Archiwa tagu: Zion

Jak zostaliśmy pustelnikami..

7 grudnia 12:00

Kolejnego dnia Zion przywitał nas bardzo mroźnym porankiem.. Szybciutko poskładaliśmy namiot, zanim zrobiło się widno i ktokolwiek mógłby nas zauważyć w naszym miejscu niedaleko skał.. Ruszyliśmy w stronę parkingu.. Słońce powolutku zaczynało oświetlać szczyty gór.. ciekawe za ile godzin jego promienie dosięgną do dna doliny.. może koło południa.. nie zamierzaliśmy na to czekać, żeby nie zamarznąć przez mroźny wiatr..

Na stoliku połączonym z ławkami rozłożyliśmy naszą srebrną folię w taki sposób, żeby osłonić kuchenkę przed silnym wiatrem, który inaczej nie pozwoliłby jej w ogóle odpalić lub gasił co chwilę..

Stopy i dłonie a konkretnie palce marzły mimo przysiadów i pajacyków.. W końcu zaczęliśmy się gonić dookoła ławki 😛 co na chwilę nas ogrzało 🙂 Mulaki nie były nami zainteresowane, tylko spokojnie żuły wyskubane z trawy żółte liście.. Potok ludzi wylewał się z autobusu co 10 minut też bez zwracania na nas uwagi i kierował się w stronę Angels Landing.. ale tym razem pierwsi turyści byli dopiero po 7-ej wraz z pierwszym autobusem, a nie jeszcze całkiem po ciemku przed 6-tą.. Gdzie im się tak śpieszy, jak cały szlak zajmuje może ze 4 godziny? Może nie chcą się przepychać na łańcuchach albo chcą zdążyć na obiad na dole.. a może biedulki nie potrafią odpoczywać i po prostu lubią tak wstawać po 4-tej nawet jak mają wolne.. No cóż.. My też wstajemy po 5-tej codziennie, ale chętnie byśmy pospali dłużej 😉 ..Woda się w końcu zagotowała.. ryż kilka minut się pogotował.. można go przelać do termosu.. i w drogę 🙂 jeszcze dolanie wody do butelek, bo nie wiadomo czy tam będzie.. i akurat podjechał autobus 🙂 Kiedy wysiadaliśmy na ostatnim przystanku pan kierowca życzył nam miłej wspinaczki – ah te plecaki 😉 Podziękowaliśmy grzecznie bez wyprowadzania go z błędu i życzyliśmy miłego dnia 🙂 O dziwo, mimo że to podobno jeden z najpopularniejszych szlaków, oprócz nas było bardzo mało ludzi.. pewnie dlatego że jest zima 😛 a szlak Riverside Walk, którym teraz wyruszyliśmy kończy się The Narrows, którym idzie się wzdłuż rzeki, ale brodząc w niej czasem nawet do pasa.. Moczyć się w taką pogodę nie zamierzaliśmy, bo to co latem jest zapewne cudownym orzeźwieniem, teraz mogłoby spowodować niezłą hipotermię 😛 Ale chcieliśmy zobaczyć czy nie da się może obejść jakoś boczkiem rzeki, bo ładne tam podobno wodospady.. no i kanion 🙂 Szlak wzdłuż rzeki był bardzo kolorowy przez jesienne liście 🙂 do tego szum wody i.. cisza 🙂 bo mało ludzi na szlaku.. ale okazał się bardzo krótki i całkiem po płaskim, więc nawet się nie ugrzaliśmy 😛 a tu koniec.. Wzdłuż murka poustawiane.. buty.. chyba się tu przebierają w wodoodporne kombinezony.. Całe rodzinki maszerowały w kolorowych kubraczkach z drewnianymi kijami wzdłuż rzeki.. dorośli mieli do kolan wodę, a niektóre dzieci prawie do pasa.. ale i tak dzielnie maszerowały 🙂

Popatrzyliśmy chwilę i zawróciliśmy.. Coraz więcej ludzi wchodziło na szlak.. ale sami obcokrajowcy.. w końcu dzisiaj Święto Dziękczynienia 🙂 Amerykanie pewnie siedzą i jedzą biedne indyki.. Przy wyjściu ze szlaku zaświeciło na nas słońce 🙂 usiedliśmy na ławce na przystanku, żeby coś zjeść, a jednocześnie poddawać się ogrzewającym promieniom 🙂 Powoli zaczynaliśmy się rozbierać z licznych warstw ubrań.. siedzieliśmy i cieszyliśmy się słoneczkiem 🙂 jest takie wspaniałe, że dzieli się z nami swoją mocą 🙂 i nie tylko z nami 🙂 jest tak miłe, że nie wybiera z kim się dzielić swoją miłością 🙂 oświetla i ogrzewa wszystkich 🙂 Bądźmy jak słońce! 🙂 bądźmy miłością, którą chcemy ujrzeć we wszechświecie 🙂 dla siebie 🙂 dla bliskich i dalekich nam istot 🙂 bo co to znaczy dalekich.. skoro wszyscy jesteśmy połączeni.. to co dajemy.. wraca do nas.. Dziękujemy za to słońce i za tą bezwarunkową miłość 🙂 Postanawiamy zrobić sobie piknik nad rzeką i po prostu siedzieć i nacieszać się słońcem, a przy okazji wysuszy nam mokre włosy 🙂 Tutaj nie ma tylu osób co na przystanku, tylko czasem ktoś przechodzi.. Jeden pan zagaduje, że mamy bardzo fajne miejsce na kolację z okazji Święta Dziękczynienia.. pyta się czy gotujemy zupę z indyka i śmiejąc się, że nie jemy indyka bośmy weganie.. odchodzi..

