Archiwa tagu: zupa

Pierwsze Boże Narodzenie poza domem

2 Lutego 2017

Troszkę czasu minęło od ostatniego wpisu i w końcu by wypadało dać znać co tam się u nas działo przez ostatni miesiąc 😉 no więc zacznę od Las Vegas i wspaniałego Huntera 🙂 który był jedyną osobą spośród pewnie ponad stu, do których wysłaliśmy wiadomości na couchsurfingu z prośbą o przenocowanie nas podczas Świąt Bożego Narodzenia i Wigilii 🙂 Wysłaliśmy wiadomości miesiąc wcześniej i do tych osób, które były aktywne przez ostatni tydzień.. Bilans taki, że może ze 3 osoby odpisały, że niestety nie mogą nas przyjąć (miło, że napisali), pełno osób nas skreśliło bez napisania czegokolwiek, a reszta się w ogóle nie zainteresowała.. i tylko Hunter nas uratował 🙂 Byliśmy mu baaaardzo wdzięczni 🙂 nawet chyba nie zdawał sobie sprawy z tego jak bardzo, mimo że oczywiście go o tym fakcie poinformowaliśmy ;D Gdyby nie on ciężko byłoby znaleźć nocleg w Vegas, wiemy coś o tym i już nie mieliśmy ochoty szukać miejsca na obrzeżach z dala od bezdomnych (ale też od sklepów i tym podobnych), bo przejechać przez Vegas to też nie lada wyczyn stopem, a autobusem koszt biletu jednorazowego to kilkadziesiąt złotych 😛 Ale na szczęście uratowani spędziliśmy pierwszą krótką noc na uzupełnianiu wpisu na bloga, i słuchaniu jak nasi współlokatorzy się bawią 😛 bo oprócz Huntera był jeszcze jego stały lokator i Martin z Argentyny 🙂 i pili sobie wódkę i grali w gry 😛 a my nie mieliśmy ochoty i siły im współtowarzyszyć 😛 a potem Martin potrzaskał trochę szkła i swoją twarz pokolorował na kolejne dni 😉 i przepraszając za wszystko poszedł spać 😛 i my w końcu też 🙂 Ale trwało to tylko kilka godzin i rano niewyspani obudziliśmy się i zaczęliśmy krzątać w kuchni 🙂

Była to zdecydowanie najbardziej specyficzna Wigilia w naszym życiu 😀 Po pierwsze – palmy, kaktusy itd. a po drugie – u Huntera zero choinki, lampek, czegokolwiek wskazującego na to, że to święta 😛 Chłopaki spali przez większość dnia na kacu 😛 a my robiliśmy pranie i pichciliśmy 🙂 Stworzyliśmy moim zdaniem przepyszną zupę grzybową z borowikami suszonymi (cena kosmiczna, ale dobrze, że w ogóle były 😛 ) a do tego łazanki bezglutenowe 😀 z eko kapustą kiszoną, kurkami i suszonymi śliwkami 🙂 Było to w podzięce Hunterowi za nocleg i pomoc 🙂 ale też oczywiście dla nas, żeby chociaż troszkę było „jak w domu” 😉

Współlokator nie chciał jeść, Hunter chętnie spróbował, ale nie były to chyba jego smaki 😉 bo mimo, że chwalił, że bardzo dobre, to jednak większość zostawił 😛 szczególnie łazanek.. ale oni tutaj raczej normalnie nie jedzą kiszonej kapusty 😛 Martin, który się pojawił w międzyczasie stwierdził, że pyszne, ale też nie zjadł wszystkiego 😛 no cóż.. my się obżarliśmy jak na prawdziwą Wigilię przystało i nam smakowało bardzo 😀

Po kolacji pojechaliśmy na bardzo nietypową „pasterkę” 😉 czyli objechaliśmy samochodem z chłopakami główną ulicę nowoczesnego Las Vegas – Strip z wieżowcami, oglądając mnóstwo oświetlonych kasyn i hoteli i słuchając różnych ciekawostek opowiadanych po drodze przez Huntera 🙂 Widzieliśmy między innymi miniaturową wieżę Eiffla, która jest idealnym odwzorowaniem tej prawdziwej, tyle że mniejszym 😛 tak samo zresztą jak Statua Wolności, którą widzieliśmy.. a oprócz tego hotel wyglądający jak wielka czarna piramida, ze środka którego świeci w górę laser, który widzieliśmy przy jeziorze obok zapory Hoovera..

Widzieliśmy też wielką fontannę multimedialną, która tam chyba w ogóle nie ma przerwy zimowej tak jak we Wrocławiu, wodospady płynące obok hotelu, sztuczny wulkan, statek piratów, gigantyczny diabelski młyn i wieżę widokową i wiele wiele oświetlonych atrakcji Vegas 🙂 Jest to miasto, które teoretycznie nie powinno w ogóle istnieć, bo jest na środku pustyni 😛 a w dodatku całkowicie zasilane z naturalnych źródeł 🙂 Nie trzeba mieć tutaj pozwolenia na broń, bardziej się opłaca zburzyć i wybudować całkiem nowy hotel na miejsce starego jeśli przynosi za mało milionów $ rocznie, codziennie są tutaj jakieś darmowe imprezy, pokazy, przedstawienia.. ale więcej w ciągu tygodnia niż w weekend.. Jest to miejsce największej ilości rozwodów w całych Stanach, ale to dlatego, że nie jest potrzebny czas separacji i praktycznie żadne papiery.. ale też śluby są tutaj najpopularniejsze, np. drive thru.. czyli podjeżdżasz samochodem jak do Maka, dostajesz szybko ślub i możesz jechać dalej 😀 Jest to miasto, w którym są legalne rzeczy, które gdzie indziej są nielegalne.. Dlaczego? Jak to zapytał Hunter.. Bo to jest Vegas! 😛 Np. legalna jest prostytucja i oczywiście wszelaki hazard,  ale nie tak całkiem.. bo np. wszyscy mogą wejść popatrzeć do kasyna, ale żeby móc zagrać w ruletkę np. trzeba już mieć 21 lat i faktycznie jest to sprawdzane z dowodem, nawet u osób ewidentnie wyglądających na swoje lata 😉 Ponieważ Strip jest kilka razy droższe niż Old Vegas (Downtown) Hunter woli to drugie miejsce i tam też pojechaliśmy zobaczyć pokaz wyświetlany na takim jakby zadaszeniu nad ulicą 🙂 codziennie jest inny pokaz – muzyka i animacja 🙂 a oprócz tego codziennie gra tam jaki zespół na żywo 🙂 i wzdłuż tej ulicy oczywiście wszędzie są kasyna.. czynne 24 h na dobę.. a każde kasyno ma jakąś dodatkową atrakcję, która przyciąga ludzi.. np. gigantyczny samorodek złota, basen ze zjeżdżalnią na dworze pomiędzy oszklonymi akwariami z rekinami, czy choćby tańczące panie na stołach przy których się gra 🙂 no i podczas gry można za darmo pić wszelkie napoje alkoholowe i bezalkoholowe.. więc nic dziwnego, że ludzie siedzą tam całe dnie i tracą fortuny 😛

Żeby się ugrzać czekając na pokaz animacji przeszliśmy przez kilka kasyn.. popodziwialiśmy efekty wizualne i dźwiękowe i pojechaliśmy w końcu do ciepłego domku gdzie za chwilę zjawili się nowi lokatorzy z Francji 🙂 dziewczyna i 2 chłopaków z których jeden potrafił nawet powiedzieć po polsku, że mam piękne oczy 😀 bo mieszkał kilka miesięcy w Bydgoszczy 😛 Jak już się ulokowali do naszego pokoiku został dokoptowany Martin 🙂 Kolejnego dnia rano wybraliśmy się do ulubionego kasyna Huntera, żeby zrobić sobie zdjęcie z milionem dolarów 😀 Ma on taką tradycję, że robi sobie zdjęcie ze wszystkimi swoimi lokatorami i umieszcza w galerii na ścianie 🙂 a ponieważ nocował już ogromną ilość osób, bo chyba nikomu jeszcze nie odmówił galeria jest dosyć pokaźnych rozmiarów 🙂 zrobiliśmy sobie zdjęcia z Martinem, kolegami z Francji i naszym hostem 🙂 i zagraliśmy pierwszy raz w życiu w ruletkę 😀 Po ekspresowym wytłumaczeniu podstawowych zasad, postawiłam na 5 liczb 5 dolarów i.. przegrałam 😛 Grzesiek wolał zagrać na automatach, a nasi współlokatorzy mniej ryzykownie niż ja postawili pomiędzy liczbami i na liczbę, którą im zasugerował Hunter i nawet kilka dolarów wygrali.. A my na automatach wygraliśmy w sumie kilkadziesiąt centów 😛 ale chociaż spróbowaliśmy zagrać 😀

Pożegnaliśmy się z Francuzami i pojechaliśmy coś zjeść 🙂 Chłopaki w jakiejś burgerowni, a my sobie pichciliśmy w domu i się pakowaliśmy, bo mieliśmy już się niedługo zbierać w dalszą podróż 🙂 Bardzo miło nam się przebywało w ciepłym domku z prysznicem i miłymi rozmowami i jesteśmy bardzo wdzięczni 🙂 Jak zwykle trafiliśmy na fantastyczną osobę, która też podróżuje 🙂 Hunter był we wszystkich krajach Europy, w kilku w Azji i ma bardzo wielu znajomych i jego dom chyba praktycznie nigdy nie jest pusty 🙂 Pożegnaliśmy się z nim serdecznie, jeszcze raz podziękowaliśmy za wszystko 🙂 i kończyliśmy się pakować..

