Luksusy cywilizowanego życia

24 sierpień godz. 14:40 (USA)

Dotarliśmy do Fairbanks wczoraj wieczorem i jesteśmy już dokładnie miesiąc na Alasce! 🙂 Tutaj jest zdecydowanie cieplej 🙂 i są komary 😛 w niektórych miejscach chmary. Już o nich zapomnieliśmy, bo w Denali już chyba wszystkie zamarzły 😉 Zanim wyruszyliśmy w podróż z Denali dostąpiliśmy na kempingu Riley Creek luksusów cywilizowanego życia 😀 Najpierw gorący prysznic (żeton kosztował 4,5$) trwający 10 minut! Cóż za luksus amerykański 😀 Miałam ochotę wzdychać „oh my God,  oh yes”! 😉 jak co niektóre amerykanki.. w kibelku 😉 Ale się powstrzymałam i po prostu trwałam w tym wspaniałym uczuciu 😀 W tej podróży nauczyłam się ekspresowo myć włosy w 2 minuty 🙂 a przez resztę czasu szorowanie i nacieszanie się ciepełkiem otulającym całe ciało.. mmm.. 🙂 Potem pranie i suszenie ubrań! 🙂 Tutaj pozytywne zaskoczenie, bo i jedno i drugie kosztowało nas 8 ćwierćdoladówek, czyli w sumie 4$ 🙂 a w Anchorage taki luksus kosztował 15$ 😛 (więc nie skorzystaliśmy). Zaryzykowaliśmy i wsadziliśmy wszystko łącznie z butami z gore-texu i spodniami przeciwdeszczowymi 😛 Tylko kurtki przeciwdeszczowe schły na nas 😉 Jakie to wspaniałe uczucie jak wszystkie ubrania są ciepłe, suche, pachnące 🙂 Jak wrócimy do Polski koniecznie kupujemy taką suszarkę 😛 Umyci, uprani – spokojnie mogliśmy łapać stopa, żeby nas nikt nie wyrzucił z samochodu 😉 Pierwszym szczęśliwcem, który miał okazję wysłuchać naszego amerykańskiego dukania okazał się Thomas 🙂 To już nasz 9 kierowca, bo jeszcze był na terenie parku nasz pierwszy stop na pace  pickupa 😛 i stop z chłopakiem dzięki któremu dowiedzieliśmy się jak zdobyć pozwolenie, żeby spać na dziko w parku, bo pracował tam 11 lat 🙂 Był tak miły, że zrobił nam przejażdżkę po miejscu gdzie miał być film a potem rozmowa.. i zostawił nas na kempingu 🙂 Co prawda nie było miejsca na nocleg i musieliśmy spać w krzakach 😉 ale za to były darmowe banany 😀 Kochamy za to Amerykanów, że nie lubią bananów w kropki 😛 przecież one są najlepsze i najzdrowsze 🙂 ale może lepiej ich nie uświadamiać 😉 Wracając do Thomasa podwiózł nas tylko do Healy i trwało to krótko, ale super się gadało 🙂 Może dlatego, że był mniej więcej w naszym wieku i nie było miedzy nami takiej bariery 🙂 Kolejnym szczęśliwcem był Dane (pseudonim gaduła ;)) zabrał nas już do samego Fairbanks 🙂 Starał się mówić powoli i naprawdę prawie wszystko rozumieliśmy 🙂 Wie jak to jest, jak przeciętny Amerykanin mówi z prędkością karabinu maszynowego i jak to jest się uczyć obcego języka, bo sam uczy się japońskiego i pracuje z Japończykami. Świetny facet! Dzięki temu, że cały czas coś gadał, dużo słuchaliśmy, ale też sami więcej mówiliśmy 🙂 Bardzo dużo ciekawych rzeczy się od niego dowiedzieliśmy o dzikich zwierzętach 🙂 ponieważ był.. myśliwym. Nie popieramy, ale szanujemy 🙂 a zawodowo pracuje w.. kopalni złota 😀 na kompletnym odludziu na północy Alaski 🙂 2 tygodnie praca, tydzień wolnego. Dzięki niemu dowiedzieliśmy się czemu większość miejscowych ma takie wielkie auta 😛 Podobno łosie jak przebiegają drogę, to w ogóle nie patrzą czy coś jedzie 😛 a większym autem jak się je staranuje to tylko auto ucierpi, a taki Dane i dwóch jego małych synków – nie 🙂 Tym sposobem rozwiązała się też zagadka dlaczego ponad połowa podwożących nas kierowców ma pękniętą przednią szybę 😉 Pocieszył nas też, że mamy większą szansę zobaczyć niedźwiedzia w Kanadzie, niż na Alasce, bo jest ich tam więcej, a mniej corocznie można upolować 🙂 Opowiedział też o krwiożerczym rosomaku tundrowym, którego boją się nawet niedźwiedzie i myśliwi i żeby trzymać się od niego z daleka 😛 Mówił, że nie jest łatwo odróżnić płeć karibu, ponieważ wszystkie mają rogi i że jak sobie coś ubzdurają to biegną ślepo przed siebie 😛 Co widzieliśmy z daleka przy Savage River – prędkość mają naprawdę niezłą 🙂 Opowiadał, że rysia (jak to kota) raczej zobaczymy tylko w nocy i daleko od drogi – tak jak wilki i niedźwiedzie 🙂 Było bardzo sympatycznie, zabawnie, sypał żartami, które nawet rozumieliśmy – hihi 🙂 Opowiadał trochę o sobie, o swojej rodzinie, o Alasce, zwierzętach, pracy – bardzo ciekawie. Droga w tak doborowym towarzystwie minęła nam bardzo szybko 🙂 i wieczorem dotarliśmy do Freda Meyera – jupi! jedzenie! 