Mimo, że jeszcze dosyć wcześnie.. pewnie po 15-stej.. słońce chowa się za góry.. a my idziemy na autobus i wracamy do Visitor Center..

Nie wiadomo do której dzisiaj jest otwarty sklep, więc idziemy szybko coś kupić.. dostajemy za darmo banany z kropami 🙂 i szalejemy z okazji święta i kupujemy korzenne ciastka i czipsy z fioletowej kukurydzy 😀 Nacieszamy się ostatnimi promieniami słońca i pysznym niezdrowym jedzonkiem 🙂 i idziemy zwiedzać okolicę 🙂 Pranie za 4 $, więc poszukamy w mieście.. 5 min prysznica też za 4 $ za osobę.. ceny mają niezłe.. Oglądamy kolorowe już świąteczne światełka z bałwanami, choinkami itd..

Próbujemy chwilę przepisać wpis, ale jest za zimno tak siedzieć bez ruchu.. Zmarznięci idziemy na nasz zamknięty kemping i zasypiamy w zdecydowanie cieplejszym otoczeniu niż poprzedniej nocy 🙂

Ale rano jak wstajemy jest znów bardzo wcześnie i zimno.. na szczęście nie aż tak jak wczoraj 🙂 aczkolwiek ludzie chodzą w puchowych kurtkach i czapkach zimowych.. jest pewnie koło zera.. ale niektórzy są tak gorący, że mają.. japonki..

Nigdy tego nie zrozumiemy 😛 zimowa kurtka i czapka, trzęsą się z zimna i mają japonki 😛 czy to taki lans, czy co? 😛 chyba taki sam jak piżama w markecie 😉 ach ta Ameryka 😉 Po naszykowaniu jedzonka idziemy na autobus i dzisiaj jedziemy na Observation Point, bo podobno jest tam najpiękniejszy widok na dolinę i Angels Landing 🙂 Szlak zaczynamy tak samo jak na Hidden Canyon, ale idzie nam dużo szybciej.. kondycja już wyrobiona 😉 Mało ludzi za nami podąża.. chyba odpoczywają po wczorajszym obżarstwie 😉 ale to dobrze, że tak mało ludzi 🙂 Jest cicho.. może uda się tym razem zobaczyć z bliska owce.. bo ostatnio były bardzo daleko.. i teraz też.. tym razem postanowiły pójść w stronę ukrytego kanionu 😉 Widoki coraz ładniejsze, słońce oświetla coraz więcej doliny, ale nas wciąż nie 😛 i mimo, że idziemy stromo pod górę jest zimno.. Po drodze mijamy oszronione liście, a potem zamarzniętą wodę w kanionie..

Wieje zimny wiatr, że aż boli gardło.. gdzie to słońce się schowało? Zimno wynagradzają nam widoki 🙂

Przez chwilę chowa się dolina z drogą, a wchodzimy w przepiękny kanion 🙂 Ściany są tak wysokie, a przy tym stromo nachylone, że wyglądają jakby miały na nas runąć.. i czasem im się to wcześniej zdarzało, co widać po świeżo odłamanych skałach innego, bardziej pomarańczowego koloru..

Wędrujemy jak oczarowani tym przepięknym kanionem z przeróżnie wyrzeźbionymi ścianami 🙂 mnóstwo kolorów i wielorakich kształtów.. jaka natura jest cudowna, wyjątkowa, niepowtarzalna 🙂

Mijający ludzie oczywiście znów nas pytają czy chcemy spać na górze.. nie widzą sensu w niesionych przez nas tak wielkich plecakach stromo pod górę.. ale wody po drodze (oprócz małej kałuży tej zamarzniętej i brudnej) nie ma w ogóle.. więc choćbyśmy chcieli, nie będzie jak spać na szczycie.. Wchodzimy okręcając głowę dookoła i obserwując coraz to nowe widoki i.. jest 🙂 w końcu słońce! 🙂 siadamy przy ścieżce 🙂 delektujemy się 🙂 jemy, odpoczywamy, czytamy kundelka 🙂 To nawet nie połowa drogi, ale chcemy naładować bateryjki 🙂 Pierwsi ludzie zaczynają schodzić.. o której oni weszli na szlak? Nie wyglądają jakby tam spali.. mogli może maksymalnie 2 godziny przed nami, bo wcześniej nie było autobusów.. a już schodzą.. ekspresowe zwiedzanie.. ale co kto lubi.. My jeszcze trochę siedzimy i cieszymy się chwilą 🙂 widokiem 🙂 ciszą 🙂 czystym powietrzem 🙂 świat jest taki wspaniały 🙂 słońce nas znów rozpieszcza 🙂 jak dobrze tak po prostu.. być 🙂 W końcu ruszamy i trochę się rozbieramy, a jeszcze wyżej zostajemy tylko w pojedynczej warstewce ubrań 🙂 jest ciepło i przyjemnie 🙂 nie wieje już też tak wiatr.. słońce nas ogrzewa 🙂 widoki są coraz piękniejsze 🙂

