Wiatr we włosach

6 sierpień godz. 21:40 (USA)

Siedzimy w domku i robimy kolację. Dziś znów dzień pełen wrażeń 🙂 Nie było za bardzo słońca ale chociaż nie padało, czyli jak na Alaskę – bardzo dobra pogoda 😉 Wczoraj przejechaliśmy 70 km i dojechaliśmy do Devil’s Creek Trail. Przejeżdżaliśmy obok bardzo dużej ilości jezior: Upper i Lower Trail Lake, Kenai Lake (największe), Tern Lake 🙂 Gór za bardzo nie było widać, ale jeziora były bardzo ładne 🙂 Doszliśmy (a raczej dojechaliśmy z przyczepką!) do miejsca na namiot po 2,3 mili, a potem przy głównej trasie przyczepiliśmy rowery i przyczepkę i jeszcze przeszliśmy kawałek z plecakami. Zrobiliśmy kolację na skrytce misiowej, schowaliśmy tam resztę jedzenia i poszliśmy spać z nadzieją, że rano nie będzie padać, wstaniemy wcześnie i wyruszymy dalej. Rano obudził nas deszcz oczywiście 😛 Więc spaliśmy dalej i wstaliśmy w końcu o 11:00 i nie padało 😀 Nawet było widać kawałki błękitnego nieba. Pomyślałam sobie, że jak w piosence „Oprócz błękitnego nieba, nic nam dzisiaj nie potrzeba” 😉 Bardzo fajne miejsce na kemping, niedaleko mały staw i rzeczka, kilka miejsc na namioty, miejsce na ognisko ze stelażem na grila, no i skrytka misiowa z dyżurną łopatką do zakopywania swoich nieczystości 😛 W końcu najważniejsza zasada biwakowania to „leave no trace” 🙂 Bardzo nam się podoba, że przy wejściu na szlak jest księga gości, w której wpisuje się imię i nazwisko, planowany cel i długość pobytu, czy się idzie, jedzie na rowerze (tzn. sposób dotarcia do celu), a jak się wraca to uwagi po przejściu szlaku. Jest też mapa z opisem, po ilu milach jest miejsce na kemping, ewentualnie kibelek, szacowany czas przejścia, przewyższenia itp. No i bardzo fajne plastikowe zawieszki o tym jak się przygotować na biwak, żeby być jak najbardziej ekologicznym, etycznym, szanować przyrodę, no i nie zostawiać śladów (leave no trace). Jak skończyliśmy śniadanko i spakowaliśmy się usłyszeliśmy jakby zawodzącego – wołającego mamę małego misia w oddali.. Powtórzyło się to wiele razy.. Nawet nagrałam na dyktafon. Ciekawe czy to faktycznie niedźwiadek. Kiedy w końcu około 14:00 dowlekliśmy się do naszych rowerów, ze zdziwieniem zobaczyliśmy chłopaka jadącego na rowerze. Powiedział, że za niecałą godzinę startuje tym szlakiem rajd rowerowy, pojechał jeszcze kawałek dalej na patrol i wrócił. Stwierdziliśmy, że z naszą przyczepką zrobimy im niezłą zaporę, więc trzeba szybko wracać. Przejechaliśmy trasę powrotną ekspresowo i wywarliśmy niezłe wrażenie na uczestnikach bike maratonu naszą przyczepką i rowerami bez przerzutek. Pewnie sobie pomyśleli, że my to dopiero jesteśmy świrnięci na maksa 😛 Myślę, że jest wysoce prawdopodobne, że tylko my przejechaliśmy ten szlak takimi rowerami, a z przyczepką to prawie na pewno 😉 Po przejechaniu pierwszego naszego górskiego wyścigu rowerowego byliśmy jednak trochę zmęczeni, więc dziś przejechaliśmy tylko około 44 km. Widoki były przepiękne 🙂 Alaska jest jeszcze taka dzika i ma tak dużo gór! Praktycznie same góry 🙂 Osiągnęliśmy swój rekord życiowy w zjeździe z góry (1,33 min/km)! i to z przyczepką! A ja się tak wzruszyłam, że aż uroniłam łezkę, tak sobie zjeżdżając z góry 🙂 Wiatr we włosach, ośnieżone szczyty w oddali, zielone góry dookoła, wąwozy, strumienie i zieleń, zieleń, zieleń 🙂 Jest tutaj naprawdę przepięknie, właśnie tak jak sobie wyobrażaliśmy 🙂 Jak to Grzesiek powiedział „takie gigantyczne Bieszczady, ale chyba jeszcze bardziej dziko” 😉 A przed nami jeszcze Denali.. Jeszcze wyższe góry i mam nadzieję, że jeszcze piękniejsze 🙂 Oby pogoda dopisała 🙂

3 komentarze do “Wiatr we włosach”

    1. Ja (Grzesiek) głośno chrapię 😉 Mam nadzieje, że to wystarczy.. Ewentualnie moje buty po całym dniu na nogach mogą odstraszyć nawet największego zwierza 😉

Możliwość komentowania jest wyłączona.