No i tutaj zaczyna się koniec naszej wspaniałej podróży.. W ostatnią przejażdżkę po Las Vegas zabrał nas współlokator Huntera, bardzo dobry kierowca 🙂 Skończyliśmy wstawiać świąteczny wpis na bloga, wstawiliśmy zdjęcia śpiesząc się bardzo, żeby zdążyć.. i czekaliśmy.. a już za chwilę oglądaliśmy Las Vegas z góry podziwiając niezliczone ilości świateł 😀 jak fajnie, że w nocy 🙂 jak dobrze, że nie ma chmur 🙂 ale to tylko tak na chwilę, a potem już przez całą drogę były chmury i turbulencje 😛 ale dostaliśmy nawet wegańskie jedzonko dwa razy 😀 w tym przepyszne owocki 🙂 i wylądowaliśmy w Kopenhadze 🙂

Można było w końcu zadzwonić do kogoś, co po drugiej stronie się nie udawało (tylko sms) i usłyszeć głos rodziny 🙂 więc zadzwoniłam do dziadka, żeby zaprosić go na moje 30-ste urodziny już w domu w Wieluniu, tylko żeby nic nie mówił rodzicom, bo to niespodzianka 🙂 z Kopenhagi samolotem do Berlina.. z Berlina polskimbusem do Wrocławia.. i jak wyruszyliśmy 25. grudnia wieczorem to już 27 rano byliśmy w Polsce 😀 w „naszym” Wrocławiu 🙂

Szczerze mówiąc nie tęskniłam za nim za bardzo 😛 ale za to za znajomiony stamtąd mocno 🙂 no i za rodzinką oczywiście też 🙂 aczkolwiek myślę, że spokojnie i my i wy dalibyście radę jeszcze trochę bez nas wytrzymać jak byśmy jeszcze dalej podróżowali 🙂 No, ale cóż.. niestety plany się pozmieniały i Ameryka Południowa się przesunęła w czasie.. na pewno bym tam jeszcze kiedyś chciała pojechać 🙂 ale raczej już nie w taki sposób mega hardkorowy jak teraz 😛 Na pewno podszkolimy hiszpański 🙂 i pomyślimy o jakimś innym środku transportu 🙂 może jakiś busik chociażby 🙂 żeby mieć gdzie spać, zjeść itd.. Pożyjemy zobaczymy 🙂 Ale kusi ta Ameryka tymi pysznymi owocami, wspaniałymi widokami i tym, że jest tam taniej niż w północnej (chyba wszędzie jest taniej 😛 ) i jest tak bardziej egzotycznie 🙂 reszta świata też oczywiście kusi nas bardzo 🙂 ale to już temat na inną historię 😉 oby się jeszcze kiedyś spełniła 🙂 ale kiedy to nastąpi.. nie wiadomo.. myślę, że pewnie nie za szybko 😉 Po pierwszym zaskoczeniu chyba już prawie wszyscy wiedzą, że jesteśmy w Polsce 🙂 ale dla tych co nie wiedzą – no to jesteśmy! 🙂 a dla tych co chcieli zaległy wpis w końcu – no to proszę bardzo! 🙂

Na koniec chcieliśmy jeszcze podziękować za tą wspaniałą podróż, która będzie wspomnieniem na całe życie 🙂 za te wszystkie fantastyczne widoki 🙂 za góry, ocean, lasy i całą naturę 🙂 za cudowne zwierzęta 🙂 i za wspaniałych ludzi, których spotkaliśmy na swojej drodze 🙂 za nowe smaki 🙂 zapachy 🙂 dźwięki 🙂 widoki 🙂 rozmowy 🙂 doświadczenia 🙂 za nieograniczoną obfitość nieograniczonego wszechświata 🙂 za pomoc 🙂 za miłość 🙂 radość 🙂 uśmiech 🙂 słońce 🙂 deszcz i śnieg 🙂 za nasz domkowy namiot, który odszedł na zasłużoną emeryturę 🙂 za wszystkie inne sprzęty, które nam dzielnie służyły i ułatwiały życie codzienne 🙂 za jedzenie 🙂 i picie 🙂 za to czego nas ta przygoda nauczyła 🙂 za to jak nas zmieniła 🙂 za to, że mogliśmy tego wszystkiego doświadczyć dzięki zdrowiu 🙂 rączkom, nóżkom, oczom, uszom i wszystkiemu innemu co cudownie działa 🙂 za to, że mamy siebie 🙂 za miłość i radość 🙂 za bycie tu i teraz 🙂 uważność 🙂 cieszenie się chwilą 🙂 wdzięczność 🙂 ponad 5 miesięcy w podroży 🙂 i za to, że mieliśmy do kogo tutaj wrócić 🙂 dziękujemy, że byliście i że jesteście z nami! 🙂 Kochamy Was 🙂

Wielki Kanion Kolorado i mali my

23 grudnia godzina 21:06

Z naszej pustyni wybraliśmy się znów do Horseshoe bend, ale tym razem nie, żeby łapać stopa, ale dostać się stamtąd do Wielkiego Kanionu 🙂 stwierdziliśmy, że tak będzie łatwiej bo na pewno jest trochę osób, które jadą stamtąd prosto do parku narodowego 🙂 Może i faktycznie jechali w tamtą stronę, ale niekoniecznie chcieli, żebyśmy zostali ich towarzyszami w trakcie drogi 😉 Może też za późno się zebraliśmy bo było już dosyć późno po południu.. w każdym razie staliśmy i machaliśmy i uśmiechaliśmy się.. pomachał nam przyjaźnie pan policjant.. i kilka innych osób.. swoją drogą zawsze nas to zastanawia czemu ludzie do nas się uśmiechają i machają i mając pusty samochód i jadąc w naszą stronę jednak nie chcą nas zabrać 😉 to chyba ta część amerykańskiej kultury zwana fałszywy uśmiech nr któryś tam, żeby nie było aż tak widać, że mam Cię w tyłku 😉 hihi 😛 Ciężko powiedzieć czy lepsze jest polskie nieuśmiechanie się w ogóle lub zrzędliwa mina czy taki uśmiech na niby 😛 Ale na szczęście większość uśmiechów kierowanych do nas jest prawdziwa, a przynajmniej mam taką nadzieję 😉 no może oprócz tych autostopowych jak widać na załączonym obrazku czy tam opisie 😉 Wracając do stania i łapania to przejechała np bardzo sympatycznie wyglądająca para i pomyślałam, że fajnie by było jakby nas chcieli zabrać, ale oni dopiero przyjechali obejrzeć podkowę, więc to jeszcze trochę potrwa.. Staliśmy i czekaliśmy.. i nic.. robiło się już coraz ciemniej i zbliżał się powoli zachód słońca a wraz z nim zimność.. no cóż.. chyba trzeba się pogodzić z porażką i iść szukać jakiegoś spanka zanim będzie całkiem ciemno.. wyruszyliśmy.. ale nie przeszliśmy daleko i okazało się, że wszędzie dookoła jest płot zarówno z prawej jak i lewej strony.. no więc zawróciliśmy z powrotem w stronę Horseshoe bend.. przeszliśmy może kilka kroków i zatrzymał się samochód! 🙂 a w nim.. zgadnijcie kto.. tak 🙂 ta sympatyczna para 🙂 Jack i Emily 🙂 Chcieli nas zabrać gdzieś przed kanionem, ale w końcu postanowili nas podwieźć do samego parku narodowego 🙂 Zawsze tak mówię, że czekamy na odpowiednią osobę 🙂 i jak już się w końcu znajdzie to prawie wszyscy nas podwożą dalej niż zamierzają sami jechać nadrabiając czasami baaardzo dużo drogi 🙂 no i uśmiechają się do nas dużo 🙂 tak naprawdę 🙂 Po drodze sympatycznie sobie rozmawialiśmy i chcieli posłuchać polskiej muzyki, więc zaserwowałam im przegląd muzyki z naszego wesela 😀 Ale jestem Anna Maria Jopek (lubię bardzo) Brzydala Domowych Melodii (też)Jest takie miejsce Bednarka (też) Cykady na cykladach Maanam, nawet była Dumka na dwa serca :P, Hey Angelene (Grzesia najulubieńsze) Jutro jest dziś Nosowska OSTR (lubimy bardzo) Koła czasu ONA (też) Ognia! Dyjak plus Nosowska (też) czyli nie nasze naulubieńsze tylko piosenki, ale taki przegląd polskich dobrych znanych głosów 🙂 a na koniec jak już nie mieli siły słuchać polskiego włączyliśmy Julię Pietruchę (dzięki Zdzichu – lubimy dzięki Tobie :D) Po drodze zatrzymaliśmy się w jednym miejscu widokowym, które zrobiło na nas wszystkich ogromne wrażenie 🙂

Dalej widoki też były wspaniałe, ale niestety coraz ciemniejsze 😉 podziwialiśmy przepiękny zachód słońca, a potem już tylko ciemność ogarnęła świat poza samochodem 😉