Jesteśmy już bardzo wysoko nad doliną.. z daleka widzimy nasz punkt docelowy.. płaski jak stół wierzchołek góry pokryty niezliczonymi drzewami.. pełno miejsca na namiot myślimy, ale wody wciąż brak.. i tak już zostało.. oprócz jednej rozdeptanej kałuży.. w końcu to pustynia.. i jak widać nie ma tu żartów, skoro nawet zimą nie ma wody, to jak jest latem?.. Docieramy do punktu widokowego.. otwiera się przed nami bezkresna przestrzeń 🙂 jest pięknie 🙂 dolina oświetlona słońcem prezentuje się zjawiskowo 🙂

Jest sporo ludzi, ale wolą siedzieć dalej od przepaści, więc nikt nam nie zasłania tego cudu natury 🙂 Siedzimy, cieszymy się, medytujemy, jesteśmy tu i teraz 🙂 jest idealnie 🙂 Jedna pani chce nam zrobić zdjęcie, bo „tak ładnie wyglądamy” 😉 a przed chwilą myślałam, żeby kogoś poprosić 🙂 wystarczy pomyśleć 😉

Nacieszamy się widokiem i chwilą 🙂 dookoła dużo ludzi, ale jest w miarę cicho, wszyscy siedzą oniemiali.. co chwilę się zmieniają siedzący obok nas.. tylko my cały czas w tym samym miejscu.. i wiewiórki 🙂 jest ich pełno 🙂

Mimo zakazu co chwile coś się im udaje wysępić od kogoś 😛 Śmiejemy się że pewnie mają gdzieś schowane takie zapasy, że nam by na całą zimę starczyły 😛 Odchodzimy trochę na bok, robimy jedzonko i cała masa wiewiórek nam towarzyszy 🙂 nie boją się niczego 😛 biegają po ludziach, po plecakach, po pionowych skałach, grawitacja dla nich nie istnieje 😛 Próbują coś podeżreć z naszych strunówek, ale w końcu zrezygnowane idą po łatwiejszy łup.. I znów biegną z orzeszkiem w sobie tylko znanym kierunku.. Słońce jest już coraz niżej, ludzi coraz mniej, w końcu zostajemy tylko my i jacyś Rosjanie..

Czas wracać, żeby zejść po widoku i zdążyć na ostatni autobus.. Po jakimś czasie wszyscy nas wyprzedzają i idziemy sami 🙂 Jest cicho, spokojnie, już tak nie wieje wiatr jak rano, z górki idzie nam dużo łatwiej z plecakami.. Krok po kroku coraz niżej wracamy tą samą trasą.. Inny kąt padania promieni słonecznych, inna strona z której patrzymy i znów się zachwycamy jakbyśmy szli tu pierwszy raz.. Kiedy dochodzimy do wcześniej oblodzonej wody, już prawie odtajała i widać ślady owiec.. Może się uda, może jeszcze nie poszły spać, a jesteśmy teraz sami i jest cicho.. Obchodzimy skałę dookoła i ..są! na górze, ale bardzo daleko i słabo je widać, a światła też już coraz mniej.. ale kawałek dalej widzimy kolejne 🙂 są bardzo blisko nas i nawet patrzą się prosto na nas, ale jest już dosyć ciemno.. Może coś będzie widać na zdjęciu – myślimy i idziemy dalej żegnając się z bighorn sheep (owce gruborogie) i życząc im smacznej kolacji i dobrej nocy 🙂 Rogi mają faktycznie potężne i wyglądają bardziej jak nasze kozice górskie niż owce 😛

Schodzimy na dół już praktycznie po ciemku i czekamy na autobus.. Dobrze, że nie wieje tak jak rano, to nie jest aż tak zimno.. Autobus przyjeżdża i jakoś się w nim upychamy.. o siedzeniu można zapomnieć 😛 ledwo jest miejsce, żeby stać 😉 ale na następnych przystankach nawet nie mają jak wsiąść więc i tak mamy za co być wdzięczni 🙂 Ciężko oddychać w tym tłumie i trudno utrzymać równowagę z ciężkim plecakiem, ale jakoś udało się dotrwać do Visitor Center 🙂 Zmęczeni całym dniem idziemy na nasz kemping ostatni raz.. Rano oglądamy ostatni wschód w Zion National Park, robimy jedzonko i idziemy do Visitor Center podładować elektronikę i wstawić wpis na bloga..

Jutro ma tutaj już padać śnieg, więc ruszamy dalej.. Jedziemy autobusem do Canyon Junction i tam próbujemy łapać stopa.. Po kilku minutach zatrzymuje się Radu z Rumunii 🙂 Pyta się gdzie chcemy jechać i mimo, że to niecałkiem po drodze podwozi nas do Page 🙂

Rozmawiamy sobie po drodze o różnych rzeczach nawet o weganizmie, którego nie rozumie.. Jak pytam co warto zobaczyć w Rumunii wzrusza ramionami.. w końcu coś niechętnie wymienia.. widać, że zdecydowanie bardziej zachwycony jest USA.. Kolejny raz zastanawiamy się co ludzie tutaj takiego widzą 😉 To znaczy parki narodowe i natura są wspaniałe.. ale żeby się aż tak zachwycać i chcieć tu mieszkać to my na pewno nie 😛 Wysadzając nas w Page dziwi się, że jeszcze nie wiemy gdzie będziemy spać.. mówi, że on jest spontaniczny, ale my to już w ogóle 😛 mówimy, żeby się nie martwił, że damy sobie radę i że zawsze znajdujemy miejsce do spania.. No bo czy tak nie jest? Prędzej czy później zawsze jakieś w końcu znajdujemy 😉 Zrobiliśmy zakupy w Safewayu, nawet były lody w promocji 🙂