🙂 Z radości kupiliśmy do testowania dwa opakowania nowych lodów i trzeba zmienić klasyfikację ogólną 😉 Daliśmy jeszcze szansę Coconut Bliss i dobrze, bo ich lody wiśniowe z amaretto okazały się naszym numerem jeden! 🙂 Próbowaliśmy też Almond Dream Cappuccino Swirl – bardzo dobre, ale w klasyfikacji poza Ben & Jerry’s kawowymi z toffi i czekoladą (3 miejsce) i bananowymi z orzechami włoskimi i czekoladą (2 miejsce). Ogólnie jak coś chrupie w lodach jest pysznie 🙂 a jak jest to wegańska czekolada to już jest mega 🙂 Robimy zapasy: ryżu, soczewicy, przypraw, orzechów, surowego kakao, rodzynek, płatków owsianych, batonów Clif Bar 🙂 Kupiliśmy też na miejscu robione masło z orzechów ziemnych i masło z migdałów, które sobie sami zmieliliśmy w maszynie w sklepie 😀 Zaopatrzyliśmy się w melasę z trzciny cukrowej – podobno mega zdrowa – dużo żelaza, wapnia, magnezu i selenu 🙂 i będziemy testować 🙂 Nie wiadomo na jak długo będzie nam to musiało wystarczyć, ale pewnie za szybko nie znajdziemy się w supermarkecie 😛 To oczywiście super 🙂 ale plecaki będą bardzo ciężkie, a internet i prysznice pewnie raczej niezbyt regularne 😉 Pociesza nas to, że zrobiło się całkiem ciepło 🙂 i w nocy w naszych krzakach było całkiem przyjemnie, oprócz chmary komarów, które na szczęście zostały za moskitierą – haha 😀 Spałam tylko w jednych spodniach i w jednym długim rękawie i było mi bardzo ciepło 🙂 Grzesiek trochę przeżywa, że nie dotarliśmy do sławnego autobusu 142 (kto oglądał Into The Wild pewnie zna ;)), ale przekroczenie Teklaniki o tej porze roku było by wyczynem karkołomnym 😛 Jak jeszcze tu kiedyś przyjedziemy (tym razem latem) być może się uda zobaczyć autobus – jak coś jeszcze z niego zostanie 😉 Myślę, że jednak jeszcze dużo przygód przed nami w innych miejscach na świecie i trzeba już uciekać przed zimnem Alaski 🙂 tym bardziej, że wg tubylców ten rok jest wyjątkowo mokry 😛 Jesteśmy tu już miesiąc – widzieliśmy sporo – na pewno więcej niż osoby, które przyjeżdżają tu na krótki urlop na 2 tygodnie.. Ale z drugiej strony jest tu tyle miejsc do zobaczenia, że by pewnie 100 lat życia nie starczyło na zwiedzanie.. zresztą jak w Polsce 🙂 a Alaska jest 6x większa 🙂 Cieszymy się tym co udało się zobaczyć, zdjęciami i wspomnieniami, doceniamy to co jest 🙂 i mamy nadzieję, że jeszcze nie jeden wspaniały widok dzięki naszym oczom zobaczymy 🙂 nie jedną wspaniałą osobę poznamy 🙂 Nie planujemy niczego, oprócz tego, że teraz jedziemy na południe, w kierunku Kanady 🙂 Zobaczymy jak daleko codziennie uda się nam dojechać.. Na szczęście mamy to, czego tak wielu podróżnikom brakuje – czas 🙂 Nigdzie się nam nie śpieszy, takie slow travel 🙂 Cieszenie się miejscem i chwilą która trwa 🙂 cieszenie się swoim towarzystwem 🙂 świeżym powietrzem, słońcem, widokami 🙂 Wczoraj przy łapaniu stopa nuciło mi się cały czas „Yellow Submarine” 😉 że mamy wszystko czego w życiu potrzebujemy 🙂 trzeba tylko (lub aż) to zauważyć i docenić 🙂 Kolejny raz napiszę, że jesteśmy wdzięczni za wszystko co mamy 🙂 Mamy teraz materialnie napewno dużo mniej niż w Polsce, tzn. dużo mniej rzeczy 😛 ale paradoksalnie dzięki temu doceniamy wszystko co mamy 🙂 i mamy więcej czasu, żeby się zatrzymać i po prostu nacieszać 🙂 być wdzięcznym 🙂 a mamy za co 🙂 zresztą jak każdy kto żyje 🙂 to już wystarczająco, żeby być wdzięcznym 🙂 Dziękujemy, że jesteśmy 🙂 tu i teraz 🙂

2 myśli w temacie “Luksusy cywilizowanego życia”

  1. Ps. Podpowiem, że pralkosuszarki do suszenia (!) zużywają gigantyczne ilości wody (zimna woda służy do szybkiej kondensacji) więc obawiam się, że może się to kłócić z filozofią „leave no trace” 😉

    1. W takim razie pozostaje sznurek przed domem. Albo na balkonie 😉 Dzięki za informację 🙂 Nie zastanawialiśmy się jak to dokładnie działa 🙂 Pozdrawiamy 🙂

Możliwość komentowania jest wyłączona.