Wjeżdżając do parku narodowego zobaczyliśmy.. śnieg.. no to ładnie 😛 i dużo drzew co było dla nas też zaskoczeniem.. i znak drogowy uwaga dzikie koty 😛 Dojechaliśmy do Visitor Center juz całkiem po ciemku i oczywiście było zamknięte 😉 ale byliśmy przeogromnie wdzięczni naszym dobroczyńcom, że dowieźli nas aż tak daleko, bo tutaj jeżdżą już darmowe autobusy 🙂 Przytulenie na koniec 🙂 i maszerujemy szukać spanka.. na szczęście dla nas jest tutaj bardzo dużo drzew, a pomiędzy nimi śnieg 😛 to drugie nie na szczęście, ale jest go mało 😛 odchodzimy kawałek od drogi pomiędzy drzewa i już mamy spanko 🙂 dobrze, że tak dużo tutaj takich jakby trocin z drzew, to jest miękko pod nami 🙂 obsypujemy też namiot dookoła i nie jest tak zimno 🙂 ale następne noce mają być coraz zimniejsze.. Kolejny dzień spędzamy na doprowadzaniu się do porządku.. zaczynamy od prysznica.. idziemy w stronę kempingu.. a tam kartka, że prysznice niedostępne z powodu remontu bojlera.. wyszła jeszcze pani, żeby nam powiedzieć gdzie mamy iść pod prysznic w zastępstwie.. no to nieźle myślimy.. miał być tani prysznic tzn 2$ za 8 minut, a teraz mamy iść do jakiegoś lodge, to tam pewnie z nas nieźle zedrą.. no ale cóż.. już postanowione i wymarzone 🙂 gorący prysznic musi być ;D Pani za kontuarem mówi nam, że dostaniemy kartę do pokoju hotelowego i że w tym pokoju możemy wziąć prysznic ile chcemy tzn 20 minut czy tam godzina.. nie ważne.. zostawiamy dowód Grześka w zamian za kartę hotelową i nie pytając ile taka przyjemność kosztuje idziemy się nacieszyć ciepłą wodą 🙂 która okazuje się tak gorąca, że nawet ja nie jestem w stanie się myć rozkręconą na max gorącą 😉 W kabinie prysznicowo wannowej wisi kartka z wyzwaniem, żeby wykąpać się w krótszym czasie niż 8 minut, co jest podobno średnim czasem prysznica.. o nie.. nie tym razem myślimy 🙂 i delektujemy się kąpielą baardzo długo 🙂 i nawet suszę włosy wyjątkowo suszarką jak jest dostępna 😀

Wracamy po 2 godzinach myśląc, że ile by nie kosztował ten luksus amerykański to było warto 🙂 i okazuje się, że nic nie płacimy! 🙂 ale super! 🙂 z radości za zaoszczędzone pieniądze postanawiamy się najeść w restauracji 😀 w której o dziwo jest nawet wegańskie jedzenie 😀 wybieramy kanapkę z chleba bezglutenowego z grillowaną cukinią i bakłażanem i pomidorem, sałatą i hummusem 🙂 a do tego zupę chilli z fasolą i warzywami, która była tak gęsta, że bardziej jak leczo niż zupa 🙂 ale się obżarliśmy 🙂 a jakie pyszne to było 🙂 szczególnie ta zupa 🙂 i taka ogrzewająca 🙂

A na koniec jeszcze wypraliśmy sobie wszystko i już całkiem pachnęliśmy jak nowi 😉 Zszedł nam na to cały dzień i nawet nie widzieliśmy jeszcze kanionu 😛 ale nie ucieknie i jutro z rana się do niego wybierzemy 🙂 Mieliśmy wstać na wschód słońca, ale nam nie wyszło i dotarliśmy na punkt widokowy chyba dopiero koło południa.. ale widok był i tak niesamowity 🙂 niby taka po prostu dziura w ziemi, ale naprawdę wyjątkowo piękna 🙂 Co prawda wolimy jednak bardziej tradycyjne góry niż takie pustynne, ale Kanion i tak zrobił na nas ogromne wrażenie 🙂 Nazwa nie oszukuje.. jest faktycznie wielki 🙂 w końcu w najszerszym miejscu ma szerokość 29 km i widać go z kosmosu 🙂 jest największym przełomem rzeki na świecie, ma 446 km długości, ale nie najgłębszym (kanion Colca jest 2 razy głębszy i najgłębszy na Ziemi).

Po nazachwycaniu się kanionem z punktu widokowego poszliśmy na spacer wzdłuż jego brzegu 🙂 i spotkaliśmy.. Polaków! 🙂 pierwszy raz w USA poza Alaską 🙂 Bardzo nam się przyjemnie rozmawiało z Jackiem i Grześkiem, bo nie dość, że po polsku to jeszcze całkiem ciekawie 🙂 w końcu poszli dalej, a my spakowaliśmy się do końca po zrobieniu obiadku 🙂 Widoki z kolejnych punktów widokowych różniły się w sumie tylko dlatego, że pojawiały się coraz to inne chmury i czasem jakieś zagłębienie było oświetlone, a czasem nie 🙂 ale jutro pojedziemy do innego punktu to może tam będzie widać inną stronę kanionu 🙂 Po drodze były różne atrakcje edukacyjne takie jak małe kawałki skał tworzących kanion, które można było sobie podotykać i zobaczyć ile mają lat 🙂 albo zagadki w stylu znajdź rzekę Kolorado patrząc przez rurkę, która jest tak przymocowana, że nie da się jej przestawić w żadne inne miejsce, tylko tam gdzie widać rzekę 😛 takie to skomplikowane zadanie 😉 Dzień już coraz krótszy, więc niedługo zaczęło się ściemniać i robić zimno.. doszliśmy jeszcze do Hopi house i poszliśmy na autobus 🙂 po drodze mijając stary drewniany dworzec kolejowy mający 115 lat 🙂

Kolejnego dnia wybraliśmy się na punkt widokowy Yaki Point, na którym było mało ludzi przez to, że nie można tam dojechać samochodem tylko autobusem.. a jak odeszliśmy kilkaset metrów dalej wzdłuż kanionu nie było już kompletnie nikogo 🙂 Pogoda tego dnia była lepsza niż dzień wcześniej, świeciło tak słońce, że aż sobie siedzieliśmy nad kanionem bez butów i sobie czytaliśmy Teofila 🙂 przepiękny widok, cisza i spokój 🙂 jest cudownie 🙂 ale nie trwało to długo i zerwał się zimny wiatr przez który chmury zasłoniły nam słoneczko 😛 i trzeba się było ewakuować 😉 Pojechaliśmy pougrzewać się przy kominku, który był tak uroczo cieplutki, że aż nie chciało się od niego odchodzić 🙂 ale ponieważ nie można było przy nim spać w końcu się zebraliśmy i poszliśmy spać na naszą miejscówę do dzików i sarenek 🙂

Ostatniego dnia przed planowanym odjazdem pojechaliśmy na Kaibab trail, żeby spróbować zejść wgłąb kanionu 🙂 Trasa na dół była bardzo przyjemna i było całkiem cieplutko, faktycznie dużo cieplej niż na górze i można by tak sobie schodzić coraz niżej, tylko że powstrzymywało nas trochę to, że trzeba potem wejść z powrotem po tej stromiźnie 😉 Spotkaliśmy po drodze muły idące za przewodnikiem i dużo więcej ludzi niż się spodziewaliśmy.. i całkiem ładne widoki 🙂 niby tylko trochę niżej a jednak inne niż patrząc z góry 🙂 Doszliśmy do punktu widokowego Ooh Aah Point (fajna nazwa co?:), który nie ma swojej nazwy bez powodu, bo faktycznie widok stamtąd jest bardzo ładny 🙂 i zeszliśmy jeszcze trochę niżej, żeby odejść od tłumu w spokojniejsze miejsce i poczytać sobie kundelka 🙂 Jakiś czas poczytaliśmy podziwiając widoki i znów pojawił się zimny wiatr, który nas wygonił i zaczęliśmy wracać z powrotem na górę 🙂 Plan, żeby zostać do zachodu słońca porobić zdjęcia nie wypalił, bo było bardzo zimno, ale i tak było bardzo ładnie 🙂 Wieczorem znów ogrzewaliśmy się przy kominku, a potem poszliśmy spać..

Kolejnego ranka obudził nas deszcz.. i nie chciał przestać padać, a trzeba się już było zebrać, bo było całkiem widno w naszym schowanku, więc bardzo niechętnie wyszliśmy z domku na deszcz.. szybko poskładaliśmy namiocik, ale i tak zdążyliśmy już mocno zmoknąć.. i biegusiem do.. kominka oczywiście 😀 Przyjemne ciepełko wysuszyło nasze ubranka i nawet buty też 🙂 ale deszcz się uparł i nie chciał przestać padać i o łapaniu stopa w taką pogodę mogliśmy zapomnieć.. więc większość dnia przesiedzieliśmy przy kominku 🙂 ale już nie było kaski na zupkę, a przelewu nie dało rady zrobić na dolary, bo nie było zasięgu.. Głodni czegoś innego niż codzienny ryż pojechaliśmy w poszukiwaniu internetu i jednocześnie zasięgu w telefonie do biblioteki 🙂 internet tam był taki szybki, że strona banku wczytywała się dosłownie 10 minut! (ah ten amerykański szybki internet;), ale jak się już nawet wczytała to sms i tak nie chciał przyjść mimo tego, że nawet zasięg się pojawił.. no cóż 😛 taki los 😛 za ostatnie dolary zakupiliśmy sobie 5 bananów 😀 i wykorzystując okazję, że nie padało poszliśmy spać oczekując bardzo zimnej nocy przed którą mieliśmy uciec, ale niestety nie udało się to nam przez całodzienny deszcz..