Zjedliśmy sałatkę 🙂 w końcu coś zielonego! 🙂 i ruszyliśmy szukać miejsce do spania.. Niby mała miejscowość, ale musieliśmy wyjść całkiem na obrzeże, żeby znaleźć jakieś spokojne miejsce.. Było już całkiem ciemno, więc nie odeszliśmy bardzo daleko od drogi i trzeba było znów skoro świt wstać.. W nocy bardzo mocno zaczęło wiać, a namiot nie był przyszpilkowany i prawie odlecieliśmy 😉 i było bardzo zimno.. Kolejnej nocy nie dość, że przypięliśmy namiot szpilkami to jeszcze okopaliśmy go piaskiem dookoła, żeby nie wiało.. Co jak co, piasku tu było pod dostatkiem, bo zamieszkaliśmy na pustyni 🙂 Kolejnego dnia poszliśmy do miasta zrobić pranie i wróciliśmy znów na to samo miejsce.. ale później mieszkaliśmy już sobie w takim miejscu, że nie było nas widać z ulicy i mogliśmy w końcu się wyspać do woli! 🙂

W dniu, kiedy tu dotarliśmy, mimo że pogoda mówiła nam co innego, dopadły nas ciemne chmury i silny wiatr i zanim zdążyliśmy rozłożyć namiot – grad i śnieg! ..nie ma jak śnieg i grad na pustyni.. takie rzeczy to tylko nam się chyba przydarzają 😉 ale potem było już tylko lepiej 🙂 W końcu się wysypialiśmy 🙂 mogliśmy spać nawet cały dzień albo cały dzień po prostu siedzieć w namiocie 🙂

Mimo, że w nocy prawie codziennie był przymrozek, to w dzień w środku namiot się nagrzewał do tego stopnia, że mieliśmy swoją prawie saunę, w której można było siedzieć koło południa nawet na golasa ;D Tym sposobem zostaliśmy prawdziwymi pustelnikami 😉 mamy swoją prywatną pustynię, na której mieszkamy tylko my 🙂 i zwierzątka 🙂 Spodziewaliśmy się tutaj troszkę innych stworzeń.. jakichś węży, skorpionów itd… a tutaj najczęściej spotykamy.. króliki 😛 które jak nas widzą, to spierdzielają z prędkością światła, zygzakiem pomiędzy krzaczkami.. czasem też widzimy zające 🙂 i.. kojoty 🙂 które wyglądają jak.. wilki.. no i słyszymy ich koncert codziennie, jak tylko słońce zajdzie 🙂 i od czasu do czasu jak na przykład wyjdziemy w nocy z namiotu pooglądać gwiazdy 🙂 no dobra.. na siku 😛 Czasem też przeleci jakiś ptaszek i raz widzieliśmy.. mrówkę 😛 i jaszczurkę 🙂 Super jest mieć swoją pustynię 🙂 chodzimy sobie i zwiedzamy 🙂 np niedaleki Horseshoe bend 🙂 no i ogólnie rzekę Kolorado i Wielki Kanion 🙂 Podkowa była bardzo ładna, ale mimo, że poszliśmy na zachód nie było aż tak kolorowo jak na zdjęciach z google 😉 tzn efekt wow był jak najbardziej 😀 i bardzo nam się podobało 🙂 ale te kolory to raczej na pewno podkręcone w fotoszopie 😛

A ludzi tam tyle, że ciekawi byliśmy ile jest latem 😉 więc jak zwykle bardziej podobały nam się ustronniejsze miejsca, gdzie byliśmy tylko my 🙂 no i czasem przed nami kojoty 🙂 Bardzo fajny był jeden kanion, w którym znaleźliśmy np. przepiękną lodową rzeźbę z zamarzniętymi w środku listkami 🙂 prawdziwy cud natury! 🙂 a oprócz nas wcześniej podziwiały ją tylko kojoty, których śladów było tam sporo 🙂

No i ta cisza 🙂 i wspaniałe widoki 🙂 Było świetnie 🙂

 

Mimo, że mieszkamy na środku pustyni, mamy na szczęście kilka kilometrów dalej market z wodą 🙂 bo co jak co, ale wody to tu nie ma w ogóle 😛 no chyba, że na dnie kanionu, gdzie się  nie da zejść tak strome są jego ściany ..albo w kaktusach 😛 które czasem pewnie przez to, że są tutaj jedynym źródłem wody są.. poobgryzane 😛 jakie zdesperowane musiało być to stworzonko.. I tak sobie mieszkamy na naszej pustyni 🙂 i odpoczywamy 🙂 w końcu! 🙂 .. za darmo.. i nikt nam nie przeszkadza.. tylko czasem przeleci nad namiotem jakiś helikopter albo samolot.. i z daleka majaczy miasto.. a z drugiej strony tylko pustynia.. góry.. i Wielki Kanion 🙂

Nie spodziewałam się, że aż tak nam się spodoba na pustyni, ale jest tutaj tak pięknie 🙂 a w nocy śpimy w hotelu milion gwiazdkowym 🙂

