydia wołała z pokoju, że super pachnie, troszkę się uspokoiliśmy 🙂 takie gotowanie jest nieźle kreatywne 🙂 Zupka miała na dnie miseczek puree z ziemniaków prze-py-szne! 🙂 a botwinka była doprawiona świeżym czosnkiem, imbirem, papryczką chilli, koperkiem i mlekiem kokosowym 🙂 a na górze dekoracja z koperku i orzechów włoskich 🙂 Nie chwaląc się zupa nam wyszła.. obłędna! 😀 Gospodarze się zachwycali a my.. nacieszaliśmy się polskim smakiem 🙂 Gorąca pyszna zupa to jest to! W kuchence turystycznej nie da się takiej zrobić 😛 Nawet w akademiku w parowarze nie robiliśmy zup 😛 mimo, że lubimy 🙂 więc już nam się bardzo tęskniło 🙂 Lydia chciała przepis (trzeba stworzyć 😛 ) więc to najlepszy znak, że smakowało 🙂

A po kolacji znów rozmowy głównie o podróżowaniu (w końcu to też podróżnicy) 🙂 dzięki którym się sporo dowiedzieliśmy o okolicy bliższej i dalszej 🙂 Trochę podszkoliliśmy angielski, trzeba by się teraz zabrać za hiszpański 😛 Oprócz rozmów i jedzenia super były też zabawy z Kaleesi, ponieważ jest ona.. kotką 😀 a wiadomo jak ja kocham koty 🙂 w dodatku była przemiła, zabawna i była pieszczochem 🙂 i chyba mnie polubiła 😀

Poznaliśmy kolejnych wspaniałych przyjaciół, za którymi będziemy na pewno tęsknić 🙂 Trafiamy na naszej drodze na takich cudownych ludzi 🙂 Jesteśmy bardzo wdzięczni! 🙂 Lydia przed pracą zawiozła nas jeszcze z powrotem do Warrenton, żeby było szybciej niż nasze 1,5 godziny na nogach przez most 😛 i nasze drogi się rozeszły.. ale mam nadzieję, że jeszcze kiedyś się spotkamy 🙂 może w Polsce – gdzie kiedyś chcieliby pojechać, bo dziadek Jamesa jest z Polski 🙂

Z Warrenton trafiliśmy do Manzanita mijając po drodze Cannon Beach ze skałami wystającymi z morza, a potem według naszego kierowcy najlepszą plażę na całym West Coast do surfingu 🙂 Tym razem nie będziemy próbować, bo chmury deszczowe nas ścigają, ale w sumie fajnie by było kiedyś spróbować jak już jesteśmy na West Coast 🙂

Stamtąd zabrał nas na pace młody chłopak tutaj 🙂 podoba mi się jeżdżenie na pace – jak rollercoaster 🙂

Dzisiaj jest pochmurny, deszczowy dzień i najchętniej byśmy siedzieli cały dzień pod dachem w ciepełku 😛 ale chyba gdzieś się dalej ruszymy w kierunku parku – zobaczymy co z tego wyjdzie 🙂 może aż tak nie zmokniemy 😉 może już się wypadało 🙂 najważniejsze, że udało nam się w końcu kupić impregnat I zaimpregnować buty i znów.. działają! 🙂 są wodoodporne, a nogi suche 🙂 już dzisiaj testowaliśmy na wysokiej mokrej trawie 🙂 Jakie proste rzeczy mogą człowieka ucieszyć 🙂 zaimpregnowane buty 🙂 suche skarpetki 🙂 ciepłe ubranie 🙂 pyszne banany 🙂 fasolka z puszki w sosie pomidorowym 🙂 prąd w gniazdku! 🙂 wi-fi 🙂 plecak pełny jedzonka 🙂 ciężki, ale samowystarczalny 🙂 w końcu cały nasz domek dźwigamy na plecach 🙂 no i to, że możemy się tym wszystkim razem cieszyć 🙂 że razem sobie jemy śniadanko 🙂 razem sobie człapiemy z kreaturkami 🙂 razem sobie mokniemy 🙂 Dziękujemy! 🙂