W nocy było dosyć zimno, ale daliśmy jakoś radę się w miarę wyspać, a rano zauważyliśmy dookoła namiotu.. śnieg! 🙂 świeżutki, czyściutki, przez nikogo nie podeptany 🙂 taki świąteczny 🙂 nie było go za dużo, ale wystarczająco, żeby się zrobiło biało dookoła 🙂 Trochę to nam się wydawało dziwne, że w pustynnym kanionie pojawia się śnieg, ale jest on w sumie na wysokości ponad 2100 metrów, więc wyżej niż nasza Śnieżka na przykład..

Tradycyjnie się ugrzaliśmy przy kominku i poszliśmy się pożegnać z ośnieżonym kanionem, który był tylko delikatnie pobielony, ale i tak był ładny 🙂 i poszliśmy łapać stopa 🙂

Dosyć szybko nam się udało i zabrali nas Jonathan i Luis 🙂 Zawieźli nas do Williams do sklepu, żebyśmy mogli uzupełnić zapasy jedzonkowe 🙂 Miało być tam już cieplej niż w Wielkim Kanionie, w którym tej nocy miało być minus 14!.. ale niestety aż tak bardzo ciepło nie było.. Nasza najzimniejsza do tej pory noc w namiocie jaką przeżyliśmy mogła się poszczycić mrozem 8 stopniowym!.. no ciężko się spało i co jakiś czas się budziliśmy i chyba ze 4 razy w nocy sikaliśmy z zimna 😛 ale jakoś przetrwaliśmy tą noc i w sumie to zimno było najbardziej w stopy.. mimo 4 par skarpetek u mnie, w tym 2 grubych zimowych alaskańskich 😉 Kolejna noc, nawet jakby się nie udało dalej pojechać miała być już cieplejsza na szczęście 🙂 i faktycznie była lepsza i nawet się za bardzo w nocy nie budziliśmy 🙂

Plan był ambitny, żeby na moje urodziny dojechać do jeziora Mead i tam sobie odpocząć już w cieplejszej atmosferze, ale nie za bardzo nam wychodziło stopowanie i z Williams udało nam się wydostać zaledwie do pobliskiej miejscowości Ash Fork, w której.. nie było niczego ciekawego 😛 Po bezskutecznym stopowaniu dalej poszliśmy szukać miejsca do spania na bezpańskim by się wydawało polu, na którym jak się okazało pasły się normalnie krowy 🙂 ale na szczęście teraz ich nie było i nie miały jak sobie zrobić czochradła z naszego namiotu 😉 Obejrzeliśmy sobie piękny zachód słońca na tle gór, Grzesiek jeszcze trochę pomarzł robiąc nocne zdjęcia, zjedliśmy sobie zupę z puree z dyni i poszliśmy spać 🙂

30 urodziny jak to okrągłe urodziny były bardzo wyjątkowe 🙂 pierwsze urodziny poza Polską, poza domem, poza rodziną.. bardzo mi się tęskniło.. ale też pierwsze urodziny w które jadłam truskawki (organiczne kalifornijskie :D) i były na prawdę pyszne, dojrzałe i słodziutkie 🙂

Od Grześka dostałam wyjątkowy tort zrobiony z puree z dyni, melasy, nasionek konopii i proszku green and fruits 😀 a do tego świeczka 😀 jak na prawdziwy tort przystało 😀

Poszliśmy łapać stopa, ale nic nam z tego nie wychodziło taki był tam ruch na wjeździe na autostradę, więc żeby się trochę ruszyć poszliśmy na spacer wzdłuż autostrady.. Przeszliśmy przez drut kolczasty na kolejne pole, na którym kiedyś mieszkały krowy i sobie wędrowaliśmy.. mieliśmy do przejścia może z 10 km do kolejnego zjazdu z autostrady na Route 66, ale szło nam to bardzo powoli przez nierówności kamienistej łąki.. w końcu doszliśmy do miejsca, które nam się wydało całkiem dobre, żeby tam pójść spać.. zostawiliśmy plecaki i wdrapywaliśmy się na górkę, żeby zobaczyć jak to wygląda z góry, kiedy nagle z naprzeciwka rozległo się donośne.. muczenie 😛 no to my w tył zwrot po plecaki, a z daleka patrzyło na nas stado byczków 😛

Miejsce spalone na nocleg, więc chcąc czy nie chcąc poszliśmy dalej.. ale tym razem wzdłuż autostrady, żeby nie iść po polu z krowami i żeby było szybciej.. Szliśmy i szliśmy.. plecy były już bardzo zmęczone, słońce coraz niżej na niebie.. a tu jeszcze kawał drogi..

Pomyślałam sobie, że może nawet by było dobrze jakby jakiś policjant nas zgarnął z tej autostrady to już by nie trzeba dalej iść 😛 i za chwilę zatrzymał się za nami samochód.. i nie był to ktoś kto chciał nas zabrać na stopa tylko właśnie.. policjant.. na sygnale.. Jak się do niego odwróciliśmy to nam pomachał 🙂 i wtedy już się przestaliśmy przejmować, że pójdziemy do „jail” za nielegalne chodzenie po autostradzie 😛 Pan policjant powiedział nam, że dla naszego bezpieczeństwa lepiej nie iść obok autostrady, bo jakiś kierowca może zasnąć czy coś i zapytał gdzie idziemy.. Zawiózł nas do następnego miasta czyli Seligman, a my oglądaliśmy sobie przepiękny zachód na Route 66 zza krat z tylnych siedzeń policyjnego radiowozu 😉 co prawda trochę było niewygodnie bo siedzenia były plastikowe, ale o wiele szybciej nam się udało dotrzeć do naszego celu 🙂 Taki to oryginalny autostop złapaliśmy w moje urodziny 🙂

W miasteczku na stacji benzynowej zjedliśmy jeszcze po ciastku urodzinowym i posiedzieliśmy chwilkę przy internecie 🙂 Dostałam pełno kochanych życzeń od rodzinki i znajomych jak już miałam w końcu zasięg i internet 🙂 jestem bardzo wdzięczna 🙂 dziękuję jeszcze raz 🙂 troszkę mniej tęskniłam jak czytałam te wszystkie kochane rzeczy 🙂 a pani ze stacji sama zaproponowała, żebyśmy sobie posiedzieli i się ugrzali 🙂 i takie to były wyjątkowe urodziny oryginalne, a po nich byliśmy tacy zmęczeni, że nawet zaplanowanego filmu w namiocie nie obejrzeliśmy, tylko poszliśmy spać na kolejną łąkę..

A rano kiedy wstaliśmy nie tak znowu ze wschodem słońca i Grzesiek wyszedł z namiotu poinformował mnie „o w d*pę – krowy przyszły” poważnym głosem z nutką konspiracji 😛 a ja na to wybuchłam takim śmiechem, że aż się popłakałam.. a Grzesiek.. „ale naprawdę.. takie czarne :P” Pakowałam się chyba najszybciej w naszej karierze, ale krowy i tak do nas nie przyszły.. tylko powędrowały w inną zupełnie stronę pastwiska, a nas nikt tradycyjnie nie zauważył.. nadajemy się na nielegalnych imigrantów 😉 albo włamywaczy hihi ;P Z mocnym postanowieniem, że teraz to już dojedziemy do jeziora, żeby chociaż trochę je pooglądać i zdążyć do Las Vegas na święta staliśmy uśmiechnięci i machaliśmy przejeżdżającym kierowcom.. ale nie było ich tak znowu dużo.. Staliśmy.. czekaliśmy.. nawet sobie zatańczyliśmy.. ale nie na bosaka jak na naszej pustyni.. zjedliśmy sobie nawet obiadek.. i czas najwyższy jechać.. bo jak nie to jakimś chyba pociągiem by trzeba.. i zatrzymała się siwiutka pani.. Indianka.. o imieniu Ti 🙂 Bardzo nas ucieszyło, że w końcu się stąd wydostaniemy i nie trzeba znów będzie łapać policjanta na stopa 😉