Cisza dookoła 🙂 i czytamy kundelka 🙂 i spacerujemy 🙂 i wysypiamy się 🙂 i mamy czas, żeby odpoczywać 🙂 pobyć tu i teraz 🙂 cieszyć się chwilą 🙂 słońcem 🙂 ciepłem 🙂 świeżym powietrzem 🙂 pięknymi widokami 🙂 spokojem 🙂 podziwiamy zachody słońca 🙂 i wschody 🙂 i gwiazdy 🙂 i żyjemy 🙂 po prostu w tej właśnie chwili 🙂 jedynej, którą mamy 🙂 która jest idealna, tylko dlatego, że po prostu jesteśmy na tym wspaniałym świecie 🙂 przesyłamy miłość i radość 🙂 Dziękujemy! 🙂

Park Narodowy Zion i Anioły kalifornijskie

23. listopada 13:33

Z Yosemite Valley zabrała nas busem para podróżników do Tunnel View, skąd rozpościerała się piękna panorama w kierunku doliny 🙂

Stamtąd zabrała nas przemiła pani w bluzie z Jezusem i dwójką hiszpańskojęzycznych towarzyszy i 3 psami 🙂 Minęliśmy Wawona z wielkimi sekwojami i przekolorowymi jesiennymi drzewami 🙂 a przed wjazdem do Fresno, przejeżdżaliśmy obok przeogromnych łąk z pasącymi się stadami krów, oświetlonymi superksiężycem 🙂

Zostaliśmy dotransportowani już po zmroku do Whole Foodsa, gdzie uzupełniliśmy nasze zapasy jedzenia 🙂 i ku naszej uciesze, odezwał się do nas ktoś z couchsurfingu, że może nas przenocować 😀 jupi!! 🙂 W końcu gorący prysznic 🙂 czekaliśmy więc w markecie na odpowiedź, gdzie nasz wybawiciel mieszka i okazało się to niestety bardzo daleko, a nie wiedzieliśmy czy jakieś autobusy jeżdżą tam o tak późnej porze.. Okazało się że niestety nie.. Było już po 21szej i nijakich szans, żeby zdążyć tam na nogach, ze znów przeładowanymi kreaturkami o jakiejś normalnej porze.. Nasza radość topniała w ekspresowym tempie, ale napisaliśmy czy by Josh po nas nie przyjechał i czekaliśmy godzinę na odpowiedź.. i już prawie mieliśmy iść zrezygnowani szukać jakiegoś miejsca do spania (z myślą.. a już było tak blisko..), kiedy odpisał już po 22giej.. I przyjechał po nas swoim jeepem 🙂 uratowani! 🙂 Pewnie nie zdawał sobie nawet sprawy jak bardzo byliśmy mu wdzięczni 🙂 Gorący prysznic był jak wybawienie 🙂 Ciekawe wieczorne, a raczej nocne rozmowy o zdjęciach i filmach i chyba dopiero po 2giej poszliśmy spać 🙂 Ale pierwszy raz był to prawdziwy couchsurfing, bo spaliśmy na kanapie, a raczej 2 kanapach i pod kocykami 🙂 ja miałam w zeberkę 😀

Następnego dnia korzystając ze słońca i 25°C wybraliśmy się na spacer – bez plecaków! 🙂 do sklepu, po to czego nam jeszcze brakowało, ubrani pierwszy raz w sandałki! krótkie spodenki! a ja w koszulkę na ramiączkach 🙂 Jak tylko zaszło słońce, było znów zimno, ale cieńsze ubranka zaliczone! 🙂 Odwiedziliśmy też Josha w jego przydomowym salonie tatuażu, a w międzyczasie próbowaliśmy wstawić zaległe posty na bloga, ale udało się tylko jeden, bo już więcej nie dałam rady wstrzymywać chęci spania 😛

Rano udaliśmy się wspólnie z Joshem i Bryanem, który z nimi mieszka, na rowerową przejażdżkę po Clovis 🙂 Poranne delikatne słońce, świeże powietrze i to uczucie wiatru na twarzy, które uwielbiam 🙂 czego chcieć więcej? 🙂 do tego zabawne rozmowy i przekolorowe drzewa 🙂 było wspaniale 🙂

Spakowaliśmy się po powrocie, zjedliśmy coś i wyruszyliśmy w trasę.. Po rozmowach z Joshem i analizie pogody, zrezygnowaliśmy z Kings Canyon National Park i Sequoia National Park ze względu na mróz i śnieg, mimo że są tam piękne widoki i świetne szlaki, ale jest tam wyżej niż w Yosemite, bo jest najwyższy szczyt Ameryki Północnej poza Alaską (Mount Whitney – 4421 m n.p.m.) i na pewno jest już tam dużo śniegu, a miało być teraz ochłodzenie i załamanie pogody i napadać jeszcze więcej.. Zrezygnowaliśmy też z Death Valley National Park, ze względu na brak samochodu 😛 bo podobno tam nie ma w ogóle wody, a ciężko byłoby dźwigać jeszcze dodatkowo wodę na kilka dni.. No więc zdecydowaliśmy, że jedziemy w stronę Zion National Park i Grand Canyon.. Od Josha ruszyliśmy autobusem (za 2,5 dolara za 2 osoby) przez miasto, bo jest naprawdę spore i z  kreaturkami chyba cały dzień byśmy przez nie szli, do zjazdu na autostradę.. Stamtąd przemiła młoda meksykanka Suzie wywiozła nas poza miasto i cieszyła się bardzo, że może nam pomóc i porozmawiać i nie myśleć o egzaminie który ją czeka 🙂 Dzięki niej nie mieliśmy problemu ze znalezieniem miejsca do spania, bo przeszliśmy tylko kilkaset metrów i rozłożyliśmy namiot pomiędzy drzewami w sadzie w Selma 🙂