Nasza wybawicielka dowiozła nad do wyjazdu z Kingman w kierunku Las Vegas, gdzie po zjedzeniu 2 klifbarów i wypiciu zielonego butelkowego smuta łapaliśmy dalej.. i nawet po niedługim czasie na szczęście, bo zaczynało padać, zatrzymał się Mike, który jechał do Las Vegas, ale specjalnie dla nas zjechał z drogi w kierunku Zapory Hoovera 🙂 Pożegnał się z nami i odjechał i się zaczęło.. Znów policja na sygnale.. ale tym razem pan nie był ani trochę uśmiechnięty i kazał nam się do siebie nie zbliżać.. zasypał nas gradem pytań.. kto to był.. czemu nas tu zostawił itd.. Mówimy, że nie wiemy i że jechaliśmy autostopem.. tu nie można łapać stopa.. ale nie chcemy tu łapać stopa, tylko pójść obejrzeć zaporę.. Mamy mu pokazać swoje paszporty.. i powiedzieć swoje nazwisko, imię, drugie imię.. i datę urodzenia.. normalnie jak jacyś nielegalni imigranci.. a i jeszcze zanim wziął nasze paszporty, żeby sobie nie pobrudzić rąk to założył ostentacyjnie rękawiczki.. normalnie zeżarło go już jego ego chyba dawno i nie ma dla niego nadziei.. 😉 Zadzwonił nawet po posiłki! 😛 przyjechał drugi radiowóz, bo pan policjant nie wiedział co też z nami począć (to chyba pierwszy przypadek od kiedy otwarto zaporę, że ktoś próbował do niej dojść pieszo, a nie samochodem ;P) i musiał zadzwonić do jakiegoś przełożonego, a nie chciał nas samych zostawić, żebyśmy nie uciekli wysadzić zapory 😉 Dwóch kolejnych policjantów wyglądało na trochę zażenowanych zachowaniem kolegi.. jak na ich pytanie powiedzieliśmy, że jechaliśmy na stopa tylko się uśmiechnęli i pokiwali ze zrozumieniem głowami.. W międzyczasie wyrocznia obwieściła chyba panu policjantowi, że jednak nie musi nas zastrzelić, ani zabrać do „jail”.. oddał nam paszporty.. powiedział, że nie możemy tu łapać stopa, więc mamy wrócić taksówką (taa.. jasne 😉 i że nie możemy używać naszej kartki itd.. i że możemy łaskawie przejść obok bramki kontroli bezpieczeństwa i pójść bokiem drogi do skrótu na trail.. No cóż.. czy już kiedyś pisałam jacy Amerykanie są świrnięci? 😛 Niezłe zagrożenie stwarzamy dla nich my prehistoryczni ludzie poruszający się na złowieszczych nogach.. uuuuuu.. powiało grozą co? 😛 Śmialiśmy się jak słuchaliśmy, że Maxa Kolonko w pierwszy dzień policja zatrzymała jak sobie na nogach chodził po Nju Jorku, a tu my też takie przestępstwo popełniliśmy.. przestępstwo braku samochodu 😛 Mam nadzieję, że pan policjant kiedyś stanie się trochę bardziej świadomym i empatycznym człowiekiem.. a jak nie to trudno.. jego strata.. my i tak już mu wybaczyliśmy jego miłe i kulturalne zachowanie 😛 A tak swoją drogą to i tak mi się nie podobała ta tama 😛 ot kawał betonu.. i pełno drutów elektrycznych dookoła, że aż mózg się może usmażyć jak się tam dłużej pobędzie, a do tego jeszcze kartki obwieszczające, że w użyciu są promienie X, żeby wykryć wszelkie noże, broń itd.. i nawet jedzenia nie można mieć.. dobrze, że nas nie przeszukali bo za butlę gazową i nóż do krojenia to jak nic by było dożywocie 😉 Z ciekawostek to tylko tyle, że po jednej stronie tamy jest inny czas niż po drugiej, bo akurat na rzece Kolorado jest zmiana strefy czasowej i można się przenosić w czasie 😉 a tak to pełno ludzi, hałas i nic co Gosio-Grzesie lubią najbardziej 😉

Poszliśmy więc w kierunku jeziora, ale na trail weszliśmy już po ciemku i widoków nie było, a szlak jak na amerykańskie standardy był naprawdę ciężki.. krzaki na środku rosnące, osuwające się kamienie spod nóg.. trochę nam zajęło zanim doszliśmy nad brzeg jeziora.. Odeszliśmy kawałek i rozbiliśmy namiot, stwierdziliśmy, że lepsze miejsce poszukamy kolejnego dnia po widoku, a teraz zmęczeni emocjonującym dniem chcieliśmy już koniecznie spać..

Rano przywitał nas znów deszcz.. samochody za bardzo nie jeździły drogą nieopodal, więc postanowiliśmy, że przeczekamy.. podczas chwilowej przerwy złożyliśmy biedny mokry cały namiocik i poszliśmy oglądać jezioro.. za jakiś czas znów zaczęło padać, więc stwierdziliśmy, że dobrze byłoby się gdzieś schować i poszliśmy do Visitor Center 🙂 tam było ciepło i przyjemnie i sucho 🙂 i był internet i prąd i różne fajne filmy do oglądania 🙂 Np taki o jeziorze, w którym informowali nas, że tutaj praktycznie nigdy nie pada deszcz.. ale mamy fart co? 😉 Szybko zamykali, więc poczekaliśmy chwilę pod dachem aż trochę przestanie padać i poszliśmy szukać miejsca na spanko.. znaleźliśmy takie, że spokojnie mogliśmy się wyspać 🙂 i było cieplutko 🙂

A rano po odwiedzeniu łazienki wyszliśmy na drogę wyjazdową na autostradę łapać stopa.. ruch był mały, więc nie spodziewaliśmy się wielkich i szybkich sukcesów.. ale może po 10 minutach zatrzymał się Bob, który najpierw chciał nas podwieźć na najbliższą stację benzynową, ale po chwili rozmowy z nami postanowił nas zawieźć do samiuśkiego Vegas do domu Huntera 🙂 a jak już nas nawet przywiózł to powiedział, że gdyby coś było nie tak to, że zaprasza do siebie do domu 🙂 Ale my miłych ludzi spotykamy na swojej drodze co? 🙂

Poszliśmy jeszcze do sklepu zrobić zakupy na wigilijną kolację.. planujemy zupę grzybową i łazanki 🙂 i zakupiliśmy truskawki i lody truskawkowe za pieniądze od Mikołaja (dziękujemy :*) i kierowaliśmy się w stronę naszego świątecznego domku 🙂

Hunter powitał nas miło 🙂 oprowadził po swoim domu z wieloma sypialniami.. ma nawet basen, ale trochę za zimno teraz 😉 powiedział, żebyśmy czuli się jak u siebie i korzystali ze wszystkiego 🙂 Trochę pogadaliśmy i poszliśmy pod nasz wymarzony gorący prysznic, a teraz siedzę i piszę.. i trochę mi zeszło.. bo już 1:41.. ale chcę, żeby udało się rano wstawić post na bloga jak już dopasujemy zdjęcia i żebyście mieli co poczytać w świąteczny czas 🙂

Chcieliśmy Wam wszystkim życzyć najwspanialszych świąt 🙂 oczywiście wypełnionych miłością 🙂 i radością 🙂 spędzonych w rodzinnym gronie 🙂 na odpoczywaniu.. rozmowach.. okazywaniu sobie czułości przez przytulanie i patrzenie w oczy 🙂 Żebyście się za bardzo nie przejedli tymi wszystkimi pysznościami i wyszli na jakiś spacer na świeżym powietrzu albo pobiegać 🙂 zamiast siedzieć przed telewizorem 😉 albo tylko jeść i jeść i jeść 😉 i żebyście naładowali bateryjki tymi wszystkimi cudownymi uczuciami i mieli potem siłę wrócić do normalnego codziennego życia wnosząc do niego jak najwięcej miłości i radości 🙂 bo o to chodzi w życiu, żeby świętować codziennie! 🙂 żeby celebrować każdą chwilę 🙂 żeby delektować się każdym momentem swojego życia 🙂 żeby żyć.. w każdej godzinie, minucie i sekundzie swojego wspaniałego życia 🙂 bo mamy tylko jedno, jedyne i niepowtarzalne i doceniajmy je po prostu 🙂 Będziemy bardzo tęsknić spędzając pierwsze nasze święta bez rodzinki poza domem, ale przesyłamy wam wszystkim ogrom naszej miłości i radości, żeby była z wami jak najczęściej, szczególnie kiedy będzie najbardziej potrzebna 🙂i jesteśmy wdzięczni, że mimo, że tak daleko to jesteście z nami cały czas 🙂 Dziękujemy! 🙂 przesyłamy mnóstwo buziaków i przytulaństwa i tęsknimy mocno 🙂

Pierwszy stop z kobietą i wegańska zupa :)

10 października 10:52

Wydawało mi się to niemożliwe a jednak w końcu u nas jest cieplej niż W Polsce 😀 W nocy było tak ciepło, że spałam w samych majtkach i koszulce 😀 no i śpiworku 😛 normalnie jest jak jakieś lato 😉 w dzień, jak świeci słońce jest całkiem ciepło 🙂 a jak przychodzi nagle ni stąd ni zowąd mgła (to jest moment 😛 ) robi się kilkanaście stopni przez wilgotność i wiatr.. Ale najważniejsze że nie pada! 🙂 a padało codziennie non-stop przez cały tydzień, przez który większość czasu przesiedzielibyśmy, żeby całkowicie się nie przemoczyć u Freda Meyera ;P jak to dobrze, że jest tam w miarę ciepło (jest co prawda klima i trzeba siedzieć w kurtce, ale i tak dużo cieplej niż jak człowiek jest całkowicie mokry i wieje wiatr 😛 ), jest internet, jest prąd, jest jedzenie 🙂 cóż nam więcej trzeba? 😉 hmm.. może ruszyć się w końcu w kierunku Redwood?!? a nie wyczekiwać moment kiedy.. mniej pada, a nie leje, żeby móc przejść z Freda 2 km do naszego miejsca na domek.. Ale przyroda na szczęście zrozumiała naszą potrzebę ucieczki z Freda, gdzie już chyba wszyscy nas znali 😉 i w końcu.. przestało lać.. Dalej była mżawka, mgła i chmury.. ale przecież to idealna pogoda by podróżować ;D Tak więc bez żalu opuściliśmy Freda i zaczęliśmy łapać stopa dalej 🙂 Z wcześniej opisywanego Tillamook udało się nam dotrzeć po 3 dniach (bo też padało) 2 stopami do Newport w przerwach między deszczem 🙂 I tam właśnie utknęliśmy na 5 dni 😛 Ale nam się spodobało 😉 Na szczęście zabrali nas stamtąd bardzo sympatyczni ludzie mniej więcej w naszym wieku, którzy poznali się w 2 dni wcześniej no couchsurfingu i postanowili sobie razem podróżować wzdłuż wybrzeża 🙂

Byliśmy im bardzo wdzięczni, że w końcu dzięki nim udało nam się uciec z Newport 🙂 Przewieźli nas ze 30 km do kempingu, gdzie zostawali na noc, a my dalej łapaliśmy i po chwili zatrzymał się jeden z mieszkańców Yachats wracający do domu i wziął nas ze sobą 🙂 Próbowaliśmy jeszcze chwilę łapać, ale niedługo się miało ściemniać, więc zaczęliśmy szukać miejsca do spania.. Przez chwilę nawet zastanawialiśmy się nad kempingiem, ale był jak zwykle bez prysznica, a kosztował.. 26 $ ! więc zrezygnowaliśmy i poszukaliśmy sobie miejsca niedaleko drogi, ale trzeba było wstać o 5 rano i się zbierać dalej.. Poszliśmy zobaczyć wschód słońca, bo noc była gwieździsta, ale nic nie zobaczyliśmy oprócz mgły i chmur i kawałka oceanu 😉 ale chociaż nie padało 😀

Jak to się zmieniają człowiekowi priorytety pogody w podróży 😉 Nie leje = super pogoda 😀 a że nie widać prawie żadnych widoków – no cóż.. może za jakiś czas będzie widać.. albo jak dotrzemy gdzieś dalej 🙂 Zrobiliśmy sobie jedzonko i zaczęliśmy łapać stopa dalej, a że nie szło nam za bardzo obserwowaliśmy Japończyków (chyba) ze sprzętem fotograficznym próbujących ponad godzinę ustrzelić dobre zdjęcie.. stali tak i czekali na dobry moment.. a on się nie pojawiał.. cóż za cierpliwość ! Była tam bowiem dziura między skałami, do której wpływała woda, wypełniała krater, a potem powinna wystrzelić w górę.. powinna, ale jakoś nie miała ochoty 😛 Chyba po prostu był odpływ albo za małe fale, bo dziura się tylko malutko wypełniała wodą, a inna która według zdjęć miała być „gejzerem” w ogóle się nie wypełniała.. ale nigdy nie wiadomo 😉 Jak już przyjechali tutaj specjalnie dla tej dziury między skałami to nie dadzą tak łatwo za wygraną 😉 Polak już by dawno stracił cierpliwość 😛 Ale wracając do łapania stopa.. miejsce bardzo dobre bo przy tej właśnie atrakcji turystycznej gdzie był duży parking, żeby się zatrzymać, ograniczenia prędkości, więc wszyscy jechali w miarę wolno, dobra pogoda bo nie padało nawet, a my czekaliśmy, czekaliśmy i nic.. Nawet już zdjęcia skończyli robić i pojechali.. a my dalej staliśmy.. Zaczęliśmy się zastanawiać o co chodzi w tym Oregonie? Czy tu mają jakiś zakaz brania autostopowiczów? Czy tu jacyś autostopowicze mordercy grasowali i to nagłośnili w tv 😉 prawda jest taka, że w tym stanie idzie nam bardzo kiepsko bez względu na pogodę, miejsce stopowania i to czy trzymamy kartkę, czy łapiemy tylko na kciuk.. w sumie zabierali nas tylko przyjezdni.. Zagadka ta rozwiązała się w końcu, ale o tym w dalszej części wpisu.. A tutaj nawet w końcu nas ktoś zabrał.. na pakę 🙂 i zawiózł do następnego Freda do Florence 😛 a tam za marketem wielkie wydmy z piachu! 🙂 trochę sobie po nich pospacerowaliśmy – były bardzo ładne 🙂 ciekawe skąd się tam wzięły bo do oceanu było daleko, a dookoła nich był las..

Poszliśmy zrobić zakupy i robiliśmy sobie jedzonko na dworze, kiedy podszedł do nas starszy pan, trochę jak Bob Marley i zaprosił do siebie na wegetariańską zupę 🙂 więc jak skończyliśmy gotować to poszliśmy 🙂 i dostaliśmy wegańską 😀 zupę z czarnego ryżu i fasoli z kukurydzą w puszce po jakiejś konserwie 🙂 i do tego surówkę z sałaty, kiełków, jabłek, marchewki i pysznym octowym sosem 🙂

Fajna idea takiego autobusu, który przyjeżdża tam w każdą sobotę i niedzielę, ale widać że mają też tutaj dużo takich osób potrzebujący w takim razie..

Po zjedzeniu obiadku zszywaliśmy Grześka kurtkę i wtedy podeszła do nas pani, która tam kosiła trawę i dała nam 20 $ na obiad 🙂 chyba wyglądaliśmy na całkiem przyzwoitych bezdomnych – hihi 😉 Tego dnia udało nam się złapać stopa do Coos Bay ze starszym panem, który się bardzo przejmował gdzie będziemy spać i czemu akurat tam chcemy jechać.. a to dlatego, że okazało się to całkiem sporym miastem.. większym niż się spodziewaliśmy.. po drodze pogoda zmieniała się jak w kalejdoskopie, ponieważ cały czas jechaliśmy drogą 101 wzdłuż wybrzeża.. świeciło słońce i schodziło coraz niżej nad ocean, a za chwilę pojawiała się nieprzenikniona mgła, tak że nie było prawie widać samochodu zaraz przed nami, nie mówiąc o widoku na ocean 😉 Jakoś mimo strachu naszego kierowcy udało nam się znaleźć spokojne miejsce do spania bez niedźwiedzi i innych złych sworzeń 😉 tylko hałas samochodów się niósł znad rzeki na naszą górkę, jak samochody przejeżdżały przez kratkowaną podłogę mostu, który kiedyś się chyba podnosił 😉

Wieczorem zjedliśmy za pieniądze od Pani przepyszny organiczny czerwony winogron – bo winogron jest na liście parszywej 12 (znacie tą listę? jest to lista produktów, które muszą być koniecznie jedzone organiczne/z własnego ogródka, żeby nie bolał po nich brzuszek, ponieważ kumulują w sobie najwięcej pestycydów, tzn wśród roślin, bo w mięsie jest ich jeszcze więcej, bo zwierzęta hodowlane jak wiadomo jedzą rośliny ;P )

1. jabłko
2. seler
3. truskawka
4. brzoskwinia
5. szpinak
6. importowana nektarynka
7. winogrona
8. papryka
9. ziemniak
10. jagoda/borówka amerykańska
11. sałata
12. zielony jarmuż czy też kapusta włoska taka marmurkowata

Lista ze strony http://www.pepsieliot.com/jestes-z-polski-nie-masz-wyjscia-musisz-zostac-wegetarianinem/ którą serdecznie polecamy 🙂 i można ją też znaleźć w książce „Dieta roślinna na co dzień” Hever Julieanna, która jest najlepszą książką dla początkujących wegan/pasjonatów kuchni roślinnej 🙂

Wracając do winogronu jest tutaj bardzo drogi, więc jedliśmy go pierwszy raz 😀

A na śniadanko najpyszniejsza na świecie surówka z organicznego jarmużu, papryki czerwonej i pomidorka malinowego, plus nieorganiczne awokado – z listy szczęśliwej piętnastki 😀 na której są produkty właściwie odporne na pestycydy:

1. cebula
2. słodka kukurydza (uwaga musi być nie GMO)
3. ananas
4. awokado
5. asparagus
6. słodki zielony groszek
7. mango
8. oberżyna/bakłażan
9. melon
10. kiwi
11. kapusta
12. arbuz
13. bataty (słodkie ziemniaki)
14. grejpfrut
15. grzyby

Uwielbiamy takie sałatki 🙂 i jarmuż, który nie jest pryskany jest bardzo smaczny, nawet całkiem na surowo, bez gotowania na parze choćby kilka minut, bo nie jest w ogóle gorzki! a jest najzdrowszym pokarmem na świecie, bo ma największą gęstość energetyczną według skali ANDI (znacie? 😀 można o niej poczytać na stronie http://www.akademiawitalnosci.pl/jak-oszczedzac-na-jedzeniu-czyli-optymalizacja-eksploatacji/ którą też polecamy 🙂 lub w wyżej wymienionej książce 🙂 ) i polecamy każdemu, dla dobra swojego zdrowia, żeby się z nim zaprzyjaźnił 🙂