Kolejnego dnia załamała się pogoda i tak bardzo wiało i były chmury, że pół dnia przesiedzieliśmy w Walmarcie i wstawiliśmy zaległy wpis.. Wyszliśmy łapać stopa i bardzo zmarzliśmy przez wiatr, ale nikt nas nie chciał zabrać, tylko jeden chłopak dał nam 3 $ 😛 i pojechał dalej 😛 Zziębnięci poczłapaliśmy z powrotem do Walmarta i za „zarobione” pieniądze kupiliśmy sobie lody 🙂 Ugrzaliśmy się w markecie i poszliśmy spać.. Kolejnego dnia była lepsza pogoda, więc wcześniej zaczęliśmy łapać i udało się.. Kolejny Meksykanin przewiózł nas kawałek do Kingsburg do stacji benzynowej i powiedział, żeby się nie wstydzić i wziąć sobie coś do jedzenia i picia, więc wzięliśmy cztery Clifbary i soczek pomarańczowy i jabłkowy 😀 Stamtąd zabrał nas Armando, który jest azteckim Indianinem 🙂

Przywiózł nas do siebie do domu, dał na pamiątka aztecką piramidę ze świętym olejem, która ma nam przynieść szczęście w podroży i Las Vegas 😉 i zawiózł do.. swojej siostry na ranczo 🙂 Olivia powitała nas jak dawno nie widzianych znajomych i nakarmiła przepysznym meksykańskim burrito z fasolą, tak że prawie pękliśmy 😛 Opowiedziała o swojej rodzinie pokazując zdjęcia, a na koniec oddała nam swoją sypialnię z oddzielną łazienką 🙂

Czy już pisałam kiedyś jakich cudownych ludzi spotykamy na swojej drodze? 🙂 Życie jest takie wspaniałe i pełne miłości i radości 🙂 jesteśmy tacy wdzięczni! 🙂 A rano pierwszy raz w życiu jeździliśmy konno – na przemiłym koniu o imieniu Gator w wieku 21 lat! 🙂 bo to było prawdziwe rancho 😀 przemilaśny czarny kociamber, trzy psy, dwa kucyki, cztery dorosłe konie i jeden młody świeżo przyprowadzony z okolicznych gór i jeszcze nieoswojony, nad którym teraz właśnie Olivia pracuje 🙂

Po przejażdżce i śniadaniu pojechaliśmy do okolicznej buddyjskiej świątyni Mountain Spirit Center z Olivią i jej dwoma wnuczkami, a potem do Subwaya gdzie nam postawiła wegańską kanapkę, a dzieciaki zjadły obiad i lody 🙂 i podrzuciła nas na rozdroże w kierunku Vegas 🙂

Przytulaliśmy się nawet dwa razy, Olivia zrobiła sobie z nami zdjęcie i odjechała 🙂

A my po niedługim na szczęście czasie, bo bardzo wiało, złapaliśmy stopa prosto do Las Vegas 🙂 Przez całą drogę tylko pustynie i pustynie i.. góry 🙂 nie sam piasek tylko pełno drobnych krzaczków i kaktusów, ale wody to tam nie było nigdzie, a rzeki wszystkie powysychane..

Mojave „boneyard” czyli złomowisko samolotów

Najwyższy termometr na świecie w miasteczku Baker

Jukka krótkolistna zwana także drzewem Jozuego (Joshua Tree)

Największa elektrownia słoneczna Ivanpah Solar Plant

W Vegas wylądowaliśmy we Whole Foodsie gdzie było pełno pysznego wegańskiego jedzenia, między innymi lody Coconut Bliss w promocji 😀 więc spróbowaliśmy nowych smaków : miętowych z czekoladą, które były bardzo dobre, ale lepsze były chyba z korzennymi ciasteczkami bezglutenowymi, a najoryginalniejsze w smaku kawowe z macą i kawałkami surowego kakao 🙂

W Vegas odwiedziliśmy tylko rano znak Welcome, przy którym tylko wtedy nie było kolejki, a potem była bardzo długa, a resztę stwierdziliśmy, że odwiedzimy może później jak będziemy wracać z parków.. bo pogoda coraz zimniejsza, więc lepiej najpierw odwiedzić góry, a potem jak będziemy jechać na południe to znów odwiedzimy Vegas, no i zagramy chociaż raz w jakimś kasynie 😀