Po śniadanku dalej łapaliśmy stopa rozmawiając jak to ciężko w Oregonie i że kobieta nas jeszcze żadna nie wzięła na stopa (oprócz jednej w Słowenii, do której podeszliśmy na stacji benzynowej i okazała się być.. Polką 😀 ) i jakie to ludzie robią śmieszne miny jak nas nie chcą zabrać, albo jakie dziwne rzeczy nam pokazują 😛 ale o tym to by chyba lepiej film nakręcić.. 😉 kiedy nagle na stacji benzynowej niedaleko której łapaliśmy zatrzymuje się samochód i na nas trąbi.. ja stoję dalej koło plecaków, a Grzesiek idzie pogadać 🙂 Pierwszą kobietą nie zagadaną przez nas wcześniej, która chce nas zabrać na stopa jest Amanda 🙂 zawiezie nas do Port Orford, ale najpierw jeszcze wjedzie na chwilę coś załatwić do domu.. A może by tak zapytać o prysznic.. rozmawiamy sobie między sobą, kiedy po chwili rozmowy skąd jedziemy, dokąd, jak długo itd. sama proponuje, żebyśmy wzięli prysznic i zrobili pranie jeśli chcemy 🙂 bo wie jak to jest kiedy człowiek śpi pod namiotem na amerykańskich kempingach bez ciepłego prysznica.. szczególnie jak się jest kobietą.. Zgadzam się z Tobą Amando całkowicie 🙂 Po chwili odwiedzamy naszą wybawicielkę w jej domu, stajemy się bardziej ludzcy i dużo ładniejsi 😉 Po prysznicu i  ogoleniu pijemy soczek pomarańczowy i jesteśmy gotowi ruszyć dalej 🙂 Przywiozła nas do siebie do domu i nie dość, że nie wycięła nerki (a zna anatomię bo jest pielęgniarką i ma dużo medycznych książek 😉 ) to jeszcze poratowała prysznicem, dała pełno suchych ręczników, napoiła i nakarmiła – jest naszą ulubioną kobietą, która nas wzięła na stopa 😀 Jak to kobieta bardzo dużo nam opowiedziała i dzięki temu wiemy jak drogie są tu studia, bo właśnie studiuje na uczelni wyższej kolejny stopień pielęgniarskiego wtajemniczenia i płaci 25 000 $ rocznie! Czyli u nas można powiedzieć, że faktycznie na dziennych studiach edukacja jest praktycznie za darmo 😛 Wiadomo, że książki, jedzenie, mieszkanie, ale za same studia się nie płaci tyle na szczęście, bo jak czytałam ostatnio np. o weterynarzach w USA to po skończeniu studiów mają średnio 300 000 $ długu! Wyobrażacie sobie to? Jeszcze najczęściej mieszkanie na kredyt, samochód (oczywiście jak największy) na kredyt.. jak oni muszą być bardzo zadłużonym narodem.. Faktycznie chyba całe pieniądze w Ameryce przez american dream są z długu.. Jeśli nie oglądaliście Zeitgeist to gorąco polecamy, aby zapoznać się jak działa system monetarny.. Niestety w Polsce też zaczyna to wyglądać bardzo podobnie.. Ale wracając do Amandy jest rozwiedziona, ale jak to stwierdziła to u nich normalne.. jakie to smutne, że u nas w Polsce też coraz częściej.. Traktuje swoje 2 psy jak swoje dzieci i pytała czy w Polsce też tak jest 🙂 Ale najbardziej się skupiła na naszym bezpieczeństwie w podroży – czy mamy gaz pieprzowy itd. Ona ma zawsze przy sobie gaz pieprzowy, nóż i jeszcze pistolet! I że normalnie nigdy nie bierze autostopowiczów, ale my tak przyjaźnie wyglądaliśmy 🙂 I powiedziała czemu tutaj prawie nikt nie bierze na stopa.. Ponieważ mają ogromny problem z narkotykami, a że tacy ludzie najczęściej łapią stopa, no bo wiadomo nie mają pieniędzy i samochodu. I że jej osobiście się przydarzyło, że jak stała na czerwonym, a kawałek dalej stał ktoś i łapał stopa, podbiegł do jej samochodu i zaczął szarpać za klamkę (ale u nich automatycznie po włączeniu silnika zamykają się drzwi) i jakiś koleś trzy samochody dalej powalił go na ziemię i zadzwonił po policję.. i że podobno tutaj często się takie rzeczy zdarzają.. i czy u nas też taki mamy problem? W sumie my z dużego miasta, ale szczerze mówiąc nie widzieliśmy aż tylu bezdomnych i naćpanych ludzi we Wrocławiu jak tutaj w większych miastach.. U nas chyba raczej ludzie piją, jak sobie nie radzą ze światem.. chociaż dopalacze też coraz popularniejsze.. Ale bezdomnych jest dużo mniej.. może pogoda nie sprzyja.. a może mniej dla nich pomocy niż tutaj.. ciężko powiedzieć.. Opowiedziała nam też trochę o przyrodzie i okolicy i dojechaliśmy do Port Orford 🙂

Stamtąd zabrał nas młody chłopak, który nie wiedział jeszcze gdzie jedzie (chyba po prostu na przejażdżkę) i przywiózł nas do Gold Beach 🙂 Poszlibyśmy na zachód słońca, ale znów wielka mgła przykryła ocean i okolice, więc poszliśmy szukać miejsca na domek 🙂

Udało się całkiem nieźle tak, że nie trzeba było w końcu wstawać wcześnie rano, więc zmęczeni zasnęliśmy już po 20:00 i spaliśmy 12 godzin! 🙂 Ale chyba się zregenerowaliśmy i czujemy się wyspani 🙂 Z ciekawostek – przez deszczowy tydzień spotkaliśmy w pralni 2 chłopaków na rowerze, jeden z Kanady drugi z UK, którzy też jadą na południe i potem znów spotkaliśmy tego z Kanady we Fredzie we Florence i wczoraj znowu go spotkaliśmy w Port Orford 😀 a myśleliśmy, że nam już zwiał daleko 🙂 fajnie się tak spotykamy 🙂 jak starzy znajomi 😉 I jeszcze bardzo fajne jaszczurki spotykaliśmy w lesie jak wędrowaliśmy i w ogóle przed nami nie uciekały tylko sobie beztrosko spacerowały 🙂 a duża dorosła jaszczura zastygła w bezruchu i tylko się na nas patrzyła 🙂 Były przeurocze 🙂 Mają piękne oczy i słodziutkie łapeczki 🙂 sami zobaczcie 🙂

Jak takie malutkie smoki 🙂 A teraz namiot złożony i ruszamy dalej w naszą przygodę 🙂

Oby się dalej udało w miarę sucho 🙂 cieszymy się, że jest słońce 🙂 jest ciepło 🙂 mamy suche ubranka 🙂 jemy sobie pyszne jedzonko 🙂 oglądamy fajne widoki 🙂 albo tajemniczą mgłę 😉 jeździmy sobie na stopa 🙂 albo medytujemy przy drodze łapiąc stopa 🙂 spotykamy samych świetnych ludzi 🙂 uczymy się o Ameryce 🙂 obserwujemy świat dookoła nas 🙂 cieszymy się każdą chwilą 🙂 że możemy sobie spacerować 🙂 oddychać świeżym powietrzem 🙂 oglądać zwierzątka 🙂 przyglądać się ludziom 🙂 rozmawiać sobie z nimi 🙂 uśmiechać się do nich 🙂 no i cieszymy się, że jesteśmy razem 🙂 już 146 miesięcy 😀 i możemy sobie wspólnie podróżować i nacieszać się sobą i tym co nam się przydarza 🙂 i być tu i teraz 🙂 miłością i radością 🙂 dziękujemy! 🙂

Pyszne curry i botwinka.. i zabawy z Kaleesi :)

1 października godz. 09:26

Siedzimy sobie w sklepie w Tillamook, gdzie jakimś cudem jest gniazdko elektryczne i wi-fi jednocześnie 😀

Browarek dla biegaczy za skromne 7$ 😛 Nie próbowaliśmy 😉

Mimo, że z parku Olympic wyruszyliśmy dosyć późno, udało się nam złapać stopa prosto do planowanego Aberdeen i to chyba w minutę 😛

Zabrał nas Roy, który tworzy artystyczne meble z wielkich poskręcanych pni 😀 Pokazał nam nawet gazetę, w której był na pierwszej stronie i mówił, że to nie on tworzy, ale natura jest twórcą i pozwala mu się odkrywać 🙂

W Aberdeen zrobiliśmy zakupy i nawet pozwiedzaliśmy trochę to miasteczko, które jednak nie miało zbyt dużo do zaoferowania, więc nic dziwnego, że Kurt Cobain stamtąd uciekł 😉 ale odwiedziliśmy jego pomnik w okolicy, w której się urodził. W końcu Nirvana to mój pierwszy młodzieńczy ulubiony zespół 🙂

Jak na niezbyt urodziwe miasteczko przystało, w wielu miejscach próbuje w nim rozkwitać sztuka, żeby troszkę podkolorować jego szarość 😉 bardzo nam się podobały rzeźby i murale 🙂 była nawet cała uliczka, gdzie można było namalować jakiś swój obraz na ścianie 🙂 fajna akcja 🙂

Jest nawet Polska. Kto znajdzie? 😛

Plusem Aberdeen był też rynek, na którym kupiliśmy sobie pyszne słodkie dojrzałe melony kantalupa po 0,99 $ za sztukę i banany z kropami za.. 0,19$! 🙂

W końcu się najedliśmy owoców 🙂 W końcu ceny zaczęły być bardziej przystępne 😉 W końcu też zrobiło się.. gorąco! 🙂 krótki rękawek i podwinięte nogawki w spodniach 🙂 Czyżby udało się w końcu dotrzeć do lata? 🙂 Ale czeka na nas Redwood, więc powoli kilkoma stopami, najpierw dotarliśmy do Raymond, gdzie za to wszystko było mega drogie 😛 a stamtąd superszybkim sportowym autem – nasz kierowca aż dostał mandat 😉 ale pan władza był bardzo miły i tylko straszył z 10 razy więzieniem 😛 a nasz driver przez 10 lat jak jeździł samochodem (od 16. roku życia!) dostał dopiero pierwszy mandat 😉 za bardzo chyba się z nami rozgadał i nie zauważył ograniczenia prędkości 😉 Trzeba przyznać, że amerykańscy kierowcy, przynajmniej ci, z którymi my jeździmy jeżdżą bardzo dobrze i bezpiecznie.. często też bardzo szybko, ale nie.. głupio.. tzn. nie wyprzedzają na górce, zakręcie, jak nic nie widzą.. Polakom niestety zdarza się to za często.. Dotarliśmy do Warrenton i mieliśmy nadzieję że w Walgreens będzie Vega One, ale pozostało nam tylko testowanie nowego zastępnika warzywno-owocowego Garden of Life RAW Organic Meal.. niestety nie ma aż takiego super składu i.. smaku 🙂

Odezwało się do nas kilka osób, że nie mogą nas przenocować lub nie mają pralki 😛 i Lydia, że jutro możemy przyjechać 🙂 i nawet zapytała czy po nas przyjechać, bo do Astorii było kilka mil.. ale ponieważ miała być w domu po 14:00 stwierdziliśmy że do 15:00 powinniśmy spokojnie zajść na nogach, nawet z ciężkimi plecakami 🙂 Tutaj już nie było tak gorąco mimo, że świeciło słońce, ponieważ było bardzo wietrznie.. Dookoła Astorii są trzy mosty, w tym jeden, którym przyjechaliśmy z Waszyngtonu i wjechaliśmy do Oregonu ma aż 6 km! 🙂 bardzo fajnie to wygląda, szczególnie z góry 🙂

U Lydii, Jamesa i Kaleesi spędziliśmy 2 noce 🙂 Czuliśmy się u nich prawie jak w domu 🙂 znów gorący prysznic i pranie sprawiły, że staliśmy się bardziej cywilizowani 🙂 Ale najfajniejsze były rozmowy z nimi 🙂 Pierwszego wieczoru pojechaliśmy samochodem na wybrzeże obejrzeć zachód słońca, statki, centrum miasteczka i.. lwy morskie 🙂 Pierwszy raz je widzieliśmy na żywo 🙂

Jak wróciliśmy do mieszkania, gospodarze poczęstowali nas przepysznym wegańskim curry! 🙂 Już dawno nie jedliśmy czegoś tak dobrego 🙂 i z ziemniakami, które się Grześkowi już tak dawno marzyły ;D graliśmy też w bardzo fajną grę planszową Pente, która nieźle angażuje mózg 😛 .. chyba sobie taką kupimy, jakbyśmy się nudzili 😉 hihi 🙂 oczywiście się nie nudzimy tutaj w ogóle i mamy jeszcze pełno książek do przeczytania 😉

Chcieli nam dać materac dmuchany, pościel itd, ale przecież mamy swoje matki samo-pompujące i śpiworki 🙂 Lydia pracuje w college’u i dzięki temu, że jeździ do pracy na 11:00, mogliśmy się porządnie wyspać 🙂 Rano wypiliśmy wymarzone zielone smoothie (banany, jarmuż, ananas, mleko migdałowe).

Po śniadanku wybraliśmy się na wieżę widokową (Astoria Column – 38m wysokości, 164 schody) bo była piękna pogoda 🙂 Widoki były wspaniałe 🙂 dookoła góry, długie mosty, ocean, statki 🙂 i mało ludzi o tej porze dnia 🙂 no i bez plecaków! 🙂 to chyba było najfajniejsze 🙂

 

Mój znaleziony samolocik niestety za długo nie poleciał z góry, ale znalazł go znów ktoś na dole i poskładał od nowa, więc będzie przynajmniej wielokrotnego użytku 😉 samolocik zrzucany z wieży, też może być recyklingowany 😛

Wieża w tym roku była odrestaurowana i miała odnowione obrazy, które były na niej już 90 lat temu 🙂 Była to cała historia Astorii, od czasów kiedy przybyli tu Europejczycy, żeby stworzyć Indianom „nowy wspaniały świat”..  No cóż.. zdecydowanie nie ma z czego być dumnym 😛 wystarczy spojrzeć jak pięknie i dziko wyglądała ta kraina zanim przybyli stwarzać cywilizację 😛 aż mi się zachciało obejrzeć Pocahontas (ale dawno nie widziałam) albo Avatara 😉

Posiedzieliśmy sobie trochę na łące obok wieży i przepisywaliśmy wspomnienia z Olympic 🙂 a w międzyczasie znów zaczęło mocno wiać i się robić zimno 😛

Wymyśliliśmy, że zrobimy dla Lydii i Jamesa jakieś tradycyjne polskie danie w ramach wdzięczności 🙂 i żeby pochwalić się trochę naszą kulturą i pysznym polskim jedzeniem 🙂 Wybór padł na botwinkę – oczywiście w wersji wegańskiej 😀 Za lekko nam było bez plecaków to sobie wymyśliliśmy dźwiganie zakupów przez całe miasteczko o niezliczonej ilości wzgórz – hihi 😉 Oczywiście wszystkie składniki musiały być organiczne – więc była to niezła inwestycja 😉 szczególnie koperek, który nie jest tutaj tak powszechny jak u nas 😛 ale wiadomo, że jest to najważniejszy składnik botwinki dodający aromatu, ważniejszy nawet niż buraki 😛 Była trochę trema, tym bardziej że nigdy wcześniej nie robiliśmy botwinki 😛 i oczywiście jak to my – nie mogliśmy zrobić w całości z jednego przepisu, tylko jak zwykle stworzyliśmy swój własny 😉

Ale kiedy już w trakcie tworzenia naszego dzieła kulinarnego Lydia wołała z pokoju, że super pachnie, troszkę się uspokoiliśmy 🙂 takie gotowanie jest nieźle kreatywne 🙂 Zupka miała na dnie miseczek puree z ziemniaków prze-py-szne! 🙂 a botwinka była doprawiona świeżym czosnkiem, imbirem, papryczką chilli, koperkiem i mlekiem kokosowym 🙂 a na górze dekoracja z koperku i orzechów włoskich 🙂 Nie chwaląc się zupa nam wyszła.. obłędna! 😀 Gospodarze się zachwycali a my.. nacieszaliśmy się polskim smakiem 🙂 Gorąca pyszna zupa to jest to! W kuchence turystycznej nie da się takiej zrobić 😛 Nawet w akademiku w parowarze nie robiliśmy zup 😛 mimo, że lubimy 🙂 więc już nam się bardzo tęskniło 🙂 Lydia chciała przepis (trzeba stworzyć 😛 ) więc to najlepszy znak, że smakowało 🙂

A po kolacji znów rozmowy głównie o podróżowaniu (w końcu to też podróżnicy) 🙂 dzięki którym się sporo dowiedzieliśmy o okolicy bliższej i dalszej 🙂 Trochę podszkoliliśmy angielski, trzeba by się teraz zabrać za hiszpański 😛 Oprócz rozmów i jedzenia super były też zabawy z Kaleesi, ponieważ jest ona.. kotką 😀 a wiadomo jak ja kocham koty 🙂 w dodatku była przemiła, zabawna i była pieszczochem 🙂 i chyba mnie polubiła 😀

Poznaliśmy kolejnych wspaniałych przyjaciół, za którymi będziemy na pewno tęsknić 🙂 Trafiamy na naszej drodze na takich cudownych ludzi 🙂 Jesteśmy bardzo wdzięczni! 🙂 Lydia przed pracą zawiozła nas jeszcze z powrotem do Warrenton, żeby było szybciej niż nasze 1,5 godziny na nogach przez most 😛 i nasze drogi się rozeszły.. ale mam nadzieję, że jeszcze kiedyś się spotkamy 🙂 może w Polsce – gdzie kiedyś chcieliby pojechać, bo dziadek Jamesa jest z Polski 🙂

Z Warrenton trafiliśmy do Manzanita mijając po drodze Cannon Beach ze skałami wystającymi z morza, a potem według naszego kierowcy najlepszą plażę na całym West Coast do surfingu 🙂 Tym razem nie będziemy próbować, bo chmury deszczowe nas ścigają, ale w sumie fajnie by było kiedyś spróbować jak już jesteśmy na West Coast 🙂

Stamtąd zabrał nas na pace młody chłopak tutaj 🙂 podoba mi się jeżdżenie na pace – jak rollercoaster 🙂

Dzisiaj jest pochmurny, deszczowy dzień i najchętniej byśmy siedzieli cały dzień pod dachem w ciepełku 😛 ale chyba gdzieś się dalej ruszymy w kierunku parku – zobaczymy co z tego wyjdzie 🙂 może aż tak nie zmokniemy 😉 może już się wypadało 🙂 najważniejsze, że udało nam się w końcu kupić impregnat I zaimpregnować buty i znów.. działają! 🙂 są wodoodporne, a nogi suche 🙂 już dzisiaj testowaliśmy na wysokiej mokrej trawie 🙂 Jakie proste rzeczy mogą człowieka ucieszyć 🙂 zaimpregnowane buty 🙂 suche skarpetki 🙂 ciepłe ubranie 🙂 pyszne banany 🙂 fasolka z puszki w sosie pomidorowym 🙂 prąd w gniazdku! 🙂 wi-fi 🙂 plecak pełny jedzonka 🙂 ciężki, ale samowystarczalny 🙂 w końcu cały nasz domek dźwigamy na plecach 🙂 no i to, że możemy się tym wszystkim razem cieszyć 🙂 że razem sobie jemy śniadanko 🙂 razem sobie człapiemy z kreaturkami 🙂 razem sobie mokniemy 🙂 Dziękujemy! 🙂