Z Vegas wydostaliśmy się dzięki Jeremiah, który uratował nas przed deszczem, zawiózł do Walmarta i nawet dalej niż chcieliśmy 🙂 W markecie kupiliśmy sobie pyszne lody brownie z okazji półrocznicy naszego małżeństwa 😀 i grube ciepłe bluzy i rękawiczki, żeby nie zamarznąć (bluzy niezbyt piękne i dużo za szerokie 😛 ale najważniejsze, że ciepłe 🙂 i z kapturem i z kieszonką kangurką) i do kompletu srebrną grubą folię na podłogę do namiotu, żeby od ziemi było cieplej 🙂 Przygotowani na mrozy i oby nie śnieg 😛 dotarliśmy z naszym kierowcą do Hurricane gdzie wciąż padało, ale już słabiej.. i udało nam się chyba ponad 3 tygodnie przeżyć bez deszczu! 🙂 Rekord ponad rekordy 😀 Spod stacji benzynowej było już niedaleko do parku i po chwili zabrała nas pani jadąca do pracy 🙂 Dotarliśmy już po południu, próbowaliśmy się czegoś dowiedzieć w Visitor Center, ale pani Rangers nie była zbyt rozmowna i wcale nie odwzajemniała naszego uśmiechu 😛 Dowiedzieliśmy się tylko, że nie będzie to nasz ulubiony park, jeśli chodzi o spontaniczną przygodę, ponieważ każdy nocleg musi być wcześniej zarezerwowany (z niemałym wyprzedzeniem), nawet ten backcountry.. i że nie można się rozbijać gdzie się chce (tylko chyba w 2 miejscach można, daleko od tego gdzie trafiliśmy) i nie można robić ognisk.. nigdy! pod żadnym pozorem! 😛 A za pozwolenie na nocleg w dziczy płaci się 15 $ a za kemping 20 $.. i że na górze podobno jest już sporo śniegu i.. nie ma wody.. Chwilę posiedzieliśmy nad mapą i doszliśmy do wniosku, że jednak nie zostaniemy tu 7-10 dni, tak jak planowaliśmy.. i nie odpoczniemy tak jak chcieliśmy.. bo nie zarezerwowaliśmy miesiąc wcześniej noclegu 😛 i nie będziemy dźwigać ze sobą galona wody na każdy dzień 😛 W ostatnim momencie się dowiedzieliśmy, że nam przestawili godzinę w nowej strefie czasowej 😛 więc nawet sobie elektroniki nie zdążyliśmy podładować i zamknęli nam Visitor Center 😛 a my poszliśmy na dwór gotować jedzonko i szukać noclegu 🙂 Na szczęście przestało padać, ale było bardzo zimno.. Spaliśmy na zamkniętym kempingu, ale to oznaczało, że znowu trzeba wstać bardzo wcześnie.. Widno zrobiło się jeszcze przed 7:00..

Zjedliśmy coś, poszliśmy do łazienki się umyć i łapaliśmy stopa, bo autobusy jeżdżą tylko w weekendy.. Po chwili zabrało nas 2 chłopaków busem, którzy też jechali do The Grotto 🙂

Po kilku minutach wchodzenia stromo pod górę, zaczęło świecić na nas słońce i w końcu dogrzani – powoli się rozbieraliśmy z kolejnych cebulkowych warstw, a było ich sporo, mimo że mrozu w nocy nie było, ale bardzo mocny wiatr.. Widoki po drodze były przecudne 🙂 mnóstwo barw, czerwono pomarańczowe skały, żółte liście na drzewach, zielone kaktusy i krzaczki.. Jest to faktycznie wyjątkowy park i widoki jakich w Polsce się nigdzie nie zobaczy.. ale.. na szlaku tłum ludzi.. Spodziewaliśmy się większej dzikości.. ale może to przez to, że Święto Dziękczynienia za 2 dni i pewnie mają długi weekend.. Z naszymi ciężkimi kreaturkami na plecach byliśmy dla niektórych wiekszą atrakcją niż krajobrazy.. Ale cóż się dziwić kiedy większość osób sapała gorzej od nas z malutkimi plecakami albo w ogóle bez 😛 Wszyscy byli pod wrażeniem jacy jesteśmy dzielni 😀 i nie mogli uwierzyć dlaczego idziemy z plecakami skoro nie nocujemy na górze 😛 Trudno im tu w Ameryce uwierzyć, że ktoś może nie mieć samochodu i nie jest bezdomny 😛

Udało nam się jakoś doczłapać do rozdroża, na którym zrobiliśmy sobie piknik podziwiając przecudną panoramę dolinki i czekając aż szlak się troszkę wyludni.. bo teraz dalsza część trasy na Angels Landing wiodła wąską przepaścistą ścieżką, przeważnie z łańcuchami.. Śmialiśmy się, że pełno ludzi, którzy zeszli na dół cieszyli się, że przeżyli i byli tacy z siebie dumni, że ho ho 😛 A okazało się, że to dlatego, iż przy wejściu na łańcuchy była tablica z informacją, że od 2004 roku 6 osób nie przeżyło wycieczki tym szlakiem..

W sumie na wejściu na Orlą Perć też powinni coś takiego ustawić, to może część osób wchodząca tam w japonkach albo z malutkimi dziećmi albo lękiem wysokości by się zastanowiła przed wejściem.. bo tablica,  że szlak jest niebezpieczny, powoduje tylko typowo polską reakcję: „Co ja nie wejdę?!” 😛

W końcu na łańcuchach się troszkę przerzedziło, więc ruszyliśmy w kierunku anielskiego lądowiska 🙂 Widoki wspaniałe 🙂 Szlak bardzo ciekawy i miejscami mocno eksponowany i podobny troszkę do Orlej Perci 🙂 ale ogólnie dużo łatwiejszy, tyle że bez takiego wielkiego plecaczora 😛 a z kreaturką przyznaję, że momentami było mi bardzo ciężko, nawet jak podciągałam się za łańcuch albo jak nie było łańcucha i Grzesiek mnie popychał 😛 Jednak 20 kg na plecach robi sporą różnicę 😛 od innego punktu ciężkości, przez trudniejsze utrzymanie równowagi, do ciężkości dźwigania plecaka pod górę po prostu 😛

 

Ale dla widoków na górze warto było 😀 Oprócz przepięknej panoramy na dolinę i rzekę wijącą się dookoła i wysokie kolorowe góry gdzie okiem sięgnąć, zaszczyciły nas swoją obecnością jeszcze.. kondory kalifornijskie 🙂 które przeleciały sobie zaraz obok nas szybując na wietrze 🙂 Tak ogromnych ptaków jeszcze w życiu nie widzieliśmy 🙂 Są większe niż orły i budzą respekt przez ogromne pazury i dzioby 🙂 Są największymi ptakami w Ameryce Północnej, rozpiętość ich skrzydeł dochodzi do 320 cm! 🙂 a waga do 14 kg! 🙂 Składają tylko jedno jajo co dwa lata, które wysiaduje oboje rodziców przez około 50 dni i opiekują się pisklakiem do 8 miesięcy, a żyją do 50 lat! 🙂 Ale są też najrzadszymi ptakami na świecie, a w latach 1987-92 na wolności było tylko 8 sztuk, które wyłapono, żeby je oznaczyć i reintrodukować i teraz jest ich na wolności 156, czyli dalej bardzo mało i niezły mieliśmy fart, że udało nam się je zobaczyć 🙂

Z ciekawostek przez swoją wielkość kondory potrzebują sprzyjających warunków atmosferycznych, żeby w ogóle się wznieść w powietrze i podczas deszczu i pogody bezwietrznej w ogóle nie latają 😛 a poza tym są padlinożerne 😛 Kondory pokrążyły dookoła nas, żeby każdy mógł zrobić zdjęcie i nacieszyć oczy i.. odleciały 🙂 takie troszkę dziwne mają tu te anioły 😉 ale bardzo ładne 🙂 Posiedzieliśmy chwilę na górze, pomedytowaliśmy, nacieszyliśmy oczy, pobyliśmy tu i teraz i schodziliśmy.. a nie było to wcale łatwiejsze niż wchodzenie 😛 ale przynajmniej tłum ludzi był już mniejszy 🙂

Na rozdrożu znów sobie zjedliśmy jedzonko i część trasy schodziliśmy już po ciemku, ale za rozdrożem już był praktycznie wszędzie wybetonowany chodnik, więc spoko 😛 Spaliśmy w dolince niedaleko rzeki, więc mimo skał z jednej strony nas osłaniających było dosyć zimno.. i dzisiaj wejdę jeszcze jednak w kiszkę wewnętrzną 😛 Tam było ciszej niż poprzedniej nocy i mieliśmy znów hotel 1 000 000 gwiazdkowy, dzięki bezchmurnemu niebu i ciemności dookoła 🙂 A rano spotkaliśmy rodzinę mulaków 🙂 5 małych, 5 mam, 4 rogatych tatusiów, z których jeden miał rogi przeogromne 🙂

Dzisiaj zaplanowaliśmy sobie wędrówkę w stronę East Rim, miał być punkt widokowy, ale okazało się, że była by to powtórka z wczoraj, więc poszliśmy do Hidden Canyon, bo czegoś takiego jeszcze nie widzieliśmy 🙂 Droga znów stromo pod górę i niestety tym razem cały czas w cieniu, a w połowie trasy o dziwo znów łańcuchy.. Fajna trasa przy urwisku nad przepaścią 😀 tzn. z jednej strony pięknie rzeźbione skały i przy nich łańcuchy, pod nogami wąska skalista ścieżka i.. przepaść 😉 jak byśmy szli do jakiejś ukrytej buddyjskiej świątyni, a nie do ukrytego kanionu 😉

Widoki na dolinkę znów bardzo ładne i formacje skalne też, do tego ten niesamowity czerwony kolor 🙂 Ukryty kanion był tak dobrze ukryty, że niektórzy ludzie nie wiedzieli w ogóle którędy mają iść 😛 Przez chwilę na rozdrożu poświeciło na nas pierwsze tego dnia słońce, ale schowało się za skalnymi ścianami otaczającymi nas z dwóch stron.. Szliśmy przepięknym tunelem.. po prawej cudnie wyrzeźbiona piaskowcowa ściana w takie wzory, że najlepszy architekt by się nie powstydził, a po lewej omszona zielona skała..

Bardzo fajny kanion, taki różnorodny, wspaniałe kolory i kształty.. a pod stopami.. plaża 😀 i co jakiś czas resztki strumyczka.. Przejścia były momentami takie wąskie, że przed jednym trzeba było zostawić plecaki w skalnej jaskini, bo byśmy się z nimi nie przecisnęli 😛 Było to trochę jak trasa z przeszkodami i kilkoma możliwymi opcjami do wyboru 🙂 a na końcu nawet jeden skalny łuk, jakich już raczej nie zobaczymy więcej przez zimno w Arches National Park..

Bardzo nam się podobało i w porównaniu do wczorajszego szlaku tym szło mało ludzi..  a jak wyszliśmy sobie na górę z widokiem na dolinę, przez większość czasu siedzieliśmy sami 🙂 świetne miejsce 🙂 cisza, piękny widok znad przepaści, tylko słońca brakowało.. ja sobie pisałam, Grzesiek się wspinał, trochę po prostu siedzieliśmy i patrzyliśmy 🙂

Jak to dobrze, że tu jesteśmy 🙂 że jesteśmy 🙂 że mamy zdrowe oczy i widzimy te cudowności 🙂 że możemy tutaj chodzić naszymi nóżkami 🙂 że jesteśmy zdrowi 🙂  że świeci słońce 🙂 ..w sensie nie pada 🙂 że mamy siebie 🙂 że mamy medytację i cieszenie się chwilą 🙂 że mamy miłość i radość 🙂 w każdym naszym kroku 🙂 teraz i tu 🙂 dziękujemy! 🙂